Smaki Normandii, Bretanii i inne ciekawostki…

Smak Normandii to smak bryzy morskiej i morza. Nie jest to dziwne, gdyż Normandia znajduje się na północnym wybrzeżu Francji. Dokładniej mówiąc to smak różnego rodzaju owoców morza od muli, ostryg, po krewetki, kraby, homary i innego rodzaju morskie skorupiaki. Najpopularniejsze są jednak mule, czyli małże w różnych wydaniach. Ja próbowałem muli z chorizo, curry, sosem serowym lub kremowym na śmietance. Najlepsze były te z curry, które próbowałem w Saint Malo w restauracji Café de l’Ouest oraz z chorizo w Dunkierce nad samym morzem w Face à la Mer. 

W tej restauracji w Saint Malo serwowali też takie wielkie talerze z różnymi owocami morza. Wyglądało to niesamowicie, ale nie zaserwowaliśmy sobie takiej przyjemności. Niestety nie odważyłem się też spróbować ostryg, choć znam ich wielbicieli. Teraz chyba trochę żałuję, bo tam nad morzem musiały być najświeższe. W Honfleur w restauracji  L’Assiette gourmande spróbowałem natomiast najlepszego chyba jaki dotychczas jadłem makaronu carbonara z owocami morza. Smak był po prostu obłędny, trafiliśmy tam przez przypadek, bo w innych restauracjach nie było już miejsca, opinie też były takie sobie, ale jedzenie było po prostu doskonałe. Jak tak teraz wspominam, to podczas pobytu w Normandii ani razu nie zjadłem na obiad dania mięsnego i nie żałuję tego, bo mogłem delektować się świeżymi owocami morza.

Normandia słynie jeszcze z calvadosa. Jest to taki lokalny alkohol, pochodzący z tego regionu, produkowany z jabłek. Calvadosa próbowałem 20 lat temu, jak spędzałem tu wakacje, doskonale pamiętałem ten cierpko wytrawny smak. Teraz ponownie spróbowałem, ale tylko łyczek, no i nie przekonałem się, to nie mój smak. O wiele lepszy jest cydr, niskoprocentowy jabłkowy gazowany napój alkoholowy. Ma słodki, orzeźwiający smak więc nim można się już podelektować. Z produkcji cydru słynie zarówno Normandia, jak i Bretania.

Francja to również wszelkiego rodzaju sery pleśniowe. Są one obowiązkowym elementem każdego śniadania i warto popróbować ich różnych rodzajów. Nie ma oczywiście francuskiej kuchni, czy śniadania bez bagietki i całej masy innych słodkości jak croissanty, czy pain un chocolate, czyli takie ciastko z czekoladą. Świeża bagietka, odrobina masła i plasterek sera pleśniowego, czego chcieć więcej, no dobrej kawy z mlekiem.

Francuska kuchnia to jeszcze quiche, czyli zapiekanka w formie tarty, ale nie mylcie z tartą, na bazie ciasta kruchego z nadzieniem mięsnym lub warzywnym. Najsłynniejszy jest quiche Lorraine z masą śmietanową i boczkiem. W Honfleur poszliśmy do małej kafejki La Petite Chine na takie śniadanie w stylu francuskim z quiche, croissantem i pyszną kawą.

W Saint Mało spotkaliśmy jeszcze jeden lokalny przysmak, czyli kouign-amann, słodkie okrągłe ciasto maślane. W kilku punktach na starym mieście wypiekali je na bieżąco, a roznoszący się wkoło zapach był niesamowity. Znaleźliśmy również sklep, w którym sprzedawali tylko to ciasto, ale też nie skusiliśmy się. Teraz trochę żałuję, że nie spróbowałem tej lokalnej słodkości, no cóż nie da się wszystkiego popróbować.

Pisząc o słodkościach nie możemy zapomnieć o słynnych crêpe, czyli cieniutkich naleśnikach serwowanych na słodko, zazwyczaj składanych, a nie rolowanych, jak u nas. Na takiego naleśnika się już skusiłem, ale zdecydowanie jestem większym zwolennikiem owoców morza, a nie takich słodkości.

A tak z innych ciekawostek. Co do hoteli polecam wybierać małe butikowe hotele w centrach tych miasteczek, żeby poczuć ich klimat i atmosferę. Owszem usytuowane są one w kamieniczkach, w których zazwyczaj nie ma wind i trzeba taszczyć walizki po schodach do pokoju, ale ma to swój urok. Sprawdzoną miejscówką w Honfleur jest Les Cascades, położony niemal przy porcie, w Étretat – Villa Jade, praktycznie w samym centrum miasteczka, czy urokliwy Le Nautilus w Saint Malo. Co do śniadania to już poddaję indywidualnej decyzji, czy lepiej iść do kawiarni na kawę, a po drodze kupić sobie croissanta lub pani au chocolate, czy wykupić sobie śniadanie w hotelu. My skorzystaliśmy ze śniadania tylko w Saint Malo i to był akurat dobry wybór, a śniadanie osobiście serwował właściciel, zresztą przez cały nasz pobyt był bardzo uprzejmy i pomocny. Ciekawym doświadczeniem jest też nocleg w ichnim odpowiedniku naszej agroturystyki. Jeden nocleg mieliśmy zarezerwowany w dużym wiejskim, zabytkowym domu niedaleko od Barfleur o nazwie Le Chalet Suisse. Dom w wiejskiej spokojnej okolicy, wieczorem cisza i brak świateł miejskich, spacerujące po podwórku koty i kury. Tu też skorzystaliśmy z domowego śniadania, które serwowała właścicielka, warto się tam zatrzymać.

