Paella i sernik baskijski, wspomnienie kulinarne z Barcelony…

Oczywiście po mojej podróży do Barcelony nie mogło zabraknąć wpisu o kuchni hiszpańskiej i miejscach kulinarnych, które odwiedziliśmy. Hiszpańska kuchnia jest pełna różnorodnych smaków, kolorów, tekstur. Z Hiszpanią najbardziej kojarzą mi się tapasy, paella i owoce morza. Tapas bary znajdują się niemal na każdej ulicy w centrum Barcelony. Dla tych co się zastanawiają co to tapasy, to małe przekąski na zimno lub na ciepło, serwowane w barach. Niemal w samym sercu Barcelony znajduje się bar serwujący tapasy o nazwie Tosca Palau przy skrzyżowaniu ulic Carrer de Sant Pere Més Alt i Carrer de Verdaguer i Callis na przeciwko Pałacu Muzyki Katalońskiej. Jest to klimatyczny tapas bar z przemiłą obsługą, to tam właśnie udaliśmy się pierwszego dnia spacerując po centrum by chwilę odpocząć po trudach podróży do Barcelony. Wspominałem Wam o tym miejscu w moim pierwszym wpisie z Barcelony. Miejsce wybrane na mapach Google okazało się strzałem w dziesiątkę. Idealnym rozwiązaniem jest zamówienie kilku rodzajów tapas i wzajemnie podzielenie się by popróbować różnych smaków. Do tego pyszna sangria, czego więcej potrzeba. Czas przyjemnie mijał w towarzystwie przyjaciół, ale trzeba było ruszać na dalsze zwiedzanie Barcelony. Miejsce jest jednak jak najbardziej godne polecenia, tym bardziej, że przy okazji możemy podziwiać Pałac Muzyki Katalońskiej, znajdujący się w bezpośrednim sąsiedztwie.

Najbardziej charakterystyczną potrawą w hiszpańskiej kuchnia dla mnie jest paella, która wywodzi się z Valencji, a nie z Barcelony, ale możemy ją zamówić prawie w każdej restauracji, choć nie w każdej smakuje tak dobrze. Ja mogę polecić typową restaurację dla lokalsów, trochę na uboczu, ale z przepyszną pella, jest to Casa Muyo. Do wyboru jest paella z owocami morza, z kurczakiem lub mieszana, a także paella z warzywami. Oczywiście w menu są i inne dania, ale jak nie jeść paelli w Hiszpanii. Bardzo dobrą paellę jedliśmy też w restauracji Cal Mariner położonej w pobliżu plaży, przy Carrer de Miquel Pedrola i Alegre, pyszna paella i do tego równie dobra sangria, chwilo trwaj, można by powiedzieć. Te miejsca sprawdziłem i mogę polecić, ale pewnie w wielu innych restauracjach zjecie równie dobre dania kuchni hiszpańskiej. Nie polecam odwiedzać restauracji przy głównych deptakach, ale szukać w bocznych ulicach, tam na pewno znajdziecie wiele perełek kulinarnych. 

Hiszpania słynie również z sernika baskijskiego. Przy Carrer de Sant Pere Més Baix znajduje się znana i popularna cukiernia John Cake, specjalizująca się w tych sernikach. Porcja kosztuje coś koło 5 lub 6 euro. Ja nie skusiłem się tam na degustację, natomiast moi przyjaciele tak, spróbowałem mały kawałeczek, ale jakoś mnie nie zachwycił smak. Uważam, że o wiele lepsze były serniki z cukierni 99 Cheesecake, a do tego porcja bez dodatków kosztuje tylko 0,99 euro.

Ciekawą kulinarną miejscówką na mapie Barcelony jest El Nacional. To taka duża hala z otwartym wnętrzem, w której znajduje się kilkanaście restauracji oferujących różnego rodzaju dania. Owszem odwiedziliśmy to miejsce, ale na posiłek już zatrzymaliśmy się w innej restauracji. Miejsce ciekawe, ale dość drogie i komercyjne, trochę przygotowane pod turystów w mojej ocenie, ale warto przejść się i obejrzeć wnętrze, a może ktoś tam znajdzie coś dla siebie.

Na koniec nie sposób nie wspomnieć o hala targowych, które bezsprzecznie które są ważnymi punktami na kulinarnym szlaku po Barcelonie, te najbardziej znane to Mercat de la Boqueria i Mercat de Santa Caterina.  Niestety nie odwiedziliśmy tych miejsc, gdyż w dniu, kiedy mieliśmy zaplanowaną tam wizytę dość mocno zaczął padać deszcz i musieliśmy mocno ograniczyć nasze plany i wrócić do mieszkania. 

Hiszpania smakuje owocami morza i całą mnogością innych smaków ukrytych w tych małych przekąskach zwanych tapasami, a na deser dzban sangrii i kremowa słodycz sernika baskijskiego. Te smaki pozostaną w moich wspomnieniach z pobytu w Barcelonie, a może i będą inspiracją do własnych eksperymentów kulinarnych.

Barcelona, ciekawe, choć nieoczywiste miejsca warte odwiedzin

Barcelona, to nie tylko miasto naznaczone pamiątkami niesamowitego talentu i wizjonerstwa architekta Antonio Gaudiego. To miasto pełne innych, równie ciekawych atrakcji i miejsc, które warto odwiedzić. Barcelona położona jest nad samym brzegiem Morza Śródziemnego, co już stanowi niesamowitą atrakcję. Będąc w tym pięknym mieście mamy od razu do dyspozycji plażę, słynną Barcelonetę i w miarę ciepłe morze. Plaża przy samym mieście to doskonałe miejsce na relaks i odpoczynek po całym dniu spędzonym na zwiedzaniu Barcelony, czy też po prostu na spędzenie tam całego dnia, zażywając kąpieli morskich i słonecznych. Jeśli mamy nocleg zarezerwowany w ścisłym centrum do plaży możemy dojść spacerem w ciągu 40 minut. W okolice plaży kursuje też kilka autobusów, m.in. V19, który łączy Park Guel, z Barcelonetą. Przy plaży znajduje się wiele restauracji i barów, gdzie możemy coś zjeść, napić się drinka ze znajomymi, czy po prostu odpocząć od słońca. 

