Kokosanki przygotowujemy z samych białek, wiórków kokosowych i drobnego cukru. Na pełną blachę standardową ciasteczek potrzeba 4 lub 5 białek, 300 gram wiórków kokosowych i pół szklanki cukru, szczyptę soli.
Białka ubijamy ze szczyptą soli na delikatną pianę, następnie zmniejszamy obroty i stopniowo dodajemy cukier dalej ubijając. Białka ubijamy z cukrem do uzyskania lśniącej gładkiej masy i aż się cukier rozpuści. Jak weźmiemy w palce pianę nie powinniśmy już wyczuć cukru. Do tak ubitych białek dodajemy wiórki i mieszamy już delikatnie łyżką do połączenia składników. Piekarnik nastawiamy na 160°C z włączoną dolną blachą. Na brytfannie rozkładamy papier do pieczenia i układamy uformowane kulki wielkości orzecha włoskiego. Proponuję lekko zwilżyć ręce przed formowaniem kulek by masa się mniej lepiła.
Kokosanki pieczemy w temperaturze około 160°C około 7 minut, następnie włączamy termoobieg i dopiekamy jeszcze 2 minuty by kokosanki z góry nabrały złotobrązowego koloru. Czas pieczenia i temperaturę musimy indywidualnie dopasować do rodzaju piekarnika. W Internecie znalazłem przepisy z temperaturą pieczenia 180°C do 20 minut. Pierwszą partię kokosanek piekłem około 12 minut w temperaturze 175°C i od spodu były całe przypalone, że musiałem zeskrobywać przypaloną warstwę. Jest to zdecydowanie zbyt długi czas i za wysoka temperatura. W mojej ocenie 10 minut całkowitego pieczenia to absolutne maksimum, przy tym czasie i tak już spód zaczyna się lekko przywierać. Tak czy owak, jak pozostaje Wam białko po przygotowaniu np. pączków możemy je wykorzystać na przygotowanie kokosanek, są na prawdę bardzo dobre i bardzo szybko znikają.
Jest końcówka karnawału więc bez wyrzutów sumienia możemy sobie pozwolić na odrobinę słodkiego szaleństwa. Jest to okres, kiedy pączki są chyba najpopularniejszym deserem i najlepiej smakują. Pierwszy raz pączki sam zrobiłem około 20 lat temu. Niestety tamte pączki nie wyszły mi, były niedopieczone i niewyrośnięte. Teraz postanowiłem spróbować po raz kolejny zmierzyć się z tym smakołykiem. Oczywiście nie wymyśliłem nowego przepisu, ale stworzyłem coś na bazie tego co poczytałem w Internecie. Do mojego przepisu na pączki potrzeba 0,5 kilograma mąki, 5 lub 6 żółtek w zależności od wielkości, 250 ml mleka, 50 gram masła, około 50 gram świeżych drożdży, 3 łyżki cukru, szczyptę soli , 2 łyżki spirytusu.
Najpierw przygotowujemy zaczyn, wykorzystując łyżkę mąki, łyżkę cukru, 3 łyżki ciepłego mleka, całe potrzebne drożdże. Wszystkie składniki dokładnie rozcieramy na gładką masę i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia na 20 do 25 minut, tak żeby się mocno spieniła.
Kiedy zaczyn rośnie możemy się zabrać za przygotowanie pozostałych składników. Do dużej miski przesiewamy mąkę, dodajemy szczyptę soli, mleko lekko podgrzewamy, masło rozpuszczamy. Mleko i masło nie mogą być gorące tylko ciepłe lub nawet letnie. Żółtka oddzielamy od białek i mieszamy z pozostałym cukrem. Kiedy zaczyn wyrośnie do mąki dodajemy żółtka utarte z cukrem, mleko, masło i otrzymany zaczyn. Wyrabiamy ręcznie ciasto, w trakcie wyrabiania dodajemy dwie łyżki spirytusu. Spirytus zapobiega nadmiernemu pochłanianiu tłuszczu przez ciasto podczas smażenia. Ciasto wyrabiamy około 10 minut. Będzie ono miało lekko kleistą konsystencję, ale to naturalne. Tak wyrobione ciasto przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia na godzinę. Moje ciasto rosło prawie 20 minut dłużej by było puszyste. Wyrośnięte ciasto rozwałkowujemy lekko na placek grubości 2 centymetrów i wycinamy szklanką kółka na pączki. Pozostałe wycinki ponownie zarabiamy i wycinamy kolejne krążki aż do zużycia całej porcji ciasta. Wycięte z ciasta pączki umieszczamy na blacie podsypanym lekko mąką by się nie kleiły, przykrywamy ściereczką i pozostawiamy do wyrośnięcia na kolejne pół godziny.
Pączki smażymy na smalcu, będą smaczniejsze niż z oleju. Z tej proporcji ciasta wyszło mi około 18 pączków, a do smażenia użyłem 5 kostek smalcu. Najwygodniej pączki smaży się w szerokim płaskim rondlu. Pączki smażymy na mocno rozgrzanym smalcu. Najlepiej z resztek ciasta pozostawić sobie do testowania temperatury małą kuleczkę ciasta. Jeśli wrzucimy ją do smalcu i od razu będzie się smażyć i pienić tłuszcz, to znaczy że temperatura jest odpowiednia do smażenia naszych pączków. Pączki smażymy po około 3 minuty z każdej strony. To już jest kwestia obserwacji i wyczucia by nie były surowe w środku ani przepalone.