Podróżując przez Francję należy pamiętać, że znaczna część autostrad jest niestety płatna, ale opłat można spokojnie dokonać kartą płatniczą, a na niektórych odcinkach autostrad później sprawdzić sobie w internecie po numerze rejestracyjnym auta i opłacić online. Płatny jest również przejazd przez słynny Pont de Normandie, którym jechaliśmy z Étretat do Honfleur, ale warto przejechać się tym wielkim mostem. W niektórych miastach obowiązuje również strefa tzw. „czystego powietrza” i by wjechać do takich miast potrzebujecie naklejki Crit’Air  czyli Certificat qualité de l’air. Zamówiliśmy ją przez internet jeszcze z Polski, ale dotarła do nas już po powrocie. Na szczęście uniknęliśmy mandatów, a właściciel hotelu w Saint Mało powiedział, że wystarczy że się zarejestrowaliśmy na stronie internetowej, jednak nie jest to sprawdzona i pewna informacja.

Tak kończę moje wspomnienia z Normandii i Bretanii. Mam nadzieję, że będą pomocne dla tych którzy trafią na mojego bloga i zainspirują się do własnej wyprawy do północnej Francji. Jest to region wart odwiedzenia, gdzie można zachwycić się urokliwymi małymi miasteczkami, stanąć w miejscach, w których odegrały się ważne wydarzenia II wojny światowej i posmakować doskonałej regionalnej kuchni francuskiej.

W mieście korsarzy, czyli spacerem i rowerem przez Saint Malo

Do Saint Mało dotarliśmy koło 19.00, zwiedzanie Mont Saint Michel i dojazd zajęły trochę czasu, a nam się specjalnie nie spieszyło. W Saint Malo mieliśmy zarezerwowane dwa noclegi by spokojnie pozwiedzać miasto i skorzystać z uroków jakie daje pobliska plaża. Najstarsza, zabytkowa i najbardziej urokliwa część miasta otoczona jest murami. Tam też zarezerwowaliśmy sobie nocleg w hotelu, więc wszędzie mieliśmy blisko. Po przyjeździe do hotelu i krótkim odpoczynku udaliśmy się na kolację, a następnie na spacer uliczkami starego miasta. Z murów podziwialiśmy również zachód słońca. Cześć otoczona murami jest stosunkowo niewielka więc spokojnie przeszliśmy wszystkimi głównymi uliczkami. Przy restauracjach i barach do późnych godzin przewijali się turyści. Co ciekawe, jest tam też bardzo dużo lodziarni, a wybór lodów przyprawia o zawrót głowy. Po wieczornym spacerze, zachodzie słońca i odwiedzinach w dwóch barach wróciliśmy do hotelu gdyż kolejny dzień zapowiadał się dość intensywnie. Przez przypadek natrafiliśmy również na lokalną imprezę, która odbywała się w sklepie odzieżowym. Wyglądało to bardzo ciekawie, ale przy muzyce puszczanej przez chyba właścicielkę, wszyscy bawili się doskonale. 

Następnego dnia po smacznym śniadaniu, serwowanym przez właściciela hotelu, zabraliśmy rowery i udaliśmy się na wycieczkę w kierunku plaży. Plaża ciągnie się na długości około 3 kilometrów, a wzdłuż plaży przy deptaku prowadzi ścieżka rowerowa. Była piękna pogoda więc zafundowaliśmy sobie godzinną przerwę na leżakowanie i krótką kąpiel w zimnym niestety morzu. Następnie udaliśmy się w dalszą wycieczkę w kierunku plaży du Val. Cała wycieczka zajęła około 3 godziny. Pogodę mieliśmy idealną, było aż za gorąco, gdyż przy bezchmurnym niebie słońce bezlitośnie grzało, a temperatura dochodziła do 30°C. Po południu zrobiliśmy sobie ponownie spacer po starym mieście, czyli tej części zamkniętej w murach, dotarliśmy również pod pomnik najsłynniejszego korsarza Roberta Surcouf. Nie obyło się również bez zakupów magnesów i lokalnych pamiątek.

Kolejnego dnia rozpoczęła się nasza podróż powrotna w kierunku Polski. Po drodze odwiedziliśmy jeszcze uroczą malutką miejscowość Saint Suliac, którą polecił nam właściciel hotelu. Cudowne małe miasteczko, z tymi domkami z kamienia i kolorowymi okiennicami. W położonej przy plaży restauracji wypiliśmy kawę i ruszyliśmy w dalszą drogę. Żegnaliśmy się już niestety z Bretanią. Na pocieszenie mieliśmy jeszcze po drodze zaplanowane dwa noclegi w Paryżu. O Paryżu pisałem już Wam we wcześniejszych wpisach z wycieczki z okazji 80-tych urodzin mojej Mamy, więc ponownie nie będę rozpisywać się o Paryżu, choć kocham to miasto i czuję się tam doskonale. Mam nadzieję, że moje opowieści o atrakcjach Normandii, pomogą Wam zaplanować własną podróż do tej cudownej krainy klifów, kamienistych plaży, uroczych miasteczek i calvadosa.

Mont Saint Michel, perła Normandii z owcami w tle

Mont Saint Michel było ostatnim miejscem, które zwiedziliśmy w Normandii. Na skalistej wyspie otoczonej morzem zbudowane zostało opactwo, u podnóża którego znajdowało się miasteczko, a wszystko na jednej skale. Obecnie całość znalazła się na liście światowego dziedzictwa Unesco. Samo opactwo ma charakter świecki i znajduje się tam już tylko muzeum. Mont Saint Michel jest drugą najchętniej odwiedzaną atrakcją Francji po Paryżu. Ponieważ otoczenie Mont Saint Michel jest zalewane podczas przypływów, do wzgórza prowadzi drewniany most, którym dojdziemy z parkingu. Do wzgórza można dojść pieszo właśnie tym mostem lub podjechać autobusem z parkingu. Jak byłem tu pierwszy raz prawie 30 lat temu, tego mostu jeszcze nie było, a samochodem można było dojechać pod same mury. 