Pisząc o naturze i przyrodzie Barcelony nie można nie wspomnieć o Parku de la Ciutadella, który jest położony w pobliżu plaży. W parku znajduje się niesamowita, majestatyczna fontanna ze szmaragdowo zieloną wodą Cascada del Parc de la Ciutadella. Od strony centrum do parku prowadzi wysadzana palmami aleja Passeig de Lluís Companys, która zaczyna się Łukiem Triumfalnym, o którym pisałem Wam w moim pierwszym wpisie o Barcelonie. Ciekawym przyrodniczo miejscem jest też wzgórze Montjuïc. Możemy tam się dostać na kilka sposobów. Oryginalnym wyborem jest przejazd kolejką linową ze starego portu. Moi przyjaciele, którzy towarzyszyli mi w Barcelonie zrobili sobie z dziećmi wycieczkę na wzgórze Montjuïc i skorzystali z tej kolejki linowej. Do domu wracali już pieszo, muszę przyznać, że trochę czasu im to zajęło. Na wzgórze możemy się również dostać drugą kolejką od innej strony, w tym przypadku dolna stacja kolejki znajduje się w pobliżu Muzeum Narodowego i stadionu olimpijskiego.

Kolejnym miejscem wartym odwiedzin jest jeszcze inna atrakcja po części przyrodnicza, to  Wzgórze Tibidabo, ze znajdującym się na jego szczycie kościołem i mini parkiem rozrywki. Tego miejsca również nie odwiedziłem, niestety nie chciałem narażać Mamy na zbyt duży wysiłek. Rozciąga się stamtąd niesamowity widok na całą panoramę Barcelony.

U stóp Muzeum Narodowego znajdują się natomiast magiczne fontanny. W czwartki, piątki i soboty odbywa się tam pokaz stanowiący połączenie muzyki, świateł i sterowanej wody w ogromnej fontannie, znajdującej się w centralnej części placu przed muzeum. Będąc w tej okolicy warto się również wybrać to pobliskiego centrum handlowego Arena, które powstało z przebudowanej areny walk byków. Na dachu centrum znajduje się taras widokowy, z którego roztacza się widok wkoło na całe miasto. Wstęp na taras jest bezpłatny. Ponieważ to centrum handlowe nie jest bardzo wysokie więc widoki nie są aż tak oszałamiające, ale jak na bezpłatną atrakcję warto na pewno skorzystać. Nam udało się zobaczyć pokaz fontann, robi naprawdę niesamowite wrażenie i jest ciekawą atrakcją, a przed pokazem, odwiedziliśmy jeszcze taras wspomnianego centrum handlowego Arena, żeby z tej perspektywy pooglądać panoramę Barcelony.

Dla miłośników gotowania, przypraw, kolorowych owoców i warzyw, które są uprawiane w tym klimacie dużą atrakcją będą odwiedziny w jednej z dwóch hal targowych, tj. Mercat de laBoqueria lub Mercat de Santa Caterina. 

Spacerując po Barcelonie nie sposób nie dotrzeć do Placu Katalońskiego, to chyba największy plac Barcelony, choć na mnie nie zrobił większego wrażenia może dlatego, że kiedy tamtędy przechodziliśmy mocno padał deszcz i nie dało się wiele zobaczyć.

Z budynków o ciekawej, wręcz niesamowitej architekturze i wnętrzach warto odwiedzić Pałac Muzyki Katalońskiej, z bajeczną salą koncertową oraz modernistyczny szpital Sant Pau z zachwycającymi, jak na szpital kolorowymi i zdobionymi wnętrzami. Niestety tych dwóch miejsc również nie odwiedziliśmy, jedynie udało się nam zrobić zdjęcia Pałacu Muzyki Katalońskiej z zewnątrz. 

Miłośnicy sportu nie odpuszczą sobie pewnie odwiedzin stadionu  Camp Nou, a miłośnicy sztuki powinni odwiedzić Muzeum Picassa w dzielnicy La Ribera.

W Barcelonie uderza bardzo uporządkowany układ urbanistyczny miasta, szerokie ulice obsadzone platanami i masą innej roślinności, przecinające się pod kątem prostym. Warto po prostu przejść się tymi alejami, podziwiając architekturę pobliskich kamienic, czy zagubić się w wąskich i krętych uliczkach dzielnicy gotyckiej. A nawiązując do przyrody, w okresie kiedy my byliśmy w Barcelonie kwitły i pyliły platany. Spacerując w pobliżu plaży przechodziliśmy ulicą Pg. de Joan de Borbó i zatrzymaliśmy się w jednej z restauracji na kawę. I tu ciekawostka ten pyłek z platanów tak na nas podziałał, że po kilku minutach wszyscy dostali lekko duszącego kaszlu. Wszystko oczywiście minęło jak opuściliśmy kawiarnię i dotarliśmy do plaży, poza obszar spadającego pyłku.

Wybierając się na kilka dni do Barcelony, polecam znaleźć miejscówkę do spania w centrum. Barcelona jest dosyć kompaktowym miastem i my mieszkając w pobliżu stacji metra Tetuan, praktycznie wszędzie mogliśmy dojść pieszo, nawet na plażę udaliśmy się spacerem. Jedynie do Parku Guel podjechaliśmy autobusem z Placu Tetuan, no i do magicznych fontann, one również są poza ścisłym centrum. 

W kwestii transportu, najszybciej przemieścimy się po mieście metrem, ale sieć autobusowa jest również dobrze rozwinięta. My na cztery pełne dni pobytu w Barcelonie zakupiliśmy 10-cio przejazdowe bilety, zarówno na metro, jak i autobus, co było najoptymalniejszym rozwiązaniem, kiedy korzystaliśmy z miejskiego środka transportu.

Nie wszystkie atrakcje, o których napisałem Wam w tym wpisie udało nam się odwiedzić, jest to więc dobry powód by ponownie za jakiś czas zawitać do Barcelony. Jeśli mamy dobrze zaplanowany wyjazd lepiej zakupić bilety do miejsc, które chcemy odwiedzić wcześniej przez Internet, unikniemy kolejek i ewentualnego rozczarowania że biletów już nie będzie. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś uda mi się odwiedzić to piękne miasto, a Wy planując wycieczkę do Barcelony skorzystacie z moich wskazówek.

Śladami Gaudiego, czyli od Sagrada Familia do Casa Batlló, aż po Park Guel i jeszcze więcej….