Usmażone pączki wykładamy na ręcznik papierowy by odsączyć nadmiar tłuszczu. Przestudzone pączki nadziewamy konfiturą różaną, malinową, wiśniową, czy innym kremem w zależności od upodobania. Proponuję najpierw zrobić dziurę w pączku trzonkiem od małej łyżeczki i dopiero nadziewać masą ze szprycy cukierniczej. Ja od razu wbijałem końcówkę szprycy i wciskałem nadzienie, co nie było dobrym pomysłem, bo niestety po wyjęciu szprycy nadzienie wypływało ze środka i ponownie musiałem nadziewać. Pewnie jest to kwestia wprawy i doświadczenia, ale dla początkujących lepiej jest przygotować dziurkę w pączku.
Nadziane pączki posypujemy cukrem pudrem lub możemy polukrować, ja wybrałem cukier puder, te polukrowane są za słodkie dla mnie. Muszę przyznać, że pączki wyszły bardzo smaczne, puszyste i wyrośnięte. Niestety przez problemy przy nadziewaniu niektóre miały minimalną ilość konfitury w środku, ale i tak dobrze smakowały. Warto samemu zrobić pączki w domu, jest to może trochę czasochłonne, ale nie takie trudne i daje ogromnie dużo satysfakcji. Do końca karnawału pozostało jeszcze 5 dni więc bierzcie się za przygotowanie własnych pączków. Chociaż karnawał zaraz minie to nie będzie mi to przeszkadzało w przygotowaniu własnych pączków ponownie za jakiś czas. Z pozostałych białek możecie przygotować proste kokosanki, ale o tym już w kolejnym wpisie.
Smak Normandii to smak bryzy morskiej i morza. Nie jest to dziwne, gdyż Normandia znajduje się na północnym wybrzeżu Francji. Dokładniej mówiąc to smak różnego rodzaju owoców morza od muli, ostryg, po krewetki, kraby, homary i innego rodzaju morskie skorupiaki. Najpopularniejsze są jednak mule, czyli małże w różnych wydaniach. Ja próbowałem muli z chorizo, curry, sosem serowym lub kremowym na śmietance. Najlepsze były te z curry, które próbowałem w Saint Malo w restauracji Café de l’Ouest oraz z chorizo w Dunkierce nad samym morzem w Face à la Mer.
W tej restauracji w Saint Malo serwowali też takie wielkie talerze z różnymi owocami morza. Wyglądało to niesamowicie, ale nie zaserwowaliśmy sobie takiej przyjemności. Niestety nie odważyłem się też spróbować ostryg, choć znam ich wielbicieli. Teraz chyba trochę żałuję, bo tam nad morzem musiały być najświeższe. W Honfleur w restauracji L’Assiette gourmande spróbowałem natomiast najlepszego chyba jaki dotychczas jadłem makaronu carbonara z owocami morza. Smak był po prostu obłędny, trafiliśmy tam przez przypadek, bo w innych restauracjach nie było już miejsca, opinie też były takie sobie, ale jedzenie było po prostu doskonałe. Jak tak teraz wspominam, to podczas pobytu w Normandii ani razu nie zjadłem na obiad dania mięsnego i nie żałuję tego, bo mogłem delektować się świeżymi owocami morza.
Normandia słynie jeszcze z calvadosa. Jest to taki lokalny alkohol, pochodzący z tego regionu, produkowany z jabłek. Calvadosa próbowałem 20 lat temu, jak spędzałem tu wakacje, doskonale pamiętałem ten cierpko wytrawny smak. Teraz ponownie spróbowałem, ale tylko łyczek, no i nie przekonałem się, to nie mój smak. O wiele lepszy jest cydr, niskoprocentowy jabłkowy gazowany napój alkoholowy. Ma słodki, orzeźwiający smak więc nim można się już podelektować. Z produkcji cydru słynie zarówno Normandia, jak i Bretania.
Francja to również wszelkiego rodzaju sery pleśniowe. Są one obowiązkowym elementem każdego śniadania i warto popróbować ich różnych rodzajów. Nie ma oczywiście francuskiej kuchni, czy śniadania bez bagietki i całej masy innych słodkości jak croissanty, czy pain un chocolate, czyli takie ciastko z czekoladą. Świeża bagietka, odrobina masła i plasterek sera pleśniowego, czego chcieć więcej, no dobrej kawy z mlekiem.
Francuska kuchnia to jeszcze quiche, czyli zapiekanka w formie tarty, ale nie mylcie z tartą, na bazie ciasta kruchego z nadzieniem mięsnym lub warzywnym. Najsłynniejszy jest quiche Lorraine z masą śmietanową i boczkiem. W Honfleur poszliśmy do małej kafejki La Petite Chine na takie śniadanie w stylu francuskim z quiche, croissantem i pyszną kawą.
W Saint Mało spotkaliśmy jeszcze jeden lokalny przysmak, czyli kouign-amann, słodkie okrągłe ciasto maślane. W kilku punktach na starym mieście wypiekali je na bieżąco, a roznoszący się wkoło zapach był niesamowity. Znaleźliśmy również sklep, w którym sprzedawali tylko to ciasto, ale też nie skusiliśmy się. Teraz trochę żałuję, że nie spróbowałem tej lokalnej słodkości, no cóż nie da się wszystkiego popróbować.
