Nowy Brunszwik, czyli czekoladowa rzeka, pomnik największego homara na świecie i największe odpływy w Hopewell Rocks Park.

Jadąc w kierunku wybrzeża kolejnym punktem, a zarazem najbliższym ciekawym miastem po Montrealu na trasie, jest Quebec. My jednak celowo minęliśmy Quebec w drodze do Nowego Brunszwiku i Nowej Szkocji, gdyż pobyt w tej miniaturze francuskiego miasteczka, zaplanowaliśmy w drodze powrotnej do Toronto. Dla nas kolejnym celem podróży było Moncton. Niestety droga do Halifaxu byłaby zbyt męcząca jak na jeden dzień więc najpierw postanowiliśmy się zatrzymać w Nowym Brunszwiku. Tu również znajduje się wiele ciekawych miejsc, którym warto poświęcić chociaż kilka godzin, podróżując po tej części Kanady. Nie mówię tu o całym Nowym Brunszwiku, gdyż dla poznania tej kanadyjskiej prowincji bez wątpienia potrzeba przynajmniej kilku dni, jednak dla nas ważniejszym celem była Nowa Szkocja, stąd piszę o kilku godzinach, a raczej o jednym dniu podróży przez Nowy Brunszwik i tych miejscach, które nam udało się zobaczyć, a należących do jednych z ciekawszych na wschodnim wybrzeżu. Podróż samochodem z Montrealu do Moncton zajmuje około 10 godzin. Samo Moncton nie jest jakąś wielką atrakcją turystyczną, my zaplanowaliśmy tam tylko nocleg. 

Shediac

W odległości około 25 kilometrów znajduje się o wiele ciekawsze Shediac, z największym pomnikiem homara na świecie. No cóż tu ukrywać, Nowy Brunszwik słynie z połowów największych homarów na świecie. Do Shediac trafiliśmy niemal przed zmrokiem. Na szczęście udało nam się jeszcze zrobić kilka zdjęć pod tym homarowym pomnikiem, nim zrobiło się całkiem ciemno. Pomnik znajduje przy wjeździe do Shediac od strony zachodniej, tam gdzie rzeka Scoudouc wpływa do oceanu. W okolicach pomnika znajduje się biuro informacji turystycznej i urocze kolorowe domki, w których znajdują się sklepiki z pamiątkami. Niestety dotarliśmy tam na tyle późno, że wszystko było już pozamykane, a szkoda, bo te domki wyglądały niezwykle bajkowo. Na chwilę jeszcze pojechaliśmy do samego Shediac. Na spacery było już późno, ale samo centrum miasteczka zasługuje bez wątpienia na krótki spacer. Z uwagi iż było już ciemno i dość zimno nie chciało się już nam spacerować, tylko przejechaliśmy autem przez całe Shediac w poszukiwaniu jakiejś homarowej restauracji. Dużo knajpek było już pozamykanych, ale udało się nam trafić do japońskiej restauracji Pink Sushi&Grill Bar in Shediac. Tutaj spróbowałem mojego pierwszego sushi na ciepło i pierwszego homara, choć homara były w tym daniu dosłownie małe kawałeczki. Uwielbiam tradycyjne sushi, ale to też było przepyszne, choć specyficzne bo podane z ciepłym sosem warzywnym. Spokojnie mogę polecić to miejsce, przemiła obsługa i smaczna kuchnia, czego więcej potrzeba i do tego ciekawie urządzone wnętrza. Po pysznej kolacji pojechaliśmy prosto do motelu w Moncton, gdyż plany na kolejny dzień były dość intensywne.

Hopewell Rocks Park

Moncton położone jest nad rzeką Petitcodiac, która wpada do Zatoki Fundy. W tej zatoce możemy obserwować największe odpływy i przypływy na świecie, sięgające kilkunastu metrów. Odpływ i przypływ możemy obserwować nawet w samym Montcon, ale zdecydowanie lepiej wybrać nie nad samą zatokę. Lustro rzeki obniża się o kilka metrów, a woda przybiera brunatnego koloru, od mułu stąd jej druga nazwa Chocolate River. Idealnym miejscem do obserwacji jest przylądek Hopewell. Największy odpływ jest między godziną 10 a 11, w tych godzinach przypadał przynajmniej około 20 września, czyli podczas naszego pobytu w Nowym Brunszwiku. Miejscem gdzie możemy obserwować to zjawisko jest Hopewell Rocks Park. Wstęp na teren parku, jeśli dobrze pamiętam kosztował 10 CAD na osobę. Odpływ i przypływ koniecznie trzeba zobaczyć zarówno z góry klifu, jak i z brzegu. Na sam dół zejdziemy schodami przy Low Tide Canteen. Gdy trwa odpływ możemy spokojnie spacerować między skałami, które podczas przypływu są zalane do wysokości kilku metrów. Po „dnie” zatoki możemy spacerować na odcinku około 1 kilometra, dochodząc do drugiego punktu widokowego przy High Tide Cafe. W tym miejscu jednak nie wejdziemy na górę. Znajduje się tu tylko platforma ratunkowa, w sytuacji kiedy byłoby już za późno na powrót do schodów prowadzących na górę. Możemy się tu ratować ucieczką, aż do kolejnego odpływu. Jeśli ktoś ma na tyle czasu, że może poświęcić cały dzień na Hopewell Rocks, może tu spędzić kilka godzin i obserwować najpierw odpływ, a potem przyglądać się jak stopniowo woda zalewa obszar, który wcześniej oddała lądowi. My nie mieliśmy na tyle czasu więc po spacerze po dnie zatoki pojechaliśmy w dalszą drogę na zachód, by jeszcze coś innego zobaczyć, a wróciliśmy tu już popołudniem, kiedy przypływ był najwyższy. Zobaczenia tego miejsca zarówno podczas przypływu, jak i odpływu robi ogromne wrażenie. Na szczęście to niesamowite zjawisko możemy zaobserwować w ciągu jednego dnia. Bez wątpienia to obowiązkowy punkt na mapie podróży przez Nowy Brunszwik. 