Będąc w Barcelonie nie sposób nie odwiedzić miejsc naznaczonych niesamowitym talentem Antoniego Gaudiego. W tym roku dodatkowo przypada setna rocznica jego śmierci więc jest to rok szczególny. Najsłynniejsza jest oczywiście Sagrada Familia, jeden z najbardziej znanych i największych kościołów świata. W tym roku oficjalnie zakończono jego budowę po 144 latach, montując krzyż na najwyższej wieży. Oczywiście jeszcze przed wylotem zarezerwowaliśmy sobie wejściówki do tego cuda architektury, gdyż bilety wyprzedają się zazwyczaj z kilkudniowym wyprzedzeniem. Jednak na dwa dni przed terminem, zostały nam anulowane bilety, z uwagi iż tego dnia odbywał się zjazd biskupów i jakaś konferencja trwała we wnętrzu bazyliki. Coś, co było głównym punktem naszego wyjazdu, stało się jego największym rozczarowaniem, gdyż w tych okolicznościach bazylikę mogliśmy jedynie podziwiać z zewnątrz, a oglądając zdjęcia z wnętrza w Internecie nie sposób się nie zachwycić tą grą kolorów we wnętrzach. Na pocieszenie można powiedzieć, że pozostaje motywacja do ponownego odwiedzenia Barcelony. Sama budowla już z zewnątrz robi niesamowite wrażenie, setki detali na wieżach i fasadzie, zachwycające drzwi wejściowe, aż trudno sobie wyobrazić, że można coś tak misternego zbudować. O historii Sagrady Familii nie będę Wam pisać, kto jest zainteresowany może znaleźć całe mnóstwo informacji w Internecie. Sagradę obfotografowaliśmy ze wszystkich stron wraz ze zbliżeniami na te detale na wieżach. Warto udać się też do parku od strony głównego wejścia. Stamtąd ze szmaragdowym stawem i bazyliką w tle wychodzą bardzo ładne zdjęcia. Niestety panoramę psują jeszcze dwa dźwigi, które wciąż były zamontowane przy wieżach.

Jednak Sagrada Familia, to nie jedyna pamiątka po talencie i niesamowitej wyobraźni Gaudiego.  W Barcelonie jest kilka kamienic o charakterystycznej architekturze zaprojektowanych przez Antoniego Gaudiego. My zaczęliśmy od Casa Vicens, kamienicy, wyglądającej jak zamek z bajki, a położonej najdalej od centrum. Do Casa Vicens dojechaliśmy metrem ze stacji Sagrada Familia w pobliżu bazyliki, z przesiadką na stacji Diagonal, do stacji Fontana. Stamtąd jest dwie minuty spacerem pod tę uroczą kamienicę z niesamowitą ilością detali, sztukaterii i dominującą czerwienią ścian. Wejście kosztowało 16 euro od osoby więc kupiliśmy sobie bilety i zwiedziliśmy chociaż Casa Vicens, skoro nie było nam dane wejść do Sagrady Familii. Ilość detali we wnętrzach poszczególnych pomieszczeń i taras na dachu robią wrażenie i warto zobaczyć od środka to miejsce. Na spokojne zwiedzanie kamienicy wystarczy pół godziny do 40 minut. Na terenie nieruchomości, w ogrodzie znajduje się kawiarnia gdzie można odpocząć przy kawie.

Podążając szlakiem dzieł Gaudiego udaliśmy się w kierunku kolejnej kamienicy, czyli Casa Milà. Do Casa Milà dojdziemy spacerem w ciagu pół godziny od Casa Vincens idąc Carrer Gran de Gràcia. Po drodze możemy podziwiać równie piękne kamienice, zwłaszcza przy Pg. de Gràcia. Casa Mila inaczej La Perdera to potężna kamienica z kamienną fasadą i falującymi balkonami. Czytając o tych kamienicach Gaudiego przed wyjazdem, sporo osób jednak nie zachwyciło wnętrze tej kamienicy, więc my też odpuściliśmy sobie zwiedzanie, tym bardziej, że wcześniej byliśmy w kolorowej Casa Vicens. Idąc dalej Pg. de Gràcia po kilkuset metrach dotarliśmy do Casa Batlló, kamienicy tak kolorowej, że jeszcze bardziej bajkowej niż Casa Vincens. Planowałem wejść do środka, ale zraziła mnie cena biletu 39 euro za osobę i ogromny tłum turystów, który czekał na wejście. Może innym razem zdecyduję się zwiedzić tę kamienicę bo z zewnątrz wyglada naprawdę bajkowo, z tymi kolorowymi płytkami na fasadzie i łuskowatym dachem. W mojej ocenie to jeden z najurokliwszych budynków jakie widziałem. W tym dniu na  Casa Batlló zakończyliśmy wycieczkę śladami Gaudiego po Barcelonie.

Kolejnego dnia mieliśmy jeszcze zaplanowaną wycieczkę do Parku Guel, w którym znajdują się budynki i elementy architektury również zaprojektowane przez Gaudiego. Do Parku Guel najlepiej udać się z rana zaraz po otwarciu, kiedy nie ma jeszcze tłumu turystów i można porobić fajne zdjęcia bez tłumu w tle i spokojnie pospacerować. Sam park, jak park, dużo roślinności, ścieżki, miejsca do odpoczynku. Największe wrażenie robi plac centralny parku z charakterystyczną wijącą się wkoło ławeczką, wykładaną mozaiką, a zaprojektowaną przez Antoniego Gaudiego. Roztacza się stąd niesamowity widok na panoramę Barcelony z Sagradą Familią w tle. Pod tym placem znajduje się otwarta hala, której mozaikowe sklepienie wsparte jest na 86 kolumnach. Z hali tej prowadzą mozaikowe schody do dolnego placu, a na schodach znajduje się fontanna z charakterystyczną mozaikową wielką jaszczurką. Przy dolnym placu w tej części parku po obu stronach wejścia wybudowane są dwa domki zaprojektowane również przez Gaudiego, które wyglądają jak chatki z piernika. Niestety wstęp do poszczególnych budynków znajdujących się na terenie parku jest odrębnie płatny, a kolejki do każdego z nich były dosyć długie. My mieliśmy tylko wykupione wejście do parku bez tych kamienic. Jednak już sam spacer przez park i możliwość podziwiania tych kamieniczek z zewnątrz dla nas były wystarczające by odpocząć na łonie natury.

Tak wygląda Barcelona Gaudiego, magiczna, bajkowa, a raczej baśniowa, beztroska, pozbawiona tej szarości która nas otacza na co dzień, pełna życia i kolorów. To trzeba zobaczyć na żywo. Ja na pewno będę chciał tam wrócić by zobaczyć jeszcze wnętrza Sagrady Familii bo wiem, że warto być w środku tej niesamowitej bazyliki, znanej na całym świecie. Barcelona, to jednak nie tylko dzieła Gaudiego, ale i wiele atrakcji przyrodniczych oraz ciekawych miejsc, które również warto odwiedzić, ale o tym w kolejnym wpisie o naszym pobycie w Barcelonie.