My zaparkowaliśmy auto w miejscowości La Rile i stamtąd udaliśmy rowerami do Mont Saint Michel. Był to bardzo dobry pomysł gdyż uniknęliśmy tych tłumów i w miarę szybko dojechaliśmy do celu. Rowery pozostawiliśmy pod murami, wszyscy tak robią i udaliśmy się na zwiedzanie. Na szczyt prowadzi Grande Rue, która jest niesamowicie zatłoczona, pełna restauracji, sklepów z pamiątkami i lodziarni. Dalej jest już luźniej, a z murów rozciągają się niesamowite widoki na całą okolicę. Niestety nie kupiliśmy wcześniej biletów więc musieliśmy odstać swoje w kolejce, ale w sumie dość szybko to szło i udało się nam zobaczyć wnętrza dawnego opactwa. 

W nawie głównej kościoła w miejscu ołtarza pod sufitem podwieszony jest obecnie olbrzymi księżyc. W kolejnych pomieszczeniach prezentowane są różne instalacje artystyczne. To miejsce już ma typowo świecki charakter. Po ponad półtoragodzinnym zwiedzaniu Mont Saint Michel wracaliśmy rowerem do zaparkowanego auta. Oczywiście musiałem zrobić zdjęcia wzgórza z owcami w tle. Robi to niesamowite wrażenie, gdy wkoło masz rozciągające się pola i pastwiska, owce skubiące trawę, a w tle  potężne Mont Saint Michel górujące nad całą okolicą. Tak zakończyliśmy naszą podróż po Normandii. Kolejny nocleg zarezerwowany mieliśmy w Saint Malo, ale to już w Bretanii i kolejnym wpisie.

Klify i kamieniste plaże Normandii od Le Tréport i Fécamp, po Étretat

Kolejnym celem naszej podróży przez Normandię było Étretat. Jest to niewielkie miasteczko położone nad Kanałem La Manche w środkowej części Normandii. Podróż z Dunkierki do Étretat zajmuje około 4 godzin jazdy samochodem. 

Le Trepot

Po drodze mieliśmy jeszcze zaplanowane zwiedzanie dwóch miejscowości na wybrzeżu Le Tréport i Fécamp. Są to bardzo urokliwe niewielkie miejscowości portowe, dość podobne do siebie. Wzdłuż wybrzeża portowego ciągnie się można powiedzieć promenada spacerowa, przy której znajdują się piękne kamieniczki z restauracjami, kafejkami i piekarniami, umiejscowionymi w części parterowej budynków. Podczas naszego pobytu w Le Tréport odbywał się targ więc to całe nabrzeże było zapełnione straganami, że aż ciężko było się przemieszczać w ogromnym tłumie ludzi, który temu towarzyszył.  

Fecamp

W Fécamp było już znacznie spokojniej. Oba miasteczka są niesamowite zadbane, pełne zieleni, a różnorodność kwiatów na klombach po prostu powala swoim urokiem. Zarówno Le Tréport, jak i Fécamp mają swoje niewielkie plaże, jednak należy pamiętać, że plaże w tej części Normandii są kamieniste. Największe wrażenie robią strome klify ciągnące się na prawo i lewo od plaży w obu miasteczkach. Gorąco polecam odwiedzić te miasteczka, jeśli będziecie planować sobie podróż do Normandii. Nie wątpię, że i Was zauroczą, tak jak i mnie. 

Etretat

Naszym punktem docelowym i miejscem, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg tego dnia, było Étretat. Étretat nie jest miasteczkiem portowym, jak wcześniejsze miejscowości, które odwiedziliśmy. To typowo turystyczna miejscowość bez portu, ale za to chyba z najpiękniejszymi i najpopularniejszymi klifami Normandii. Centrum miasteczka to dosłownie kilka krzyżujących się ulic, po których w ciągu dnia przewijają się tłumy turystów, że aż ciężko przejść. Natomiast po godzinie 19.00, miasto wygląda niemal jak wymarłe. Prawie wszystkie sklepy i duża część restauracji jest już pozamykana, a po ulicach przewijają się już nieliczni o tej porze turyści. 

Największą atrakcją Étretat są jednak klify, które możemy podziwiać z plaży. W dniu przyjazdu podziwialiśmy te klify popołudniową porą i o zachodzie słońca. Wzdłuż krawędzi klifów znajdujących się po obu stronach plaży ciągną się ścieżki spacerowe, skąd możemy podziwiać całą panoramę z góry, a robi ona naprawdę niesamowite wrażenie. Oczywiście my też wybraliśmy się na taki spacer po klifach, a widok z góry był cudowny. Kolejnego dnia o 7.00 rano wybrałem się jeszcze raz sam na spacer po klifach, by porobić zdjęcia o wschodzie słońca. Nie było tych tłumów turystów więc spacer był bardzo przyjemny, a widoki oszałamiające. Należy jednak uważać spacerując, by nie podejść zbyt blisko urwiska by nie skończyło się to wypadkiem. Étretat jest cudowne i urokliwe. Za dnia pełne turystów, a wieczorami i o poranku ciche, puste i melancholijne. Tak kończył się kolejny etap naszej podróży przez Normandię. Tym razem nie udało się skorzystać z rowerów, bo w tych wszystkich miasteczkach tłum turystów był tak duży, że nie dałoby się pojeździć, a szlaki piesze na szczycie klifów i wspinaczka pod górę również nie pozwalały na jazdę rowerem.

Przez Normandię rowerem i samochodem, czyli zaczynamy od Dunkierki

Normandia, kraina Francji rozciągająca się na północy mniej więcej od miejscowości Le Tréport, aż po Mont Saint Michel. Ostatni raz w Normandii byłem 20 lat temu. W tym roku, wybór ponownie padł na Normandię. Dodatkowo postanowiliśmy zabrać rowery z uwagi na ukształtowanie terenu oraz wcześniejszy kilkudniowy pobyt w Holandii. Naszą podróż po północnym wybrzeżu Francji rozpoczęliśmy od Dunkierki, dokąd dotarliśmy samochodem po 4-godzinnej podróży z Alkmaar w Holandii. Dunkierka, w porównaniu z pozostałymi miastami, które odwiedziliśmy nie należy do najatrakcyjniejszych pod względem architektury, czy atmosfery. Wybraliśmy się tam głównie z uwagi na wydarzenia, które się tam rozegrały podczas II wojny światowej. Nie planowaliśmy też dłuższych przejazdów między poszczególnymi miejscami niż 4-5 godzin. 