Pisząc o słodkościach nie możemy zapomnieć o słynnych crêpe, czyli cieniutkich naleśnikach serwowanych na słodko, zazwyczaj składanych, a nie rolowanych, jak u nas. Na takiego naleśnika się już skusiłem, ale zdecydowanie jestem większym zwolennikiem owoców morza, a nie takich słodkości.
A tak z innych ciekawostek. Co do hoteli polecam wybierać małe butikowe hotele w centrach tych miasteczek, żeby poczuć ich klimat i atmosferę. Owszem usytuowane są one w kamieniczkach, w których zazwyczaj nie ma wind i trzeba taszczyć walizki po schodach do pokoju, ale ma to swój urok. Sprawdzoną miejscówką w Honfleur jest Les Cascades, położony niemal przy porcie, w Étretat – Villa Jade, praktycznie w samym centrum miasteczka, czy urokliwy Le Nautilus w Saint Malo. Co do śniadania to już poddaję indywidualnej decyzji, czy lepiej iść do kawiarni na kawę, a po drodze kupić sobie croissanta lub pani au chocolate, czy wykupić sobie śniadanie w hotelu. My skorzystaliśmy ze śniadania tylko w Saint Malo i to był akurat dobry wybór, a śniadanie osobiście serwował właściciel, zresztą przez cały nasz pobyt był bardzo uprzejmy i pomocny. Ciekawym doświadczeniem jest też nocleg w ichnim odpowiedniku naszej agroturystyki. Jeden nocleg mieliśmy zarezerwowany w dużym wiejskim, zabytkowym domu niedaleko od Barfleur o nazwie Le Chalet Suisse. Dom w wiejskiej spokojnej okolicy, wieczorem cisza i brak świateł miejskich, spacerujące po podwórku koty i kury. Tu też skorzystaliśmy z domowego śniadania, które serwowała właścicielka, warto się tam zatrzymać.
Podróżując przez Francję należy pamiętać, że znaczna część autostrad jest niestety płatna, ale opłat można spokojnie dokonać kartą płatniczą, a na niektórych odcinkach autostrad później sprawdzić sobie w internecie po numerze rejestracyjnym auta i opłacić online. Płatny jest również przejazd przez słynny Pont de Normandie, którym jechaliśmy z Étretat do Honfleur, ale warto przejechać się tym wielkim mostem. W niektórych miastach obowiązuje również strefa tzw. „czystego powietrza” i by wjechać do takich miast potrzebujecie naklejki Crit’Air czyli Certificat qualité de l’air. Zamówiliśmy ją przez internet jeszcze z Polski, ale dotarła do nas już po powrocie. Na szczęście uniknęliśmy mandatów, a właściciel hotelu w Saint Mało powiedział, że wystarczy że się zarejestrowaliśmy na stronie internetowej, jednak nie jest to sprawdzona i pewna informacja.
Tak kończę moje wspomnienia z Normandii i Bretanii. Mam nadzieję, że będą pomocne dla tych którzy trafią na mojego bloga i zainspirują się do własnej wyprawy do północnej Francji. Jest to region wart odwiedzenia, gdzie można zachwycić się urokliwymi małymi miasteczkami, stanąć w miejscach, w których odegrały się ważne wydarzenia II wojny światowej i posmakować doskonałej regionalnej kuchni francuskiej.
Do Saint Mało dotarliśmy koło 19.00, zwiedzanie Mont Saint Michel i dojazd zajęły trochę czasu, a nam się specjalnie nie spieszyło. W Saint Malo mieliśmy zarezerwowane dwa noclegi by spokojnie pozwiedzać miasto i skorzystać z uroków jakie daje pobliska plaża. Najstarsza, zabytkowa i najbardziej urokliwa część miasta otoczona jest murami. Tam też zarezerwowaliśmy sobie nocleg w hotelu, więc wszędzie mieliśmy blisko. Po przyjeździe do hotelu i krótkim odpoczynku udaliśmy się na kolację, a następnie na spacer uliczkami starego miasta. Z murów podziwialiśmy również zachód słońca. Cześć otoczona murami jest stosunkowo niewielka więc spokojnie przeszliśmy wszystkimi głównymi uliczkami. Przy restauracjach i barach do późnych godzin przewijali się turyści. Co ciekawe, jest tam też bardzo dużo lodziarni, a wybór lodów przyprawia o zawrót głowy. Po wieczornym spacerze, zachodzie słońca i odwiedzinach w dwóch barach wróciliśmy do hotelu gdyż kolejny dzień zapowiadał się dość intensywnie. Przez przypadek natrafiliśmy również na lokalną imprezę, która odbywała się w sklepie odzieżowym. Wyglądało to bardzo ciekawie, ale przy muzyce puszczanej przez chyba właścicielkę, wszyscy bawili się doskonale.