Cape Enrage

W ciągu dnia między odpływem i przypływem udało się nam jeszcze odwiedzić rezerwat przyrody Cape Enrage z malutką latarnią morską na końcu klifu. Widok spod latarni na zatokę robi wrażenie, a latarnia z daleka wygląda jak domek dla lalek. Niestety wjazd na parking jest płatny 6 CAD od osoby, z uwagi iż jest to obszar rezerwatu przyrody. Ciekawostką jest, że przy latarni znajduje się dom, w którym restaurację prowadzi Polak. My jednak postawiliśmy na piknik na świeżym powietrzu, z cudowną panoramą zatoki z latarnią morską w tle. Po krótkim pikniku nad zatoką udaliśmy się z powrotem do Hopewell Rocks, by zobaczyć przypływ. Do Hopewell dotarliśmy około 17-tej, gdyż o tej porze był najwyższy przypływ. Przypływ obserwowaliśmy już z punktów widokowych na szczycie klifu w Hopewell. Oglądając zdjęcia trudno to sobie wyobrazić, ale w rzeczywistości to wygląda niesamowicie. Najpierw spacerujesz między skałami wzdłuż brzegu, a po kilku godzinach nie ma śladu plaży i głazów, a woda sięga kilku metrów zalewając najniższy poziom schodów. 

Hopewell Rocks – high tide

Stąd pojechaliśmy już prosto do Halifaxu, przed nami były jeszcze ponad 3 godziny jazdy. Do Halifaxu dotarliśmy około 21-ej, kiedy było już zupełnie ciemno. Do tego wystrój hotelu, który wybraliśmy, przypominający wnętrze Tytanica, przywołał wspomnienie jednej z największych katastrof morskich w historii. W Halifaxie znajduje się cmentarz ofiar z Tytanica i muzeum poświecone temu transatlantykowi. Żeby Was nie zanudzić jednorazowo zbyt długimi wspomnieniami, dalszą część opowieści o pobycie w Halifaxie, cudownym homarze i podróży po Nowej Szkocji znajdziecie w kolejnym wpisie, do którego już wkrótce zapraszam. Zbyt dużo było ciekawych miejsc w Nowej Szkocji i pisania o tym by umieścić te opowieści w jednym wpisie z odpływami z Hopewell Rocks i pomnikiem gigantycznego homara.

Montreal, miasto położone na wyspie, u stóp wzgórza Mount Royal

Montreal, drugie co do wielkości miasto Kanady, którego nazwa pochodzi od górującego nad miastem wzgórza Mont Royal. Co ciekawe, miasto położone jest na wyspie, na rzece Świętego Wawrzyńca. Montreal był kolejnym punktem na trasie naszej podróży od Toronto do Nowej Szkocji. Montreal jest na tyle ciekawym miastem, że warto mu poświęcić ze dwa lub trzy dni. Nad Rzeką Świętego Wawrzyńca, po wschodniej stronie miasta znajduje się najstarsza część, czyli Old Montreal. Wycieczkę po tej okolicy proponuję rozpocząć od ulicy Bonsecours i kierować się na południe, krążąc po uliczkach tworzących stare miasto. Trwają tam cały czas remonty, ale warto pospacerować tymi uliczkami, które wraz z usytuowanymi wzdłuż nich budynkami tworzą charakterystyczny klimat starówki. Stare miasto jest zamknięte zasadniczo między ulicami Rue de la Commune, Rue Notre-Dame oraz Rue Saint Antoine i to jest najciekawsza zabytkowo część Montrealu. Można tu podziwiać między innymi budynki Urzędu Miasta, czy Katedry Notre-Dame. My do katedry nie weszliśmy gdyż była dosyć duża kolejka turystów. Centralnym punktem starego miasta jest Place Jacques Cartier, to taki ichni rynek, po którym przewijają się tłumy turystów i znajduje się całe mnóstwo restauracji. Niestety, jeśli będziecie chcieli coś zjeść w tej okolicy ostrzegam, że jest dość drogo, choć czasem na wakacjach warto wydać te kilka dolarów więcej i posiedzieć w tak uroczym miejscu, podziwiając okoliczne, piękne kamienice. Warto się przejść ulicą Sait-Paul, jest tam cała masa sklepików z pamiątkami. Uwierzcie mi, włócząc się po tych uliczkach i zaglądając do tych uroczych sklepików nawet nie zorientujecie się, że minęło już kilka godzin. Idąc ulicą Notre-Dame w kierunku zachodnim dojdziemy do downtown, czyli centrum biurowego miasta. Kto zachwyca się drapaczami chmur i nowoczesną architekturą powinien zdecydowanie przespacerować się tam. W bezpośrednim sąsiedztwie downtown znajduje się China Town, do której to dzielnicy prowadzi okazała brama w chińskim stylu z tymi smokami chińskimi i charakterystyczną architekturą. Samo China Town nie jest aż tak imponujące, jak w Toronto. Nawet ten chiński charakter nie narzuca się nam z każdego sklepiku, jak to jest w Toronto. 

Rue Saint Catherine

Montreal, tak jak większość amerykańskich, czy kanadyjskich miast ma też swoją „tęczową dzielnicę”, która ciągnie się wzdłuż wschodniego odcinka ulicy Saint Catherine. W sezonie letnim, część tej ulicy jest zamknięta dla ruchu samochodowego, tworząc deptak dla pieszych. Niesamowita jest wykonana z tysięcy plastikowych kulek tęcza, która rozpościera się nad całą długością deptaka, robi to niesamowite wrażenie. Ciekawym miejscem, zwłaszcza w sezonie letnim jest położony przy Rue Sainte Catherine, Place Emilie-Gamelin. W sezonie letnim znajdują się tam budki z jedzeniem i piciem, porozkładane są stoliki, leżaki, urządzony ogród. Zbudowana jest również scena, na której w godzinach popołudniowych do wieczora odbywają się różne imprezy muzyczne, czasami gra DJ-ej.

Mount Royal

Jedną z największych atrakcji miasta jest jednak wzgórze Mont Royal. Widok ze szczytu na panoramę miasta i samego downtown robi wrażenie. Najprostszym sposobem dostania się na wzgórze jest dojazd do stacji metra Peel i stamtąd spacer na samą górę. Wymaga to trochę wysiłku, ale taki spacer to radość sama w sobie i do tego te widoki z góry ehh… Na szczycie wzgórza znajduje się Mount Royal Chalet, budynek o ciekawej architekturze, w którym ulokowana jest kawiarnia i sklep z pamiątkami, przed budynkiem znajduje się olbrzymi taras, z którego rozpościera się widok na całe miasto. Warto tam spędzić dłuższą chwilę odpoczywając po nieco męczącej wycieczce na szczyt. Powrót ze wzgórza proponuję w kierunku ulicy Av du Parc, zejście w dół jest o wiele prostsze i jest przyjemnością samą w sobie. Idąc od Av du Parc w kierunku stacji metra Mont-Royal mijamy niesamowite kamieniczki w stylu wiktoriańskim, tworzące klimat tej części Montrealu. Po drodze mijaliśmy sklep ogrodniczy, w którym o tej porze roku znajdowało się całe mnóstwo dyń o kształtach, których w Polsce nigdzie nie spotkamy. Samo wzgórze z daleka przypomina trochę Górę Gellerta z Budapesztu.

