Budapeszt – miasto idealne na krótki wyjazd urlopowy

Tegoroczny długi weekend majowy postanowiłem częściowo wykorzystać na odwiedziny tego nieznanego dotąd dla mnie miasta. Była to również moja pierwsza wycieczka na Węgry. Prawdę mówiąc z południa Polski szybciej można dojechać do Budapesztu, niż nad nasz Bałtyk. Prognozy pogody zachęcały jedynie do odwiedzin tej uroczej europejskiej stolicy, niestety w innych miejscach miało padać i być zimno, momentami deszczowo i śnieżnie. Faktycznie pogoda zdała egzamin i miasto też, przy słonecznej, letniej pogodzie prezentowało się niesamowicie i wywarło na mnie ogromne wrażenie.

Co więc warto odwiedzić w Budapeszcie. Turystyczne centrum Budapesztu i największej atrakcje miasta ulokowane są nad Dunajem. Sam Dunaj to potężna rzeka, porównując ją z naszą rodzimą Wisłą i Odrą, Dunaj jest ze trzy razy szerszy niż największe polskie rzeki. Wróćmy jednak do samego miasta. Najbardziej znanym i chyba najbardziej obfotografowanym zabytkiem miasta jest budynek parlamentu węgierskiego. Umieszczony jest on nad samym brzegiem Dunaju w lekkim oddaleniu od centrum, na wschodnim brzegu rzeki. Budynek można zwiedzać w środku, jednak ja nie skorzystałem z tej okazji, a ponadto nie mieliśmy na tyle czasu, gdyż chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej miasta. Bryła budynku jest majstersztykiem architektonicznym, który najokazalej prezentuje się o zmroku, kiedy słońce zajdzie za horyzont i rozbłyśnie nocna iluminacja, w której parlament wygląda jakby był wykuty w złocie. Sam zrobiłem kilkadziesiąt zdjęć o różnych porach dnia i po zmroku, licząc, że następne ujęcie będzie jeszcze lepsze od poprzedniego.

Kolejną atrakcją turystyczną miasta jest Wzgórze Gellerta. Wzgórze znajduje się na przeciwległym brzegu rzeki, nieco niżej na południe od opisywanego wcześniej parlamentu. U podnóża wzgórza znajduje się wykuty w skale kościół, który jest również wart odwiedzin. Wejście od tej strony zajmuje około 20 minut tempem spacerowym. Podejście jest trudniejsze niż od strony Wzgórza Zamkowego, ale za to zajmuje mniej czasu i idąc tym szlakiem można podziwiać niesamowitą panoramę miasta z najbliżej położonym  Mostem Wolności. Następnym razem również wybrałbym to podejście. Na szczycie wzgórza znajduje się Cytadela i Statua Wolności. Widoki na panoramę miasta są urzekające, można tam spędzić kilka godzin wpatrując się w centrum znajdujące się na drugim brzegu rzeki. My jednak nie mieliśmy na tyle czasu i po zrobieniu kolejnych kilkudziesięciu zdjęć udaliśmy się, schodząc ze Wzgórza Gellerta, w kierunku Wzgórza Zamkowego. Na zamek spacerem dojdziemy w ciągu pół godziny.  Podejście na zamek znajdujący się na szczycie wzgórza tarasami ogrodowymi jest chyba najlepszym sposobem na dotarcie na samą górę i zarazem najprzyjemniejszym. Widoki na panoramę miasta są równie piękne jak ze Wzgórza Gellerta, a spacer idealnie zadbanymi tarasami ogrodowymi, jest przyjemnością samą w sobie. Od strony północnej można dostać się na zamek za pomocą kolejki linowej. Jest to może dodatkową atrakcją, ale sama kolejka turystów do kolejki zachęca tylko do spaceru na górę. Niestety nie wszedłem do muzeum znajdującego się w zamku, raz że nie było na tyle czasu, a poza tym chyba wolę oglądać zabytki z zewnątrz, podziwiać niesamowitą architekturę i włóczyć się urokliwymi uliczkami, niż oglądać obrazy, czy inne dzieła sztuki. Na tarasie zamkowym znajduje się niewielka restauracja, można tam zamówić drinka, czy coś zjeść i odpocząć chwilę, po raz kolejny podziwiając panoramę miasta, jeśli uda nam się znaleźć stolik z odpowiednią ekspozycją widokową. Na wzgórzu zamkowym znajduje się również Baszta Rybacka i Kościół Macieja, jednak tam już nie dotarliśmy. To są główne atrakcje miasta zlokalizowane nad Dunajem na obu brzegach rzeki.

Nad rzeką znajdują się liczne knajpki, bary i restauracje, zarówno w kamienicach, jak i na przycumowanych do brzegu barkach. Warto usiąść tu na dłuższą chwilę, zamówić kieliszek wina, jakieś przekąski, chłonąć tę atmosferę miasta i podziwiać niesamowite zabytki, a zwłaszcza podświetloną po zmroku bryłę zamku, czy parlamentu. Ogromne wrażenie sprawiają również mosty, a każdy z nich jest podświetlony po zmroku.