Następnego dnia po smacznym śniadaniu, serwowanym przez właściciela hotelu, zabraliśmy rowery i udaliśmy się na wycieczkę w kierunku plaży. Plaża ciągnie się na długości około 3 kilometrów, a wzdłuż plaży przy deptaku prowadzi ścieżka rowerowa. Była piękna pogoda więc zafundowaliśmy sobie godzinną przerwę na leżakowanie i krótką kąpiel w zimnym niestety morzu. Następnie udaliśmy się w dalszą wycieczkę w kierunku plaży du Val. Cała wycieczka zajęła około 3 godziny. Pogodę mieliśmy idealną, było aż za gorąco, gdyż przy bezchmurnym niebie słońce bezlitośnie grzało, a temperatura dochodziła do 30°C. Po południu zrobiliśmy sobie ponownie spacer po starym mieście, czyli tej części zamkniętej w murach, dotarliśmy również pod pomnik najsłynniejszego korsarza Roberta Surcouf. Nie obyło się również bez zakupów magnesów i lokalnych pamiątek.
Kolejnego dnia rozpoczęła się nasza podróż powrotna w kierunku Polski. Po drodze odwiedziliśmy jeszcze uroczą malutką miejscowość Saint Suliac, którą polecił nam właściciel hotelu. Cudowne małe miasteczko, z tymi domkami z kamienia i kolorowymi okiennicami. W położonej przy plaży restauracji wypiliśmy kawę i ruszyliśmy w dalszą drogę. Żegnaliśmy się już niestety z Bretanią. Na pocieszenie mieliśmy jeszcze po drodze zaplanowane dwa noclegi w Paryżu. O Paryżu pisałem już Wam we wcześniejszych wpisach z wycieczki z okazji 80-tych urodzin mojej Mamy, więc ponownie nie będę rozpisywać się o Paryżu, choć kocham to miasto i czuję się tam doskonale. Mam nadzieję, że moje opowieści o atrakcjach Normandii, pomogą Wam zaplanować własną podróż do tej cudownej krainy klifów, kamienistych plaży, uroczych miasteczek i calvadosa.
Mont Saint Michel było ostatnim miejscem, które zwiedziliśmy w Normandii. Na skalistej wyspie otoczonej morzem zbudowane zostało opactwo, u podnóża którego znajdowało się miasteczko, a wszystko na jednej skale. Obecnie całość znalazła się na liście światowego dziedzictwa Unesco. Samo opactwo ma charakter świecki i znajduje się tam już tylko muzeum. Mont Saint Michel jest drugą najchętniej odwiedzaną atrakcją Francji po Paryżu. Ponieważ otoczenie Mont Saint Michel jest zalewane podczas przypływów, do wzgórza prowadzi drewniany most, którym dojdziemy z parkingu. Do wzgórza można dojść pieszo właśnie tym mostem lub podjechać autobusem z parkingu. Jak byłem tu pierwszy raz prawie 30 lat temu, tego mostu jeszcze nie było, a samochodem można było dojechać pod same mury.
My zaparkowaliśmy auto w miejscowości La Rile i stamtąd udaliśmy rowerami do Mont Saint Michel. Był to bardzo dobry pomysł gdyż uniknęliśmy tych tłumów i w miarę szybko dojechaliśmy do celu. Rowery pozostawiliśmy pod murami, wszyscy tak robią i udaliśmy się na zwiedzanie. Na szczyt prowadzi Grande Rue, która jest niesamowicie zatłoczona, pełna restauracji, sklepów z pamiątkami i lodziarni. Dalej jest już luźniej, a z murów rozciągają się niesamowite widoki na całą okolicę. Niestety nie kupiliśmy wcześniej biletów więc musieliśmy odstać swoje w kolejce, ale w sumie dość szybko to szło i udało się nam zobaczyć wnętrza dawnego opactwa.
W nawie głównej kościoła w miejscu ołtarza pod sufitem podwieszony jest obecnie olbrzymi księżyc. W kolejnych pomieszczeniach prezentowane są różne instalacje artystyczne. To miejsce już ma typowo świecki charakter. Po ponad półtoragodzinnym zwiedzaniu Mont Saint Michel wracaliśmy rowerem do zaparkowanego auta. Oczywiście musiałem zrobić zdjęcia wzgórza z owcami w tle. Robi to niesamowite wrażenie, gdy wkoło masz rozciągające się pola i pastwiska, owce skubiące trawę, a w tle potężne Mont Saint Michel górujące nad całą okolicą. Tak zakończyliśmy naszą podróż po Normandii. Kolejny nocleg zarezerwowany mieliśmy w Saint Malo, ale to już w Bretanii i kolejnym wpisie.
Z Étretat udaliśmy się do Honfleur, gdzie mieliśmy zarezerwowany kolejny nocleg. Honfleur położone jest o godzinę jazdy samochodem od Étretat, u ujścia Sekwany do Kanału La Manche. Po drodze mijamy Le Havre i przejeżdżamy imponującym mostem Pont de Normandie, przez który przejazd jest niestety płatny. Miasto wygląda niczym wyjęte wprost ze średniowiecza z tymi cudownymi kamieniczkami i ich charakterystycznymi fasadami z drewnianymi kolorowymi belkami, typowymi dla starych normandzkich miasteczek i wsi.
