Porto, to nie tylko wino, czyli co warto zobaczyć w tym urokliwym mieście

panorama Porto

Porto, kojarzy mi się z wysokoprocentowym słodkim winem o pięknym rubinowym kolorze. Ale Porto to przede wszystkim jedno z dwóch największych miast Portugalii. Malowniczo położone na wzgórzach od strony Oceanu Atlantyckiego, ale nie nad samym oceanem, tylko nad ujściem rzeki Duoro do oceanu. Najbardziej urokliwa  i najpopularniejsza turystycznie część miasta rozciąga się po obu brzegach rzeki. Nad oceanem znajduje się część portowa w miejscowości Matosinhos i urokliwy deptak prowadzący do plaży, w dzielnicy Foz do Douro. 

Porto jest idealnym miastem na wypad weekendowy z Polski, no może taki lekko przedłużony o jeden dzień weekend. Można powiedzieć, że to niemal cud, iż w czasach pandemii mogłem zobaczyć to piękne miasto. Korzystając z dużych promocji na bilety lotnicze  udało nam się kupić przelot w obie strony za nieco ponad 400 złotych od osoby. To na prawdę doskonała cena za lot do Portugalii, gdyż normalnie cena za przelot w jedną stronę wynosiła ponad 800 złotych. Lot w jedną stronę trwa około 3,5 godziny. Wylot z Polski mieliśmy w piątek przed południem, a powrót w poniedziałek z samego rana. Rozwiązanie idealne gdyż mieliśmy dwa pełne dni i całe piątkowe popołudnie pobytu na miejscu. Samo lądowanie jest już dosyć ekscytujące, gdyż samolot schodził do lądowania od strony lądu, przelatując nad samym centrum, więc wszystko idealnie było widać z góry. Jeśli dobrze pamiętam około 14.00 byliśmy już w Porto. Na miejscu przywitało nas piękne słońce i bezchmurne niebo. Z lotniska do centrum jechaliśmy metrem. Przystanek metra znajduje się przy terminalu więc nie musimy się nigdzie specjalnie przemieszczać. Nie mogliśmy kupić kilkudniowego biletu w automacie, co jest idealnym rozwiązaniem na tak krótki pobyt, więc polecam zakup w okienku informacyjnym, które znajduje się w terminalu po drodze do stacji metra. W przeciwnym razie trzeba kupić jednorazowy bilet i potem dokupić sobie już według uznania w centrum miasta. Metro jedzie do centrum około 40 minut. Wysiedliśmy na stacji metra Trindade, gdyż hotel mieliśmy zarezerwowany w pobliżu, dosłownie 10 minut spacerem. Pokój może nie był za duży, ale łóżko wygodne, do tego klimatyzacja, która o tej porze roku nie była konieczna na szczęście i super nowoczesna łazienka. Wyposażenie pokoju skromne, ale wystarczające na tak krótki pobyt. Jeśli jeszcze kiedyś pojadę do Porto, chyba bym wybrał ten sam hotel. Stay Hotel Porto Centro Trindade położony przy Rua de Gonçalo Cristóvão.  Trzeba przejść na drugą stronę stacji i uliczką Travessa de Alferes Malheiro dojdziemy do samego hotelu. Przy hotelu znajduje się charakterystyczna cylindryczna bryła piętrowego parkingu, a przy wejściu do hotelu przystanek autobusowy. Tyle w kwestiach logistyczno transportowych.

Plaże ciągną się aż do portu Leixoes w Matosinhos. Wzdłuż plaży ciągnie się również chodnik, który na odcinkach ma bardziej lub mniej spacerowy charakter. Sam zachód słońca nad oceanem był cudowny, tym bardziej, że wylatując z Polski, pogoda była taka sobie. Lekkie fale i poświata na wodzie, którą dawało słońce chylące się ku zachodowi, po prostu wspaniale. Plaża była zamknięta, ale nam to nie przeszkadzało, usiedliśmy sobie na piasku pod murem w pobliżu latarni morskiej. Do tego schłodzone piwo, oliwki i serek, cóż więcej potrzeba w takim miejscu. Środek pandemii, a my siedzieliśmy na plaży nad oceanem niemal nie do uwierzenia. Takie chwile mogłyby trwać wiecznie. Po zmroku udaliśmy się spacerem w kierunku dzielnicy portowej. Studiując informacje o Porto przed wylotem wyczytałem, że w porcie serwują najlepsze owoce morza, no i nie zawiodłem się, ale o tym czego próbowaliśmy w Porto w kolejnym wpisie dzisiaj skupię się na atrakcjach turystycznych. Mogę tylko powiedzieć że pierwszy wieczór w Porto zakończyliśmy doskonałą kolacją, z owocami morza w roli głównej.