Dunkierka jest znana ze słynnej akcji Dynamo, dotyczącej ewakuacji ponad 300 tys. żołnierzy brytyjskich i francuskich w 1940 roku. Samo miasto nie wywarło na mnie oszałamiającego wrażenia, może też dlatego, że trafił się nam pochmurny i wietrzny dzień. Ponieważ hotel mieliśmy blisko centrum, w części portowej nad kanałem Bourbourg, na zwiedzanie Dunkierki wybraliśmy się rowerem. Zwiedziliśmy centrum, okolice pięknego kościoła Saint-Éloi Catholic Church at Dunkirk, ratusza miejskiego i udaliśmy się w kierunku nadmorskiego deptaka. Po drodze, przy Ruedes Chantiers de France znajduje się muzeum poświęcone historii akcji Dynamo. Dla pasjonatów historii i wydarzeń związanych z II wojną światowa na pewno to miejsce jest warte odwiedzenia. 

My natomiast pojechaliśmy dalej w kierunku nadmorskiego deptaka. Ciągnie się on na długości 4,5 km wzdłuż plaży. To miejsce zrobiło na mnie największe wrażenie, pełne kolorowych domków o różnorodnej architekturze, a niektóre z nich wyglądały niemal jak z bajki. Wzdłuż deptaka prowadzi ścieżka rowerowa, zreszta sam deptak jest dość szeroki, że z powodzeniem mogą tam spacerować turyści i przemieszczać się rowerzyści. W kamieniczkach znajdują się też liczne restauracje serwujące świeże owoce morza oraz lodziarnie i kawiarnie. Tego dnia wiał dość silny wiatr i momentami kropił deszcz, co trochę utrudniało jazdę na rowerze, ale było dość ciepło więc zwiedzanie Dunkierki rowerem okazało się doskonałym pomysłem. Pieszo na pewno tylu miejsc nie udało by się nam zobaczyć. Mogę dodać, że samo centrum, okolice portowe i plaży są doskonale skomunikowane siecią ścieżek rowerowych. Po prawie 5 godzinnej wycieczce, uwzględniającej obiad w jednej z nadmorskich restauracji, wróciliśmy do hotelu. Kolejnego dnia czekała nas podróż do Étretat, a w planie było jeszcze zwiedzanie dwóch miasteczek po drodze. Ale o tym już w kolejnym wpisie.

Przyrodnicze atrakcje Edynburga

Edynburg, to nie tylko zamek, Trakt Królewski i New Town. To miasta posiada również wiele ciekawych atrakcji przyrodniczych. Jeden dzień pobytu postanowiliśmy więc poświęcić na poznawanie Edynburga od tej strony. Oczywiście wcześniej zaplanowałem miejsca, które chcemy zobaczyć i plan dojazdu do nich. 

Ten dzień zaczęliśmy od Holyrood Park. Jest to wzgórze znajdujące się po południowo-wschodniej stronie miasta. Tak jak wspominałem we wcześniejszych wpisach mieszkaliśmy przy Clerk St, a dokładnie 10 minut spacerem od tego miejsca. Skręcając z Clerk St w lewo, na skrzyżowaniu z E Preston St, już było widać okazałe wzgórze. Z daleka wydaje się mniejsze niż w rzeczywistości. W ciągu kilku minut byliśmy już na ścieżkach spacerowych, prowadzących w różnych kierunkach. My wybraliśmy tę opisaną na mapach jako Salisbury Crags, ciągnie się ona krawędzią wzgórza od strony centrum Edynburga skąd rozciąga się cudowny widok na całą panoramę miasta. Widać stąd zamek, Calton Hill i ruiny Holyrood Abbey, opactwa, o którym pisałem we wcześniejszym wpisie. Nie odwiedziliśmy tych ruin spacerując po centrum, za to teraz mogliśmy je podziwiać z góry. Salisbury Crags ciągnie się wzdłuż niższej części  całego wzgórza. Chętni mogą wejść na wyższą część gdzie znajduje się Arthur’s Seat. Jeśli komuś nie zależy na widokach lub nie chce się wspinać, może odbyć spacer ścieżkami ciągnącymi się między dwoma wzniesieniami  Holyrood Park. Ze wzgórza zeszliśmy w kierunku Queen’s Dr, ulicy przy której rozciągają się wielkie błonia, gdzie można sobie spokojnie urządzić piknik na trawie po trudach wspinaczki na szczyt wzgórza. Po krótkim odpoczynku udaliśmy się w kierunku Meadowbank Sport Centrę, gdzie znajdował się przystanek autobusowy. Idąc między domkami jednorodzinnymi, można przejść przez tunel znajdujący się pod torami, niż iść aż do głównego skrzyżowania.

Kolejnym punktem tego dnia była plaża i morze. Wcześniej, oczywiście sprawdziłem linie autobusowe kursujące w kierunku plaży. Autobusem dojechaliśmy do przystanku Wakefield Avenue, skąd było 3 minuty spacerem do plaży Portobello. No niestety o tej porze roku morze było jeszcze dość zimne, zresztą Morze Północne z natury jest zimne, podobnie jak Bałtyk, ale szeroka plaża idealnie nadaje się do spacerowania. Tego dnia, podobnie, jak i poprzednich dopisywała nam cudowna pogoda. W słońcu na pewno było około 25°C.