Wzdłuż portowego nabrzeża również ciągną się urokliwe kamieniczki choć już murowane, z usytuowanymi w części parterowej restauracjami, barami i kawiarniami. Polecam spacer Rue Haute, Rue de l’Homme de Bois, Rue du Puits, są niesamowite. Praktycznie wszystkie uliczki w okolicy portu są bajkowe, z tymi średniowiecznymi kamieniczkami. Podczas naszego pobytu odbywał się targ w okolicach portu, przy Rue de La ville i Cr des Fosses, który praktycznie rozpoczynał się dopiero koło 18.00 i kończył w późnych godzinach wieczornych. Aż trudno było przejść ulicą wśród tłumu sprzedawców i kupujących.
Miasto jest pełne turystów, nie tylko za dnia, ale i nocą. Cała okolica portowa tętni życiem do późnych godzin nocnych. My wracaliśmy do hotelu zaraz po północy, a wkoło spacerowali jeszcze ludzie, a i w okolicznych barach było pełno. Warto też przejechać się na kole młyńskim, które znajduje się po drugiej stronie kanału portowego. Z samej góry widać całą panoramę miasta. Ciekawostką jest ruchomy most, który prowadzi do tego koła. Jest on obracany, gdy przez kanał przepływają łodzie. Honfleur jest też bardzo ukwieconym miastem. Wszędzie w centrum znajdują się klomby obsadzone przepięknie kwitnącymi kwiatami, aż nie można oderwać wzroku. Honfleur nie jest dużym miastem, można spędzić tam kilka godzin i jechać dalej, ale uważam, że warto spędzić tam przynajmniej jedną noc i spokojnie pospacerować tymi zabytkowymi uliczkami, zachwycając się miejscową architekturą za dnia, i posiedzieć w porcie po zmroku, kiedy okoliczne ulice rozbłysną światłem latarni ulicznych.
Kolejnego dnia udaliśmy się w kierunku Barfleur, ocenianego, jako jedna z najładniejszych wiosek francuskich. Po drodze odwiedziliśmy cmentarz amerykańskich żołnierzy i Omaha Beach, słynną z desantu wojsk alianckich w 1944 roku. Na plaży znajduje się pomnik poświęcony pamięci tych, którzy tam zginęli. Korzystając z rowerów, które mieliśmy ze sobą odbyliśmy wycieczkę od cmentarza do Omacha beach. Chcieliśmy wykorzystać skrót przez las, jednak to nie był dobry pomysł, gdyż chyba ze 300 metrów musieliśmy prowadzić rowery gdyż nie dało się jechać w gąszczu. Lepiej wybrać asfaltową drogę okrężną, będzie znacznie prościej i szybciej. Wracając z plaży do parkingu, również postanowiliśmy sobie skrócić drogę wracając przez wydmy, co było jeszcze gorszym pomysłem. Prawie cały czas musieliśmy prowadzić rowery w palącym słońcu, gdyż nie dało się jechać w sypkim piachu.
Zmęczeni i poirytowani do Barfleur dojechaliśmy znacznie później niż planowaliśmy. Zbliżała się już 19.00, sklepiki były już pozamykane, otwarte były tylko chyba 4 restaurację przy samym porcie. Po kolacji odbyliśmy jeszcze spokojny spacer pobliskimi uliczkami oraz wzdłuż portu. O tej porze roku w Normandii słońce zachodzi po 21.30, więc spacerując po 20.00 było jeszcze zupełnie jasno. Cisza i spokój działały odprężająco po trochę męczącej wycieczce rowerowej w ciągu dnia. Małe kamienne domki obsadzone bujną roślinnością wzbudziły we mnie zachwyt. Do tego brak tłumów na ulicach, był kojący. Po godzinnym spacerze udaliśmy się do naszej kwatery noclegowej, która znajdowała się około 7 kilometrów stąd, w zabytkowym domu, taki odpowiednik polskiej agroturystyki. Cisza i spokój wiejskiej okolicy oraz brak miejskiego zgiełku pozwoliły wypocząć i wyspać się przed trudami kolejnego dnia.
Kolejnym celem naszej podróży przez Normandię było Étretat. Jest to niewielkie miasteczko położone nad Kanałem La Manche w środkowej części Normandii. Podróż z Dunkierki do Étretat zajmuje około 4 godzin jazdy samochodem.
Le Trepot
Po drodze mieliśmy jeszcze zaplanowane zwiedzanie dwóch miejscowości na wybrzeżu Le Tréport i Fécamp. Są to bardzo urokliwe niewielkie miejscowości portowe, dość podobne do siebie. Wzdłuż wybrzeża portowego ciągnie się można powiedzieć promenada spacerowa, przy której znajdują się piękne kamieniczki z restauracjami, kafejkami i piekarniami, umiejscowionymi w części parterowej budynków. Podczas naszego pobytu w Le Tréport odbywał się targ więc to całe nabrzeże było zapełnione straganami, że aż ciężko było się przemieszczać w ogromnym tłumie ludzi, który temu towarzyszył.
Fecamp
W Fécamp było już znacznie spokojniej. Oba miasteczka są niesamowite zadbane, pełne zieleni, a różnorodność kwiatów na klombach po prostu powala swoim urokiem. Zarówno Le Tréport, jak i Fécamp mają swoje niewielkie plaże, jednak należy pamiętać, że plaże w tej części Normandii są kamieniste. Największe wrażenie robią strome klify ciągnące się na prawo i lewo od plaży w obu miasteczkach. Gorąco polecam odwiedzić te miasteczka, jeśli będziecie planować sobie podróż do Normandii. Nie wątpię, że i Was zauroczą, tak jak i mnie.