Barcelona, Barcelona, Barcelona…

Tak jak już kiedyś pisałem do Hiszpanii mam ogromny sentyment. Ta kultura, muzyka latynoska, hiszpańska, smaki hiszpańskie są mi bardzo bliskie. Nie wiem jak to nazwać, ale tak pod skórą czuję, że ten kraj jest mi niesamowicie bliski, podobnie jak Francja, czy Chorwacja. Od jakiegoś czasu organizuję wspólnie ze znajomymi i z moją Mamą takie wiosenne citybreaki. Tak na kilka dni przed sezonem byliśmy już w Paryżu, Edynburgu, nad Balatonem. Hiszpania jest zawsze u mnie na celowniku więc w tym roku zdecydowaliśmy się na Barcelonę. W maju, po szaleństwie długiego weekendu zaplanowaliśmy kilkudniowy pobyt w tym cudownym mieście. W Barcelonie byliśmy w środę przed południem więc do dyspozycji mieliśmy większą połowę dnia i kolejne cztery pełne dni, bo lot powrotny przypadał w poniedziałek do południa. Mieszkanie wynajęliśmy niemal w samym centrum w pobliżu stacji metra Tetuan więc wszędzie było blisko na nogach. Takie było zresztą założenie by mieć blisko wszędzie tym bardziej, że moja Mama jest 80+ i kolega też wziął Mamę w podobnym wieku. 

Ponieważ na takich wycieczkach lubię mieć wszystko zaplanowane, pierwszego dnia po przylocie wybrałem najbliższą trasę, czyli spokojny spacer w kierunku dzielnicy gotyckiej. Po dotarciu z lotniska do mieszkania, lekkim odpoczynku i rozpakowaniu wybraliśmy się na pierwsze zwiedzanie miasta. Z naszego mieszkania udaliśmy się w kierunku południowym do Łuku Triumfalnego, który był wybudowany w 1888 r., jako główne wejście na wystawę EXPO. Nie poszliśmy dalej prosto przez szeroką obsadzona palmami Passeig de Lluís Companys w kierunku Parku Ciutadela, tylko skręciliśmy przed łukiem w prawo i następnie w boczną uliczkę Carrer del Rec Comtal, która z kolei przechodzi w Carrer de Sant Pere Més Baix, mającą już charakter deptaka dla pieszych bez ruchu samochodowego. 

Po drodze zrobiliśmy sobie krótkie odbicie z głównej trasy skręcając w prawo w Carrer de Verdaguer i Callís. Tym sposobem doszliśmy pod Pałac Muzyki Katalońskiej, budynek o niesamowitej architekturze, który niestety obejrzeliśmy tylko z zewnątrz. Vis a vis pałacu znajdował się polecany bar tapas, stąd też wynikało nasze odbicie od zaplanowanej wcześniej trasy. Każdy był zmęczony i spragniony po locie oraz dotychczasowym spacerze więc postanowiliśmy sobie zrobić krótką przerwę. O miejscach gdzie testowaliśmy hiszpańskie smaki napiszę jednak dopiero w jednym z kolejnych wpisów, o tym barze też. Po smacznym posiłku wróciliśmy na Carrer de Sant Pere Més Baix, którą dojdziemy do reprezentacyjnej arterii Via Laietana. Uwielbiam takie wąskie uliczki więc trasę zaplanowałem tak by nie iść szerokimi alejami, tylko kluczyć właśnie takimi wąskimi uliczkami. 

Po przecięciu Via Laietana poszliśmy Carrer del Dr. Joaquim Pou w kierunku Katedry św. Eulalii, kolejnego punktu na naszej trasie. Niestety wejście do środka kosztowało około 20 euro więc szybko popatrzyłem w Internecie jak ona wygląda w środku, a ponieważ nie była aż tak imponująca jak sobie wyobrażałem, odpuściliśmy zwiedzanie wnętrz tylko porobiliśmy zdjęcia z zewnątrz i udaliśmy dalej urokliwą Carrer del Bisbe. Na dziedzińcu katedralnym żyje stado 13 gęsi, co jest związane z miejskim kultem świętej Eulalii, której poświęcona jest katedra, ale tego stada też nie widzieliśmy. Z zewnątrz bryła katedry wygląda niesamowicie imponująco i tym musieliśmy się zadowolić. Nad wspomnianą wcześniej Carrer del Bisbe znajduje się gotycki Pont del Bisbe łączący dwie kamienice, który musiałem zobaczyć. Na końcu uliczka przechodzi w Placa de Sant Jaume. Skręcając z najbliższego rogu placu w Carrer del Call, a następnie w Carrer dels Banys Nous i ponownie klucząc wąskimi uliczkami dotarliśmy do Placa Reial, gdzie czekał na nas zasłużony dzban sangrii. 

Placa Reial to chyba jeden z urokliwszych placów miejskich z cudownymi palmami i podcieniami znajdującymi się w parterowej części kamienic otaczających plac, gdzie rozlokowane są liczne restauracje i kawiarnie. Po prawie godzinnej przerwie udaliśmy się w kierunku La Rambli, a docelowo Rambla de Mar, czyli przedłużenia najsłynniejszego barcelońskiego deptaka do samego morza. Na liście punktów do zobaczenia tego dnia miałem jeszcze Pasaż Bacardi, który łączy Placa Reial z La Ramblą, ale niestety praktycznie wszystkie punkty handlowe były już w nim pozamykane więc miejsce nie wyglądało tak urokliwie bo było po prostu puste. 

Przez Pasaż Bacardi wychodzi się wprost na deptak La Rambla. Niestety trwał tam jeszcze cały czas remont więc dużo miejsc było ogrodzonych czy rozkopanych, co spowodowało, że ten słynny deptak nie wywarł na mnie wielkiego wrażenia. Planowałem jeszcze zwiedzanie wnętrza jednego z okolicznych sklepików, a mianowicie Ale-Hop, ale tam również trwał remont i nic się nie dało zobaczyć, a środku znajduje się niesamowity zdobiony na wpół szklany sufit. Zwieńczeniem La Rambli już nad morzem jest pomnik Kolumba wskazującego ręką w kierunku Ameryki. Tuż za pomnikiem po przejściu na drugą stronę ulicy zaczyna się Rambla de Mar, czyli kontynuacja słynnej La Rambli w formie drewnianego mosto-deptaka prowadzącego do centrum handlowego Maremagnum i do portu.  To był ostatni punkt zwiedzania tego dnia. Stamtąd idąc przez port, Placa de L’lctieno doszliśmy do Placa de Pau Vila i z przystanku autobusowego dojechaliśmy prawie pod nasze mieszkanie. Byliśmy już zbyt zmęczeni po podróży samolotem i kilkugodzinnym spacerze przez miasto by jeszcze pieszo wracać do domu. W planach na kolejne dni mieliśmy wycieczkę śladami najsłynniejszego hiszpańskiego architekta, czyli Gaudiego, parki miejskie, plażowanie, ale o tym już w kolejnych wpisach wkrótce.