Kolejny dzień przeznaczony był głównie na plażowanie, ale i częściowo na zwiedzanie miasta. Na plażę trzeba dojechać autobusem, a ponieważ przystanek znajdował się w okolicach dworca kolejowego, więc idąc do dworca można było już coś ciekawego zwiedzić. W pobliżu naszego hotelu zaczynał się główny deptak spacerowy, czyli Ulica Świętej Katarzyny. Prawdę mówiąc ulica ta zaczyna się nieco wcześniej, ale formę deptaka dla pieszych ma dopiero od skrzyżowania z Rua Guedes de Azevedo, czyli w pobliżu naszego hotelu. Idą w kierunku rzeki  przy stacji metra Bolhao mijamy Kaplicę Dusz z przepiękną fasadą wykonaną z ręcznie malowanych płytek ceramicznych azulejos w kolorze niebieskim, ten kolor i takie zdobienie kościołów czy kamienic są charakterystyczne dla Porto i spotykamy je co i rusz na fasadach budynków. Jest to jeden z piękniejszych kościołów w Porto, niestety my odpuściliśmy sobie zwiedzanie. Biorąc pod uwagę sytuację pandemiczną by ograniczyć ryzyko zarażenia zrezygnowaliśmy ze zwiedzania zabytków w środku. W tej samej okolicy, przy bocznej ulicy położona jest również miejska Hala Targowa. Niestety podczas naszego pobytu znajdowała się w remoncie i nie można było wejść do środka, czego bardzo żałuję, gdyż kocham te miejskie stare hale targowe. Przy Ulicy Świętej Katarzyny znajduje się również niesamowita kawiarnia Majestic Cafe, obowiązkowy punkt odwiedzin podczas wizyty w Porto. Wnętrze kawiarni jest bardzo zabytkowe i ono najbardziej przyciąga turystów by wejść do środka. Na szczęście o 9 rano było tam jeszcze dosyć pusto więc postanowiliśmy wstąpić na kawę i słynne portugalskie ciastko, oczywiście lekko przepłacając za miejscówkę, ale cóż przynajmniej zrobiliśmy zdjęcia. O ciastku napiszę wkrótce, we wpisie o portugalskiej kuchni.

Przy rozwidleniu z Ulicą Świętego Ildefonsa znajduje się kolejny kościół o charakterystycznej niebieskiej fasadzie, to Kościół Świętego Ildefonsa. W tym miejscu zakończyliśmy spacer deptakiem i skręciliśmy w Rua de 31 de Janeiro, kierując się w stronę dworca kolejowego, z okolic którego odjeżdżał nasz autobus na plażę. Budynek dworca jest zabytkowy, a jego wnętrza wprawiają w zachwyt. Tu też całe ściany wyłożone są tymi ręcznie malowanymi płytkami w kolorze niebieskim. Warto wejść do środka i zrobić zdjęcia. Ponieważ mieliśmy kilkanaście minut do odjazdu autobusu, chwilę jeszcze przeszliśmy się deptakiem Rua das Flores, gdzie znajduje się całe mnóstwo knajp, restauracji i sklepów z pamiątkami. W to miejsce wróciliśmy dopiero następnego dnia. Autobus jednak szybko przyjechał i resztę dnia spędziliśmy na plaży. Ocean był zimny, ale słońce na tyle mocno grzało, że można było siedzieć tylko w strojach kąpielowych. Na plaży odpoczywaliśmy niemal do zachodu słońca. Tak nam minął kolejny dzień, oczywiście zakończony pyszną kolacją w dzielnicy portowej. O tym, co jeszcze warto zobaczyć w Porto, które miejsca odwiedzić i gdzie można smacznie zjeść już niedługo. Niedzielę spędziliśmy na spacerze po centrum, ale to opiszę Wam w kolejnym wpisie.