Jednak nie tylko sam okolica Dunaju kusi pięknymi zabytkami. Koniecznie musicie zapuścić się w labirynt uliczek na wschodnim brzegu rzeki. Głównym deptakiem miasta jest ulica Váci. Ulica pełna jest butików najpopularniejszych światowych marek oraz wszelkiego rodzaju restauracji i barów. Miejscem wartym odwiedzin jest bez wątpienia Bazylika św. Stefana, niestety trzeba wykupić bilet wstępu do środka i odstać swoje w kolejce, na co nie mieliśmy tez czasu. Podczas tego pobytu udało się nam natomiast odwiedzić miejską halę targową i zrobić drobne zakupy. Budynek hali jest zabytkowy, a wnętrze robi wrażenie. Warto przejść się alejami ze stoiskami spożywczymi, gdzie króluje papryka w każdym wydaniu, od świeżej, poprzez suszoną, sproszkowaną i w postaci past. Jeśli nawet niczego nie kupicie, niestety ceny na hali są wyższe niż w zwykłym hipermarkecie, polecam zrobić zdjęcia tych niesamowitych produktów. Ciekawym miejscem w centrum jest również Park Erzsébet przy kole młyńskim, gdzie znajduje się duże skupisko barów i restauracyjek.

W odległości kilku stacji metra od centrum znajduje się Plac Bohaterów z charakterystycznym Pomnikiem Tysiąclecia i Park Városliget. Trafiliśmy tam jeszcze w dniu przyjazdu, kiedy odbywał się wielki festyn z okazji święta 1-go maja, tak ten dzień na Węgrzech też jest świętem i dniem wolnym od pracy. Park wypełniony był dziesiątkami straganów z jedzeniem, karuzelami i tłumami mieszkańców oraz turystów. Przez ten ogromny tłum ludzi miejsce straciło na uroku i zniechęcało do dłuższego pobytu. Bez wątpienia jednak warto jest się tam wybrać na spokojny spacer. Znajdujący się w parku Zamek Vajdahunyad wygląda niczym wyjęty z serii filmów o Harrym Potterze.

To są miejsca, które ja odwiedziłem i które Wam polecam z czystym sumieniem. Patrząc z perspektywy czasu na moją wycieczkę do Budapesztu nie wyobrażam sobie pobytu w tym mieście bez odwiedzenia miejsc, które Wam opisałem. Gwarantuję, że podczas dwu lub trzydniowej wycieczki do stolicy Węgier uda się Wam odwiedzić te wszystkie atrakcje. Jest to optymalny plan na przedłużony weekend, w tym jakże urokliwym mieście.

W kolejnym wpisie umieszczę jeszcze kilka praktycznych informacji, użytecznych podczas krótkiej indywidualnej wycieczki do Budapesztu. Ja na przygotowanie  i pozyskanie odpowiednich informacji miałem tylko jeden wieczór, ale sam wyjazd mogę ocenić jako w pełni udany i pozwalający poczuć atmosferę miasta. Chciałbym, by odwiedzając Budapeszt, również i Wy mogli odkryć wszystkie uroki i poczuć tę niesamowitą atmosferę, którą mnie udało się w pełni zasmakować…

Schab pieczony na zimno

Nie ma to jak przygotowane samemu i upieczone w domu mięso, które możemy podać na zimno. Smakuje o wiele lepiej niż kupione w delikatesach, a przede wszystkim nie zawiera ani grama chemicznych dodatków. Mięso najlepiej zamarynować dzień wcześniej w przyprawach. We wpisie podam, jak przygotować schab, ale w ten sam sposób postępujemy z karczkiem, czy łopatką. Do pieczenia najlepiej nadaje się kawałek mięsa o wadze tak 1,3 kg. Do przyprawienia używam suszonych ziół majeranku, tymianku i rozmarynu (po łyżce każdego), 4 ząbki czosnku i sól. 

Mięso oczyszczamy z błon i nadmiaru tłuszczu. Czosnek kroimy w grube plasterki. Mięso nakłuwamy nożem ze wszystkich stron i w powstałe szczeliny wciskamy plasterki czosnku, tak by nie wypadały. Nafaszerowane czosnkiem mięso obtaczamy w mieszance przygotowanej z ziół i obficie posypujemy solą. Praktycznie można powiedzieć, że na powierzchni powinna powstać skórka ziołowa. Przyprawiony schab odkładamy na całą noc do lodówki. Mięso najlepiej piec w rękawie do pieczenia, gdyż nie wyjdzie przesuszone. Z wierzchu możemy je jeszcze posypać trochę solą tuż przed pieczeniem. Do rękawa wlewamy około pół szklanki wody i szczelnie zamykamy na obu końcach. Mięso pieczemy w temperaturze 160 do170°C około 1 godziny i 45 minut. Zasada jest taka, że 1 godzina pieczenia przypada na kilogram mięsa. Niektórzy pieką w temperaturze 180°C, ja osobiście wolę trochę dłużej i w niższej temperaturze. Proste i smaczne, bo wiadomo z jakich składników przygotowane. Takie mięso można serwować na zimno, ale również i na ciepło z sosem. Na zimno najlepiej smakuje z chrzanem lub ćwikłą. Nie polecam jednak wykorzystywać sosu z pieczenia, gdyż jest bardzo słony i może zepsuć smak, lepiej go dosyć mocno rozrzedzić lub wykorzystać w niewielkiej ilości, jako bazę smakową do innego sosu.