Botanical Garden

Ostatnią atrakcją miasta, która znajdowała się na naszej liście był ogród botaniczny z niesamowitą ekspozycją ogród światła. Do ogrodu botanicznego najlepiej podjechać metrem do stacji Pie-IX i stamtąd spacerem przejść się już do samego ogrodu. My do ogrodu botanicznego udaliśmy się po zmroku, gdyż podczas naszego pobytu trwała wystawa ogród światła, która robi wrażenie dopiero, kiedy zrobi się ciemno. W części chińskiej ogrodu porozmieszczane były zrobione chyba z takiego papieru jak na lampiony rzeźby ludzi i zwierząt oraz bajkowych smoków. Całość robiła niesamowite wrażenie, wyglądało to bajkowo i cudownie. Niestety ogromny tłum ludzi skutecznie utrudniał robienie zdjęć i zaburzał ciszę, która powinna być w ogrodzie, zwłaszcza kiedy robi się już ciemno. Ekspozycja w części japońskiego ogrodu miała zupełnie inny charakter. Tam nie było już tych kolorowych rzeźb z papieru, a dzięki odpowiedniemu podświetleniu, to sama natura tworzyła niesamowite nocne obrazy. W bezpośrednim sąsiedztwie ogrodu botanicznego znajduje się stadion olimpijski, z olimpiady, która odbyła się w Montrealu w 1976 r. Mimo iż to było ponad 40 lat temu, futurystyczna bryła stadionu nadal robi wrażenie.

To tyle, co nam udało się zobaczyć w Montrealu. Te miejsca, które Wam opisałem zapewne należą do jednych z głównych atrakcji miasta, choć nie jedynych. Niestety czas i dalsza droga wyznaczała nam kolejne terminy więc musieliśmy się pożegnać z Montrealem i ruszać dalej w kierunku Halifaxu i Nowej Szkocji. To już była bardzo daleka droga, ale o tym i o Nowej Szkocji, o krainie homara już w kolejnym wpisie. Zapraszam do odwiedzin, już wkrótce dalsze opowieści o atrakcjach wschodniej części Kanady…

Brownie, najbardziej amerykańskie ciasto

Brownie to chyba najbardziej amerykańskie z amerykańskich ciast, o których słyszałem. Przyszedł czas, że sam postanowiłem upiec to ciasto, a że wyszło dobre chciałbym się podzielić z Wami moim przepisem. Oczywiście nie wymyśliłem nowego przepisu, ale wzorowałem się na tych dostępnych w internecie i wybrałem własną recepturę. Podstawę przepisu na brownie stanowią 3 tabliczki gorzkiej czekolady dobrej jakości z dużą ilością kakao, polecam czekoladę gorzką z Wawela, ma więcej zawartości kakao niż wedlowska. Nie używajcie czekolad mlecznych, one nie nadają się do tego ciasta. Dodatkowo potrzeba kostkę masła 200 g, 3 całe jaja,  200 g cukru, 130 g maki, szczyptę soli. W niektórych przepisach podają więcej cukru, ja uważam że 200 g w zupełności wystarczy.

Masło roztapiamy w rondelku na małym ogniu, pilnując by się nie przypaliło, do roztopionego masła dodajemy 3 tabliczki gorzkiej czekolady, mieszając doprowadzamy do roztopienia się czekolady. Musimy jednak pilnować, gdyż chwila nieuwagi i czekolada może się przypalić, dlatego nie trzymajmy cały czas rondelka na ogniu, temperatura rozgrzanego masła zrobi swoje i czekolada się rozpuści. Rozpuszczoną z masłem czekoladę odstawiamy na bok by się lekko przestudziła. Można pozostawić kilka kostek czekolady i później je dodać do zmiksowanej masy przed włożeniem do piekarnika.

W międzyczasie ubijamy mikserem na gładką masę jaja z dodatkiem cukru. W przepisach podają biały drobny cukier, ja użyłem brązowego, no skoro to amerykańskie ciasto to musiał być brązowy i po raz kolejny też takiego użyję, Wam też polecam brązowy cukier do pieczenia brownie. Następnie zmniejszamy obroty miksera, wlewamy do masy jajecznej roztopioną z masłem czekoladę i miksujemy do połączenia. Na koniec dodajemy stopniowo mąkę i szczyptę soli. Miksujemy wszystkie składniki na niskich obrotach do uzyskania gładkiej, jednolitej konsystencji. 

Piekarnik nagrzewamy do 160°C. Do pieczenia wykorzystujemy małą kwadratową brytfankę o wymiarach około 25×25 cm, którą wykładamy papierem do pieczenia. Masę czekoladową wylewamy do brytfanny, równo rozsmarowujemy i pieczemy w temperaturze 160°C przez 30 minut z włączonym termoobiegiem. Przed włożeniem do piekarnika, tak jak wcześniej wspominałem, możemy powciskać do masy pokruszone kawałki czekolady. To już zależy od indywidualnych preferencji, czy całą czekoladę rozpuścimy, czy postawimy kilka kawałków, wtedy po upieczeniu będziemy mieli w cieście takie czekoladowe oczka. Nawet nie sprawdzałem patyczka, czy ciasto jest upieczone. Brownie musi być w środku lekko zakalcowate, to cała magia tego ciasta. Ja piekłem około 35 minut i to było ciut za dużo, po pierwszej próbie w mojej ocenie optymalny czas pieczenia to między 25 a 30 minut nie więcej. Ciasto jest przepyszne, kleiste w środku i takie czekoladowe, po prostu doskonałe. Kto nie próbował jeszcze upiec własnego brownie polecam, to na prawdę prosty przepis na smaczne ciasto. 

