Kokosanki przygotowujemy z samych białek, wiórków kokosowych i drobnego cukru. Na pełną blachę standardową ciasteczek potrzeba 4 lub 5 białek, 300 gram wiórków kokosowych i pół szklanki cukru, szczyptę soli.
Białka ubijamy ze szczyptą soli na delikatną pianę, następnie zmniejszamy obroty i stopniowo dodajemy cukier dalej ubijając. Białka ubijamy z cukrem do uzyskania lśniącej gładkiej masy i aż się cukier rozpuści. Jak weźmiemy w palce pianę nie powinniśmy już wyczuć cukru. Do tak ubitych białek dodajemy wiórki i mieszamy już delikatnie łyżką do połączenia składników. Piekarnik nastawiamy na 160°C z włączoną dolną blachą. Na brytfannie rozkładamy papier do pieczenia i układamy uformowane kulki wielkości orzecha włoskiego. Proponuję lekko zwilżyć ręce przed formowaniem kulek by masa się mniej lepiła.
Kokosanki pieczemy w temperaturze około 160°C około 7 minut, następnie włączamy termoobieg i dopiekamy jeszcze 2 minuty by kokosanki z góry nabrały złotobrązowego koloru. Czas pieczenia i temperaturę musimy indywidualnie dopasować do rodzaju piekarnika. W Internecie znalazłem przepisy z temperaturą pieczenia 180°C do 20 minut. Pierwszą partię kokosanek piekłem około 12 minut w temperaturze 175°C i od spodu były całe przypalone, że musiałem zeskrobywać przypaloną warstwę. Jest to zdecydowanie zbyt długi czas i za wysoka temperatura. W mojej ocenie 10 minut całkowitego pieczenia to absolutne maksimum, przy tym czasie i tak już spód zaczyna się lekko przywierać. Tak czy owak, jak pozostaje Wam białko po przygotowaniu np. pączków możemy je wykorzystać na przygotowanie kokosanek, są na prawdę bardzo dobre i bardzo szybko znikają.
Jest końcówka karnawału więc bez wyrzutów sumienia możemy sobie pozwolić na odrobinę słodkiego szaleństwa. Jest to okres, kiedy pączki są chyba najpopularniejszym deserem i najlepiej smakują. Pierwszy raz pączki sam zrobiłem około 20 lat temu. Niestety tamte pączki nie wyszły mi, były niedopieczone i niewyrośnięte. Teraz postanowiłem spróbować po raz kolejny zmierzyć się z tym smakołykiem. Oczywiście nie wymyśliłem nowego przepisu, ale stworzyłem coś na bazie tego co poczytałem w Internecie. Do mojego przepisu na pączki potrzeba 0,5 kilograma mąki, 5 lub 6 żółtek w zależności od wielkości, 250 ml mleka, 50 gram masła, około 50 gram świeżych drożdży, 3 łyżki cukru, szczyptę soli , 2 łyżki spirytusu.
Najpierw przygotowujemy zaczyn, wykorzystując łyżkę mąki, łyżkę cukru, 3 łyżki ciepłego mleka, całe potrzebne drożdże. Wszystkie składniki dokładnie rozcieramy na gładką masę i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia na 20 do 25 minut, tak żeby się mocno spieniła.
