Risotto z kurczakiem, groszkiem i rydzami

Uwielbiam risotto, prostota z klasyką zawsze idą w parze i doskonale smakują. Podawałem Wam już przepis na risotto z krewetkami i risotto z kaparami. Dzisiaj czas na risotto z kurczakiem, groszkiem i rydzami. 

Do risotto, w porcji na dwie osoby, potrzeba będzie 250 do 300 gram ryżu arborio, 2 filety z piersi kurczaka, puszkę zielonego groszku, tak około 20 kapeluszy rydzowych, 3 łyżki świeżo tartego parmezanu, 3/4 litra wywaru warzywnego, łyżkę masła, sól i pieprz do smaku. 

Filety oczyszczamy z błon i kroimy w małą kostkę. Następnie obsmażamy na patelni z dodatkiem oleju lub oliwy, ja jeszcze obsypałem mięso mielonym pieprzem ziołowym i posoliłem. Mięso smażymy w dwóch porcjach, całość na raz puści za dużo wody i mięso zamiast się zrumienić zacznie się gotować w płynie, a nie obsmażać, a nie o to nam chodzi. Przesmażone kawałki mięsa odkładamy na talerz. Kapelusze z rydzów wypłukujemy z piachu i kroimy w dość dużą kostkę. Ja użyłem zamrożonych grzybów, zebranych jesienią. Grzyby,  podobnie jak mięso obsmażamy i odkładamy na talerz. Mamy przygotowane dodatki więc przystępujemy do gotowania ryżu. By ryż ugotował się do miękkości, na porcję dla dwóch osób potrzeba około 3/4 litra wywaru lub trochę więcej. Ryż musi być miękki po ugotowaniu, nie tak jak makaron al dente. 

Ryż chwilę obsmażamy na gorącym oleju, a następnie podlewamy stopniowo wywarem i gotujemy na minimalnym ogniu aż do miękkości. Szybkie gotowanie spowoduje, że ciecz wyparuje, a ryż i tak będzie twardy. Niektórzy dodają też podczas gotowania ryżu białe wino, ja, jak mam akurat w domu to też dodaję, a jak nie mam to nie, ale specjalnej różnicy w smaku nie zauważam. Pamiętajmy by często mieszać, żeby ryż się nie przypalił. Gdy ryż jest już na wpół miękki dodajemy mięso, grzyby, groszek i już wszystko razem gotujemy by smaki się przeniknęły. Można użyć groszku mrożonego, ja akurat nie miałem w domu więc wykorzystałem konserwowy. Dodatkowe składniki zagęszczą całość więc tym bardziej od tego etapu musimy pilnować by risotto się nie przypaliło. 

Pamiętajmy by risotto nie wyszło nam za suche, musi mieć umiarkowanie rzadką, kremową konsystencję. Gdy ryż jest już miękki dodajemy łyżeczkę masła, starty parmezan i pozostawiamy na wolnym ogniu do rozpuszczenia sera, cały czas mieszając. Risotto uzyska idealną, kremową konsystencję. Możemy dodać jeszcze sól i pieprz do smaku w zależności od preferencji smakowych.

Polecam gorąco, uwierzcie, przygotowanie risotto nie jest trudne, choć wymaga odrobiny cierpliwości i stania przy patelni by się nie przypaliło. Jest to bardzo proste, a jednocześnie eleganckie, no i przepyszne danie. Ta kremowość konsystencji, miękkie ziarenka, posmak parmezanu, uwielbiam to…

Sałata z tuńczykiem i awokado

Na bazie gotowych, pakowanych umytych mixów sałat możemy sami zrobić pyszną sałatę w domu, nawet jeśli nie posiadamy specjalnych zdolności kulinarnych. Składniki na tę sałatę dobierałem od tak, na zasadzie co z czym może pasować i smakować inaczej niż zwykle. Jakiś czas już krążyło za mną awokado i to też było przyczynkiem do takiej, a nie innej kompozycji. Do sałaty potrzeba jednego opakowania mixu sałat, najlepiej kolorowych z radicchio, będzie wyglądać ciekawiej, jednej czerwonej cebuli, dwóch awokado o średniej miękkości, jednego surowego ogórka, dwie gruszki, po łyżce ziaren dyni i słonecznika, sok z połowy limonki, cztery ugotowane na twardo jaja, dwie puszki tuńczyka w kawałkach w oleju, kilku łyżek oliwy z oliwek.

Awokado i gruszki kroimy na w miarę grubą kostkę i zalewamy sokiem z połowy limonki by nie sczerniały. Pamiętajcie, jeśli awokado i owoców nie polejecie sokiem z limonki stracą kolory i zrobią się bure, przez co i sałatka sporo straci na wyglądzie. Ugotowane wystudzone jaja też siekamy w grubą kostkę, podobnie obranego ogórka i cebulę. Z tuńczyka odlewamy nadmiar oleju i rozrywamy widelcem na mniejsze kawałki. Ziarna słonecznika i dyni prażymy na suchej patelni, zyskają wtedy głębszy smak. Wszystkie pokrojone składniki mieszamy w dużej misce z dodatkiem oliwy. Jeśli stwierdzimy, że słabo wyczuwamy limonkę możemy jeszcze wycisnąć trochę soku z drugiej połówki. Gdy wszystkie składniki są wymieszane dodajemy sałatę, sól i pieprz do smaku i ponownie mieszamy. Jeśli dodamy na początku sałatę, po prostu pod ciężarem pozostałych składników delikatne listki nam zwiędną i nie będą wyglądały ładnie w sałacie. Możemy jeszcze dodać odrobinę oliwy, jeśli stwierdzimy, że sałata wyszła „za sucha”. Całość z wierzchu posypujemy prażonymi nasionami dyni i słonecznika. Prosto, szybko, zdrowo i bardzo efektownie, sami zresztą widzicie na załączonym zdjęciu jak smakowicie i kolorowo się prezentuje taka sałata.