Byward Market i beaver tail, czyli to z czym kojarzy mi się Ottawa

Kolejnym punktem na szlaku naszej podróży przez Kanadę była Ottawa. Ottawa to stolica i czwarte co do wielkości miasto Kanady. Ottawa nie jest aż tak atrakcyjna turystycznie jak Toronto. Jest zdecydowanie innym miastem, spokojniejszym, pozbawionym wielkomiejskiego rozmachu i luźniejszym turystycznie. Prawdę mówiąc, nie ma tam, w mojej ocenie, aż tylu ciekawych atrakcji, ale z uwagi iż to stolica Kanady, warto spędzić tu przynajmniej kilka godzin lub jeden dzień. Nam te kilka godzin w zupełności wystarczyło. 

Dojazd samochodem z Toronto zajmuje około 5 godzin, to nieco ponad 400 km. Nocleg mieliśmy zarezerwowany przy głównej ulicy miasta, Rideau Street,  więc w kierunku Parliament Hill udaliśmy się spacerem. Tak mi się wydaje, że to główna ulica miasta, bo przy niej zlokalizowane są największe sklepy i siedziba Parlamentu. Największą atrakcją miasta są chyba budynki samego Parlamentu i biblioteki Parlamentu, które nieco przypominają londyński Westminster. Niestety podczas naszego pobytu budynki znajdowały się w renowacji i otoczone były wysokim płotem, wkoło porozkładane rusztowania więc nie dało się nawet zrobić fajnych zdjęć. Spacer ograniczył się do wejścia na wzgórze i obejścia wokół budynków Parlamentu.

National Gallery

Ze wzgórza rozciąga się cudowny widok na rzekę Ottawa i położone na przeciwległym brzegu Hull, będące częścią sąsiedniego miasta Gatineau. Widać stąd również imponujący budynek Galerii Narodowej i Muzeum Historii Kanady. Na tyłach budynków Parlamentu, od strony rzeki znajduje się Victoria Tower Bell, dzwon, który pozostał po wieży zniszczonej w pożarze w 1916 r. Po północno-wschodniej stronie wzgórza znajduje się Major’s Hill Park, gdzie warto udać się na spacer. Możemy stąd podziwiać budynki Parlamentu górujące ponad koronami drzew. Parliament Hill i Major’s Hill Park oddziela kanał łączący dwie rzeki Ottawę i Rideau. W sąsiedztwie parku znajduje się imponujący budynek Fairmont Chateau Laurier z początku XX wieku, przypominający zamek z bajki, w którym mieści się 4-gwiazdkowy hotel. Dla miłośników sztuki polecam odwiedziny w Galerii Narodowej i Muzeum Historii Kanady, my tych atrakcji nie zaliczyliśmy, ale czytałem, że warto odwiedzić te miejsca. Niestety nie jestem zwolennikiem odwiedzin muzeów i galerii sztuki, wolę spacerować ulicami i chłonąć atmosferę miasta.

Byward Market

Kierując się w lewo od Parliament Hill, dojdziemy spacerem w ciągu kilkunastu minut do Byward Market. To takie turystyczne centrum Ottawy, w którym przewijają się tłumy turystów, aż do późnego wieczora. W centralnym punkcie znajduje się budynek hali targowej, niestety nim tam dotarliśmy budynek był już zamknięty, szkoda, bo uwielbiam spacery po takich miejscach. Musiałem więc zadowolić się spacerem po okolicznych uliczkach, które tworzą niesamowitą atmosferę tej okolicy. Warto się przejść ulicami George i William, są bardzo urokliwe. Po przeciwnej stronie hali targowej znajduje się klimatyczny budynek pubu irlandzkiego Aulde Dubliner & Pour House. Hala była zamknięta więc zasiedliśmy w piwnym ogródku przy pubie, pijąc piwo i obserwując przewijające się w we wszystkich kierunkach potoki ludzi. Trzeba przyznać, że do zmroku jest tam dość tłoczno. Będąc na Byward Market nie mogłem sobie odmówić lokalnej specjalności, czyli ogonów bobra. Bez obaw, to nie prawdziwe bobrze ogony, tylko placki z ciasta jak na pączki, smażone na głębokim oleju i podawane na słodko lub wytrawnie, a swoim kształtem przypominające ogon bobra, stąd taka nazwa. Mały bar Beaver Tails znajduje się przy skrzyżowaniu, zaraz obok hali targowej. To mała czerwona budka, na pewno ją zauważycie będąc w tym miejscu. 

Ottawa będzie mi się kojarzyła właśnie z Byward Market i Parliament Hill. Dla tych miejsc warto było się tu zatrzymać w drodze z Toronto w kierunku wybrzeża i spędzić sympatyczne popołudnie, delektując się piwem i próbując lokalnego smakołyku w kształcie ogona bobra.

Z Ottawy udaliśmy się do Montrealu. W porównaniu z Ottawą i Toronto, Montreal jest znacznie bardziej francuski. W końcu znajduje się we francuskiej prowincji Kanady, czyli Quebecu. O Montrealu będzie już w kolejnym wpisie, jest to zbyt duże miasto by zamknąć je w jednym wpisie z Ottawą. Zapraszam więc wkrótce na kolejne kanadyjskie wspomnienia i ciekawostki.

Toronto, miasto dla każdego…

Kanada, jedno z państw, w których według międzynarodowych rankingów żyje się najlepiej. Bez wątpienia Kanada to jeden z krajów najbardziej przyjaznych dla ludzi bez względu na rasę, wyznanie, orientację seksualną, czy jakąś inną specyficzną cechę. Tam nikt na nikogo krzywo się nie patrzy, każdy się uśmiecha, jest pomocny, nie ocenia drugiego, za to że wygląda tak, czy inaczej. Kanada to również przepiękny pod względem krajobrazowo-turystycznym kraj. I o tym Wam właśnie chciałem napisać dzisiaj. Prawdę mówiąc opowieści o moim pobycie w Kanadzie nie da się zamknąć w jednym wpisie więc będzie to cykl kilku wspomnień, mam nadzieję pomocnych dla tych, którzy planują spędzić wakacje na wschodnim wybrzeżu Kanady lub zaciekawi tych, którzy lubią podróżować. Tegoroczny urlop spędziłem po rozważeniu kilku destynacji, właśnie w Kanadzie. Było kilka pomysłów na dalszą lub bliższą podróż, ale ostatecznie padło na wyprawę za ocean. Ostatnio w Kanadzie byłem 12 lat temu więc była to podróż po trosze sentymentalna i łatwiejsza w zorganizowaniu.  