Mazurek makowy z czekoladowym ganache

Mazurek, to jeden ze słodkich symboli Wielkanocy. Nigdy nie piekłem tego ciasta, więc przyszła pora by sprawdzić się w tym przepisie. Wybrałem mazurek makowy z polewą czekoladową. Na kruche ciasto potrzeba 250 gram mąki, 125 gram masła, 75 gram cukru, jedno jajo, cukier waniliowy, szczyptę soli. Na masę makową 80 dag maku (może być kilogram), 2/3 szklanki cukru, pół szklanki orzechów włoskich, pół szklanki rodzynek, 6 jaj, łyżkę mąki ziemniaczanej, jedno jabłko. Na polewę dwie tabliczki czekolady gorzkiej oraz kilka łyżek śmietanki 30%.

Zaczynamy od przygotowania spodu. Mąkę, cukier, szczyptę soli siekamy ze schłodzonym masłem, następnie dodajemy jedno jajo po czym szybko zagniatamy ciasto. Kruche ciasto musi się dobrze schłodzić więc zawijamy je w folię spożywczą i wkładamy do lodówki na około 4 godziny.  

Masę makową możemy przygotować sami lub skorzystać z gotowej masy z puszki. Jeśli sami przygotowujemy masę, najpierw musimy mak sparzyć we wrzątku, najlepiej zrobić to dzień wcześniej. W tym celu zalewamy mak wrzątkiem i pozostawiamy na kilka godzin. Wody powinno być znacznie więcej, gdyż w ten sposób zanieczyszczenia pozostaną nam na powierzchni, a mak opadnie na dno garnka. Wystudzony i odsączony mak mielimy w maszynce do mięsa razem z orzechami włoskimi. Żółtka ucieramy z cukrem na puszysty kogel-mogel, a z białek przygotowujemy pianę. Najpierw do zmielonego maku dodajemy mąkę (możemy też dodać kaszę mannę zamiast mąki) i mieszamy by składniki się połączyły. Następnie masę dodajemy do przygotowanego już kogla-mogla, kolejno rodzynki, starte na tarce o grubych oczkach jabłko i wszystko miksujemy na niskich obrotach. Na koniec łączymy z pianą z białek, po dodaniu piany masę już lekko mieszamy łyżką by piana bardzo nie opadła. Jeśli korzystamy z gotowej masy makowej z puszki, dodajmy mniej cukru do żółtek, bo sama masa jest już dość słodka. Mak dodajemy do ubitych z cukrem żółtek, następnie mąkę, rodzynki i starte jabłko i miksujemy na niskich obrotach mieszadłem do ciast. Na koniec dodajemy pianę i mieszamy już tylko łyżką.

Schłodzone ciasto rozwałkowujemy i wykładamy nim dno i boki brytfanny. Na wierzch kładziemy papier do pieczenia i wysypujemy ziarna fasoli, by ciasto nam nie pofalowało się podczas podpiekania. Ciasto podpiekamy w temperaturze 200°C przez 10 minut z włączonym termoobiegiem. Następnie wykładamy na ciasto masę makową i pieczemy jeszcze 45 minut w temperaturze 175°C z włączoną dolną blachą i termoobiegiem. Można oczywiście od razu na surowe ciasto wykładać masę makową, wtedy smarujemy wcześniej ciasto białkiem, wytworzy się warstwa izolująca i ciasto nie nasiąknie bardzo od masy i nie zrobi się za miękkie. Ja tym razem od razu dałem masę na ciasto bez podpiekania.

Upieczone i wystudzone ciasto pokrywamy polewą czekoladową. Czekoladę rozpuszczamy w misce na parze, do rozpuszczonej czekolady dodajemy kilka łyżek śmietanki. Tak przygotowaną masę rozsmarowujemy na wierzchu naszego mazurka. Do ozdoby możemy wykorzystać płatki migdałów i kawałki orzechów oraz wiórki kokosowe, ewentualnie inne gotowe ozdoby cukiernicze.  Pamiętajcie czekolada po dodaniu śmietanki bardzo szybko zmienia konsystencję i gęstnieje, ale wtedy można dodać więcej śmietanki, by masa wróciła do kremowej rozsmarowywalnej konsystencji. Musimy jednak dość energicznie mieszać by nie powstały czekoladowe grudki.

Wesołych Świąt

Zdrowych, spokojnych, pogodnych Świąt Wielkanocnych

pełnych samych radosnych chwil, w gronie najbliższych

dla wszystkich odwiedzających.