Kiedy zaczyn rośnie możemy się zabrać za przygotowanie pozostałych składników. Do dużej miski przesiewamy mąkę, dodajemy szczyptę soli, mleko lekko podgrzewamy, masło rozpuszczamy. Mleko i masło nie mogą być gorące tylko ciepłe lub nawet letnie. Żółtka oddzielamy od białek i mieszamy z pozostałym cukrem. Kiedy zaczyn wyrośnie do mąki dodajemy żółtka utarte z cukrem, mleko, masło i otrzymany zaczyn. Wyrabiamy ręcznie ciasto, w trakcie wyrabiania dodajemy dwie łyżki spirytusu. Spirytus zapobiega nadmiernemu pochłanianiu tłuszczu przez ciasto podczas smażenia. Ciasto wyrabiamy około 10 minut. Będzie ono miało lekko kleistą konsystencję, ale to naturalne. Tak wyrobione ciasto przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia na godzinę. Moje ciasto rosło prawie 20 minut dłużej by było puszyste. Wyrośnięte ciasto rozwałkowujemy lekko na placek grubości 2 centymetrów i wycinamy szklanką kółka na pączki. Pozostałe wycinki ponownie zarabiamy i wycinamy kolejne krążki aż do zużycia całej porcji ciasta. Wycięte z ciasta pączki umieszczamy na blacie podsypanym lekko mąką by się nie kleiły, przykrywamy ściereczką i pozostawiamy do wyrośnięcia na kolejne pół godziny.
Pączki smażymy na smalcu, będą smaczniejsze niż z oleju. Z tej proporcji ciasta wyszło mi około 18 pączków, a do smażenia użyłem 5 kostek smalcu. Najwygodniej pączki smaży się w szerokim płaskim rondlu. Pączki smażymy na mocno rozgrzanym smalcu. Najlepiej z resztek ciasta pozostawić sobie do testowania temperatury małą kuleczkę ciasta. Jeśli wrzucimy ją do smalcu i od razu będzie się smażyć i pienić tłuszcz, to znaczy że temperatura jest odpowiednia do smażenia naszych pączków. Pączki smażymy po około 3 minuty z każdej strony. To już jest kwestia obserwacji i wyczucia by nie były surowe w środku ani przepalone.
Usmażone pączki wykładamy na ręcznik papierowy by odsączyć nadmiar tłuszczu. Przestudzone pączki nadziewamy konfiturą różaną, malinową, wiśniową, czy innym kremem w zależności od upodobania. Proponuję najpierw zrobić dziurę w pączku trzonkiem od małej łyżeczki i dopiero nadziewać masą ze szprycy cukierniczej. Ja od razu wbijałem końcówkę szprycy i wciskałem nadzienie, co nie było dobrym pomysłem, bo niestety po wyjęciu szprycy nadzienie wypływało ze środka i ponownie musiałem nadziewać. Pewnie jest to kwestia wprawy i doświadczenia, ale dla początkujących lepiej jest przygotować dziurkę w pączku.
Nadziane pączki posypujemy cukrem pudrem lub możemy polukrować, ja wybrałem cukier puder, te polukrowane są za słodkie dla mnie. Muszę przyznać, że pączki wyszły bardzo smaczne, puszyste i wyrośnięte. Niestety przez problemy przy nadziewaniu niektóre miały minimalną ilość konfitury w środku, ale i tak dobrze smakowały. Warto samemu zrobić pączki w domu, jest to może trochę czasochłonne, ale nie takie trudne i daje ogromnie dużo satysfakcji. Do końca karnawału pozostało jeszcze 5 dni więc bierzcie się za przygotowanie własnych pączków. Chociaż karnawał zaraz minie to nie będzie mi to przeszkadzało w przygotowaniu własnych pączków ponownie za jakiś czas. Z pozostałych białek możecie przygotować proste kokosanki, ale o tym już w kolejnym wpisie.
O serniku baskijskim czytałem już wielokrotnie, ale jakoś nigdy nie mogłem się zabrać za jego upieczenie. Jednak na ostatnie Boże Narodzenie wreszcie postanowiłem go zrobić. W perspektywie jest Wielkanoc więc będziecie mogli wykorzystać ten przepis już na najbliższe święta. Sernik ten jest bardzo kremowy w konsystencji. Nie wymyślę tu nowego przepisu, bo tez opierałem się na tych internetowych. Do przygotowania sernika potrzeba 6 opakowań serka Philadelphia o pojemności 125 g, 250 g serka mascarpone, szklankę cukru, jedno opakowanie cukru waniliowego, 6 jaj, 400 ml śmietanki 30% (można dać trochę mniej), sok z połowy cytryny. Na spód ciasta 200 g herbatników zbożowych i pół kostki masła.