Naszą wycieczkę zaczęliśmy od Toronto. Do Toronto przylecieliśmy bezpośrednim lotem z Warszawy. Podróż zajęła ponad 9 godzin i jak to zwykle bywa w tak długich lotach, była trochę męcząca. Do Toronto są bezpośrednie loty z Warszawy lub z przesiadką w Niemczech.

Przed wyprawą do Kanady musimy się zaopatrzyć w eTA to taka elektroniczna autoryzacja, która kosztuje 7 dolarów. To zwykła formalność, którą załatwimy w ciągu kilku godzin.

Nathan Philips Square

Przenieśmy się już jednak za ocean. Toronto to miasto światowego formatu, multikulturowe, pełne kontrastów architektonicznych, kulinarnych i krajobrazowych. Miasto, w którym chce się spędzać czas, mieszkać, żyć. Ale co warto zobaczyć w Toronto i czym można się zachwycić. Trudno w ciągu trzech dni zwiedzić całe miasto, ale najważniejsze i najciekawsze atrakcje z pewnością uda się odwiedzić. Jednym z najpopularniejszych miejsc jest Nathan Philips Square. Tu znajduje się ratusz miejski, Osgoode Hall, oraz fontanna ze słynnym napisem TORONTO 3D. W sezonie odbywają się tam różnorodne eventy, jarmarki, koncerty. Warto to miejsce odwiedzić w ciągu dnia, jak i po zmroku, kiedy napis TORONTO mieni się wszystkimi kolorami tęczy.

Kensington Market

Od Nathan Philips Square przejdziemy spacerem w ciągu kilkunastu minut do chińskiej dzielnicy, pełnej drobnych sklepików z różnorodnymi, mniej lub bardziej potrzebnymi drobiazgami i warzywniaków z egzotycznymi warzywami i owocami. Dzielnica ta ciągnie się wzdłuż ulicy Spadina, a stamtąd już kilka kroków do Kensington Market. To magiczny, tajemniczy, specyficzny kwartał ulic pełnych małych sklepików z bibelotami, meblami, awangardową modą, a w koło ten zapach, hmmm chyba każdy wie, o czym myślę. Jest tam masa wszelkiego rodzaju knajpek, restauracyjek, barów, kawiarni dla każdego. Na mnie trochę przytłaczająco działał tłum turystów przemieszczających się od knajpy do knajpy w tych wąskich uliczkach. Powiem nawet, to było po pewnym czasie lekko męczące. Idąc jednak dalej doszliśmy do spokojnej dzielnicy Little Italy. Ta Mała Italia trochę mnie rozczarowała. Myślałem, że będzie tam bardziej włosko, a nie było. Na szczęście trafiliśmy do typowej włoskiej pizzerii, w której serwowali doskonałą pizzę, taką, jakiej próbowałem będąc we Włoszech. Udając się w kierunku północnym warto odwiedzić Casa Loma. To okazały zamek w stylu Harrego Pottera z pięknymi sezonowymi ogrodami. Zamek znajduje się na wzgórzu, z którego widać całą panoramę miasta. Najlepiej dojechać tam metrem do stacji Dupont i stamtąd udać się spacerem w kierunku zamku.

Gooderham Building

Nad samym brzegiem jeziora Ontario rozciąga się nowoczesne downtown pełne przeszklonych drapaczy chmur. W każdym miejscu nowoczesność miesza się z dawną architekturą. To co mnie zadziwiło, to kilkudziesięciopiętrowe apartamentowce. Na wielu ulicach znajdziecie miejsca, gdzie nowoczesne apartamentowce wyrastają niemal ze starych zabytkowych budynków lub stanowią dla nich tło. W bezpośrednim sąsiedztwie downtown znajduje się Old Toronto, to takie ichnie stare miasto, położone w sąsiedztwie St Lawrence Market między ulicami Front i King. Znajdziecie tam niesamowitą fontannę z posągami kotów i psów i ciekawy mural. Zakochani w Nowym Jorku znajdą tam również namiastkę tego miasta w postaci Gooderham Building, to taki kanadyjski mini Flatiron Building. Punktem obowiązkowej wizyty w tej okolicy jest hala targowa St. Lawrence Market. Po przerwie na kawę czy lunch, w jednej z okolicznych restauracji, warto się udać w kierunku ulicy Church. Mniej więcej w środkowej części Church Street znajduje się tęczowa dzielnica. Nikt tam do nikogo nie ma o nic pretensji, każdy żyje sobie tak, jak chce i tak powinno być pod warunkiem, że się innych nie krzywdzi. Zabudowa w stylu wiktoriańskim, tworzy też charakterystyczny klimat do spacerów. Ten typ zabudowy znajdziemy zresztą w wielu punktach miasta.

Będąc w downtown nie sposób nie zauważyć CN Tower, to najbardziej charakterystyczny symbol miasta. Na samą górę możemy wjechać szybkobieżną windą. Na szczycie znajduje się taras widokowy i szklana podłoga. Kto ma lęk wysokości będzie miał problem by postawić tam nawet jeden krok, ale doświadczenie samo w sobie jest niesamowite. Dla miłośników ekstremalnych atrakcji jest dostępny spacer po zewnętrznej części tarasu widokowego. Ja aż tak odważny nie jestem i nie skorzystałem, ale odważni mogą próbować. Z CN Tower rozciąga się niesamowity widok na całą panoramę miasta i jezioro Ontario. Wjazd na wieżę nie należy do najtańszych, około 40 dolarów, ale będąc w Toronto nie sposób nie odwiedzić tego miejsca, w którym całe miasto jest u naszych stóp. W pobliżu CN Tower znajduje się jeszcze Ripley’s Aquarium of Canada i dla miłośników sportu stadion Rogers Centre. 

Toronto Islands

Wartym polecenia w Toronto jest również rejs na jedną z wysp znajdujących się na jeziorze Ontario na wprost downtown. My popłynęliśmy tam późnym popołudniem przed zachodem słońca. Wszyscy turyści pobiegli w głąb wyspy nie wiedzieć czemu, gdyż największą atrakcją przynajmniej dla mnie było usiąść na samym brzegu i napawać się cudowną panoramą downtown, które z minuty na minutę zatapiało się w mroku nocy i jednocześnie skrzyło milionami świateł z kilkudziesięciu drapaczy chmur tworzących downtown. Owszem w ciągu dnia warto jest udać się na plażę od strony jeziora, ale o zmroku najlepiej jest napawać się niesamowitą panoramą miasta.