Kokosanki bez mąki

Kokosanki przygotowujemy z samych białek, wiórków kokosowych i drobnego cukru. Na pełną blachę standardową ciasteczek potrzeba 4 lub 5 białek, 300 gram wiórków kokosowych i pół szklanki cukru, szczyptę soli. 

Białka ubijamy ze szczyptą soli na delikatną pianę, następnie zmniejszamy obroty i stopniowo dodajemy cukier dalej ubijając. Białka ubijamy z cukrem do uzyskania lśniącej gładkiej masy i aż się cukier rozpuści. Jak weźmiemy w palce pianę nie powinniśmy już wyczuć cukru. Do tak ubitych białek dodajemy wiórki i mieszamy już delikatnie łyżką do połączenia składników. Piekarnik nastawiamy na 160°C  z włączoną dolną blachą. Na brytfannie rozkładamy papier do pieczenia i układamy uformowane kulki wielkości orzecha włoskiego. Proponuję lekko zwilżyć ręce przed formowaniem kulek by masa się mniej lepiła.

Kokosanki pieczemy w temperaturze około 160°C około 7 minut, następnie włączamy termoobieg i dopiekamy jeszcze 2 minuty by kokosanki z góry nabrały złotobrązowego koloru. Czas pieczenia i temperaturę musimy indywidualnie dopasować do rodzaju piekarnika. W Internecie znalazłem przepisy z temperaturą pieczenia 180°C  do 20 minut. Pierwszą partię kokosanek piekłem około 12 minut w temperaturze 175°C i od spodu były całe przypalone, że musiałem zeskrobywać przypaloną warstwę. Jest to zdecydowanie zbyt długi czas i za wysoka temperatura. W mojej ocenie 10 minut całkowitego pieczenia to absolutne maksimum, przy tym czasie i tak już spód zaczyna się lekko przywierać. Tak czy owak, jak pozostaje Wam białko po przygotowaniu np. pączków możemy je wykorzystać na przygotowanie kokosanek, są na prawdę bardzo dobre i bardzo szybko znikają.

Domowe pączki

Jest końcówka karnawału więc bez wyrzutów sumienia możemy sobie pozwolić na odrobinę słodkiego szaleństwa. Jest to okres, kiedy pączki są chyba najpopularniejszym deserem i najlepiej smakują. Pierwszy raz pączki sam zrobiłem około 20 lat temu. Niestety tamte pączki nie wyszły mi, były niedopieczone i niewyrośnięte. Teraz postanowiłem spróbować po raz kolejny zmierzyć się z tym smakołykiem. Oczywiście nie wymyśliłem nowego przepisu, ale stworzyłem coś na bazie tego co poczytałem w Internecie. Do mojego przepisu na pączki potrzeba 0,5 kilograma mąki, 5 lub 6 żółtek w zależności od wielkości, 250 ml mleka, 50 gram masła, około 50 gram świeżych drożdży, 3 łyżki cukru, szczyptę soli , 2 łyżki spirytusu. 

Najpierw przygotowujemy zaczyn, wykorzystując łyżkę mąki, łyżkę cukru, 3 łyżki ciepłego mleka, całe potrzebne drożdże. Wszystkie składniki dokładnie rozcieramy na gładką masę i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia na 20 do 25 minut, tak żeby się mocno spieniła. 

Kiedy zaczyn rośnie możemy się zabrać za przygotowanie pozostałych składników. Do dużej miski przesiewamy mąkę, dodajemy szczyptę soli, mleko lekko podgrzewamy, masło rozpuszczamy. Mleko i masło nie mogą być gorące tylko ciepłe lub nawet letnie. Żółtka oddzielamy od białek i mieszamy z pozostałym cukrem. Kiedy zaczyn wyrośnie do mąki dodajemy żółtka utarte z cukrem, mleko, masło i otrzymany zaczyn. Wyrabiamy ręcznie ciasto, w trakcie wyrabiania dodajemy dwie łyżki spirytusu. Spirytus zapobiega nadmiernemu pochłanianiu tłuszczu przez ciasto podczas smażenia. Ciasto wyrabiamy około 10 minut. Będzie ono miało lekko kleistą konsystencję, ale to naturalne. Tak wyrobione ciasto przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia na godzinę. Moje ciasto rosło prawie 20 minut dłużej by było puszyste. Wyrośnięte ciasto rozwałkowujemy lekko na placek grubości 2 centymetrów i wycinamy  szklanką kółka na pączki. Pozostałe wycinki ponownie zarabiamy i wycinamy kolejne krążki aż do zużycia całej porcji ciasta. Wycięte z ciasta pączki umieszczamy na blacie podsypanym lekko mąką by się nie kleiły, przykrywamy ściereczką i pozostawiamy do wyrośnięcia na kolejne pół godziny. 

Pączki smażymy na smalcu, będą smaczniejsze niż z oleju. Z tej proporcji ciasta wyszło mi około 18 pączków, a do smażenia użyłem 5 kostek smalcu. Najwygodniej pączki smaży się w szerokim płaskim rondlu. Pączki smażymy na mocno rozgrzanym smalcu. Najlepiej z resztek ciasta pozostawić sobie do testowania temperatury małą kuleczkę ciasta. Jeśli wrzucimy ją do smalcu i od razu będzie się smażyć i pienić tłuszcz, to znaczy że temperatura jest odpowiednia do smażenia naszych pączków. Pączki smażymy po około 3 minuty z każdej strony. To już jest kwestia obserwacji i wyczucia by nie były surowe w środku ani przepalone. 