Zaczynamy od przygotowania spodu. Herbatniki miksujemy w mikserze na drobny pył, taki jak mąka, masło rozpuszczamy w rondelku i łączymy z mąką herbatnikową. Tortownicę o średnicy 26 cm wykładamy papierem do pieczenia, tak by wystawał powyżej brzegów tortownicy. Sernik sporo wyrasta podczas pieczenie więc papier musi wystawać by masa się nie przelała na blahę. Na dno tortownicy wysypujemy masę heratnikowo-maślaną i ugniatamy na płasko. Spód sernika podpiekamy w temperaturze 180°C z włączonym termoobiegiem przez około 8 minut.
Teraz przejdźmy do przygotowania masy serowej, serki Philadelphia miksujemy z serkiem mascarpone i cukrem na gładką masą, następnie stopniowo dodajemy po jednym jaju i nadal miksujemy, już na niższych obrotach. Na koniec dodajemy śmietankę i sok z cytryny i jeszcze chwilę mieszamy. Masa będzie dość rzadka. Przygotowaną masę serową wylewamy na przestudzony spód. Sernik pieczemy około 40 minut w temperaturze około 200°C z włączonym termoobiegiem. W większości przepisów podają by piec w funkcji dolna i górna blacha bez termoobiegu w temperaturze 220°C lub 240°C. Po tym czasie sernik będzie w części środkowej nadal miał płynną konsystencję, dopiero w lodówce stężeje. Nie zdziwcie się bo jego konsystencja po schłodzeniu prawie nadaje się do smarowania, to jest cecha tego sernika, jest mega kremowy, ale daje się spokojnie kroić na kawałki, przynajmniej mój się nadawał. Mój sernik wyszedł dość spieczony z góry, następnym razem będę go chyba musiał przykryć folią aluminiową by zbytnio się nie spiekł. No cóż to był mój pierwszy raz z sernikiem baskijskim więc pewnie jeszcze wiele prób przede mną. Próbujcie sami, jest zupełnie inny od standardowych serników jakie znamy, ale na pewno wart upieczenia i posmakowania.
To chyba jedna z najprostszych sałatek jakie ostatnio przygotowywałem, a chyba jedna i z najsmaczniejszych jakie jadłem. Zawsze robiłem taką sałatkę z kurczakiem, ale tym razem chciałem pójść w vege i postawiłem na pieczarki. Do tej sałatki potrzeba jednego opakowania mieszanki umytych sałat, małe opakowanie oliwek bez pestek, jedną paprykę czerwoną, jednego świeżego ogórka, pół cebuli czerwonej, tak z piętnaście pomidorków koktajlowych, około pół kilograma pieczarek, opakowanie wędzonego tofu, sos sojowy, sos ranch.
Zaczynamy od pieczarek i tofu. Pieczarki obieramy i kroimy w grubą kostkę, zarówno kapelusze, jak i ogony. Tofu kroimy w kostkę o boku jednego centymetra. Zarówno tofu, jak i pieczarki marynujemy około 2 godzin w sosie sojowym ciemnym. Następnie pieczarki i tofu przesmażamy na patelni. Pieczarki przesmażamy szybko na dużym ogniu z odrobiną oliwy, tak by zbytnio nie wyschły i zachowały swoją soczystość, lekko mogą się pojedyncze kawałki zrumienić. Tofu podsmażamy powoli na małym ogniu obracając pojedyncze kostki z każdej strony by nabrały złotego koloru. Podczas smażenia pieczarek i tofu możemy zużyć sos sojowy, w którym się marynowały, nabiorą jeszcze głębszego smaku. Pieczarki i tofu muszą przestygnąć przed połączeniem z resztą warzyw by te nie zwiędły od ciepła. Ogórka kroimy w grubą kostkę, paprykę podobnie, cebulę kroimy w pióra, pomidorki przekrawamy na połówki, oliwki możemy pozostawić w całości lub też poprzekrawać na połówki.