Idealnym środkiem transportu po Toronto jest metro, miejskie autobusy i tramwaje. Na środki komunikacji miejskiej można kupić jeden wspólny bilet. Całodzienny bilet kosztuje 13 dolarów, a możemy przemieszczać się po całym mieście, co jest bardzo wygodne. 

Rozmach i multikulturowość tego miasta nie pozwoli Wam się nudzić, nawet gdy postanowicie spędzić tu cały tydzień. My spędziliśmy tylko 3 dni, gdyż plan wyjazdu był mocno napięty. Tyle o Toronto, w kolejnych wpisach o Montrealu, francuskim Quebecu i urokliwej Nowej Szkocji. Już wkrótce kolejne wspomnienia i ciekawostki dla podróżujących. Zapraszam….

Domowy, naturalny humus

Dawno już nie dawałem nowego wpisu i przepisu, ale tak jakoś wychodziło. A to urlop, a to praca, a to inne zadania. Trzeba jednak wrócić do rozwijania swoich pasji, czyli gotowania i wymyślania nowych przepisów oraz testowania tych sprawdzonych. 

Tym razem postanowiłem wreszcie sam przygotować domowy humus. Była ku temu okazja, bo odwiedzili mnie znajomi, z którymi nie widzieliśmy się z pół roku więc jakieś przekąski musiały pojawić się na stole. W sumie to całkiem proste i nie wymaga skomplikowanych składników. Do przygotowania humusu potrzeba ciecierzycy, albo gotowanej, albo gotowej w zalewie ze słoika, pasty sezamowej tahini, soku z połówki cytryny, kuminu mielonego, oliwy, soli.

Jeśli mamy gotową ciecierzycę ze słoika odlewamy zalewę, ale nie do zlewu, tylko do kubka, przyda się potem to nadania odpowiedniej konsystencji humusu. Ciecierzycę miksujemy blenderem z dodatkiem soku z cytryny, dwóch lub trzech łyżek oliwy, trzech łyżek pasty sezamowej, kuminu oraz z odrobiną soli, do uzyskania jednolitej masy. Wodę z zalewy dodajemy stopniowo do nadania odpowiedniej konsystencji. Humus nie może być za rzadki, ale jednocześnie nie za gęsty, po kilku próbach dojdziecie do perfekcji, bez obaw. Nie przesadźmy też z ilością kuminu gdyż może zdominować cały smak humusu, a nie powinien. Oto cały sekret przygotowania domowego humusu. Jest świeży, bez konserwantów i mamy pewność, że nie zawiera żadnych niepotrzebnych dodatków. W zależności od gustu można dodać czarnuszkę lub sproszkowane chili, do nadania lekkiej ostrości. Jeśli przygotowujemy humus z suchych ziaren ciecierzycy, dzień wcześniej musimy je namoczyć w wodzie i pozostawić na noc, a następnie gotować do miękkości. Ciecierzycę odsączamy z wody, w której się gotowała, pozostawiając około kubek płynu, który podobnie jak w przypadku zalewy ze słoika wykorzystamy do nadania paście odpowiedniej konsystencji. Pozostałe czynności opisałem już powyżej. Pamiętajmy by używać dobrej jakości oliwy i pasty sezamowej, te składniki decydują o całym smaku.

Smacznego, testujcie, próbujcie, polecam…

Wrocław – miasto do zakochania, czyli sentymentalna podróż z krasnalami w tle

Wrocław to jedno z najpiękniejszych, najbardziej urokliwych i najbardziej pociągających polskich miast. Moja historia z tym miastem rozpoczęła się od wyjazdu służbowego w 2004 r. Do dzisiaj pamiętam te osiem tygodni spędzonych w tym cudownym mieście. Minęło piętnaście lat i Wrocław wzbudza we mnie tyle samo emocji co wtedy. Już wtedy to miasto porażało rozmachem, piękną architekturą, wyjątkową atmosferą, której nie da się poczuć w innym mieście i powiewem „świata zachodniego”. Teraz miasto nabrało jeszcze większego rozmachu, przybyło dużo nowoczesnych budynków biurowych, wiele starych kamienic i zaniedbanych ulic w centrum zostało zrewitalizowanych.

Dworzec kolejowy został wyremontowany kilka lat temu i odzyskał dawny blask, a jego okolice uległy diametralnej zmianie. W bezpośrednim sąsiedztwie powstała nowoczesna dzielnica biurowa, w miejscu dawnego dworca PKS powstał nowoczesny na miarę XXI-wieku, z przylegającą do niego futurystyczną galerią handlową. To takie miasto w mieście.  

Kamienice w rynku wyglądają niesamowicie, z charakterystycznymi stożkowatymi fasadami. W sezonie letnim rynek jest szczelnie wypełniony ogródkami restauracyjnymi, przyległymi do kamienic. W tym miejscu można się poczuć jak na wakacjach daleko od domu. Kawiarniane stoliki zachęcają by przysiąść na chwilę, zamówić kawę i oglądać te setki ludzi przemieszczających się we wszystkich kierunkach.

Największą perełką turystyczną w mojej ocenie są wysepki na Odrze, do których dotrzemy idąc od Rynku ulicą Odrzańską. Skręcając nad Odrą w prawo w ulicę Grodzką, a następnie w lewo na Most Uniwersytecki dotrzemy na Marinę Topacz, gdzie powstały nowoczesne budynki mieszkalne w stylu holenderskim z restauracjami zlokalizowanymi na poziomie parteru. Warto zatrzymać się w tym miejscu, wypić piwo i podziwiać panoramę okolicy nadbrzeża. Idąc dalej Mostem Uniwersyteckim i Kładką Sodową dojdziemy do Wyspy Słodowej, gdzie można aktywnie spędzać czas na świeżym powietrzu. W bezpośrednim sąsiedztwie jest Wyspa Bielarska, Wyspa Młyńska, Wyspa Piasek i Wyspa Daliowa z niesamowitą metaliczną konstrukcją, nazwaną Nawa. Kiedy byłem we Wrocławiu w 2004 r. wyspy te były jeszcze dość zaniedbane, a teraz zachwycają infrastrukturą spacerowo-wypoczynkową, uwierzcie mi, można tam spędzić cały dzień i się nie znudzić. Przy wyspach przycumowane są barki z pubami i restauracjami, każdy tam znajdzie coś dla siebie. Będąc w tej okolicy nie można zapomnieć o słynnym Ostrowie Tumskim i nie skierować tam kroków. Obecnie Most Tumski jest w remoncie i możemy się tam dostać przez Most Młyński lub Most Pokoju. Ciekawym pomysłem jest labirynt z płyt kamiennych na trawniku w bezpośrednim sąsiedztwie Mostu Tumskiego.