Już wkrótce nowe wpisy i nowe przepisy!!!

Zaszufladkowano do kategorii Ogólne

Zapiekanka pasterska

Dzisiaj pora na zapiekankę pasterską. Już jakiś czas temu zakupiłem takie małe naczynia do zapiekania na pojedyncze porcje i w nich przygotowałem zapiekankę. Moja wersja jak to u mnie różniła się trochę od oryginalnego przepisu. Nie użyłem czerwonego wina i bulionu, za to wykorzystałem paprykę i bakłażany. Do mojej wersji wykorzystałem, tak 60 dag mielonego mięsa wołowego, jedną marchew, powinienem dodać jedną cebulę ale o niej zapomniałem, 4 ząbki czosnku, suszony tymianek i rozmaryn, pół słoiczka koncentratu pomidorowego, 5 dużych ziemniaków, kubek śmietany 30% i szczyptę gałki muszkatołowej.

Cebulę obieramy, kroimy w kostkę i musimy zeszklić na odrobinie oleju. Następnie dodajemy mięso, wyciskamy obrane ząbki czosnku, tymianek i rozmaryn i smażymy na lekko brązowy kolor. Musimy uważać by mięso nam się bardzo nie zbiło w większe kawałki więc w razie czego wszystko możemy podrobić ewentualnie widelcem. W międzyczasie przygotowujemy marchew, którą ścieramy na tarce o grubych oczkach, paprykę kroimy w kostkę. 

Gdy mięso jest już prawie gotowe dodajemy marchew, paprykę i jeszcze chwilę dusimy. Na koniec dodajemy pół słoiczka koncentratu pomidorowego i podlewamy lekko wodą. Doprawiamy solą, cukrem i świeżo mielonym czarnym pieprzem. Dusimy jeszcze z 10 minut. Powinniśmy otrzymać konsystencję gęstego sosu, zbliżoną do bolognese, no ciut gęściejszą. Przygotowany sos pomidorowo-mięsny wykładamy na dno naczyń i lekko uciskamy. Na wierzchu układamy pokrojonego w plastry bakłażana.

W czasie gdy przygotowujemy mięso musimy ugotować już ziemniaki. Najlepiej trzeba tak sobie to tak ustawić czasowo by ziemniaki były gotowe równo z mięsem, ewentualnie mięso możemy wcześniej przygotować. Ugotowane ziemniaki ubijamy ze śmietaną i gałką muszkatołową, by uzyskać gęstą, łatwo rozsmarowującą się konsystencję puree. Lepiej ziemniaków nie przygotowywać za wcześnie, gdyż nasze puree stwardnieje i będziemy mieli problem, przy nakładaniu na mięso musi być miękkie. Na bakłażanach rozsmarowujemy puree ziemniaczane, które z wierzchu możemy lekko zmierzwić nożem lub łyżką, ładniej będą wyglądały zrumienione krawędzie po upieczeniu. Zapiekanki wstawiamy do nagrzanego do 180°C piekarnika i zapiekamy około 20 minut. Zasadniczo, gdy z wierzchu ziemniaki zaczną się przypiekać to znak, że zapiekanka jest już gotowa. Moja wyszła przepysznie, z nutą gałki muszkatołowej, którą uwielbiam i tym aromatem tymianku i rozmarynu. Polecam, bo jest prosta w wykonaniu, a podana w indywidualnych naczyniach do zapiekania wygląda bardzo elegancko. Z dodatkiem bakłażana nabrała lekko greckiego charakteru J

Andruty z kajmakiem i dżemem jagodowym

Andruty, chyba każdy pamięta z czasów dzieciństwa. W niektórych rejonach nazywane są one pischingerami. Moja Mama kiedyś robiła andruty z kremem czekoladowym. Ja zazwyczaj robię andruty przekładane masą kajmakową i dżemem.

Do mojej wersji potrzeba jednego opakowania suchych wafli, większy słoiczek dżemu najlepiej kwaskowatego, ja zwykle używam jagodowego, oraz jedną puszkę zagęszczonego mleka słodzonego. Ktoś by zadał pytanie, a co z kajmakiem. Masę kajmakową przygotowujemy właśnie z zagęszczonego mleka. Puszkę wkładamy do zimnej wody, tak by była cała przykryta wodą, doprowadzamy do wrzenia i gotujemy 50 minut na wolnym ogniu, w tym czasie mleko się zagęści i otrzymamy nasza masę. Wafle smarujemy od tej strony z zagłębieniami, na przemian jedną warstwę dżemem, jedną masą kajmakową, zaczynając od kajmaku. W sumie powinno wyjść nam 5 warstw. Przykrywając ostatnią warstwę waflem kładziemy go do środka wgłębieniami, by z wierzchu był płaski. Tak przygotowanego andruta lub jak kto woli pischingera należy dokładnie przycisnąć i pozostawić najlepiej na całą noc pod równomiernym kilkukilogramowym obciążeniem by blaty posklejały się ze sobą. Następnie całość kroimy w kostki i wkładamy do szczelnego opakowania. Tak przygotowane domowe wafelki możemy trzymać kilka dni, chyba że szybciej zostaną przez domowników spałaszowane. Masa kajmakowa jest dość słodka więc polecam dżem kwaśny w smaku dla zbalansowania słodyczy. Szybka i bardzo prosta słodka przekąska, a jakże lubiana przez wszystkich.