Najpierw mieszamy ogórki, paprykę, cebulę, oliwki, tofu i pieczarki, dodajemy trochę sosu ranch by wszystko się połączyło. Nie dawajmy za dużo sosu, bo całość nie może pływać w cieczy tylko się połączyć. Ja prawdę mówiąc użyłem takiego sosu ranch gotowego, który kupiłem podczas pobytu w USA. Do tak zmieszanych warzyw na końcu dodajemy sałatę i pokrojone pomidorki, jeszcze trochę sosu i ponownie wszystko delikatnie mieszamy. Sałatka jest po prostu pyszna, a smak tak wciągający, że można jeść niemal bez końca. Właśnie popatrzyłem w internecie, że można samemu przygotować taki sos rancherski z maślanki, majonezu i kwaśnej śmietany, które dajemy w równych proporcjach, z dodatkiem sproszkowanego czosnku, łyżki posiekanego świeżego szczypiorku, koperku i natki pietruszki oraz octu winnego. Oto cały sekret tej przepysznej sałatki. Widziałem w sklepach gotowy sos cesar, muszę z nim spróbować przygotować taką sałatkę następnym razem, czy efekt będzie taki sam lub samemu zrobić taki sos ranczerski. Spróbujcie, smak wciąga na maxa. Sałatkę podajemy z grzankami czosnkowymi, które możemy sami zrobić z bagietki pokrojonej na talarki, posmarowanej masłem czosnkowym i zrumienionej pod grillem w piekarniku.
Tym razem przepis na szybką ciepłą przekąskę a’la pizza. Jest to rollo pizza. Do przygotowania tej przekąski potrzeba kilka placków tortilli, passatę pomidorową lub pomidory krojone w puszce, 30 dag startego sera mozarella, oliwki bez pestek, 20 dag szynki konserwowej lub innej podobnej wędliny, sól i pieprz oraz suszone zioła bazylia i oregano. Ja do przygotowania sosu użyłem krojonych pomidorów w puszce, chyba najlepiej się nadają.
Zawartość puszki przelewamy do rondla i gotujemy na małym ogniu by nadmiar płynu odparował, a sos nabrał gęstej konsystencji, nadającej się do smarowania. Sos przyprawiamy do smaku solą, pieprzem oraz bazylią i oregano. Mozarellę ścieramy na tarce o grubych oczkach, a oliwki drobno kroimy. Gdy mamy już wszystkie składniki przygotowane, możemy przystąpić do przygotowania naszych pizzowych rollsów. Placek tortilli smarujemy najpierw ciepłym sosem pomidorowym, następnie posypujemy startym serem, a na wierzchu układamy plastry szynki i posypujemy drobno pokrojonymi oliwkami. Tak przygotowany placek zwijamy w rulon, jak naleśnika. Przygotowane rolls układamy na blasze do pieczenia i wkładamy do piekarnika nagrzanego do 120°C z włączoną opcją grilla, na kilka minut. Chodzi o to by placki się podgrzały, a znajdujący się w środku ser roztopił. Proponuję ze 2 minuty potrzymać z jednej strony, a następnie obrócić i jeszcze podgrzewać pod grillem 2 kolejne minuty. Placki się podgrzeją i lekko przypieką, a ser w środku rozpuści.
Przygotowane rolki kroimy w porcje długości około 5 centymetrów. Najlepiej smakują podane na ciepło, ale równie dobrze można je serwować jako zimną przekąskę.
Burrito to potrawa wywodząca się z kuchni meksykańskiej. Pysznego i ogromnego burrito próbowałem w San Francisco w meksykańskiej restauracji lub raczej barze. Do samodzielnego przygotowania burrito skłoniła mnie natomiast niedawna wizyta w meksykańskiej restauracji, ale już w Polsce. Przygotowanie burrito nie jest takie trudne. Przetestowałem wykonanie więc postanowiłem podzielić się z Wami moim przepisem.