Nowego blasku i życia nabrał też Bulwar nad Odrą, szczególnie od strony centrum w pobliżu Mostu Pokoju. Na nabrzeżu powstały betonowe stopnie, na których można usiąść. Część została piętrowo obsadzona wysoką trawą i można poczuć się zupełnie odizolowanym od innych osób spędzających tam czas.

To, co bez wątpienia było, jest i będzie związane z miastem, to krasnale. Krasnali we Wrocławiu jest dużo, sam nie wiem ile. Spacerując dziś po mieście udało mi się upolować 27 sztuk, ale wydaje mi się, że jest ich trochę więcej.

We Wrocławiu jest jeszcze wiele ciekawych miejsc, wartych odwiedzin, ja napisałem dzisiaj o tych najważniejszych, zlokalizowanych w ścisłym centrum więc jeszcze wrócę tu z wrocławskimi wspomnieniami i opowieściami, zaglądajcie więc systematycznie.

Możecie pomyśleć, że jestem nieobiektywny bo mam wielki sentyment do tego miasta, ale nie sposób nie zakochać się we Wrocławiu i to od pierwszego wejrzenia. Jeśli jeszcze tam nie byliście wybierzcie się choć na weekend, a nie pożałujecie…

Ciasto jogurtowe z rabarbarem

Ciasto jogurtowe jest idealne na każdą porę roku. Przepis i przygotowanie jest tak proste, że ciasto to zagościło u mnie na stałe. Teraz w porze letniej, kiedy mamy dużo świeżych owoców naprawdę wyczarować wiele wariacji na temat tego ciasta. Przepis na samo ciasto już Wam podawałem, ale przypomnę jeszcze raz. Do przygotowania ciasta potrzeba 1 kubek jogurtu naturalnego (ja używam marki Zott 370 g), 1 kubek oleju, ¾ kubeczka cukru, 2,5 kubka mąki, 4 jaja, 1 łyżeczkę proszku do pieczenia, 1 łyżeczkę sody oczyszczonej i jedno opakowanie cukru waniliowego. Dodatkowo w tej wersji minimum 4 łodygi rabarbaru, jak dacie więcej ciasto będzie wilgotniejsze. Do odmierzenia proporcji wykorzystujecie kubek po jogurcie.

Rabarbar obieramy obieraczką do warzyw z zewnętrznych włókien i kroimy w kostkę średniej wielkości. Jogurt, jaja i olej łączymy mieszając trzepaczką. Nie korzystamy z miksera by ciasto było lekkie i puszyste. Następnie do mokrych składników dodajemy cukier, cukier waniliowy oraz rabarbar. Na koniec dajemy suche składniki, czyli przesianą mąkę, proszek do pieczenia i sodę oczyszczoną, a całość mieszamy już łyżką. Tak wymieszane składniki przełożyłem na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Używam standardowej, prostokątnej blachy. Ciasto piekłem w temperaturze 150°C z włączoną dolną blachą i termoobiegiem przez 25 minut, a następnie przez kolejne 20 minut w temperaturze 175°C. Ciasto jest upieczone jeśli przejdzie test suchego patyczka, czyli sprawdzamy wbijając patyczek w ciasto pod koniec pieczenia. Powinien być tłustawy, ale nie mokry, wtedy nasze ciasto jest upieczone. Ciasto wyszło puszyste i wilgotne.

Dodatek rabarbaru powoduje, że ciasto jest naprawdę wilgotne i lekkie, a kwaskowaty posmak zapewnia wrażenie orzeźwienia i nie powoduje, że ciasto wydaje się ciężkie. Próbujcie swoje wersje ciasta jogurtowego, gorąco zachęcam i wymyślajcie własne owocowe dodatki…

W królestwie rododendronów

Na przełom maja i czerwca przypada w Polsce sezon kwitnienia rododendronów. Trwa on około 3 tygodni. Rododendrony to jedne z najpiękniej kwitnących krzewów późnej wiosny. Mnie najbardziej kojarzą się one z Anglią, gdyż tam pierwszy raz się nimi zachwyciłem, a wysokość krzewów obsypanych kwiatami dochodziła do 2 metrów. Chociaż rododendron pochodzi z Azji, bardzo dobrze rośnie w naszych warunkach klimatycznych. Jest rośliną mrozoodporną, przy dużych mrozach liście zwijają się niemal w rurki i zwisają całkowicie w dół. W sezonie nawet po przekwitnięciu tworzą ciekawą ozdobę ogrodu, choć znacznie mniej dekoracyjną. Najokazalej prezentują się całe pokryte kwiatami. Niestety w naszym klimacie, jeśli wiosna jest bardzo ciepła i temperatury sięgają 25°C, kwiaty szybko przekwitają i opadają. Po prostu nie lubią zbyt wysokich temperatur. Przy umiarkowanie wilgotnej wiośnie i temperaturach poniżej 20°C będą kwitły znacznie dłużej.

Rododendrony nie są roślinami ciężkimi w uprawie, wymagają kwaśnego podłoża, jak iglaki i rośliny wrzosowate i umiarkowanej wilgotności. Lepiej rosą w miejscach półcienistych, ale z dostępem do słońca niż w pełnym słońcu. Polecam również podsypanie krzewów korą, nada kwaśności podłożu i zapobiega wyrastaniu chwastów. Po przekwitnięciu ja usuwam zwiędnięte kwiatostany, przez uszczykiwanie podstawy kwiatostanu na poziomie, z którego wyrastają nowe przyrosty, pozostawiając właśnie te młode przyrosty. Późnym latem, jeśli się zbytnio rozkrzewią możemy dokonać niewielkiego cięcia tegorocznych odrostów. Zwracajmy jednak uwagę, które gałązki wycinamy. Rododendron jeszcze w danym roku wytwarza na szczytach pędów pąki kwiatowe na kolejny rok, te bardziej pękate są kwiatowe, a z wydłużonych wyrosną tylko liście. Takie są podstawy uprawy rododendronów. Jeśli mamy trochę miejsca w ogrodzie, warto posadzić przynajmniej jeden krzew, a wiosną będzie cieszył oczy niesamowitymi kwiatami.