Etretat
Naszym punktem docelowym i miejscem, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg tego dnia, było Étretat. Étretat nie jest miasteczkiem portowym, jak wcześniejsze miejscowości, które odwiedziliśmy. To typowo turystyczna miejscowość bez portu, ale za to chyba z najpiękniejszymi i najpopularniejszymi klifami Normandii. Centrum miasteczka to dosłownie kilka krzyżujących się ulic, po których w ciągu dnia przewijają się tłumy turystów, że aż ciężko przejść. Natomiast po godzinie 19.00, miasto wygląda niemal jak wymarłe. Prawie wszystkie sklepy i duża część restauracji jest już pozamykana, a po ulicach przewijają się już nieliczni o tej porze turyści.
Największą atrakcją Étretat są jednak klify, które możemy podziwiać z plaży. W dniu przyjazdu podziwialiśmy te klify popołudniową porą i o zachodzie słońca. Wzdłuż krawędzi klifów znajdujących się po obu stronach plaży ciągną się ścieżki spacerowe, skąd możemy podziwiać całą panoramę z góry, a robi ona naprawdę niesamowite wrażenie. Oczywiście my też wybraliśmy się na taki spacer po klifach, a widok z góry był cudowny. Kolejnego dnia o 7.00 rano wybrałem się jeszcze raz sam na spacer po klifach, by porobić zdjęcia o wschodzie słońca. Nie było tych tłumów turystów więc spacer był bardzo przyjemny, a widoki oszałamiające. Należy jednak uważać spacerując, by nie podejść zbyt blisko urwiska by nie skończyło się to wypadkiem. Étretat jest cudowne i urokliwe. Za dnia pełne turystów, a wieczorami i o poranku ciche, puste i melancholijne. Tak kończył się kolejny etap naszej podróży przez Normandię. Tym razem nie udało się skorzystać z rowerów, bo w tych wszystkich miasteczkach tłum turystów był tak duży, że nie dałoby się pojeździć, a szlaki piesze na szczycie klifów i wspinaczka pod górę również nie pozwalały na jazdę rowerem.
Edynburg, to nie tylko zamek, Trakt Królewski i New Town. To miasta posiada również wiele ciekawych atrakcji przyrodniczych. Jeden dzień pobytu postanowiliśmy więc poświęcić na poznawanie Edynburga od tej strony. Oczywiście wcześniej zaplanowałem miejsca, które chcemy zobaczyć i plan dojazdu do nich.
Ten dzień zaczęliśmy od Holyrood Park. Jest to wzgórze znajdujące się po południowo-wschodniej stronie miasta. Tak jak wspominałem we wcześniejszych wpisach mieszkaliśmy przy Clerk St, a dokładnie 10 minut spacerem od tego miejsca. Skręcając z Clerk St w lewo, na skrzyżowaniu z E Preston St, już było widać okazałe wzgórze. Z daleka wydaje się mniejsze niż w rzeczywistości. W ciągu kilku minut byliśmy już na ścieżkach spacerowych, prowadzących w różnych kierunkach. My wybraliśmy tę opisaną na mapach jako Salisbury Crags, ciągnie się ona krawędzią wzgórza od strony centrum Edynburga skąd rozciąga się cudowny widok na całą panoramę miasta. Widać stąd zamek, Calton Hill i ruiny Holyrood Abbey, opactwa, o którym pisałem we wcześniejszym wpisie. Nie odwiedziliśmy tych ruin spacerując po centrum, za to teraz mogliśmy je podziwiać z góry. Salisbury Crags ciągnie się wzdłuż niższej części całego wzgórza. Chętni mogą wejść na wyższą część gdzie znajduje się Arthur’s Seat. Jeśli komuś nie zależy na widokach lub nie chce się wspinać, może odbyć spacer ścieżkami ciągnącymi się między dwoma wzniesieniami Holyrood Park. Ze wzgórza zeszliśmy w kierunku Queen’s Dr, ulicy przy której rozciągają się wielkie błonia, gdzie można sobie spokojnie urządzić piknik na trawie po trudach wspinaczki na szczyt wzgórza. Po krótkim odpoczynku udaliśmy się w kierunku Meadowbank Sport Centrę, gdzie znajdował się przystanek autobusowy. Idąc między domkami jednorodzinnymi, można przejść przez tunel znajdujący się pod torami, niż iść aż do głównego skrzyżowania.
Kolejnym punktem tego dnia była plaża i morze. Wcześniej, oczywiście sprawdziłem linie autobusowe kursujące w kierunku plaży. Autobusem dojechaliśmy do przystanku Wakefield Avenue, skąd było 3 minuty spacerem do plaży Portobello. No niestety o tej porze roku morze było jeszcze dość zimne, zresztą Morze Północne z natury jest zimne, podobnie jak Bałtyk, ale szeroka plaża idealnie nadaje się do spacerowania. Tego dnia, podobnie, jak i poprzednich dopisywała nam cudowna pogoda. W słońcu na pewno było około 25°C.