Montreal, miasto położone na wyspie, u stóp wzgórza Mount Royal

Montreal, drugie co do wielkości miasto Kanady, którego nazwa pochodzi od górującego nad miastem wzgórza Mont Royal. Co ciekawe, miasto położone jest na wyspie, na rzece Świętego Wawrzyńca. Montreal był kolejnym punktem na trasie naszej podróży od Toronto do Nowej Szkocji. Montreal jest na tyle ciekawym miastem, że warto mu poświęcić ze dwa lub trzy dni. Nad Rzeką Świętego Wawrzyńca, po wschodniej stronie miasta znajduje się najstarsza część, czyli Old Montreal. Wycieczkę po tej okolicy proponuję rozpocząć od ulicy Bonsecours i kierować się na południe, krążąc po uliczkach tworzących stare miasto. Trwają tam cały czas remonty, ale warto pospacerować tymi uliczkami, które wraz z usytuowanymi wzdłuż nich budynkami tworzą charakterystyczny klimat starówki. Stare miasto jest zamknięte zasadniczo między ulicami Rue de la Commune, Rue Notre-Dame oraz Rue Saint Antoine i to jest najciekawsza zabytkowo część Montrealu. Można tu podziwiać między innymi budynki Urzędu Miasta, czy Katedry Notre-Dame. My do katedry nie weszliśmy gdyż była dosyć duża kolejka turystów. Centralnym punktem starego miasta jest Place Jacques Cartier, to taki ichni rynek, po którym przewijają się tłumy turystów i znajduje się całe mnóstwo restauracji. Niestety, jeśli będziecie chcieli coś zjeść w tej okolicy ostrzegam, że jest dość drogo, choć czasem na wakacjach warto wydać te kilka dolarów więcej i posiedzieć w tak uroczym miejscu, podziwiając okoliczne, piękne kamienice. Warto się przejść ulicą Sait-Paul, jest tam cała masa sklepików z pamiątkami. Uwierzcie mi, włócząc się po tych uliczkach i zaglądając do tych uroczych sklepików nawet nie zorientujecie się, że minęło już kilka godzin. Idąc ulicą Notre-Dame w kierunku zachodnim dojdziemy do downtown, czyli centrum biurowego miasta. Kto zachwyca się drapaczami chmur i nowoczesną architekturą powinien zdecydowanie przespacerować się tam. W bezpośrednim sąsiedztwie downtown znajduje się China Town, do której to dzielnicy prowadzi okazała brama w chińskim stylu z tymi smokami chińskimi i charakterystyczną architekturą. Samo China Town nie jest aż tak imponujące, jak w Toronto. Nawet ten chiński charakter nie narzuca się nam z każdego sklepiku, jak to jest w Toronto. 

Rue Saint Catherine

Montreal, tak jak większość amerykańskich, czy kanadyjskich miast ma też swoją „tęczową dzielnicę”, która ciągnie się wzdłuż wschodniego odcinka ulicy Saint Catherine. W sezonie letnim, część tej ulicy jest zamknięta dla ruchu samochodowego, tworząc deptak dla pieszych. Niesamowita jest wykonana z tysięcy plastikowych kulek tęcza, która rozpościera się nad całą długością deptaka, robi to niesamowite wrażenie. Ciekawym miejscem, zwłaszcza w sezonie letnim jest położony przy Rue Sainte Catherine, Place Emilie-Gamelin. W sezonie letnim znajdują się tam budki z jedzeniem i piciem, porozkładane są stoliki, leżaki, urządzony ogród. Zbudowana jest również scena, na której w godzinach popołudniowych do wieczora odbywają się różne imprezy muzyczne, czasami gra DJ-ej.