Tortilla hiszpańska

Odkąd pamiętam, mam jakiś sentyment do kuchni śródziemnomorskiej i zasadniczo kultury i klimatu tego rejonu. Nie wiem, może jest we mnie coś z Hiszpana lub Greka. A ponieważ u nas zima, choć raczej w lajtowym wydaniu, to postanowiłem przygotować coś właśnie z krajów południa. Tortillę hiszpańską można jeść na ciepło i na zimno, może być daniem samym w sobie lub tzw. hiszpańskim tapas, czyli przekąską, przystawką.

Do przygotowania tortilli na patelni o średnicy około 27 centymetrów potrzeba 6 średnich ziemniaków, 5 jaj, sól i pieprz do smaku, jedną cebulę. To są składniki na wersję podstawową, ale jako dodatków urozmaicających można użyć szpinaku, chorizzo lub  papryki. Ja do mojej wersji dodałem szpinak baby.

Ziemniaki obieramy i kroimy w średniej grubości talarki. Tortillę możemy przygotowywać z surowych lub ugotowanych ziemniaków, ja tym razem przygotowywałem z surowych. Pokrojone ziemniaki obsmażamy na patelni, z dodatkiem oliwy lub oleju, do miękkości. Ponieważ zaczęły się dość szybko rumienić, a były jeszcze surowe, smażyłem je na minimalnym ogniu.  Pod koniec smażenia dodałem pokrojoną w piórka cebulę i całość posoliłem. Surowe ziemniaki na patelni aż tak szybko nie miękną, jak nie są cienko pokrojone, przykryłem je więc pokrywką by lekko zaparowały. W ten sposób nabrały miękkości i szybko doszły w wyższej temperaturze. Gdy ziemniaki były już miękkie dodałem szpinak i jeszcze chwilę trzymałem na ogniu, już bez przykrycia, by szpinak się zblanszował. 

Jajka mieszamy z solą i pieprzem i taką mieszaniną zalewamy masę ziemniaczano szpinakową. Całość przykrywamy pokrywką i podgrzewamy na minimalnym ogniu by jaja się ścięły. Jeśli spód naszej tortilli się ściął, przewracamy tortillę na drugą stronę by ścięła się jeszcze wierzchnia warstwa. Do przewrócenia wykorzystujemy duży płaski talerz. Przykrywamy tortillę talerzem, odwracamy patelnię do góry i zsuwamy z powrotem tortillę na patelnię. Trzymamy jeszcze chwilę na małym ogniu, bez przykrywania, by doszła z drugiej strony. 

Tortillę kroimy jak tort i serwujemy na ciepło lub na zimno, w obu wydaniach jest bardzo dobra. Smacznego 🙂

Tort bezowy pavlova z kremem mascarpone i amaretto

Z tym deserem zmierzyłem się po raz pierwszy. Największy problem jest w przygotowaniu samej bezy. Do tego wyzwania zachęcił mnie program, w którym Jamie Oliver przygotowywał bezę z marshmello. Ja postawiłem na tort bezowy z kremem mascarpone z dodatkiem amaretto.

Do bezy potrzeba białek z 8 jaj, szczyptę soli i 400 gram drobnego cukru. Do przygotowania kremu potrzeba 0,5 kg serka mascarpone, 4 łyżki cukru, 5 żółtek.

Zaczynamy od bezy. Zasadniczo oparłem się na przepisie Jamiego Olivera, ale poczytałem też inne wersje w Internecie. Jajka muszą być w temperaturze pokojowej, a nie mocno schłodzone. Białka ubijamy mikserem na niskich obrotach z odrobiną soli do uzyskania piany, potrwa to około 5 minut. Następnie dodajemy stopniowo cukier i ubijamy dalej do uzyskania gładkiej, świecącej konsystencji piany i na tyle by cukier rozpuścił się i nie były wyczuwalne po spróbowaniu kryształki cukru. Potrwa to kolejne 10 minut, ale białka będą ubite idealnie, no i cały czas robimy to na niskich obrotach. 

Piekarnik rozgrzewamy do 130°C z włączonym termoobiegiem, blachy wykładamy papierem do pieczenia, możemy go od spodu przykleić do blachy odrobiną piany, to nam zagwarantuje, że podczas pieczenia papier się nie podniesie i nie zdeformuje naszej bezy. Ubite białka dzielimy na dwie porcje i rozsmarowujemy je na papierze do pieczenia w kształcie kół o średnicy do 25 centymetrów. Oba blaty pieczemy na raz na różnych poziomach przez 1h 20 min w 130°C z włączonym termoobiegiem. Upieczone bezy trzymamy w piekarniku aż do wystygnięcia. Ja trzymałem w piekarniku uchylonym, ale następnym razem spróbuję wystudzić w zamkniętym, zobaczymy czy wpływa to na konsystencję środka bezy. Jestem bardzo dumny z siebie, gdyż piekłem bezę pierwszy raz i nie wyszła gumowata, co może być problemem. Z zewnątrz była idealnie krucha, a w środku piankowata, wilgotna, ale nie gumowata.