Na plaży mogliśmy spędzić pół dnia, jednak zależało mi jednak jeszcze na odwiedzeniu Royal Botanic Garden Edinburgh, a dochodziła już 15.00. Udaliśmy się więc w kierunku przystanku autobusowego przy Portobello High St, skąd dojechaliśmy właśnie w pobliże ogrodu botanicznego. O tej porze roku cudownie kwitną rododendrony więc chciałem je zobaczyć. Niestety przez wyjątkowo ciepła wiosnę na wyspach rododendrony już prawie przekwitły, ale na szczęście udało mi się zrobić kilka zdjęć. Nie było już czasu by spokojnie pospacerować po ogrodzie, gdyż zamykany był o 17.00, a my tam dotarliśmy pół godziny wcześniej, a ogród nie działa to tak, że ci co są w środku mogą jeszcze spokojnie spacerować, tylko o 17.00 chodzi pan i trąbi na trąbce nawołując wszystkich do wyjścia. Tak czy owak atrakcja została zaliczona. Nadmieniam, że wstęp do ogrodu jest bezpłatny. Do domu wróciliśmy już uberem, gdyż całodzienna wycieczka i wyjątkowo mocno grzejące słońce dały się nam we znaki i wszyscy byli już mocno zmęczeni, a kolejnego dnia czekało jeszcze na nas New Town.
Spędzając kilka dni w Edynburgu, warto jeden poświęcić na poznawanie przyrody tego miasta. Oprócz wspomnianych miejsc, które opisałem powyżej jest jeszcze wiele innych ciekawych, gdzie można odpoczywać na łonie natury, jak The Meadows, położone w południowej części miasta, czy znajdujące się w centrum Princes Street Gardens z fontanną Ross, skąd rozciąga się widok na wzgórze zamkowe.
Edynburg zauroczył nas. Na pewno przyczyniła się też do tego pogoda, nietypowa jak na Szkocję. Nie było deszczu, wiatru, tylko lazurowe niebo i pełne słońce towarzyszyły nam przez wszystkie dni. Architektura Edynburga zachwycą swoją magią, tych cudownych, kamiennych starych kamienic, urokliwych zakątków, krętych uliczek, a przyroda pozwala odpocząć i zrelaksować się. Bez wątpienia Edynburg należy do tych miast, które warto odwiedzić. Kończąc moje opowieści o tym mieście, mam nadzieję, że komuś może się one przydadzą i wykorzysta je planując swój pobyt w mieście Harrego Pottera i słynnej whisky.
Kolejnego dnia wycieczki po mieście, podziwialiśmy piękno przyrody Edynburga, ale o tym napisałem Wam w odrębnym wpisie. W niedzielę wybraliśmy się natomiast do dzielnicy New Town. Zaczęliśmy od spaceru po Dean Village. Miejsce to zauroczyło mnie, kiedy zobaczyłem zdjęcia na street view w Internecie. Już wtedy wiedziałem, że też muszę się tam przejść. Do Dean Village dojechaliśmy z naszego mieszkania autobusem, by nie tracić czasu na godzinny spacer w jedną stronę. Od głównej ulicy, czyli Lynedoch Pl, trzeba skręcić w Bells Brae i przejść się Hawthornbank by z mostku podziwiać cudowną panoramę rzeki z ciągnącymi się wzdłuż jej brzegów kamienicami. Miejsce na żywo robi jeszcze większe wrażenia niż na zdjęciach. Po przejściu przez mostek i oczywiście obowiązkowych zdjęciach przeszliśmy ulicą Damside i przez Deans Brae Bridge udaliśmy się szlakiem spacerowym wśród zieleni nad rzeką w stronę Circus Ln.
Circus Ln, to kolejna magiczna uliczka, niczym wyjęta z bajki, zabudowana malutkimi domkami i z cudowną zielenią wkoło. Niestety bardzo trudno jest tam zrobić zdjęcie by nikogo nie było, bo jest to również bardzo popularny punkt turystyczny. Po krótkiej sesji zdjęciowej udaliśmy się w kierunku kwartału między ulicami Queen, George i Princes. To takie centrum handlowe Edynburga z butikami, popularnymi sklepami sieciowymi i restauracjami.
Przy Princess St znajduje się charakterystyczny Scott Monument, pomnik poświęcony pamięci pisarza sir Waltera Scotta, górujący nad całą okolicą. Polecam też przespacerować się wąską Rose St, chyba najciekawsza uliczka w tym kwartale New Town. Po krótkich zakupach w okolicznych sklepach, przez dworzec kolejowy udaliśmy ponownie w kierunku starego miasta i traktu królewskiego. Tam jeszcze poczyniliśmy ostatnie zakupy w sklepikach z pamiątkami i zjedliśmy nasz ostatni obiad w Edynburgu, oczywiście fish&chips. Niestety nie udało się już odwiedzić wzgórza Calton znajdującego się przy końcu Princess St, z budowlami przypominającymi ruiny greckich świątyń. Po dwóch dość forsownych dniach postanowiliśmy już w wolniejszym tempie zwiedzać miasto. Na szczęście cały czas dopisywała nam pogoda, z cudownym słońcem, błękitnym niebem i niemal letnimi temperaturami, co należy do rzadkości o tej porze roku w Edynburgu. Tego dnia też spacerem, mimo iż bardzo zmęczeni wróciliśmy do naszego mieszkania.