Na plaży mogliśmy spędzić pół dnia, jednak zależało mi jednak jeszcze na odwiedzeniu Royal Botanic Garden Edinburgh, a dochodziła już 15.00. Udaliśmy się więc w kierunku przystanku autobusowego przy Portobello High St, skąd dojechaliśmy właśnie w pobliże ogrodu botanicznego. O tej porze roku cudownie kwitną rododendrony więc chciałem je zobaczyć. Niestety przez wyjątkowo ciepła wiosnę na wyspach rododendrony już prawie przekwitły, ale na szczęście udało mi się zrobić kilka zdjęć. Nie było już czasu by spokojnie pospacerować po ogrodzie, gdyż zamykany był o 17.00, a my tam dotarliśmy pół godziny wcześniej, a ogród nie działa to tak, że ci co są w środku mogą jeszcze spokojnie spacerować, tylko o 17.00 chodzi pan i trąbi na trąbce nawołując wszystkich do wyjścia. Tak czy owak atrakcja została zaliczona. Nadmieniam, że wstęp do ogrodu jest bezpłatny. Do domu wróciliśmy już uberem, gdyż całodzienna wycieczka i wyjątkowo mocno grzejące słońce dały się nam we znaki i wszyscy byli już mocno zmęczeni, a kolejnego dnia czekało jeszcze na nas New Town. 

Spędzając kilka dni w Edynburgu, warto jeden poświęcić na poznawanie przyrody tego miasta. Oprócz wspomnianych miejsc, które opisałem powyżej jest jeszcze wiele innych ciekawych, gdzie można odpoczywać na łonie natury, jak The Meadows, położone w południowej części miasta, czy znajdujące się w centrum Princes Street Gardens z fontanną Ross, skąd rozciąga się widok na wzgórze zamkowe.

Edynburg zauroczył nas. Na pewno przyczyniła się też do tego pogoda, nietypowa jak na Szkocję. Nie było deszczu, wiatru, tylko lazurowe niebo i pełne słońce towarzyszyły nam przez wszystkie dni. Architektura Edynburga zachwycą swoją magią, tych cudownych, kamiennych starych kamienic, urokliwych zakątków, krętych uliczek, a przyroda pozwala odpocząć i zrelaksować się. Bez wątpienia Edynburg należy do tych miast, które warto odwiedzić. Kończąc moje opowieści o tym mieście, mam nadzieję, że komuś może się one przydadzą i wykorzysta je planując swój pobyt w mieście Harrego Pottera i słynnej whisky.

Od Dean Village po Scott Monument, ciekawostki New Town Edynburg

Kolejnego dnia wycieczki po mieście, podziwialiśmy  piękno przyrody Edynburga, ale o tym napisałem Wam w odrębnym wpisie. W niedzielę wybraliśmy się natomiast do dzielnicy New Town. Zaczęliśmy od spaceru po Dean Village. Miejsce to zauroczyło mnie, kiedy zobaczyłem zdjęcia na street view w Internecie. Już wtedy wiedziałem, że też muszę się tam przejść. Do Dean Village dojechaliśmy z naszego mieszkania autobusem, by nie tracić czasu na godzinny spacer w jedną stronę. Od głównej ulicy, czyli Lynedoch Pl, trzeba skręcić w Bells Brae i przejść się Hawthornbank by z mostku podziwiać cudowną panoramę rzeki z ciągnącymi się wzdłuż jej brzegów kamienicami. Miejsce na żywo robi jeszcze większe wrażenia niż na zdjęciach. Po przejściu przez mostek i oczywiście obowiązkowych zdjęciach przeszliśmy ulicą Damside i przez Deans Brae Bridge udaliśmy się szlakiem spacerowym wśród zieleni nad rzeką w stronę Circus Ln.

Circus Ln, to kolejna magiczna uliczka, niczym wyjęta z bajki, zabudowana malutkimi domkami i z cudowną zielenią wkoło. Niestety bardzo trudno jest tam zrobić zdjęcie by nikogo nie było, bo jest to również bardzo popularny punkt  turystyczny. Po krótkiej sesji zdjęciowej udaliśmy się w kierunku kwartału między ulicami Queen, George i Princes. To takie centrum handlowe Edynburga z butikami, popularnymi sklepami sieciowymi i restauracjami.

Przy Princess St znajduje się charakterystyczny Scott Monument, pomnik poświęcony pamięci pisarza sir Waltera Scotta, górujący nad całą okolicą. Polecam też przespacerować się wąską Rose St, chyba najciekawsza uliczka w tym kwartale New Town. Po krótkich zakupach w okolicznych sklepach, przez dworzec kolejowy udaliśmy ponownie w kierunku starego miasta i traktu królewskiego. Tam jeszcze poczyniliśmy ostatnie zakupy w sklepikach z pamiątkami i zjedliśmy nasz ostatni obiad w Edynburgu, oczywiście fish&chips. Niestety nie udało się już odwiedzić wzgórza Calton znajdującego się przy końcu Princess St, z budowlami przypominającymi ruiny greckich świątyń. Po dwóch dość forsownych dniach postanowiliśmy już w wolniejszym tempie zwiedzać miasto. Na szczęście cały czas dopisywała nam pogoda, z cudownym słońcem, błękitnym niebem i niemal letnimi temperaturami, co należy do rzadkości o tej porze roku w Edynburgu. Tego dnia też spacerem, mimo iż bardzo zmęczeni wróciliśmy do naszego mieszkania. 

Mam nadzieję, że trochę przybliżyłem Wam najciekawsze atrakcje Edynburga i miejsca, które koniecznie trzeba odwiedzić. Dla mnie obowiązkowym „must see” Edynburga to trakt królewski z przyległymi ulicami, Dean Village i Circus Ln. Przyznam uczciwie, że oprócz Greyfriars Kirkyard, nie odwiedziliśmy innych miejsc związanych z Harrym Potterem, ale to co zobaczyliśmy pozostanie na zawsze w pamięci. Edynburg, to magiczne i bardzo przyjazne miasto z cudownymi uliczkami, wąskimi zakamarkami i tymi  niesamowitymi kamienicami zbudowanymi z kamienia. Jak będę miał okazję z chęcią wybrałbym się tam ponownie za kilka lat. A Wy nie czekajcie, tylko już planujcie wycieczkę do Edynburga.

W krainie Harrego Pottera i szkockiej whisky, czyli Edynburg na weekend

Jak pojawiły się filmy o Harrym Potterze oglądnąłem prawie wszystkie, przyznam się, że książek nie przeczytałem, ale filmy obejrzałem. Ten klimat lekkiej tajemniczości, magii Hogwardu bardzo mi się podobał. Większości chyba Edynburg kojarzy się z sagą o Harrym Potterze.