Gdy beza się studzi możemy przygotować krem. Żółtka ubijamy z cukrem aż uzyskamy puszysty, biały kogel mogel. Następnie dodajemy serek mascarpone i dalej ubijamy, ale już na niższych obrotach do uzyskania gładkiego kremu. Na koniec dodajemy 3 lub 4 łyżki amaretto i całość mieszamy już łyżką. Gotowy krem wkładamy do lodówki by się schłodził. 

Krem się schłodził, blaty wystygły więc możemy przystąpić do składania tortu. Bezy oddzielamy od papieru do pieczenia, mogą być lekko przyklejone więc róbmy to ostrożnie by ich nie połamać, bo są dość kruche i delikatne. Blachę, na której będziemy składać tort proponuję wyłożyć papierem do pieczenia. Ładniejszy wizualnie blat kładziemy na spód, rozsmarowujemy cały krem i przykrywamy delikatnie drugim blatem. Oto cały sekret tortu bezowego pavlova. Możemy go z wierzchu udekorować bitą śmietaną i owocami. Ja tego nie zrobiłem, ale sam smak kruchej słodkiej bezy i doskonałego kremu z nutą amaretto idealnie ze sobą współgrały i nie potrzebowały innych dodatków. 

Przygotowanie bezy pavlova nie jest aż tak trudne, jak by się mogło wydawać. Cały sekret tkwi we właściwym ubiciu białek. Próbujcie, na prawdę warto, bo jest to przepysznie przepyszny deser i bardzo elegancki.

Penne z szarpanym kurczakiem

Niedawno podawałem Wam przepis na penne z kurczakiem w sosie tymiankowym z pesto. Dzisiaj trochę inna wariacja na temat tego dania. Inaczej przygotowałem kurczaka i zastosowałem inne dodatki. Na porcję dla dwóch osób potrzeba będzie dwa średniej wielkości filety z kurczaka, 4 kawałki suszonych pomidorów w oliwie, mały kubek śmietany 18%, 3 łyżeczki pesto, 3 łyżki startego parmezanu, sól i pieprz do smaku. Śmietana u mnie tradycyjnie z Piątnicy, no i oczywiście oryginalny parmezan, a nie jakieś wyroby seropodobne.

Filety z kurczaka gotujemy w osolonej wodzie około 20 minut. W międzyczasie możemy sobie pokroić pomidory w cienkie paski. Ugotowane mięso wyjmujemy z wody i pozostawiamy chwilę do przestygnięcia. Zasadniczo mięso nie musi być zupełnie zimne, wystarczy by przestygło na tyle byśmy się nie poparzyli szarpiąc je na pojedyncze włókna. Mięsa nie kroimy nożem na kawałki, ale po prostu rozrywamy widelcem wzdłuż włókien na cieńsze lub grubsze paski, zależy jak się porwie. Makaron gotujemy w osolonej wodzie by był al dente. Podzielonego na paski kurczaka przesmażamy na oliwie wraz z pokrojonymi pomidorami. Musimy pilnować by mięso nie przesuszyło się za bardzo. Gdy mięso zacznie nabierać złotawego koloru dodajemy pesto i podlewamy kilkoma łyżkami wody, w której gotuje się makaron. Powinniśmy uzyskać sos o gładkiej konsystencji. Chwilę dusimy całość by smaki się przeniknęły, a następnie dodajemy kubek śmietany i ponownie rozprowadzamy z niewielka ilością wody z gotowania makaronu do osiągnięcia gładkiej konsystencji sosu. Patelnię podgrzewamy już na minimalnym ogniu. Ugotowany makaron dodajemy do sosu na patelnię, wsypujemy starty parmezan, dodajemy jeszcze ze 3 lub 4 łyżki wody z gotowania makaronu i mieszamy by ser się roztopił, a makaron pokrył sosem, doprawiamy solą i pieprzem do smaku. Ponieważ pesto i parmezan są dość słone, danie doprawiamy na samym końcu by nie wyszło przesolone. Po nałożeniu porcji na talerze posypujemy jeszcze startym parmezanem i świeżo mielonym pieprzem na wierzchu. 

Taka trochę inna wariacja na temat penne z kurczakiem i pesto z poprzedniego przepisu. Chyba udało mi się osiągnąć trochę głębszy i zróżnicowany smak niż we wcześniejszej wersji. Jednak penne z kurczakiem i pesto przygotowane na oba sposoby jest bardzo smacznym i prostym daniem, które możemy przygotować zarówno na elegancką kolację we dwójkę, jak i na spotkanie ze znajomymi.

Risotto z krewetkami

Uwielbiam risotto, zasadniczo lubię proste dania kuchni włoskiej i śródziemnomorskiej, a po moim ostatnim pobycie w Splicie, przygotowanie risotto chodziło za mną cały czas. Ponieważ Chorwacja ma dostęp do morza więc ryby i wszelkiego rodzaju owoce morza są tam świeże i oferowane praktycznie w każdej restauracji. Wspomnienie tego wyjazdu skłoniło mnie właśnie do przygotowania risotto z krewetkami i podzielenia się z Wami moim przepisem. 

Do risotto, w porcji na dwie osoby, potrzeba będzie 250 gram ryżu arborio, około 30 krewetek, 3 łyżki świeżo tartego parmezanu, 3/4 litra wywaru warzywnego, łyżkę masła, dwa ząbki czosnku, mielone chili. 