Usmażone pączki wykładamy na ręcznik papierowy by odsączyć nadmiar tłuszczu. Przestudzone pączki nadziewamy konfiturą różaną, malinową, wiśniową, czy innym kremem w zależności od upodobania. Proponuję najpierw zrobić dziurę w pączku trzonkiem od małej łyżeczki i dopiero nadziewać masą ze szprycy cukierniczej. Ja od razu  wbijałem końcówkę szprycy i wciskałem nadzienie, co nie było dobrym pomysłem, bo niestety po wyjęciu szprycy nadzienie wypływało ze środka i ponownie musiałem nadziewać. Pewnie jest to kwestia wprawy i doświadczenia, ale dla początkujących lepiej jest przygotować dziurkę w pączku.

Nadziane pączki posypujemy cukrem pudrem lub możemy polukrować, ja wybrałem cukier puder, te polukrowane są za słodkie dla mnie. Muszę przyznać, że pączki wyszły bardzo smaczne, puszyste i wyrośnięte. Niestety przez problemy przy nadziewaniu niektóre miały minimalną ilość konfitury w środku, ale i tak dobrze smakowały. Warto samemu zrobić pączki w domu, jest to może trochę czasochłonne, ale nie takie trudne i daje ogromnie dużo satysfakcji. Do końca karnawału pozostało jeszcze 5 dni więc bierzcie się za przygotowanie własnych pączków. Chociaż karnawał zaraz minie to nie będzie mi to przeszkadzało w przygotowaniu własnych pączków ponownie za jakiś czas. Z pozostałych białek możecie przygotować proste kokosanki, ale o tym już w kolejnym wpisie.

Smaki Normandii, Bretanii i inne ciekawostki…

Smak Normandii to smak bryzy morskiej i morza. Nie jest to dziwne, gdyż Normandia znajduje się na północnym wybrzeżu Francji. Dokładniej mówiąc to smak różnego rodzaju owoców morza od muli, ostryg, po krewetki, kraby, homary i innego rodzaju morskie skorupiaki. Najpopularniejsze są jednak mule, czyli małże w różnych wydaniach. Ja próbowałem muli z chorizo, curry, sosem serowym lub kremowym na śmietance. Najlepsze były te z curry, które próbowałem w Saint Malo w restauracji Café de l’Ouest oraz z chorizo w Dunkierce nad samym morzem w Face à la Mer. 

W tej restauracji w Saint Malo serwowali też takie wielkie talerze z różnymi owocami morza. Wyglądało to niesamowicie, ale nie zaserwowaliśmy sobie takiej przyjemności. Niestety nie odważyłem się też spróbować ostryg, choć znam ich wielbicieli. Teraz chyba trochę żałuję, bo tam nad morzem musiały być najświeższe. W Honfleur w restauracji  L’Assiette gourmande spróbowałem natomiast najlepszego chyba jaki dotychczas jadłem makaronu carbonara z owocami morza. Smak był po prostu obłędny, trafiliśmy tam przez przypadek, bo w innych restauracjach nie było już miejsca, opinie też były takie sobie, ale jedzenie było po prostu doskonałe. Jak tak teraz wspominam, to podczas pobytu w Normandii ani razu nie zjadłem na obiad dania mięsnego i nie żałuję tego, bo mogłem delektować się świeżymi owocami morza.

Normandia słynie jeszcze z calvadosa. Jest to taki lokalny alkohol, pochodzący z tego regionu, produkowany z jabłek. Calvadosa próbowałem 20 lat temu, jak spędzałem tu wakacje, doskonale pamiętałem ten cierpko wytrawny smak. Teraz ponownie spróbowałem, ale tylko łyczek, no i nie przekonałem się, to nie mój smak. O wiele lepszy jest cydr, niskoprocentowy jabłkowy gazowany napój alkoholowy. Ma słodki, orzeźwiający smak więc nim można się już podelektować. Z produkcji cydru słynie zarówno Normandia, jak i Bretania.

Francja to również wszelkiego rodzaju sery pleśniowe. Są one obowiązkowym elementem każdego śniadania i warto popróbować ich różnych rodzajów. Nie ma oczywiście francuskiej kuchni, czy śniadania bez bagietki i całej masy innych słodkości jak croissanty, czy pain un chocolate, czyli takie ciastko z czekoladą. Świeża bagietka, odrobina masła i plasterek sera pleśniowego, czego chcieć więcej, no dobrej kawy z mlekiem.

Francuska kuchnia to jeszcze quiche, czyli zapiekanka w formie tarty, ale nie mylcie z tartą, na bazie ciasta kruchego z nadzieniem mięsnym lub warzywnym. Najsłynniejszy jest quiche Lorraine z masą śmietanową i boczkiem. W Honfleur poszliśmy do małej kafejki La Petite Chine na takie śniadanie w stylu francuskim z quiche, croissantem i pyszną kawą.

W Saint Mało spotkaliśmy jeszcze jeden lokalny przysmak, czyli kouign-amann, słodkie okrągłe ciasto maślane. W kilku punktach na starym mieście wypiekali je na bieżąco, a roznoszący się wkoło zapach był niesamowity. Znaleźliśmy również sklep, w którym sprzedawali tylko to ciasto, ale też nie skusiliśmy się. Teraz trochę żałuję, że nie spróbowałem tej lokalnej słodkości, no cóż nie da się wszystkiego popróbować.

Pisząc o słodkościach nie możemy zapomnieć o słynnych crêpe, czyli cieniutkich naleśnikach serwowanych na słodko, zazwyczaj składanych, a nie rolowanych, jak u nas. Na takiego naleśnika się już skusiłem, ale zdecydowanie jestem większym zwolennikiem owoców morza, a nie takich słodkości.

A tak z innych ciekawostek. Co do hoteli polecam wybierać małe butikowe hotele w centrach tych miasteczek, żeby poczuć ich klimat i atmosferę. Owszem usytuowane są one w kamieniczkach, w których zazwyczaj nie ma wind i trzeba taszczyć walizki po schodach do pokoju, ale ma to swój urok. Sprawdzoną miejscówką w Honfleur jest Les Cascades, położony niemal przy porcie, w Étretat – Villa Jade, praktycznie w samym centrum miasteczka, czy urokliwy Le Nautilus w Saint Malo. Co do śniadania to już poddaję indywidualnej decyzji, czy lepiej iść do kawiarni na kawę, a po drodze kupić sobie croissanta lub pani au chocolate, czy wykupić sobie śniadanie w hotelu. My skorzystaliśmy ze śniadania tylko w Saint Malo i to był akurat dobry wybór, a śniadanie osobiście serwował właściciel, zresztą przez cały nasz pobyt był bardzo uprzejmy i pomocny. Ciekawym doświadczeniem jest też nocleg w ichnim odpowiedniku naszej agroturystyki. Jeden nocleg mieliśmy zarezerwowany w dużym wiejskim, zabytkowym domu niedaleko od Barfleur o nazwie Le Chalet Suisse. Dom w wiejskiej spokojnej okolicy, wieczorem cisza i brak świateł miejskich, spacerujące po podwórku koty i kury. Tu też skorzystaliśmy z domowego śniadania, które serwowała właścicielka, warto się tam zatrzymać.