Do burrito potrzeba oczywiście placków tortilli, w które zawijamy farsz. Idealne znalazłem w sklepach ACTION. Są dość duże więc spokojnie można z nich przygotować to danie, te kupowane w popularnych marketach są jednak ciut mniejsze i może być problem z zawinięciem, no chyba że damy stosownie mniej farszu, jednak wtedy nasze burrito wyjdzie dość małe. Na przygotowanie farszu do czterech porcji potrzeba będzie pół kilograma mielonego mięsa wołowego, passatę lub koncentrat pomidorowy, puszkę czerwonej fasoli, pół puszki kukurydzy, woreczek białego ryżu, przyprawę chili con carne, sól i pieprz oraz sproszkowane chili.
Mięso podsmażamy na patelni by wytopił się tłuszcz, a samo mięso lekko się zrumieniło, ale nie było suche. Następnie dodajemy koncentrat pomidorowy i podlewamy odrobiną wody, lub wlewamy gotową passatę pomidorową. W międzyczasie możemy ugotować biały ryż na sypko. Do mięsa zmieszanego z sosem pomidorowym dodajemy czerwoną fasolę, pół puszki proponuję zmiksować z tym płynem, w którym jest fasola, a połowę fasoli dodać w całych ziarnach oraz pół puszki kukurydzy. Farsz musi mieć konsystencję dość gęstą więc nie przesadźmy z ilością wody lub passaty pomidorowej, choć zawsze nadmiar płynu możemy odparować. Farsz mięsno pomidorowy doprawiamy do smaku solą, pieprzem i przyprawą chili con carne oraz jeśli ktoś lubi ostrzejsze smaki dodatkowo samym sproszkowanym chili. Niestety nie mogłem kupić chili con carne więc użyłem przyprawy do kuchni meksykańskiej. Do tak przygotowanego farszu dodajemy ugotowany na sypko ryż i całość mieszamy.
Na placki tortilli nakładamy farsz i zawijamy najpierw boki do środka a potem całość w rulon, pilnując by farsz się nie wylewał. Jeśli mamy opiekacz do kanapek tak przygotowane burrito opiekamy w opiekaczu. Ja opiekałem moje burrito na zwykłej patelni i też wyszło. Burrito możemy podać z mieszanką sałat polaną sosem jogurtowo-czosnkowym, chyba najlepiej pasuje. Danie jest przepyszne, ale dość sycące. Jednak tak mi zasmakowało, że pewnie nie raz jeszcze zagości na moim stole. Sami spróbujcie, a zobaczycie jakie to proste.
Wydaje mi się, że wersji sałatki niemieckiej, czy jak inni mówią szwabskiej jest pewnie kilkanaście, dlatego też napisałem w tytule a’la, żeby mi ktoś nie zarzucił, że podaję niewłaściwy przepis. Zasadniczo jej składnikiem są ziemniaki, mortadela, ser żółty i majonez, no i ogórki. Ja oczywiście czytając te różne przepisy stworzyłem swoją wersję, wyszła pysznie, przynajmniej mnie i moim gościom smakowała. Do mojej wersji potrzeba 40 dag mortadeli podwędzanej, ma wyraźniejszy smak niż taka zwykła parzona, 40 dag sera żółtego, 6 do 8 ogórków konserwowych, ocet jabłkowy, majonez (ostrzejszy Kielecki będzie najlepiej pasował).