Nie kupowałem mrożonych krewetek, tylko gotowane, w pancerzykach. Krewetki obieramy z pancerzyka, odrywamy głowę, nóżki, oczyszczamy z jelita. Z pancerzyków i główek przygotowałem esencjonalny wywar. By ryż ugotował się do miękkości, na porcję dla dwóch osób potrzeba około 3/4 litra wywaru. Dlatego też resztki z krewetek, na których przygotowywałem wywar zalałem minimalną ilością wody i gotowałem około 20 minut. Wywar musimy przecedzić przez sito by drobne resztki nie chrzęściły nam później w zębach. Do krewetkowego wywaru dodałem jeszcze warzywną kostkę rosołową, gdyż sam w sobie byłby zbyt mało esencjonalny. Zasadniczo tylko używam wywaru warzywnego, ale dla podkreślenia smaku krewetek pomyślałem, że wzmocnienie smaku wywarem z pancerzyków będzie dobrym pomysłem.

Ryż chwilę obsmażamy na gorącym oleju, a następnie podlewamy stopniowo wywarem i gotujemy na minimalnym ogniu aż do miękkości. Szybkie gotowanie spowoduje, że ciecz wyparuje, a ryż i tak będzie twardy. Niektórzy dodają też podczas gotowania ryżu białe wino, ja, jak mam akurat w domu to też dodaję, a jak nie mam to nie, ale specjalnej różnicy w smaku nie zauważam. Do standardowego risotto nie dodaję czosnku, ale tym razem, z uwagi iż czosnek doskonale pasuje do krewetek, w trakcie gotowania ryżu wycisnąłem 2 ząbki czosnku i dodałem trochę chili dla podostrzenia smaku. Tak 5 minut przed końcem gotowania dodajemy do ryżu krewetki. Ponieważ są już ugotowane wystarczą im 3-4 minuty by nabrały temperatury, dłuższe poddawanie ich obróbce cieplnej spowoduje, że staną się gumowate. 

Pamiętajmy by risotto nie wyszło nam za suche, musi mieć umiarkowanie rzadką, kremową konsystencję. Gdy ryż jest już miękki dodajemy łyżeczkę masła, starty parmezan i pozostawiamy na wolnym ogniu do rozpuszczenia sera, cały czas mieszając. Risotto uzyska idealną, kremową konsystencję.

Może będę w tym momencie trochę nieskromny, ale uważam, że risotto udaje mi się zasadniczo za każdym razem, czy to klasyczne, czy bardziej w polskim wydaniu z niestandardowymi dodatkami. Teraz postawiłem na dodatek krewetkowy i wyszło równie pysznie. Polecam gorąco, uwierzcie, przygotowanie risotto nie jest trudne, choć wymaga odrobiny cierpliwości i stania przy patelni by się nie przypaliło. Jest to bardzo proste, a jednocześnie eleganckie, no i przepyszne danie.

Penne z kurczakiem w sosie tymiankowym z pesto

Dzisiaj prosty, szybki i smaczny przepis z lekkim powiewem smaków Włoch. Makarony zawsze się sprawdzą i raczej trudno popsuć danie z wykorzystaniem makaronu. Bardzo lubię pesto zielone, a udało mi się kupić w promocji więc postanowiłem, nie zwlekając na inny czas, od razu przygotować jakieś danie właśnie na bazie zielonego pesto. Osobiście polecam pesto z Barilli. Do mojego przepisu oczywiście potrzebny będzie makaron, penne sprawdza się doskonale do takich dań, do tego dwa filety z piersi kurczaka, dwie łyżki suszonego tymianku oraz kubek śmietany 18%, trochę oliwy, sól i pieprz do smaku. Mięso kroimy na w miarę małą kostkę obsypujemy tymiankiem, zalewamy odrobiną oliwy i odstawiamy na kilka godzin, a najlepiej na całą noc.  

Zamarynowane mięso smażymy na rozgrzanej patelni aż zacznie nabierać lekko złotawego koloru, możemy jeszcze dodać trochę tymianku, jeśli chcemy uzyskać wyraźny tymiankowy posmak. W międzyczasie gotujemy makaron w osolonej wodzie, bez dodatku oliwy. Makaron powinien być al dente. Gdy mięso zacznie nabierać koloru dodajemy kilka łyżeczek pesto i odrobinę wody z gotowania makaronu by uzyskać konsystencję sosu. Całość dusimy kilka minut by sos nabrał gładkiej konsystencji, a następnie dodajemy śmietanę i doprawiamy solą i pieprzem do smaku. Jeśli stwierdzimy, że sos jest zbyt łagodny możemy jeszcze dodać trochę pesto. Pamiętajmy tylko, że pesto jest dość słone, i jeśli makaron ugotujemy w zbyt osolonej wodzie lub zbytnio posolimy wcześniej kurczaka możemy przesolić nasze danie.

Odcedzony makaron dodajemy do sosu i jeszcze chwilę trzymamy na wolnym ogniu mieszając by cały makaron oblepił się sosem. Możemy jeszcze dodać kilka łyżek wody jeśli stwierdzimy że danie jest za „suche”. Z tego co czytałem, Włosi zawsze dodają tą wodę spod gotowania i mieszają jeszcze na patelni makaron z sosem. Tak przygotowane danie posypujemy na talerzach świeżo startym parmezanem. Smakuje przepysznie, polecam, sos śmietanowy z pesto doskonale pasuje do makaronu i kurczaka.