W Wielkiej Brytanii byłem już dwa razy, natomiast w Szkocji to był mój pierwszy raz. Wybraliśmy się tam ze znajomymi oraz moją mamą. Trzy pełne dni nie wliczając dnia przylotu i wylotu, to jest idealny okres czasowy by w miarę dokładnie poznać najważniejsze atrakcje Edynburga. Do Edynburga przylecieliśmy w czwartek wieczorem, więc tego dnia poszliśmy tylko na kolację do pobliskiej restauracji. Oczywiście wybór padł na fish&chips bo to chyba najpopularniejsze danie ogólnie na wyspach. No i oczywiście smakowało doskonale, do tego kufelek piwa, czego chcieć więcej po podróży. Apartament mieliśmy wynajęty na ulicy Clerk. Wielkie, na pewno ponad 100 metrowe mieszkanie w dobrej lokalizacji 20 minut piechotą od traktu królewskiego. Zwiedzanie mieliśmy przewidziane na 3 kolejne dni. Oczywiście wcześniej wszystko zaplanowałem, jak to ja. 

Na pierwszy dzień, czyli piątek poszedł tzw. trakt królewski, czyli główna ulica spacerowa Edynburga, a w zasadzie ciąg ulic Canongate, High i Lawnmarket. Planowałem zacząć spacer od Pałacu Holyrood, bo na jego terenie są okazałe ruiny starego opactwa, ale ostatecznie tam nie dotarliśmy. Oceniłem, że wstęp był za drogi by zwiedzić same ruiny, a wnętrze zamku nas nie interesowało do końca, tym bardziej, że byliśmy z małymi dziećmi, dla których muzea nie są jeszcze interesującym obiektem. Musiałem więc trochę zmienić pierwotny plan. Po śniadaniu udaliśmy się więc ulicami Clerk, Drummond, Pleasance i St Mary do Canongate. Miej więcej od skrzyżowania St Mary i Canongate cały trakt królewski zaczyna wyglądać kolorowo i ciekawie, wcześniej w stronę wspomnianego Pałacu Holyrood jest bardziej, można powiedzieć szary i zwykły, choć w przypadku Edynburga trudno jest mówić o zwykłości bo całe miasto ma w sobie coś magicznego. Na skrzyżowaniu skręciliśmy już w High St, w stronę wzgórza zamkowego, które było naszym głównym celem. Wcześniej zaplanowałem sobie, które najciekawsze zakątki musimy zobaczyć. 

Cockburn St

Pierwsza na liście była Cockburn St, magiczna zakręcona ulica z cudownymi kamieniczkami, wyglądającymi jak z bajki. Będąc w Edynburgu, nie można jej nie odwiedzić.  Zatrzymaliśmy się tam na chwilę by odpocząć przy kawie. O jednym przy okazji muszę uprzedzić, Edynburg to miasto położone na wzgórzach więc spacer po nim przypomina trochę wspinaczkę górską, raz jest pod górę, raz w dół, czasem po wysokich kilkudziesięcio stopniowych schodach. Idąc dalej Cockburn St doszliśmy do zabytkowego dworca kolejowego. Stare perony i zabytkowa hala dworcowa z niesamowitym przeszklonym dachem robią duże wrażenie. Z dworca wąskimi schodami Fleshmarket Cl wróciliśmy na trakt królewski, czyli High St i ruszyliśmy dalej w kierunku zamku. 

Przy High St znajduje się przepiękna gotycka katedra Św. Idziego, warto odwiedzić, polecam. Wzdłuż High St, a potem Lawnmarket znajdują się dziesiątki sklepików z pamiątkami, restauracji, pubów, sklepów ze sztandarową szkocką whisky. Jest tam też The Scotch Whisky Experience, dla miłośników słynnego trunku, jednak my nie odwiedziliśmy tego miejsca. Po drodze zrobiliśmy sobie jeszcze jeden przystanek na schłodzone piwo i udaliśmy się już na zamek. Polecam kupić bilety wcześniej, my dokonaliśmy zakupu jeszcze w Polsce przez Internet. 

Wejście na zamek mieliśmy o godzinie 13.00 więc udało się nam zrealizować w całości przedpołudniowy plan spaceru. Żeby wejść na mury i pooglądać z góry panoramę miasta niestety trzeba mieć wykupione bilety. My standardowo pochodziliśmy po dziedzińcach wewnętrznych, murach, obfotografowaliśmy panoramę miasta, do samego zamku do środka nie weszliśmy już. Z zamku wybrałem już inną trasą powrotną, gdyż czekały na nas kolejne ciekawe zakątki miasta. Po wyjściu za bramy zaraz skręciliśmy w małą uliczkę w prawo i doszliśmy  do Johnston Terrace, a następnie w lewo i po około 200 metrach zeszliśmy stromymi schodami do Grassmarket. To taki plac na długości dwóch przecznic ulicznych pełen pubów i restauracji, też polecam odwiedzić to miejsce. Na końcu Grassmarket skręciliśmy w lewo w W Bow i dalej Victoria St, cudowna, idąca po łuku ulica z bajecznie kolorowymi kamieniczkami. Jest to również obowiązkowy punkt odwiedzin podczas pobytu w Edynburgu. Tutaj też w restauracji Berties Prosper zjedliśmy obiad. Na zdjęciach w korytarzu możemy zobaczyć, jakie znane osobistości odwiedziły to miejsce. 

Skręcając na końcu Victoria St w prawo dojdziemy do Greyfriars Kirkyard, czyli starego zabytkowego cmentarza, gdzie znajduje się pomnik pieska Bobbyego, który przez 14 lat czuwał przy grobie swojego pana. Z tego co czytałem znajduje się tam wiele nagrobków z nazwiskami, które zainspirowały J.K Rowling to stworzenia kilku postaci w serii książek o Harrym Potterze. Stamtąd po niemal 8-godzinnym spacerze po mieście wracaliśmy już do naszego mieszkania położonego przy Clerk St, a mieliśmy jeszcze do przebycia prawie 1,5 kilometra. Kolejny dzień spędziliśmy na podziwianiu natury Edynburga i jego przyrody, a w niedzielę wróciliśmy jeszcze do centrum, ale o tym już w kolejnych wpisach.