Ciasto jogurtowe z cynamonem i jabłkami

Do tej wersji ciasta jogurtowego skłoniły mnie ślimaczki cynamonowe, które ostatnio widziałem w jakiejś cukierni. Pomyślałem sobie, że do ciasta jogurtowego, na. Które podawałem już Wam przepis dodam kawałki jabłek i cynamon. Jogurtowe ciasto kubeczkowe to jedno z najprostszych ciast, z którym każdy nawet niedoświadczony kucharz może się zmierzyć. Do tej wersji potrzeba 1 kubek jogurtu naturalnego (ja używam marki Zott 370 g), 1 kubek oleju, ¾ kubeczka cukru, 2,5 kubka mąki, 4 jaja, 1 łyżeczkę proszku do pieczenia, 1 łyżeczkę sody oczyszczonej i jedno opakowanie cukru waniliowego. Dodatkowo dwa jabłka i 3 łyżki cynamonu. Do odmierzenia proporcji wykorzystujecie kubek po jogurcie.

Jogurt, jaja i olej łączymy mieszając trzepaczką. Nie korzystamy z miksera by ciasto było lekkie i puszyste. Następnie do mokrych składników dodajemy cukier, cukier waniliowy oraz kawałki jabłek. Na koniec dajemy suche składniki, czyli przesianą mąkę, proszek do pieczenia i sodę oczyszczoną, a całość mieszamy łyżką. W międzyczasie dodajemy 3 łyżki cynamonu. Cynamon nie musi się równomiernie wymieszać, wtedy uzyskamy w cieście takie smugi brązowawe, a w przekroju ciasto nie będzie jednolicie brązowe. Tak wymieszane składniki przełożyłem na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Używam standardowej, prostokątnej blachy. Ciasto piekłem w temperaturze 150°C z włączoną dolną blachą i termoobiegiem przez 25 minut, a następnie przez kolejne 20 minut w temperaturze 175°C. Ciasto jest upieczone jeśli przejdzie test suchego patyczka, czyli sprawdzamy wbijając patyczek w ciasto pod koniec pieczenia. Powinien być tłustawy, ale nie mokry, wtedy nasze ciasto jest upieczone. Ciasto wyszło puszyste i wilgotne.Prawda jaki prosty przepis. Spróbujcie, polecam, a zobaczycie, że nie raz upieczecie to przepyszne ciasto. Z jabłkami smakuje równie dobrze. Ehh… już mi ślinka cieknie.


Faworki, czyli chrust, smak karnawałowej rozpusty

Karnawał trwa w najlepsze, do tłustego czwartku pozostał jeszcze prawie miesiąc. W tym roku jest to wyjątkowo długi okres, bo Wielkanoc wypada w końcu kwietnia. Trzeba się więc cieszyć i korzystać z uroków zabaw karnawałowych. Na domowej prywatce ze znajomymi ważne są również przekąski. Dziś podam Wam przepis na typowe karnawałowe słodkości, czyli faworki. Na jedną porcję potrzeba 200 g mąki, 3 żółtka, łyżkę czystego spirytusu, szczyptę soli,3 łyżki kwaśnej gęstej śmietany, łyżeczkę cukru waniliowego. Z takiej porcji otrzymamy około 30 do 40 faworków, w zależności jak grubo będziemy rozwałkowywali ciasto. Na większą ilość proporcje musimy odpowiednio zwiększyć.

Mąkę przesiewamy przez sito, dodajemy sól i rozmieszane z cukrem waniliowym żółtka. Gdy żółtka połączą się z mąką, powinniśmy uzyskać coś podobnego do kruszonki, dodajemy śmietanę i zaczynamy wyrabiać ciasto. Pamiętajmy by w trakcie wyrabiania dodać łyżkę spirytusu. Spirytus powoduje, że ciasto nie będzie tak chłonęło tłuszczu w czasie smażenia, a faworki nie wyjdą bardzo tłuste, lecz chrupiące. Ciasto wyrabiamy aż będzie gładkie i plastyczne, a następnie zawijamy w ściereczkę tak na 10 minut by chwilę odpoczęło, będzie się wtedy mniej kleić podczas rozwałkowywania. 