Quebec, miniatura Francji w Kanadzie i niesamowite kolory liści

Quebec był ostatnim punktem podróży po Kanadzie przed wylotem z Toronto do Polski. Prawdę mówiąc nasz pobyt w tej kanadyjskiej prowincji ograniczył się do pobytu w samym mieście Quebec i wycieczkach po okolicy. Quebec pozostawiliśmy sobie na koniec ze względu na wybarwienia liści. Właśnie w okolicach miasta Quebec przypadał szczytowy okres wybarwień liści, podczas naszego pobytu w Kanadzie. Nad oceanem ten okres z uwagi na mikroklimat przypada jeszcze później niestety. Miasto Quebec jest taką miniaturą francuskiego miasteczka przeniesioną za ocean, zwłaszcza jego stara część. Spacerując po tych urokliwych wąskich uliczkach starówki możemy poczuć się jak w jakimś starym francuskim miasteczku. Quebec City położone jest nad Rzeką Św. Wawrzyńca. Charakterystycznym punktem orientacyjnym jest zamek Frontenac, w którym obecnie funkcjonuje luksusowy hotel. Całe stare miasto znajduje się na północ i północny-wschód od tego zamku, w trójkącie, który zaznaczają łączące się w tym miejscu rzeki Saint-Charles i Św. Wawrzyńca. Uwielbiam klimat takich uliczek ze starymi kamieniczkami, sklepikami z pamiątkami i klimatycznymi knajpkami i restauracjami. 

Place Royale

Ciekawym miejscem jest Place Royale, z tymi niesamowitymi kamieniczkami, wyglądającymi jak żywcem wyjęte ze średniowiecza, tylko wymuskanymi, nowiutkimi. Nie wiem dokładnie, czy po rewitalizacji, czy wybudowane na nowo w takim stylu, ale dla mnie są cudowne. Idąc od Place Royale w lewo, przez Rue Notre-Dame, a następnie Rue du Sault-au-Matelot dojdziemy do ciekawej fontanny La Vivriere. Cała stara część miasta Quebec ma taki właśnie niesamowity, historyczny klimat. Z kolei schody łączące ulice Cote de la Montagne i Rue Sous le Fort, wyglądają jak wyjęte z dzielnicy Mont Marte w Paryżu i wstawione na kanadyjskiej ziemi. Na stare miasto warto wybrać się za dnia, kiedy jest jeszcze jasno by pooglądać te urokliwe kamieniczki i niesamowite murale znajdujące się w tej części miasta. Wyobrażam sobie, że spacer tymi wąskimi uliczkami po zmroku też musi być niesamowitym przeżyciem, kiedy te wszystkie sklepiki i knajpki są roziskrzone od świateł i ozdób.

Punktem wartym odwiedzin w mieście Quebec jest jeszcze Rue Saint-Jean, ulica pełna kawiarni, barów i restauracji, bardzo urokliwie wyglądająca po zmroku i ulica Grande Allee E na odcinku między Rue de Senezergues i Rue d’Artigny również pełna pubów i barów. 

Tyle udało się nam zobaczyć w samym mieście Quebec. Miasto jest w mojej ocenie doskonale skomunikowane. My mieliśmy zarezerwowany nocleg w hotelu Le Voyageur de Quebec. W pobliżu hotelu znajduje się duży market spożywczy i bardzo dobra pizzeria 2 Freres. W odległości 5 minut spacerem od hotelu mieliśmy przystanek, z którego odjeżdżał autobus do samego centrum. Poruszanie się po starym mieście samochodem jest dość uciążliwe, gdyż ciężko jest znaleźć miejsce do zaparkowania, więc lepiej zostawić samochód na parkingu hotelowym i udać się do centrum autobusem, a autobusy kursują dosłownie co kilkanaście minut. 

Parc régional du Massif du Sud

Kolejny dzień przeznaczony był na wycieczkę po okolicy i napawanie się tymi niesamowitymi kolorami, które w tym czasie osiągają kanadyjskie klony. Nie wiem, czy to kwestia mikroklimatu, czy odmiany, ale nasze polskie klony nigdy nie mają liści o takich kolorach. Ta cała feeria odcieni czerwonego od rdzawego, przez ceglasty, aż do ciemnobordowego robi niesamowite wrażenie. My wybraliśmy się do Park Regional du Massif du Sud. Wzgórza obrośnięte lasami klonowymi, które w tym czasie mieniły się żółcią, złotem i wszelkiego rodzaju odcieniami czerwieni zapierały dech w piersiach. Zdjęcia nie są w stanie oddać tej całej palety kolorów. Spod budynku siedziby Parku, w którym znajdują się sale wystawowe z ekspozycjami o tematyce przyrodniczej, udaliśmy się szlakiem pieszym na szczyt wzgórza do punktu widokowego, znajdującego się po drugiej stronie drogi. Idąc lasem nie widać jednak tych wszystkich barw. Po prostu liście na drzewach od dołu aż tak się nie wybarwiają, a te niesamowite kolory są na liściach z najwyższych gałęzi, do których dociera słońce. Ciekawostką była farma klonowa, czyli cała sieć instalacji do zbioru syropu klonowego z drzew. Najlepsze kolory można było obserwować w lasach, w okolicach stacji narciarskiej Massif du Sud. Zresztą cała trasa z Quebecu do Massif du Sud była niesamowicie urokliwa, z uwagi na te wybarwienia liści w lasach, przez które jechaliśmy po drodze. 