Mam nadzieję, że trochę przybliżyłem Wam najciekawsze atrakcje Edynburga i miejsca, które koniecznie trzeba odwiedzić. Dla mnie obowiązkowym „must see” Edynburga to trakt królewski z przyległymi ulicami, Dean Village i Circus Ln. Przyznam uczciwie, że oprócz Greyfriars Kirkyard, nie odwiedziliśmy innych miejsc związanych z Harrym Potterem, ale to co zobaczyliśmy pozostanie na zawsze w pamięci. Edynburg, to magiczne i bardzo przyjazne miasto z cudownymi uliczkami, wąskimi zakamarkami i tymi niesamowitymi kamienicami zbudowanymi z kamienia. Jak będę miał okazję z chęcią wybrałbym się tam ponownie za kilka lat. A Wy nie czekajcie, tylko już planujcie wycieczkę do Edynburga.
Jest takie przysłowie, w którym znajduje się wiele prawdy, cudze chwalicie, swego nie znacie. Byłem już kilka razy za oceanem, a jeszcze wielu atrakcji ze swoich okolic nie znam. Korzystając z okresu wakacyjnego, kiedy takie miejsca nie są oblegane przez wycieczki szkolne, zabrałem ostatniego lata moją Siostrzenicę w okolice Nowej Słupii w Górach Świętokrzyskich. Chyba mogę powiedzieć, że mieszkam otoczony Górami Świętokrzyskimi, ale wielu ciekawych miejsc znajdujących się w najbliższej okolicy nie poznałem. Region ten znany jest z wydobycia i przetwórstwa rud żelaza, którego początki sięgają jeszcze czasów sprzed naszej ery. Obecnie to już tylko wspomnienie, historia, pozostałości po dawnych miejscach wydobycia i piecach, w których wytapiano rudę.
Wycieczkę zaczęliśmy w Muzeum Starożytnego Hutnictwa Świętokrzyskiego w Nowej Słupii. Muzeum funkcjonuje od 1960 r., jednak w obecnym kształcie otwarte zostało w 2021 r., zyskując nowoczesny budynek i ciekawą wystawę multimedialną. Dla pasjonatów historii hutnictwa jest to bez wątpienia obowiązkowy punkt odwiedzin podczas pobytu w Górach Świętokrzyskich. Każdy powinien znać historię swojego regionu więc warto było się tam również wybrać by poznać trochę historii regionu, w którym się wychowałem i mieszkam. Oprócz wystawy multimedialnej wyświetlany jest również krótki film o tym jak powstał świat w którym żyjemy i co miało z tym wspólnego żelazo. Takie miejsce obowiązkowo powinny odwiedzać szkolne wycieczki, taka forma nauki byłaby chyba ciekawsza niż zwykła lekcja. Zainteresowanych historią wydobycia i przetwórstwa żelaza, również zachęcam do odwiedzenia tego nowoczesnego muzeum.
W niedalekim sąsiedztwie muzeum znajduje się Park Legend. Z jednego do drugiego miejsca możemy przejść spacerem, przez zaaranżowaną osadę średniowieczną. Park Legend, to rozrywka bardziej dla dzieci niż dla dorosłych, choć jako mieszkaniec świętokrzyskiej krainy z chęcią odwiedziłem to miejsce. W Parku w 11 salach multimedialnych przedstawianych jest 13 legend związanych z regionem świętokrzyskim, m.in. o powstaniu Kielc, Gołoborzy, czy związanych z sabatem czarownic na Łysej Górze. Muszę przyznać, że nie wszystkie były mi znane. Całość jest urządzona w ciekawy i zachęcający do posłuchania opowieści sposób. Na koniec jest możliwość odbycia lotu na wirtualnej miotle, a dokładniej siadamy na ruchomym fotelu kinowym i w trójwymiarowych goglach odbywamy wycieczkę na wirtualnej miotle przez nasz region. W budynku Parku znajduje się mała kawiarnia oraz sklep z pamiątkami.
Tego samego dnia udało się nam jeszcze odwiedzić Harmonię – Świętokrzyską Zagrodę w Hucie Szklanej, która oddalona jest o 12 kilometrów od Parku Legend i opisywanego wcześniej muzeum. Jest to multimedialna ekspozycja, można powiedzieć makieta dawnej świętokrzyskiej wsi, zaaranżowana w budynku, który z zewnątrz przypomina nowoczesną stodołę. Zwiedzanie obiektu odbywa się tylko z przewodnikiem, a wystawa wiedzie nas przez codzienne życie na świętokrzyskiej wsi, którego rytm wyznaczają kolejne pory roku, zaczynając od wiosny, a kończąc na zimie. Podczas zwiedzania poznajemy losy bohaterów Manii i Władzia, których życie splecione jest z rytmem wyznaczonym przez pory roku. Bardzo ciekawa lekcja historii życia wiejskiego, tradycji, które obecnie często odchodzą w zapomnienie i kultury świętokrzyskiej.
Muszę przyznać, że byłem pod wrażeniem wszystkich tych miejsc, które odwiedziłem. Obiekty te są bardzo nowoczesne, naszpikowane multimedialnymi nowinkami i są doskonałymi promotorami naszej Ziemi Świętokrzyskiej, jej kultury, historii i bogactw, z których kiedyś słynęła. Jeśli będziecie kiedyś na wycieczce w Górach Świętokrzyskich, koniecznie odwiedźcie te miejsca, nie pożałujecie, serdecznie zapraszam.