Budapeszt w dwa dni, praktyczne wskazówki

Opisałem Wam już najciekawsze miejsca w Budapeszcie, które powinniście zobaczyć w czasie kilkudniowego pobytu w stolicy Węgier. Dzisiaj kilka wskazówek jak ułatwić sobie podróżowanie po mieście, gdzie można się zatrzymać, co warto kupić, czy zjeść. Najpopularniejszym i najszybszym środkiem transportu jest metro. Metro to jest najstarszym w Europie, otwarto je w 1896 r. W Budapeszcie działają 4 linie metra (najstarsza jest żółta M1 z zabytkowymi starodawnymi stacjami), a koszt biletu dobowego jest niewielki, to 1650 forintów, czyli około 24 zł. Z biletu możemy korzystać w metrze, tramwaju, autobusie i trolejbusie w granicach miasta. Najlepszym rozwiązaniem jest więc pozostawienie auta na parkingu hotelowym i przemieszczanie się po mieście z wykorzystaniem publicznych środków transportu. Metrem przemieścicie się zarówno pod Wzgórze Gellerta, w okolice Parlamentu, czy do Placu Bohaterów. Ciekawym doświadczeniem będzie też przejażdżka tramwajem wzdłuż Dunaju. Linia tramwajowa biegnie po obu stronach rzeki, bezpośrednio na nadbrzeżu. Metro działa do 23:30, ale w nocy możemy skorzystać z nocnych autobusów. To chyba wszystko, co powinniście wiedzieć o transporcie miejskim.

Wieczorową porą warto udać się nad Dunaj i posiedzieć tam aż do zmroku, przy lampce wina, delektując wzrok pięknymi zabytkami rozlokowanymi wzdłuż brzegu, które prezentują się niesamowicie zwłaszcza po zmroku, kiedy włączana jest iluminacja budynków Parlamentu, Zamku, czy okolicznych kościołów, podświetlone też są wszystkie mosty. Polecam zatrzymać się w restauracji Andante na lampkę wina, no może dwie, koniecznie wybierając stolik na zewnątrz. Widok z tego miejsca na znajdujący się na przeciwległym brzegu Parlament jest niesamowity, a my możemy sobie wygodnie siedzieć, popijać wino i próbować pysznych serów, które w menu ma ta restauracja, można tam też zamówić i inne przekąski, idealnie nadające się do wina. Najlepsze jednak zdjęcia Parlamentu po zmroku, zrobicie po przejściu jeszcze kilkuset metrów dalej do stacji metra Batthyány. Warto jest zejść nad sam brzeg rzeki, tam nic nam nie zasłoni panoramy, a zdjęcia wyjdą oszałamiająco.

Podświetloną bryłę zamku natomiast najlepiej jest podziwiać z ławek na przeciwległym brzegu rzeki, w bezpośrednim sąsiedztwie mostu łańcuchowego. Jest tam też niewielki bar o nazwie Raqpart z leżakami i stolikami, iście letnia atmosfera panowała w tym miejscu podczas naszego pobytu. Jeśli miniecie most łańcuchowy, idąc w stronę Parlamentu, zrobicie ciekawe zdjęcia łączące w jednym ujęciu cały most, a miedzy jego przęsłami Wzgórze Zamkowe. Ciekawe zdjęcia możecie też zrobić schodząc ze Wzgórza Gellerta z miejsca gdzie znajduje się pomnik Świętego Gellerta, z Parlamentem w tle. To miejsce jednak polecam do zdjęć za dnia, a nie po zmroku.

Tyle o doznaniach artystycznych, jeszcze kilka słów na koniec  o kuchni węgierskiej. Będąc na Węgrzech nie sposób nie spróbować zupy gulaszowej. Jest ona nieco tłuściejsza, rzadsza i ostrzejsza od tych, do której my Polacy jesteśmy przyzwyczajeni, ale jest to obowiązkowy obiad w stolicy Budapesztu. W samym centrum miasta w restauracjach będzie drożej, więc lepiej jest poszukać czegoś jedną, czy dwie przecznice dalej. My trafiliśmy do bistro Why not cafe and bar, położonego nad brzegiem Dunaju było tanio i pysznie, czego więcej potrzeba. Stamtąd udaliśmy się bezpośrednio do hali targowej, obowiązkowego punktu odwiedzin, dla każdego kto nie tylko lubi jeść, ale i gotować. Będąc na Węgrzech nie sposób nie kupić tokaju, chyba najpopularniejszego węgierskiego wina oraz papryki, z której wykorzystania kuchnia węgierska słynie. Świeżą paprykę ciężko może być nam przewieźć, ale warto kupić paprykę sproszkowaną lub suszoną, smak będzie nieporównywalny do tego, który znajdujemy w naszych sklepach. Warto też zaopatrzyć się w paprykowe pasty marki UNIVER, idealnie nadają się jako dodatek do gulaszu, czy zimnych przekąsek. Pasty te możecie już również kupić w Polsce w niektórych sklepach.

Stolica Węgier zauroczyła mnie pięknem zabytków i niesamowitą atmosferą, którą szczególnie można poczuć spacerując brzegiem Dunaju. Iście letnia pogoda, która towarzyszyła nam podczas całego pobytu tylko potęgowała wszystkie wrażenia. Jeśli, tak jak ja, jeszcze nie byliście nigdy w Budapeszcie koniecznie się tam wybierzcie. Niestety droga samochodem z Polski nie należy do najprzyjemniejszych, ale zawsze można wybrać połączenie samolotowe. No cóż, narzekamy na nasze drogi, ale po odwiedzeniu Węgier uwierzcie, nie mamy się czego wstydzić i na co narzekać. Dodatkowo musimy pamiętać o zakupie winiet węgierskiej i słowackiej, koszt to 115 złotych, na przejściu granicznym w Chyżne. Więc, pakujcie walizki i w drogę do Budapesztu, przy najbliższym dłuższym weekendzie.