Wracając do Quebecu podjechaliśmy jeszcze do stacji narciarskiej na Mont Sainte-Anne, która znajduje się po drugiej stronie miasta. Tu też kolory liści wprawiały w zachwyt, jednak gęsta mgła tworzyła zdecydowane odcięcie na wysokości połowy wzgórza. Między Mont Sainte-Anne, a miastem Quebec możemy jeszcze podziwiać potężny wodospad Montmorency. Niestety nie zatrzymaliśmy się już tam, tylko zrobiliśmy zdjęcia z samochodu. Byliśmy lekko przeziębieni, pogoda nie zachęcała do spaceru, a do tego za wjazd na parking trzeba by znów zapłacić pewnie około 20 dolarów. 

W taki oto sposób zatoczyliśmy krąg, który rozpoczęliśmy kreślić wyruszając z Toronto na wschodnie wybrzeże do Nowej Szkocji. Kanada jest bardzo urokliwa, szczególnie jesienią. Z sentymentem piszę te wspomnienia, gdyż od razu przypominają mi się konkretne miejsca i sytuacje, które zapadają w pamięci na zawsze. Kto jeszcze nie był w Kanadzie powinien odwiedzić ten piękny kraj. Nie jest to może najtańsza wycieczka, ale przynajmniej raz w życiu warto się wybrać do Kanady. Mam nadzieję, że te moje opowieści zaciekawią miłośników podróżowania i odkrywania nowych, ciekawych miejsc. Może posłużą komuś za podstawę do opracowania własnego planu wyprawy za ocean i okażą się pomocne.

Wigilijne uszka z grzybami

Barszcz czerwony z uszkami to chyba najbardziej tradycyjne i podstawowe danie na polskim, wigilijnym stole. Dziś chciałbym Wam podać przetestowany na żywo przepis na uszka z grzybami. Ameryki w tym zakresie nie odkryję, bo nasze babcie od dziesiątek lat robiły i doskonaliły ten przepis. W Internecie krążą różne wersje, z dodatkiem masła, oliwy, z jajkiem, z wodą gorącą lub zimną. Moja Mama zawsze robi ciasto na uszka z dodatkiem masła i jednego jaja, było ono dobre, ale w mojej ocenie ciut za twarde po ugotowaniu. Podając Wam ten przepis, ja sam osobiście przetestowałem przepis Magdy Gesler. Dla mnie to już zostanie poniższy przepis, jako uszka według Magdy Gesler. Skoro jednak przepis się sprawdził warto go promować i polecać innym, mniej lub bardziej doświadczonym kucharzom. 

Na przygotowanie około 170 uszek potrzeba 80 dag mąki, sól i wodę przegotowaną w temperaturze pokojowej. Sam wątpiłem w brak jajka lub jakiejkolwiek odrobiny tłuszczu, ale ciasto bez tych dodatków wyszło idealne. Do farszu potrzeba około 1 kilograma namoczonych grzybów – prawdziwków i podgrzybków, piszę namoczonych, bo suche są znacznie lżejsze więc łatwiej mi ocenić proporcje już po wadze namoczonych. Dodatkowo 1 dużą cebulę, 1 żółtko, 1/3 kostki masła, sól i pieprz do smaku.

Grzyby moczymy dzień wcześniej, a następnie gotujemy w wodzie, w której się moczyły. Wodę z gotowania możemy później wykorzystać przygotowując bigos lub kapustę z grzybami. Wystudzone, ugotowane grzyby mielimy w maszynce do mięsa lub drobno siekamy, dodajemy sól i pieprz do smaku oraz pokrojoną w drobną kostkę i zeszkloną na maśle cebulkę. Na koniec dodajemy żółtko i mieszamy do połączenia wszystkich składników. W przepisie Magdy Gesler nie ma żółtka, ale ja zawsze muszę coś po swojemu zrobić więc taka moja własna drobna inicjatywa w tym zakresie.Tak przygotowaną masę wkładamy do lodówki by się dobrze schłodziła. Łatwiej nam później będzie nakładać porcje na ciasto i dzięki temu farsz po ugotowaniu powinien zachować soczystość. 

Czas teraz na przygotowanie ciasta. Mąkę przesiewamy przez sito, dodajemy sól i stopniowo wodę, zarabiając ciasto do środka. Wody dajemy tyle, ile wchłonie mąka. Jest jedna zasada, ciasto nie może być za rzadkie, gdyż w przeciwnym razie będzie się nam lepiło do stolnicy i rąk, ani za twarde. Przyznam się nieskromnie, że mnie za pierwszym razem udało się uzyskać pożądaną konsystencję. Ciasto wyszło idealnie plastyczne i elastyczne. Tak przygotowane ciasto wkładamy pod nagrzany garnek i trzymamy pod nim aż do wystygnięcia garnka. Tak było w przepisie Pani Magdy, ale też zwróciłem na to uwagę i w innych przepisach podawanych w sieci. Temperatura wpływa na gluten zawarty w mące i uzyskuje się lepszą strukturę ciasta do rozwałkowywania.