W szerokim płaskim rondlu roztapiamy smalec, karnawał pozwala na lekką rozpustę więc nie miejmy wyrzutów sumienia z powodu wyższej kaloryczności. Niestety na oleju to nie będzie ten smak więc nawet tym dbającym o linię polecam smalec.  Ciasto dzielimy na porcje i rozwałkowujemy dość cienki placek. Możemy w czasie wałkowania lekko podsypać mąką by ciasto nie kleiło się do stolnicy, ale nie za dużo, bo później mąka się będzie szybko spalać w gorącym tłuszczu. Tak rozwałkowane ciasto tniemy w paski szerokości około 3 centymetrów i długości 10 centymetrów. Nie polecam szerszych, gdyż faworki wyjdą po prostu za szerokie i nie ładne, dłuższe zawsze mogą być. Każdy pasek nacinamy wzdłuż po środku nożem i przewijamy przez środek jeden brzeg ciasta.

Tak przygotowane faworki smażymy na jasno złoty kolor. Po wyjęciu z rondla proponuję je odsączyć z nadmiaru tłuszczu na papierowym ręczniku. Ciepły jeszcze chrust posypujemy cukrem pudrem. Ot i cała filozofia przepisu, smacznego… Chyba nie znam nikogo, kto by nie lubił faworków.

Paella, owoce morza, kolorowe warzywa i pomarańcze, czyli sekrety kuchni hiszpańskiej

W dzisiejszym wpisie trochę o kuchni hiszpańskiej i o moich kulinarnych wspomnieniach z Walencji. W poprzednim wpisie opisałem Wam moi drodzy Czytelnicy, co warto zobaczyć w Walencji, jakie miejsca są obowiązkowymi punktami do odwiedzenia na mapie tego uroczego miasta. Teraz przyszła pora na kulinarną odsłonę Walencji. Z uwagi, iż w Walencji spędziłem zaledwie dwa i pół dnia, nie miałem wielkich możliwości pełnego posmakowania Hiszpanii. 

Będąc w Hiszpanii oczywiście nie można nie spróbować paelii. W Walencji najsłynniejsza jest paella valenciana czyli z mięsem z królika i kurczaka. Ja jednak postawiłem na owoce morza i wybrałem paellę z takimi właśnie dodatkami. Nasz pierwszy wieczór w Walencji zakończył się w jednej z restauracji znajdujących się na starym mieście. Znajomi zamówili sobie patatas bravas, czyli ziemniaczki pieczone ze sproszkowaną papryką i sosem czosnkowym oraz kalmary, a ja oczywiście paellę. Jednego ziemniaczka skosztowałem, to coś w rodzaju naszych pieczonych ćwiartek, wiadomo pieczony ziemniak nie może nie być pyszny i do tego sos czosnkowy, niebo w gębie. A paella, równie pyszna, serwowana tradycyjnie na patelni z pięknymi krewetkami dumnie spoczywającymi na ryżu zabarwionym szafranem. Do tego kieliszek sangrii, Hiszpania w pełnym wydaniu. I jak nie zakochać się w tej kuchni, sami sobie odpowiedzcie. To był niestety jedyny obiad jaki udało się nam zjeść w restauracji na mieście.

Drugiego dnia sami zrobiliśmy sobie kolację sylwestrową, gdyż znajomi mieszkali w apartamencie z w pełni wyposażonym aneksem kuchennym. Ale żeby ugotować obiad trzeba było najpierw zrobić zakupy. A jak zakupy jedzeniowe, to tylko na jednej z kilku hal targowych, które są w mieście. Ja odwiedziłem dwie, Mercat Central i Mercat de Russafa, oczywiście Mercat Central to najsłynniejsza hala targowa i najpiękniejsza, z uwagi na architekturę budynku. Sklepienie kopuły więczącej budynek wzbudza podziw.

Wizyta w hali targowej to obowiązkowy punkt wycieczek nie tylko smakoszy, ale także zwykłych turystów. Feeria barw, która nas uderza na straganach jest niesamowita. Równiutko poukładane owoce i warzywa mieniące się dziesiątkami kolorów zachęcają, weź i zjedz mnie. Ta intensywność barw i różnorodność darów natury wprawia w zachwyt. Od jabłek, poprzez cytryny, pomarańcze, winogrona, cudowne truskawki po melony i banany. Wybór warzyw jest jeszcze większy. Tak dużych owoców papryki i pomidorów jeszcze nigdzie nie widziałem, a smak i soczystość, ehhh. Na straganach kuszą również charakterystycznymi kształtami szynki. Różnorodność owoców morza także jest oszałamiająca, wszelkiego rodzaju krewetki, langustynki, kalmary w różnych wielkościach i małże Świętego Jakuba. Mijając te wszystkie stoiska, nie można zapomnieć o oliwkach, te biją wszelkie rekordy smaku i wielkości, są po prostu przepyszne. Tyle o wizycie w Mercat Central, po prostu musicie tam zajrzeć. 

Pisząc o kuchni hiszpańskiej, warto wspomnieć również o słynnych hiszpańskich tapas. Niestety nie udało się nam odwiedzić jakiegoś baru, by posiedzieć przy winku i delektować się tymi przekąskami hiszpańskimi. Wybierając się kolejnym razem do Hiszpanii, a może i do samej Walencji nie podaruję sobie przynajmniej jednego wieczoru z tapasami i winem. 