Mount Royal

Jedną z największych atrakcji miasta jest jednak wzgórze Mont Royal. Widok ze szczytu na panoramę miasta i samego downtown robi wrażenie. Najprostszym sposobem dostania się na wzgórze jest dojazd do stacji metra Peel i stamtąd spacer na samą górę. Wymaga to trochę wysiłku, ale taki spacer to radość sama w sobie i do tego te widoki z góry ehh… Na szczycie wzgórza znajduje się Mount Royal Chalet, budynek o ciekawej architekturze, w którym ulokowana jest kawiarnia i sklep z pamiątkami, przed budynkiem znajduje się olbrzymi taras, z którego rozpościera się widok na całe miasto. Warto tam spędzić dłuższą chwilę odpoczywając po nieco męczącej wycieczce na szczyt. Powrót ze wzgórza proponuję w kierunku ulicy Av du Parc, zejście w dół jest o wiele prostsze i jest przyjemnością samą w sobie. Idąc od Av du Parc w kierunku stacji metra Mont-Royal mijamy niesamowite kamieniczki w stylu wiktoriańskim, tworzące klimat tej części Montrealu. Po drodze mijaliśmy sklep ogrodniczy, w którym o tej porze roku znajdowało się całe mnóstwo dyń o kształtach, których w Polsce nigdzie nie spotkamy. Samo wzgórze z daleka przypomina trochę Górę Gellerta z Budapesztu.

Botanical Garden

Ostatnią atrakcją miasta, która znajdowała się na naszej liście był ogród botaniczny z niesamowitą ekspozycją ogród światła. Do ogrodu botanicznego najlepiej podjechać metrem do stacji Pie-IX i stamtąd spacerem przejść się już do samego ogrodu. My do ogrodu botanicznego udaliśmy się po zmroku, gdyż podczas naszego pobytu trwała wystawa ogród światła, która robi wrażenie dopiero, kiedy zrobi się ciemno. W części chińskiej ogrodu porozmieszczane były zrobione chyba z takiego papieru jak na lampiony rzeźby ludzi i zwierząt oraz bajkowych smoków. Całość robiła niesamowite wrażenie, wyglądało to bajkowo i cudownie. Niestety ogromny tłum ludzi skutecznie utrudniał robienie zdjęć i zaburzał ciszę, która powinna być w ogrodzie, zwłaszcza kiedy robi się już ciemno. Ekspozycja w części japońskiego ogrodu miała zupełnie inny charakter. Tam nie było już tych kolorowych rzeźb z papieru, a dzięki odpowiedniemu podświetleniu, to sama natura tworzyła niesamowite nocne obrazy. W bezpośrednim sąsiedztwie ogrodu botanicznego znajduje się stadion olimpijski, z olimpiady, która odbyła się w Montrealu w 1976 r. Mimo iż to było ponad 40 lat temu, futurystyczna bryła stadionu nadal robi wrażenie.

To tyle, co nam udało się zobaczyć w Montrealu. Te miejsca, które Wam opisałem zapewne należą do jednych z głównych atrakcji miasta, choć nie jedynych. Niestety czas i dalsza droga wyznaczała nam kolejne terminy więc musieliśmy się pożegnać z Montrealem i ruszać dalej w kierunku Halifaxu i Nowej Szkocji. To już była bardzo daleka droga, ale o tym i o Nowej Szkocji, o krainie homara już w kolejnym wpisie. Zapraszam do odwiedzin, już wkrótce dalsze opowieści o atrakcjach wschodniej części Kanady…

Wrocław – miasto do zakochania, czyli sentymentalna podróż z krasnalami w tle

Wrocław to jedno z najpiękniejszych, najbardziej urokliwych i najbardziej pociągających polskich miast. Moja historia z tym miastem rozpoczęła się od wyjazdu służbowego w 2004 r. Do dzisiaj pamiętam te osiem tygodni spędzonych w tym cudownym mieście. Minęło piętnaście lat i Wrocław wzbudza we mnie tyle samo emocji co wtedy. Już wtedy to miasto porażało rozmachem, piękną architekturą, wyjątkową atmosferą, której nie da się poczuć w innym mieście i powiewem „świata zachodniego”. Teraz miasto nabrało jeszcze większego rozmachu, przybyło dużo nowoczesnych budynków biurowych, wiele starych kamienic i zaniedbanych ulic w centrum zostało zrewitalizowanych.