Następnie ciasto dzielimy na porcje i rozwałkowujemy dość cienko, podsypując lekko mąką by ciasto nie przykleiło się nam do stolnicy, w przeciwnym razie trzeba je będzie od nowa rozwałkowywać. Ciasto kroimy w kwadraty o boku około 4 cm. Idealne są malutkie, niemal biżuteryjne uszka, ja jednak nie mam tyle cierpliwości do lepienia takich miniaturek. Na każdy kwadrat nadkładamy porcję farszu i zlepiamy najpierw w formie trójkątnego pieroga, a następnie zawijamy i sklejamy dwa końce, uzyskując kształt uszka. Tak przygotowane uszka gotujemy w osolonej wodzie około 3 do 4 minut od wypłynięcia. I oto cały sekret przepisu na idealne uszka. Jeśli przygotowujemy uszka kilka dni wcześniej przed Wigilią zamrażamy je w formie surowej bez obgotowywania.

Spokojnie polecam ten przepis, ciasto wychodzi idealnie gładkie, plastyczne o właściwej konsystencji. Jeśli by za pierwszym razem Wam nie wyszło, tzn. było za rzadkie, nie zrażajcie się, z czasem dojdziecie do ideału, mnie na szczęście udało się to za pierwszym razem. Domowe uszka z grzybami są najlepsze.

Tajemniczy Halifax, urokliwy Lunenburg i niesamowite widoki na Cape Breton, czyli moje wspomnienia z Nowej Szkocji

Nowa Szkocja była ostatnim, no może prawie ostatnim celem naszej podróży po Kanadzie. Na pewno była ostatnim punktem wyprawy po wschodnim wybrzeżu Kanady. Nowa Szkocja jest prowincją kanadyjską obejmującą cały półwysep o tej samej nazwie, wyspę Cape Breton i kilka mniejszych wysepek. Nowa Szkocja jest na tyle atrakcyjną turystycznie prowincją, że warto tam spędzić przynajmniej kilka dni, zwłaszcza w okresie lata i wczesnej jesieni. Największym miastem i stolicą prowincji jest Halifax. Halifax to miasto portowe położone po południowej stronie półwyspu, od strony oceanu. Najciekawszym miejscem Halifaxu w mojej ocenie jest nabrzeże portowe z licznymi barami i restauracjami, miejscem spotkań turystów i mieszkańców miasta oraz wzgórze, na którym znajduje się Cytadela. Spacer promenadą, przy której zlokalizowana jest cała masa restauracji, należy do jednych z przyjemniejszych atrakcji. Możemy oglądać zacumowane w porcie statki oraz uroczą latarnię na wysepce Georges Island. W porcie znajduje się również Discovery Center z licznymi naukowymi ciekawostkami dla najmłodszych. Zaledwie kilka minut spacerem od nabrzeża zlokalizowany jest budynek Urzędu Miasta, przy którym postawiono w kształcie łuku triumfalnego pomnik, poświęcony pamięci tych, którzy zginęli chroniąc Nową Szkocję. Niewielki park, zlokalizowany przy Urzędzie Miasta pozwala na krótki wypoczynek. 

Halifax

Idąc dalej ulicą Carmichael dojdziemy do wzgórza Cytadeli. Ze szczytu wzgórza rozpościera się widok na całą panoramę miasta. U stóp Cytadeli znajduje się zabytkowy budynek z zegarem miejskim.  W kwartale ulic między wzgórzem Cytadeli, a nabrzeżem znajduje się chyba największe nasycenie barów i restauracji, niestety nie należą one do najtańszych. Korzystając z pomocy Tripadvisora trafiliśmy do restauracji Bluenose, przy skrzyżowaniu ulic Hollis i Duke, w której serwują jedne z najlepszych homarów. Popularność restauracji jest na tyle duża, że miejsce należy sobie wcześniej zarezerwować. My weszliśmy tam prosto z ulicy więc miejsc wolnych nie było i musieliśmy sobie zarezerwować stolik. Ponieważ czas oczekiwania wynosił około 40 minut, w międzyczasie zrobiliśmy sobie szybki spacer na wzgórze Cytadeli. Było jeszcze jasno więc udało mi się zrobić kilka zdjęć panoramy miasta, jednak dość zimny wiatr skutecznie nas poganiał nie pozwalając na dłuższy pobyt na wzgórzu.  

Halifax

Z ciekawostek, w Halifaxie na cmentarzach lokalnych pochowana jest największa liczba ofiar tragedii Tytanica. Te stare cmentarze nadają miastu tajemniczo-mroczny charakter, szczególnie po zmroku. Hotel Waverley Inn, w którym mieliśmy zarezerwowany nocleg był urządzony w starym stylu, który przypominał wystrój Tytanica. To też potęgowało nastrój tajemniczości i mroczności, przywołując wspomnienia tamtej tragedii. Tak, czy owak polecam nocleg w tym hotelu. Jest zlokalizowany blisko centrum, posiada własny prywatny parking więc warto tam się zatrzymać.  Halifax był naszą bazą wypadową na południe półwyspu. Po przyjeździe z Nowego Brunszwiku odbyliśmy tylko krótki spacer po mieście, gdyż przyjechaliśmy dość późno, a kolejnego dnia mieliśmy zaplanowaną dość długą wycieczkę. Niestety z uwagi na późną porę nadbrzeżny deptak był wyludniony, ulice też były puste więc pierwsze wrażenie nie było dla mnie imponujące, raczej mroczne, owiane nutą tajemnicy i wspomnieniem tamtej tragedii. 