W Walencji jest ogromnie dużo kafejek serwujących pyszną kawę i różnego rodzaju kanapki, czy słodkości. Warto przynajmniej raz w takim miejscu zjeść bez pośpiechu śniadanie, delektując się tymi smakołykami i chłonąć otaczającą atmosferę miasta. Poczytałem trochę o lokalnych zwyczajach nim wyjechałem do Walencji i znalazłem kilka ciekawych miejsc. Niestety, zdążyłem tylko jedno odwiedzić, kawiarnię Dulce de Leche, położoną w dzielnicy Russafa. Wybór kanapek i ciast jest oszałamiający, najchętniej przesiedziałoby się tam cały dzień i spróbowało wszystkiego. Nie możecie będąc w Walencji zapomnieć o tej uroczej kawiarni.

Bez wątpienia ciekawym sposobem obcowania z kuchnią hiszpańską jest również przygotowanie sobie lunchu i zabranie go na plażę. My Nowy Rok praktycznie cały spędziliśmy na plaży. Mieliśmy oliwki, owoce, sery oraz hiszpańską tortillę, czyli gruby omlet z jajek i ziemniaków, niestety zimny, ale to nam nie przeszkadzało, do tego kieliszek wina, no może kilka kieliszków. Chwilo trwaj, chciałoby się powiedzieć. Tęsknię za tym czasem, za tym miastem. Zawsze miałem sentyment do Hiszpanii, a teraz odzywa się we mnie tęsknota za tym krajem. Jestem pewien, że jeszcze tam kiedyś pojadę, przecież tylu smakołyków kuchni hiszpańskiej jeszcze nie spróbowałem.

Walencja, miasto pomarańczy, palm, słońca i nie tylko…

Walencja, trzecie co do wielkości miasto Hiszpanii, położone nad brzegiem Morza Śródziemnego, trochę poniżej Barcelony. Trudno mi je porównywać z Barceloną, czy Madrytem, gdyż pozostałych niestety jeszcze nie odwiedziłem. Mój tegoroczny sylwestrowy wypad ze znajomymi do Walencji był pierwszą wycieczką do Hiszpanii. Nie jest to miasto, tak znane i popularne jak Barcelona, ale to bez wątpienia miasto, w którym się zakochacie i pod którego wrażeniem pozostaniecie na długi czas. Kiedy w Polsce jest środek zimy, tam na drzewach w centrum miasta pomarańcze kuszą turystów do grzechu kradzieży. Drzewka pomarańczowe rosną niemal na każdej ulicy, a na pewno w najbardziej reprezentatywnych punktach i placach miasta oraz wzdłuż deptaków dla pieszych. Na głównych placach, gdzie jest większa przestrzeń spotkacie również dorodne palmy, które dają przyjemny cień w słoneczny dzień, a takich dni jest podobno ponad 300 w roku. Palmy tworzą również niesamowity klimat w okolicach plaży miejskiej. Palmami obsadzone są bulwary ciągnące się wzdłuż plaży oraz ciągi piesze przy hotelach i restauracjach usytuowanych wzdłuż plaży i w okolicach portu. Dla nas Polaków, przyzwyczajonych raczej do krótkiego lata i do długiej jesieni i zimy, które przytłaczają nas ponurą pogodą, brakiem słońca i krótkim dniem, takie okoliczności przyrody będą zaskakujące. Do tego w grudniu słońce zachodzi tam dopiero przed 18, a ciemno robi się pół godziny później więc sami przyrównajcie sobie z tym nasze krótkie i ciemne dni listopada i grudnia. Nie uwierzycie, ale 1-go stycznia opalałem się tam w ciągu dnia na plaży w samych spodenkach. Do morza nie wszedłem, bo było raczej zimne, ale mi wystarczył sam pobyt na plaży, słońce i błękit nieba nieskażony żadnym, nawet najmniejszym obłoczkiem, do tego kieliszek sangrii, oliwki, czego chcieć więcej. 

Jednak nie tylko słońce, plaża, palmy i pomarańcze zachęcają do odwiedzin tego miasta. Zabytkowe centrum Walencji jest na tyle piękne, że warto mu poświęcić kilka dni. Te same miejsca warto jest odwiedzić nie tylko w ciągu dnia, ale również wieczorową porą, kiedy zabytkowe budynki zyskują nocną świetlną iluminację, a tłumy mieszkańców i turystów spędzają czas w licznych restauracjach i zewnętrznych ogródkach piwnych delektując się pysznymi daniami kuchni hiszpańskiej, czy po prostu spędzają czas ze znajomymi przy piwie, lampce wina i lokalnych tapas. To co zwraca uwagę w Walencji to duża ilość placów. Jest ich kilka w mieście i każdy wart jest odwiedzenia, a znajdują się one w bliskiej odległości od siebie. 