Dworzec kolejowy został wyremontowany kilka lat temu i odzyskał dawny blask, a jego okolice uległy diametralnej zmianie. W bezpośrednim sąsiedztwie powstała nowoczesna dzielnica biurowa, w miejscu dawnego dworca PKS powstał nowoczesny na miarę XXI-wieku, z przylegającą do niego futurystyczną galerią handlową. To takie miasto w mieście.  

Kamienice w rynku wyglądają niesamowicie, z charakterystycznymi stożkowatymi fasadami. W sezonie letnim rynek jest szczelnie wypełniony ogródkami restauracyjnymi, przyległymi do kamienic. W tym miejscu można się poczuć jak na wakacjach daleko od domu. Kawiarniane stoliki zachęcają by przysiąść na chwilę, zamówić kawę i oglądać te setki ludzi przemieszczających się we wszystkich kierunkach.

Największą perełką turystyczną w mojej ocenie są wysepki na Odrze, do których dotrzemy idąc od Rynku ulicą Odrzańską. Skręcając nad Odrą w prawo w ulicę Grodzką, a następnie w lewo na Most Uniwersytecki dotrzemy na Marinę Topacz, gdzie powstały nowoczesne budynki mieszkalne w stylu holenderskim z restauracjami zlokalizowanymi na poziomie parteru. Warto zatrzymać się w tym miejscu, wypić piwo i podziwiać panoramę okolicy nadbrzeża. Idąc dalej Mostem Uniwersyteckim i Kładką Sodową dojdziemy do Wyspy Słodowej, gdzie można aktywnie spędzać czas na świeżym powietrzu. W bezpośrednim sąsiedztwie jest Wyspa Bielarska, Wyspa Młyńska, Wyspa Piasek i Wyspa Daliowa z niesamowitą metaliczną konstrukcją, nazwaną Nawa. Kiedy byłem we Wrocławiu w 2004 r. wyspy te były jeszcze dość zaniedbane, a teraz zachwycają infrastrukturą spacerowo-wypoczynkową, uwierzcie mi, można tam spędzić cały dzień i się nie znudzić. Przy wyspach przycumowane są barki z pubami i restauracjami, każdy tam znajdzie coś dla siebie. Będąc w tej okolicy nie można zapomnieć o słynnym Ostrowie Tumskim i nie skierować tam kroków. Obecnie Most Tumski jest w remoncie i możemy się tam dostać przez Most Młyński lub Most Pokoju. Ciekawym pomysłem jest labirynt z płyt kamiennych na trawniku w bezpośrednim sąsiedztwie Mostu Tumskiego.

Nowego blasku i życia nabrał też Bulwar nad Odrą, szczególnie od strony centrum w pobliżu Mostu Pokoju. Na nabrzeżu powstały betonowe stopnie, na których można usiąść. Część została piętrowo obsadzona wysoką trawą i można poczuć się zupełnie odizolowanym od innych osób spędzających tam czas.

To, co bez wątpienia było, jest i będzie związane z miastem, to krasnale. Krasnali we Wrocławiu jest dużo, sam nie wiem ile. Spacerując dziś po mieście udało mi się upolować 27 sztuk, ale wydaje mi się, że jest ich trochę więcej.

We Wrocławiu jest jeszcze wiele ciekawych miejsc, wartych odwiedzin, ja napisałem dzisiaj o tych najważniejszych, zlokalizowanych w ścisłym centrum więc jeszcze wrócę tu z wrocławskimi wspomnieniami i opowieściami, zaglądajcie więc systematycznie.

Możecie pomyśleć, że jestem nieobiektywny bo mam wielki sentyment do tego miasta, ale nie sposób nie zakochać się we Wrocławiu i to od pierwszego wejrzenia. Jeśli jeszcze tam nie byliście wybierzcie się choć na weekend, a nie pożałujecie…