Lunenburg

Planem na kolejny dzień była wycieczka objazdowa po południowej części półwyspu. Objazd południowej części półwyspu z powrotem do Halifaxu do trasa długości ponad 600 kilometrów. Taki był pierwotny plan, który jednak musiał ulec modyfikacji, ponieważ drogi są wąskie i na większości odcinków jest ograniczenie prędkości do 60 lub 70 km/h. Do tego mieliśmy zaplanowany tylko jeszcze jeden nocleg w Halifaxie, a chcieliśmy pospacerować po mieście jeszcze za dnia. Ostatecznie plan objął objazd południowej części półwyspu przez środek lądu do Parku Narodowego Kejimkujik i powrót tą samą trasą do Halifaxu. Po drodze odwiedziliśmy urokliwe miasteczko Lunenburg, którego zabytkowa, stara część wpisana jest na listę dziedzictwa UNESCO. To miasteczko jest obowiązkowym punktem podczas wycieczki na południe Nowej Szkocji. Warto przespacerować się wąskimi uliczkami w kierunku nabrzeża, które ciągnie się wzdłuż ulicy Bluenose Dr. Praktycznie w każdej restauracji serwowane są homary, które oczekują na klientów w akwariach na wystawach restauracji. Warto usiąść na chwilę na ławeczce nad samą wodą lub w barach, z bezpośrednim widokiem na zatoczkę. Z Lunenburgu pojechaliśmy w kierunku Parku Narodowego Kejimkujik, mijając po drodze miasteczko Mahone Bay, w którym odbywał się festyn na cześć założycieli miasta. To było specyficzne przeżycie, całe miasto było ozdobione lalkami ludzkiego wzrostu, przedstawiającymi różnorodne postacie bajkowe i związane z historią miasta, mnie to bardziej kojarzyło się z Halloween i było bardzo osobliwe. 

Kejimkujik

Park Narodowy Kejimkujik to raj dla pasjonatów pieszych wędrówek, spokojnie można tam spędzić ze dwa dni w całkowitej izolacji od świata zewnętrznego. My zatrzymaliśmy się tam tylko na piknik, nad samym brzegiem jeziora Kejimkujik. Niestety o tej porze roku woda w jeziorze była dość zimna jak dla mnie więc nie odważyłem się nawet na krótką kąpiel. Z parku narodowego wracaliśmy z powrotem tą samą drogą do Halifaxu, szkoda bo okoliczności przyrody sprzyjały dłuższym spacerom, nas jednak nieubłaganie gonił czas. Krótki pobyt w Lunenburgu i Mahone Bay spowodował, że musieliśmy skrócić trasę przejazdu, chcąc jeszcze popołudniu pospacerować po Halifaxie. Czytałem, że miejscowością wartą odwiedzin jest Annopolis, położone po północnej stronie południowej części półwyspu, ale tam już nie dojechaliśmy. Popołudnie spędziliśmy zwiedzając Halifax, ale o atrakcjach tego miasta już Wam napisałem wcześniej.

Cape Breton

Kolejny dzień obejmował przejazd na wyspę Cape Breton. By zaoszczędzić czas przy powrocie do Quebecu, kolejny nocleg zarezerwowaliśmy na Wyspie Boularderie, by nie wracać już do Halifaxu. Północna część Nowej Szkocji jest cudowna, niesamowita, z bajkowymi panoramami. Wyspa Cape Breton połączona jest z lądem mostem nad kanałem Canso. Jadąc w kierunku północnym dotrzemy do Cape Breton Highlands National Park of Canada. Urokliwa trasa widokowa przez Cape Breton Highlands National Park of Canada należy do najładniejszych tras widokowych Ameryki. Podróż wybrzeżem z którego rozpościera się widok na ocean i klify jest niesamowitą atrakcją. Jadąc trasą Cabot Trail przez park nie wyobrażam sobie by zrezygnować z pieszej wycieczki po Skyline Trail aż do samego klifu, z którego widoki zapierają dech w piersiach. To bez wątpienia obowiązkowy punkt wycieczki w tym parku narodowym. Przejście od parkingu do klifu i z powrotem zajmuje około 1,5 godziny, ale przy słonecznej pogodzie widoki są cudowne, a idąc przez park można spotkać łosia, choć nam niestety nie udało się, a szkoda. Ciekawostką są wydzielone i zamknięte obszary parku z nowymi nasadzeniami otoczone ogrodzeniem, chroniącym młode drzewa przed łosiami. Zataczając koło na trasie Cabot Trail i kierując się w kierunku południowym warto zatrzymać się przy punkcie widokowym Lakies Head. Drewnianym pomostem dojdziemy to samego skalnego wybrzeża, a widoki jak w całym Cape Breton są niesamowite. Wycieczka po północnej części Nowej Szkocji, a dokładniej po wyspie Cape Breton zajęła nam praktycznie cały dzień. Widoki są tak niesamowite, że jazda samochodem nie wydaje się męcząca, a jest przyjemnością samą w sobie. Przed zachodem słońca udało się nam dotrzeć do motelu Travels Inn Victoria County, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg, więc jeszcze mogliśmy się zachwycać zachodem słońca nad cieśniną Great Bras d’Or, siedząc w pokoju z widokiem na okolicę i popijając drinka na zakończenie kolejnego, dość intensywnego dnia. Tak zakończyła się nasza podróż przez Nową Szkocję, następnego dnia czekała nas niesamowicie długa i męcząca trasa do samego Quebecu. O tej miniaturze Francji za oceanem już wkrótce, w kolejnym wpisie, do którego przeczytania już teraz serdecznie zapraszam.