Głównym placem Walencji jest Placa de l’Ayuntament – plac przy urzędzie miasta. Plac znajduje się w odległości 3 minut spacerem od dworca kolejowego. Jest to raczej plac spacerowy, gdzie można usiąść na ławeczce w cieniu palm i zrobić sobie przerwę podczas wędrówki po mieście. Niesamowita jest architektura kamienic otaczających plac i samego ratusza. Jak już wspomniałem o dworcu kolejowym, warto przejść się na plac dworcowy, gdyż zbytkowy budynek dworca kolejowego robi niesamowite wrażenie, a obok znajduje się arena walk byków, która z zewnątrz wygląda jak mini koloseum z czasów starożytnych. Niestety była zamknięta wiec nie mogliśmy jej obejrzeć od środka. Stojąc twarzą do ratusza miejskiego w lewo dojdziemy do dworca kolejowego, a w prawo do samego centrum. 

Idąc w prawo od ratusza dojdziemy w ciągu 5 minut do kolejnego niesamowitego miejsca, Placa de la Reina. Plac ten jest bardziej obsadzony zielenią no i pięknymi rosłymi palmami. Wokół placu znajduje się mnóstwo restauracji i kafejek, które rozkładają swoje ogródki letnie wzdłuż kamienic, a w Walencji sezon na nie trwa cały rok. Warto przysiąść w jednym z takich ogródków nawet na godzinę lub dłużej i poczuć atmosferę tego miejsca z jego smakami, palmami i tłumami przemieszczających się ludzi we wszystkie strony. Plac od północy zamyka zabytkowy budynek katedry, której wnętrza w surowym romańskim stylu warte są odwiedzenia. Katedra jednocześnie zamyka od południa kolejny plac – Placa de la Mare de Deu, przy którym znajduje się bazylika Matki Boskiej. Na tym placu również możemy przysiąść na dłuższą chwilę w jednym z ogródków restauracyjnych zlokalizowanych wzdłuż zachodniej ściany placu. Koniecznie zajrzyjcie też do bazyliki, wnętrze wraz z kopułą jest niesamowite.

Będąc w śródmieściu nie sposób nie odwiedzić również Placa Redona. Plac ten mijamy po lewej stronie idąc od Placa de l’Ayuntament do Placa de la Reina ulicą  Sant Vincent Martir. Co ciekawe nie jest to typowy plac, ale podwórko wewnątrz kamienic w kształcie koła. Jeśli nie wiecie o tym placu, praktycznie możecie go minąć nawet nie wiedząc o nim, ale jest to ciekawostka, którą polecam zobaczyć. Wejścia na plac są charakterystyczne, to otwarte bramy w kształcie lekko spłaszczonych łuków. Będąc w Walencji nie można również zapomnieć o charakterystycznych halach targowych, ale o nich i o kuchni hiszpańskiej napiszę w kolejnym wpisie. Dzisiaj tylko o zabytkach i miejscach wartych odwiedzenia. 

W mojej ocenie obowiązkowym punktem podczas wędrówki po mieście jest również muzeum ceramiki. Przyznaję się sam nie byłem w środku, ale z zewnętrz budynek oglądałem zarówno w ciągu dnia, jak i przy nocnej iluminacji. Jest on perełką architektoniczną samą w sobie, którą musicie zobaczyć będąc w Walencji. 

Obiektami, które również udało mi się zobaczyć są dwie gotyckie wieże z XV wieku, będące pozostałością dawnych murów miejskich. Jedna znajduje się od północnej strony centrum, a druga od zachodniej. Klucząc po zabytkowych uliczkach bez problemu do nich traficie. Bez wątpienia obowiązkowym punktem wycieczki powinno być również muzeum nauki i budynek opery, usytuowane przy dawnych korycie rzecznym w pobliżu portu. Mnie niestety nie udało się już tam dojechać, ale oglądając zdjęcia, budynki zachwycają nowoczesną architekturą i wyglądają jak kosmiczne statki wynurzające się z wody. Nie udało mi się również pospacerować dawnym korytem rzecznym, gdzie urządzony jest park miejski z licznymi ścieżkami rowerowymi, spacerowymi i placami zabaw. Co jest charakterystyczne dla Walencji, to dość wysoka zabudowa centrum. Kamienice mają po 5 lub nawet więcej pięter, ale nie przytłacza to specjalnie.

To są miejsca, które warto odwiedzić w Walencji i które osobiście polecam. Żałuję, że nie wszędzie udało mi się być, ale ja spędziłem tam tylko niecałe 3 dni. Spędzając tam tydzień lub więcej na pewno nie będziecie się nudzić, gdyż jestem przekonany, że jest tam jeszcze więcej wspaniałych miejsc do odkrycia i do tego cudowna szeroka plaża miejska. Na pewno jeśli mi tylko czas pozwoli wybiorę się tam jeszcze kiedyś nawet na weekend, ale tyle nawet wystarczy by naładować życiowe baterie tym słońcem i wspaniałą atmosferą miasta. W kolejnym wpisie opisze moje odwiedziny w halach targowych i moje doznania kulinarne z tego uroczego miasta.