Alhambra, perełka architektoniczna, wpisana na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO

Granadę i pałac w Alhambrze zwiedzaliśmy ostatniego dnia pobytu w Torremolinos, niestety kolejnego dnia wracaliśmy już do Polski. Czytając w Internecie ile się stoi w kolejkach do wejścia i jakie mogą być opóźnienia, wejście zarezerwowaliśmy w godzinach przedpołudniowych na 11:00. To była godzina wejścia do pałacu Nazaries, do całego kompleksu możemy wejść w godzinach otwarcia, bez czasowych ograniczeń. Dojazd z Trorremolinos zajmuje ponad 1,5 godziny więc z domu wyjeżdżaliśmy o 8 rano. O 10.00 byliśmy już na miejscu w Alhambrze. Zwiedzanie Granady zaplanowaliśmy na drugą połowę dnia, chyba tak jest najlepiej zorganizować zwiedzanie Alhambry i Granady. 

Zespół pałacowy Alhambry powstał w XIII wieku i jest to jeden z najbardziej znanych symboli arabskiej architektury w Hiszpanii. Do Alhambry można kupić różnego rodzaju bilety, ale obowiązkowy jest wstęp do pałacu Nazaries, znajdującego się w kompleksie. Inne budynki nie robią takiego wrażenia, choć są oczywiście bardzo ładne. Ponieważ na miejsce dotarliśmy na godzinę 10.00 mieliśmy jeszcze godzinę czasu na zwiedzanie ogrodów i Pałacu Karola V, które są po drodze do Pałacu Nazaries.

Od wejścia, w kierunku ogrodów, prowadzi nas urokliwa aleja obsadzona cyprysami, a dalej szpalerem formowanych tui lub też cyprysów. Po drodze możemy zauważyć pozostałości dawnych zabudowań. Pierwszym dużym budynkiem jest Pałac Karola V z charakterystycznym rotundowym dziedzińcem i krużgankami, bardzo surowy w swej architekturze. Perełką i główną atrakcją całego kompleksu pałacowego Alhambry jest Pałac Nazaries. To naprawdę jest perełka architektoniczna. Sztukateria na ścianach i sufitach robi niesamowite wrażenie. Szczegółowość i dokładność poszczególnych detali jest aż trudna do wyobrażenia jak to było zbudowane, a miejmy świadomość, że ten pałac zbudowano kilkaset lat temu.

Warte uwagi są też dziedzińce pałacu Nazaries. W tej części spędziliśmy około 1,5 godziny. Na końcu kompleksu znajduje się Alcazaba, czyli pozostałości dawnej twierdzy, wchodzącej w skład zespołu pałacowego Alhambry. Z murów rozciąga się widok na całą panoramę pobliskiej Granady i okoliczne wzgórza. Żeby spokojnie zwiedzić cały zespół pałacowy i urokliwe ogrody powinniśmy tam jeszcze spędzić ze trzy godziny, ale tyle czasu nie mieliśmy. Kolejnym punktem wycieczki było jeszcze zwiedzanie i zakupy w Granadzie. Bardzo lubię te ozdoby i dekoracje w stylu arabskim więc chciałem jeszcze pochodzić trochę po sklepach z pamiątkami.

W Granadzie zaparkowaliśmy praktycznie w samym centrum, na parkingu podziemnym pod halą targową Mercado de San Agustin. Znów byłem pod wrażeniem, że w takim miejscu między starymi kamienicami potrafiono zbudować wielopoziomowy parking podziemny. Po krótkim odpoczynku przy kawie w pobliskiej kawiarni udaliśmy się w kierunku katedry. Niestety do samego środka już nie weszliśmy. W pobliżu katedry zwiedziliśmy coś w stylu tureckich bazarów, przy Calle Oficios. Jest to kompleks butików z różnego rodzaju asortymentem, rozmieszczonych w parterowej części kilku kamienic znajdujących się w bezpośrednim sąsiedztwie katedry. Ponieważ nie mieliśmy dużo czasu, udaliśmy się jeszcze w kierunku Calle Elvira, ulicy pełnej sklepów z pamiątkami, rękodziełem i restauracji. Do Calle Elvira dochodzi bardzo urokliwa Calle Caldereira Nueva ze sklepikami oferującymi lokalne rękodzieło, zarówno ozdoby, pamiątki, jak i odzież. Jeśli lubicie klimat bazaru tureckiego, spodoba się tam Wam. Dochodziła godzina 16.00, a ostatniego dnia chcieliśmy zjeść pożegnalną kolację w Torremolinos więc po dość udanych zakupach udaliśmy się już w kierunku parkingu. Bez wątpienia w Granadzie jest jeszcze kilka miejsc, które warto zobaczyć, a na co nie starczyło nam już czasu. Żałuję trochę że nie doszliśmy do Carrera del Darro i Plaza de Santa Ana, na zdjęciach street view wyglądają bardzo urokliwie więc jeśli Wy mieli byście więcej czasu koniecznie się tam udajcie. 

W taki sposób kończył się nasz wakacyjny pobyt w Hiszpanii. Wydaje mi się, że dość dużo miast Andaluzji udało nam się zobaczyć, niestety na wszystkie nie byłoby czasu. Czytałem, że Fuengirola i Nerja, położone nad Morzem Śródziemnym są bardzo urokliwe. No cóż mam motywację by tam jeszcze kiedyś wrócić. Mam ogromny sentyment do Hiszpanii, bardzo lubię tę kulturę, architekturę, atmosferę, jaka panuje w tych miasteczkach więc muszę tam za jakiś czas wrócić. 