Wszystkie składniki kroimy w paski równej długości i grubości. Myślę, że tak 5 cm długości i 0,5 cm szerokości będzie idealne. Oczywiście tak na oko, bo przecież nie korzystam z takiej dokładności przynajmniej przy przygotowywaniu sałatek. Proponuję najpierw przemieszać wszystko bez dodatku majonezu, ewentualnie z octem jabłkowym. Octu wystarczą ze dwie łyżki, nie więcej. Po prostu na sucho składniki się łatwiej przemieszają, potem będzie trudniej. Do przemieszanych składników dodajemy kilka łyżek majonezu, sól i pieprz do smaku. Ser i mortadela są dość suche więc ze 4 łyżki majonezu trzeba dodać. Sałatka jest bardzo dobra w smaku, lekko octowa, ale przy serze żółtym i mortadeli, to nawet pasuje, do tego octowości nadają również ogórki konserwowe. Ja już nie dodawałem ziemniaków, jak to jest w niektórych przepisach. Znalazłem również, że zamiast ogórków konserwowych dodaje się kiszone i dolewa trochę tej wody spod ogórków. Może tej wersji kiedyś spróbuję, ale ziemniaków nie będę dodawać.
Trzeba przyznać że sałatka jest dość ciężka kalorycznie, ale w smaku przepyszna i chce się ją jeść i jeść. Ja też dbam o kondycję fizyczną i dobrą formę, ale jak systematycznie dbamy o aktywność sportową i niezbyt często pozwalamy sobie na takie przekąski, to wszystko jest dozwolone. W końcu takie przyjemności później nas motywują do ćwiczeń ;). Oto kolejny prosty i do tego tani przepis na moim blogu, kto chce spróbować gorąco polecam. Wierzę, że Wam też posmakuje.
Takie śledzie kupimy praktycznie w każdym sklepie spożywczym, czy to na wagę, czy zapakowane. Jednak nie ma to jak śledzie własnej domowej roboty. Są mniej octowe, bez polepszaczy smaku więc o wiele zdrowsze. Do mojego przepisu potrzeba jedno opakowanie śledzi, polecam śledzie a’la Matias z Lisnera są chyba najlepsze, ja kupuję duże opakowanie 750 g, jeśli dobrze pamiętam, wychodzą wtedy dwa słoiki litrowe, 3 duże cebule i dwa jabłka, duży kubek śmietany 18%, u mnie tradycyjnie z Piatnicy i kilka łyżek majonezu Kieleckiego.
Cebulę obieramy, kroimy w piórka i następnie sparzamy. Są dwa sposoby, można przelać na sitku wrzącą wodą, albo wrzucić ją na około pół minuty do wrzącej wody, oczywiście po zdjęciu z palnika by dalej się nie gotowała, następnie odcedzić i pozostawić na sitku do wystudzenia. Stosując drugi sposób cebula będzie miększa i delikatniejsza w smaku, ja osobiście wolę wrzucić na wrzątek. Jabłka obieramy i kroimy w drobną kostkę. Teraz pora na śledzia, niektórzy moczą w mleku lub płuczą by był mniej słony. Mnie osobiście taki smak bardzo odpowiada więc tylko pozbywam się nadmiaru oleju. Śledzia kroimy w paski szerokości 2 centymetrów. Mamy przygotowane wszystkie składniki, no oczywiście jeszcze musimy wymieszać śmietanę z dwoma łyżkami majonezu. Tak przygotowane składniki wkładamy warstwami do słoików i przelewamy masą śmietanowo majonezową, czyli śledź, cebulka, jabłka, śmietana i tak to wyczerpania składników, zakończyć musimy śmietaną. Tak jak napisałem na początku, z tych proporcji wyjdą dwa słoiki litrowe bez problemu, może nawet ciut więcej.
Przygotowane słoiki zakręcamy i wstawiamy do lodówki, po kilku godzinach musimy je przemieszać, aby śmietana z majonezem dotarły do każdego zakamarka słoika. By smaki dobrze przeszły wzajemnie polecam przygotowanie śledzi minimum jeden dzień przed planowanym podaniem, mogą być również dwa dni. Tak przygotowane śledzie poleżą w lodówce spokojnie około 5 do 6 dni. Proste, smaczne, sprawdzą się na każdym przyjęciu, na imprezach ostatkowych, ale również i w Wielkim Poście, do którego coraz bliżej, kiedy chcemy trochę ograniczyć smakołyki. Choć muszę przyznać, że dla mnie te śledzie są smakołykiem 🙂
To chyba jedna z najprostszych i najsmaczniejszych sałatek jakie ostatnio jadłem. Spróbowałem jej na spotkaniu u znajomych i zakochałem się w tym smaku od pierwszego kęsa. Oczywiście sam już ją robiłem dwa razy. Jest obłędnie smaczna i prosta w wykonaniu. Do sałatki potrzeba 2 kg ziemniaków sałatkowych, 40 dag boczku, 4 lub 5 łodyg selera naciowego, majonez, sól i pieprz do smaku, ja jeszcze dodaję suszone oregano.