Podróżując przez Francję należy pamiętać, że znaczna część autostrad jest niestety płatna, ale opłat można spokojnie dokonać kartą płatniczą, a na niektórych odcinkach autostrad później sprawdzić sobie w internecie po numerze rejestracyjnym auta i opłacić online. Płatny jest również przejazd przez słynny Pont de Normandie, którym jechaliśmy z Étretat do Honfleur, ale warto przejechać się tym wielkim mostem. W niektórych miastach obowiązuje również strefa tzw. „czystego powietrza” i by wjechać do takich miast potrzebujecie naklejki Crit’Air  czyli Certificat qualité de l’air. Zamówiliśmy ją przez internet jeszcze z Polski, ale dotarła do nas już po powrocie. Na szczęście uniknęliśmy mandatów, a właściciel hotelu w Saint Mało powiedział, że wystarczy że się zarejestrowaliśmy na stronie internetowej, jednak nie jest to sprawdzona i pewna informacja.

Tak kończę moje wspomnienia z Normandii i Bretanii. Mam nadzieję, że będą pomocne dla tych którzy trafią na mojego bloga i zainspirują się do własnej wyprawy do północnej Francji. Jest to region wart odwiedzenia, gdzie można zachwycić się urokliwymi małymi miasteczkami, stanąć w miejscach, w których odegrały się ważne wydarzenia II wojny światowej i posmakować doskonałej regionalnej kuchni francuskiej.

W mieście korsarzy, czyli spacerem i rowerem przez Saint Malo

Do Saint Mało dotarliśmy koło 19.00, zwiedzanie Mont Saint Michel i dojazd zajęły trochę czasu, a nam się specjalnie nie spieszyło. W Saint Malo mieliśmy zarezerwowane dwa noclegi by spokojnie pozwiedzać miasto i skorzystać z uroków jakie daje pobliska plaża. Najstarsza, zabytkowa i najbardziej urokliwa część miasta otoczona jest murami. Tam też zarezerwowaliśmy sobie nocleg w hotelu, więc wszędzie mieliśmy blisko. Po przyjeździe do hotelu i krótkim odpoczynku udaliśmy się na kolację, a następnie na spacer uliczkami starego miasta. Z murów podziwialiśmy również zachód słońca. Cześć otoczona murami jest stosunkowo niewielka więc spokojnie przeszliśmy wszystkimi głównymi uliczkami. Przy restauracjach i barach do późnych godzin przewijali się turyści. Co ciekawe, jest tam też bardzo dużo lodziarni, a wybór lodów przyprawia o zawrót głowy. Po wieczornym spacerze, zachodzie słońca i odwiedzinach w dwóch barach wróciliśmy do hotelu gdyż kolejny dzień zapowiadał się dość intensywnie. Przez przypadek natrafiliśmy również na lokalną imprezę, która odbywała się w sklepie odzieżowym. Wyglądało to bardzo ciekawie, ale przy muzyce puszczanej przez chyba właścicielkę, wszyscy bawili się doskonale. 

Następnego dnia po smacznym śniadaniu, serwowanym przez właściciela hotelu, zabraliśmy rowery i udaliśmy się na wycieczkę w kierunku plaży. Plaża ciągnie się na długości około 3 kilometrów, a wzdłuż plaży przy deptaku prowadzi ścieżka rowerowa. Była piękna pogoda więc zafundowaliśmy sobie godzinną przerwę na leżakowanie i krótką kąpiel w zimnym niestety morzu. Następnie udaliśmy się w dalszą wycieczkę w kierunku plaży du Val. Cała wycieczka zajęła około 3 godziny. Pogodę mieliśmy idealną, było aż za gorąco, gdyż przy bezchmurnym niebie słońce bezlitośnie grzało, a temperatura dochodziła do 30°C. Po południu zrobiliśmy sobie ponownie spacer po starym mieście, czyli tej części zamkniętej w murach, dotarliśmy również pod pomnik najsłynniejszego korsarza Roberta Surcouf. Nie obyło się również bez zakupów magnesów i lokalnych pamiątek.

Kolejnego dnia rozpoczęła się nasza podróż powrotna w kierunku Polski. Po drodze odwiedziliśmy jeszcze uroczą malutką miejscowość Saint Suliac, którą polecił nam właściciel hotelu. Cudowne małe miasteczko, z tymi domkami z kamienia i kolorowymi okiennicami. W położonej przy plaży restauracji wypiliśmy kawę i ruszyliśmy w dalszą drogę. Żegnaliśmy się już niestety z Bretanią. Na pocieszenie mieliśmy jeszcze po drodze zaplanowane dwa noclegi w Paryżu. O Paryżu pisałem już Wam we wcześniejszych wpisach z wycieczki z okazji 80-tych urodzin mojej Mamy, więc ponownie nie będę rozpisywać się o Paryżu, choć kocham to miasto i czuję się tam doskonale. Mam nadzieję, że moje opowieści o atrakcjach Normandii, pomogą Wam zaplanować własną podróż do tej cudownej krainy klifów, kamienistych plaży, uroczych miasteczek i calvadosa.

Mont Saint Michel, perła Normandii z owcami w tle

Mont Saint Michel było ostatnim miejscem, które zwiedziliśmy w Normandii. Na skalistej wyspie otoczonej morzem zbudowane zostało opactwo, u podnóża którego znajdowało się miasteczko, a wszystko na jednej skale. Obecnie całość znalazła się na liście światowego dziedzictwa Unesco. Samo opactwo ma charakter świecki i znajduje się tam już tylko muzeum. Mont Saint Michel jest drugą najchętniej odwiedzaną atrakcją Francji po Paryżu. Ponieważ otoczenie Mont Saint Michel jest zalewane podczas przypływów, do wzgórza prowadzi drewniany most, którym dojdziemy z parkingu. Do wzgórza można dojść pieszo właśnie tym mostem lub podjechać autobusem z parkingu. Jak byłem tu pierwszy raz prawie 30 lat temu, tego mostu jeszcze nie było, a samochodem można było dojechać pod same mury. 