Z gór nad ocean, czyli śladami Madonny w Rondzie i z wizytą u Jamesa Bonda w Kadyksie

Na kolejną wycieczkę zaplanowana była najdłuższa czasowo i najdalsza trasa. Pierwszym przystankiem była Ronda. Czytałem, że Ronda to miasto uznane za najbardziej romantyczne w Hiszpanii. Położenie Rondy, a zwłaszcza jej starego zabytkowego centrum jest niesamowite, nad brzegami wąwozu El Tajo. Rondę chciałem odwiedzić od momentu, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem teledysk Madonny Take a bow, który był kręcony właśnie w tym mieście. Po raz kolejny udało mi się zrealizować jedno z moich marzeń, które powstało 30 lat temu. Początki miasta sięgają VI w p.n.e. Wydawało mi się, że Ronda to małe miasteczko obejmujące tylko tę najstarszą i najładniejszą część. Okazało się jednak, że jest to dość duże miasto. 

Jak nie mamy dużo czasu, a chcemy zobaczyć najpopularniejsze atrakcje Rondy proponuję zaparkować samochód na podziemnym parkingu pod Plaza del Socorro. To jest praktycznie samo centrum starego miasta. Byłem pod wielkim wrażeniem, że w takim miejscu byli w stanie wybudować parking podziemny. Z Plaza del Socorro przeszliśmy w kierunku Plaza de Toros de la Real Maestranza de Caballería de Ronda, czyli areny walk byków. Idąc ulicą Virgen de la Paz doszliśmy do Plaza España, gdzie zrobiliśmy sobie krótką przerwę na przedpołudniową kawę. 

Z placu było już tylko kilka kroków do największej atrakcji miasta, czyli Puente Nuevo, mostu nad kanionem El Tajo, który łączy dwie części miasta. Wysokość mostu, tj. 98 metrów robi wrażenie, podobnie jak niemal wiszące nad przepaścią kamienice zbudowane na brzegach wąwozu. Idąc za mostem Calle Armiñán i skręcając w prawo w Calle Tenerio dojdziemy do Plaza de Maria Auxiliadora. Ta część miasta jest znacznie spokojniejsza, nie ma już takiego tłumu turystów. Tu znajduje się zejście do punktu widokowego, skąd można zrobić najlepsze zdjęcia mostu, kto jest chętny może dojść pod sam most. Jego monumentalność z dołu robi niesamowite wrażenie. Za wejście na punkt widokowy musimy zapłacić 5 euro, ale w tej cenie mamy też spacer aż pod sam most. Na wejściu zostajemy też wyposażeni w kask, chroniący przed spadającymi kamieniami. Oczywiście musiałem tam pójść i zrobić kilka zdjęć z dołu.

W planie miałem jeszcze dojście do Puente Viejo i powrót do parkingu drugą stroną wąwozu, jednak czas już na to nie pozwolił. Wracając przez Puente Nuevo zrobiłem kilkanaście kolejnych zdjęć panoramy i wąwozu. Do parkingu doszliśmy deptakiem, czyli Calle Virgen de los Remedios, po drodze odwiedzając znajdujące się tam liczne sklepiki z pamiątkami. Ronda, a dokładniej jej zabytkowa część jest bardzo urokliwa, podobnie jak kamienice zawieszone nad kanionem El Tajo. Wieczorem, kiedy zapada zmrok, zapalają się lampy uliczne musi tam być na pewno bardzo romantycznie, niestety nie mieliśmy czasu by przebywać tam do wieczora. Ale nic straconego, może jeszcze kiedyś uda mi się odwiedzić to miasto. Z Rondy udaliśmy się na zachód, prosto nad ocean, czyli do Kadyksu. 

Kadyks znajduje się również w Andaluzji, ale po drugiej stronie Cieśniny Gibraltarskiej, nad Oceanem Atlantyckim. Po hiszpańsku to miasto nazywa się Cádiz i tak wszędzie tam funkcjonuje. Jest to już dość duże miasto portowe ze stocznią , którą mijamy wjeżdżając do zabytkowej części. Wyczytałem, że to najstarsze miasto Hiszpanii. Do miasta wjeżdżamy prze imponujący most wiszący. Największe wrażenie wywarła na mnie bryła katedry z charakterystyczną złotą kopułą, widoczną od strony oceanu i błyszczącą w słońcu. Wnętrze, mimo iż dość surowe, również robi wrażenie. Urokliwy jest sam plac znajdujący się przed katedrą. 

Skręcając w prawo w Calle Pelota doszliśmy do popularnej Plaza de San Juan de Dios, obsadzonej wzdłuż palmami. Klucząc wąskimi uliczkami doszliśmy jeszcze do Plaza de las Flores, czyli placu z targiem kwiatowym. Bardzo urokliwa jest Calle Virgen de la Palma, wąska ulica pełna restauracji, gęsto obsadzona palmami. Niestety w Kadyksie byliśmy w porze sjesty i miasto wyglądało niemal na wymarłe. Mnóstwo sklepów, barów i restauracji było po prostu pozamykane. Ta atmosfera pustki spowodowała, że Kadyks mnie lekko rozczarował, w porównaniu z tym, co dotychczas udało się nam zwiedzić. W Kadyksie niesamowity był za to błękit nieba, jakiego nie widzieliśmy nigdzie wcześniej. Od strony oceanu powietrze nie jest zanieczyszczone piaskiem znad Sahary i niebo jest cudownie błękitne, a zarówno w Maladze, jak i Marbelli cały czas utrzymywała się nad horyzontem specyficzna mgiełka. Z centrum udaliśmy się jeszcze nad ocean, niestety nie doszliśmy do plaży la Caleta tylko przespacerowaliśmy się wzdłuż Avenida Campo del Sur. Szkoda, bo na tej plaży nagrywali sceny do jednej z części filmów o Jamesie Bondzie. Co muszę przyznać, to panorama Kadyksu z bryłą bazyliki na tle oceanu i błękitnego nieba była zachwycająca. Plan na kolejny dzień został zrealizowany, niestety przed nami były prawie trzy godziny drogi powrotnej do Torremolinos. W planie była jeszcze Granada i zwiedzanie pałacu Alhambra, ale o tym w następnym wpisie.