Ziemniaki obieramy i gotujemy około pół godziny, a następnie studzimy. Musimy pilnować by się nie rozgotowały, bo potem nie pokroimy ich w kostkę. W międzyczasie możemy sobie przygotować boczek i selera. Boczek kroimy w małą kostkę i dobrze wysmażamy, no oczywiście pamiętając by nie wyszedł zbyt spieczony bo będzie za twardy, a nie chodzi nam o twarde skwarki. Selera kroimy w cieniutki talarki, jeśli łodygi są dość szerokie możemy je najpierw przeciąć wzdłuż na pół i dopiero kroić w cieniutkie talarki. Dobrze wystudzone ziemniaki kroimy w średniej wielkości kostkę. Ciepłe ziemniaki będzie trudno kroić i mogą się po prostu kruszyć. Następnie mieszamy ze sobą wszystkie składniki czyli ziemniaki, selera i boczek na sucho, z dodatkiem pieprzu i oregano. Łatwiej jest wymieszać po prostu ze sobą wszystkie składniki nim dodamy majonez. Róbmy to jednak ostrożnie by ziemniaki się nam nie rozpadły. Do przemieszanych składników dodajemy kilka łyżek majonezu. Ja użyłem ostrzejszy majonez kielecki i łagodniejszy babuni, dobrze jest połączyć majonez ostrzejszy z łagodniejszym, wtedy smak sałatki będzie lepszy. Prawda jakie proste, a jak spróbujecie, sami zobaczycie jaka pyszna jest ta sałatka,, polecam…
Sezon na pomidory w pełni, paprykę też, zaraz będą już tylko sprzedawane warzywa pędzone sztucznie, które zupełnie smaku nie posiadają więc jeszcze możemy skorzystać z tych ostatnich dobrodziejstw jesieni. Do mojej wersji zupy potrzeba 1,5 kilograma dojrzałych pomidorów, 5 czerwonych papryk, sól, pieprz i cukier do smaku, trochę świeżej bazylii. Pomidory obieramy ze skórki, kroimy na ćwiartki i wykrawamy tylko ten twardy białawy środek. Paprykę pieczemy w piekarniku w temperaturze 180°C około pół godziny. Po upieczeniu paprykę przykrywamy folią tak na 15 minut. Zabieg ten sprawi, że skórka będzie łatwo odchodziła przy obieraniu, pod wpływem pary wodnej która zgromadzi się pod folią.
Po tym czasie paprykę obieramy ze skórki i usuwamy gniazda nasienne. Uważajmy, bo płyn który zgromadził się w środku, będzie dość gorący. Pokrojone warzywa gotujemy na wolnym ogniu około 40 minut, tak by pomidory rozmiękły. Możemy dodać odrobinę wody, ale nie za dużo gdyż pomidory puszczą sok. Ugotowane warzywa po lekkim przestudzeniu miksujemy i nasz krem jest już gotowy. Przed miksowaniem możemy dodać kilka listków świeżej bazylii, dodadzą lekko ziołowego aromatu. Doprawiamy solą, pieprzem i cukrem do smaku, jeśli krem wyszedł za gęsty możemy dodać jeszcze odrobinę wody. Według uznania można też dodać ze dwie łyżki śmietanki 30%, ale niekoniecznie. Szybka, prosta i bardzo zdrowa zupa, pomidory są wielkim źródłem potasu, a papryka witaminy C.