My zaparkowaliśmy auto w miejscowości La Rile i stamtąd udaliśmy rowerami do Mont Saint Michel. Był to bardzo dobry pomysł gdyż uniknęliśmy tych tłumów i w miarę szybko dojechaliśmy do celu. Rowery pozostawiliśmy pod murami, wszyscy tak robią i udaliśmy się na zwiedzanie. Na szczyt prowadzi Grande Rue, która jest niesamowicie zatłoczona, pełna restauracji, sklepów z pamiątkami i lodziarni. Dalej jest już luźniej, a z murów rozciągają się niesamowite widoki na całą okolicę. Niestety nie kupiliśmy wcześniej biletów więc musieliśmy odstać swoje w kolejce, ale w sumie dość szybko to szło i udało się nam zobaczyć wnętrza dawnego opactwa. 

W nawie głównej kościoła w miejscu ołtarza pod sufitem podwieszony jest obecnie olbrzymi księżyc. W kolejnych pomieszczeniach prezentowane są różne instalacje artystyczne. To miejsce już ma typowo świecki charakter. Po ponad półtoragodzinnym zwiedzaniu Mont Saint Michel wracaliśmy rowerem do zaparkowanego auta. Oczywiście musiałem zrobić zdjęcia wzgórza z owcami w tle. Robi to niesamowite wrażenie, gdy wkoło masz rozciągające się pola i pastwiska, owce skubiące trawę, a w tle  potężne Mont Saint Michel górujące nad całą okolicą. Tak zakończyliśmy naszą podróż po Normandii. Kolejny nocleg zarezerwowany mieliśmy w Saint Malo, ale to już w Bretanii i kolejnym wpisie.

Honfleur, miasto niczym wyjęte ze średniowiecza i spokojne Barfleur

Z Étretat udaliśmy się do Honfleur, gdzie mieliśmy zarezerwowany kolejny nocleg. Honfleur położone jest o godzinę jazdy samochodem od Étretat, u ujścia Sekwany do Kanału La Manche. Po drodze mijamy Le Havre i przejeżdżamy imponującym mostem Pont de Normandie, przez który przejazd jest niestety płatny. Miasto wygląda niczym wyjęte wprost ze średniowiecza z tymi cudownymi kamieniczkami i ich charakterystycznymi fasadami z drewnianymi kolorowymi belkami, typowymi dla starych normandzkich miasteczek i wsi. 

Wzdłuż portowego nabrzeża również ciągną się urokliwe kamieniczki choć już murowane, z usytuowanymi w części parterowej restauracjami, barami i kawiarniami. Polecam spacer  Rue Haute, Rue de l’Homme de Bois, Rue du Puits, są niesamowite. Praktycznie wszystkie uliczki w okolicy portu są bajkowe, z tymi średniowiecznymi kamieniczkami. Podczas naszego pobytu odbywał się targ w okolicach portu, przy Rue de La ville i Cr des Fosses, który praktycznie rozpoczynał się dopiero koło 18.00 i kończył w późnych godzinach wieczornych. Aż trudno było przejść ulicą wśród tłumu sprzedawców i kupujących. 

Miasto jest pełne turystów, nie tylko za dnia, ale i nocą. Cała okolica portowa tętni życiem do późnych godzin nocnych. My wracaliśmy do hotelu zaraz po północy, a wkoło spacerowali jeszcze ludzie, a i w okolicznych barach było pełno. Warto też przejechać się na kole młyńskim, które znajduje się po drugiej stronie kanału portowego. Z samej góry widać całą panoramę miasta. Ciekawostką jest ruchomy most, który prowadzi do tego koła. Jest on obracany, gdy przez kanał przepływają łodzie. Honfleur jest też bardzo ukwieconym miastem. Wszędzie w centrum znajdują się klomby obsadzone przepięknie kwitnącymi kwiatami, aż nie można oderwać wzroku. Honfleur nie jest dużym miastem, można spędzić tam kilka godzin i jechać dalej, ale uważam, że warto spędzić tam przynajmniej jedną noc i spokojnie pospacerować tymi zabytkowymi uliczkami, zachwycając się miejscową architekturą za dnia, i posiedzieć w porcie po zmroku, kiedy okoliczne ulice rozbłysną światłem latarni ulicznych. 

Kolejnego dnia udaliśmy się w kierunku Barfleur, ocenianego, jako jedna z najładniejszych wiosek francuskich. Po drodze odwiedziliśmy cmentarz amerykańskich żołnierzy i Omaha Beach, słynną z desantu wojsk alianckich w 1944 roku. Na plaży znajduje się pomnik poświęcony pamięci tych, którzy tam zginęli. Korzystając z rowerów, które mieliśmy ze sobą odbyliśmy wycieczkę od cmentarza do Omacha beach. Chcieliśmy wykorzystać skrót przez las, jednak to nie był dobry pomysł, gdyż chyba ze 300 metrów musieliśmy prowadzić rowery gdyż nie dało się jechać w gąszczu. Lepiej wybrać asfaltową drogę okrężną, będzie znacznie prościej i szybciej. Wracając z plaży do parkingu, również postanowiliśmy sobie skrócić drogę wracając przez wydmy, co było jeszcze gorszym pomysłem. Prawie cały czas musieliśmy prowadzić rowery w palącym słońcu, gdyż nie dało się jechać w sypkim piachu. 

Zmęczeni i poirytowani do Barfleur dojechaliśmy znacznie później niż planowaliśmy. Zbliżała się już 19.00, sklepiki były już pozamykane, otwarte były tylko chyba 4 restaurację przy samym porcie. Po kolacji odbyliśmy jeszcze spokojny spacer pobliskimi uliczkami oraz wzdłuż portu. O tej porze roku w Normandii słońce zachodzi po 21.30, więc spacerując po 20.00 było jeszcze zupełnie jasno. Cisza i spokój działały odprężająco po trochę męczącej wycieczce rowerowej w ciągu dnia. Małe kamienne domki obsadzone bujną roślinnością wzbudziły we mnie zachwyt. Do tego brak tłumów na ulicach, był kojący. Po godzinnym spacerze udaliśmy się do naszej kwatery noclegowej, która znajdowała się około 7 kilometrów stąd, w zabytkowym domu, taki odpowiednik polskiej agroturystyki. Cisza i spokój wiejskiej okolicy oraz brak miejskiego zgiełku pozwoliły wypocząć i wyspać się przed trudami kolejnego dnia.