Opisałem już Wam moje wspomnienia z pobytu w Porto, to co widzieliśmy, gdzie byliśmy, co warto zobaczyć. Ale Porto nie istnieje bez porto i tej doskonałej kuchni, której możemy tam zasmakować. Porto to wysokoprocentowe wino, wytwarzane z winogron zbieranych w dolinie rzeki Duoro, produkowane w miejscowości Vila Nova de Gaia, która leży nad rzeką Duoro na przeciwległym brzegu rzeki w stosunku do Porto. Do tych magazynów wina najprościej dostać się przez most Ponte Luis, ten niesamowity most, po którym jedzie tramwaj. Magazyny wina ciągną się już od samego brzegu rzeki. Bez wątpienia warto się tam wybrać, jak mamy więcej czasu i zwiedzać te winiarnie, degustując różne rodzaje porto, a jest ich na pewno kilkanaście jak ruby, dawny, ja próbowałem pink. Wino pyszne ale zdradliwe, jeśli wiecie o czym mówię… My nie mieliśmy czasu przy tak krótkim pobycie na włóczenie się po tych winnych magazynach, ale oczywiście kupiliśmy sobie butelkę i degustowali na plaży w promieniach zachodzącego słońca.
Przejdźmy jednak do samej kuchni portugalskiej. Owoce morza są obłędne, tak dobrej sałatki z ośmiornicy nigdy nie jadłem. Nie spotkałem miejsca, w którym by mi coś nie smakowało. Oczywiście restauracje Ribeiry nastawione są głównie na turystów i jest tam trochę drożej niż w innych miejscach, ale równie smacznie. Kto chce jednak zakosztować prawdziwej uczty z owoców morza polecam wycieczkę do Matosinhos, dla mnie to taka dzielnica portowa, ale to odrębna miejscowość, położona obok Porto, do której dojedziemy autobusem linii 500 z samego centrum. Ten zapach ryb i owoców morza wieczorami roznosi się po całej okolicy, jeśli udamy się na spacer Rua Heróis de França, aż trudno zdecydować się które miejsce wybrać. My pierwszego wieczora trafiliśmy do restauracji O Antonio, jedzenie było tak dobre, że wróciliśmy w to samo miejsce w sobotę. Przemiła obsługa, klimatyczny lokal, a jedzenie doskonałe. Za pierwszym razem jedliśmy owoce morza z ryżem, podawane w rondelkach, coś niesamowitego, danie miało konsystencję zupy, choć jesz tylko owoce morza z ryżem, ale nie sposób było nie pić łyżką tego sosu. Ta esencja smaku oceanu była porażająca, ten płyn w tym daniu był najsmaczniejszy. Może to wyglądało śmiesznie, ale z koleżanką zajadaliśmy się tym sosem, pijąc go wprost z chochli, reszta naszej paczki była bardziej powściągliwa. Kolejnego dnia każdy wybrał już coś innego by spróbować nowych dań. Sałatka z ośmiornicy ze świeżą kolendrą była obłędna, a sposób podania grillowanych krewetek wprawił nas w osłupienie. Wszystko było równie doskonałe, jak pierwszego wieczoru. Tą restaurację możecie wybrać w ciemno, nie zawiedziecie się. Niedzielnego wieczoru, tuż przed wylotem, nie chciało się nam już jechać do portu i kolację zjedliśmy w Ribeirze. Próbowaliśmy caldo verde, czyli zieloną zupę, taki portugalski kapuśniak.
Typowym daniem kuchni lokalnej jest francesinha, czyli kanapka z chleba tostowego z różnymi rodzajami mięsa, wieprzowiną, mortadelą lub parówkami z dużą ilością sera w sosie pomidorowym, pochodząca właśnie z Porto. Z uwagi na jej popularność warto jest spróbować francesinhę choć raz, więcej razy nie polecam, bo jest bardzo kaloryczna. Porto znane jest również z pastéis de nata, czyli babeczki budyniowej z ciasta francuskiego z kremem budyniowym. Ciastko to kupimy praktycznie w każdej kawiarni. Warto jest wypić kawę i zjeść to ciastko w słynnej Majestic Cafe, tańszym rozwiązaniem będzie zwykła kawiarnia, ale nie będziemy mieli tych wrażeń estetycznych co w Majestic Cafe.
Wycieczka do Porto jest niesamowitym przeżyciem. Połączenie klimatu miasta, bliskości oceanu, doskonałej kuchni pozostawia niezapomniane wspomnienia. Jeśli jeszcze nie byliście tam, koniecznie wybierzcie się. Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze kiedyś tam pojechać, bo w Porto zakochać się można od pierwszego spaceru.
Niedziela była trzecim, a zarazem ostatnim dniem naszego pobytu w porto. Spędzaliśmy ją, każdy na swój sposób, niektórzy pojechali na plażę, a inni wybrali zwiedzanie miasta. Uwielbiam opalać się, ale tym postanowiłem na miasto. Pewnie szybko do Porto nie polecę więc postanowiłem jeszcze zobaczyć trochę miasta. Kocham takie włóczenie się po wąskich uliczkach, krótkie przerwy na kawę, czy winko i dalej w drogę. Wychodząc z hotelu tym razem wybraliśmy inną drogę do centrum. Poszliśmy w kierunku stacji metra Trindade, a następnie Rua da Trindade doszliśmy do Urzędu Miasta, czyli Camara Municipal do Porto. Przed urzędem znajduje się wielki plac, czy aleja Avenida Dos Aliados. Spod ratusza rozpościera się widok na cały plac i okoliczne kamienice ciągnące się wzdłuż alei. Idąc do końca placu dojdziemy do Praça da Liberdade, po którego lewym narożniku, przy końcu, idąc od urzędu miasta, znajduje się budynek dworca kolejowego. O tym już Wam ostatnio pisałem. Tutaj jest również kolejny kościół z niebieską fasadą, Igreja de Santo António dos Congregados.
Ponieważ tędy szliśmy pierwszego dnia na przystanek tramwajowy, z którego odjeżdżaliśmy na plażę, tym razem skręciliśmy w połowie Avenida Dos Aliados w prawo w Rua da Fábrica, by zwiedzić inną część miasta. Rua da Fábrica przechodzi w Rua de Santa Teresa. Skręcając z niej w lewo w Praça de Guilherme Gomes Fernandes, dojdziemy do kolejnego placu Praça de Gomes Teixeira. Przy placu znajduje się kolejny kościół z niebieskimi azulejos na fasadzie, to Igreja do Carmo. Na placu rosną przepiękne wielkie palmy. Czytałem wcześniej, że palmy i kościół z taką niebieską fasadą to typowe dla Porto obrazki, udało mi się więc zrobić takie ujęcie, na którym była owa palma, a w tle budynek kościoła. Idąc dalej Praça de Parada Leitão mijamy po lewej stronie Muzeum Historii Naturalnej i dochodzimy do Praça de Lisboa. Pełen zieleni plac, z potężnymi drzewami oliwnymi. Chcieliśmy tam w ogródku usiąść na kawę, niestety wszytko było pozamykane, chyba przez obostrzenia.
Tutaj też znajduje się kościół kleryków, czyli Igreja dos Clérigos, z górującą nad miastem wieżą. Widać ją chyba niemal z każdego punktu miasta, widok też jest raczej niesamowity, ale niestety odpuściliśmy sobie wejście do środka. Przy Rua de São Filipe de Nery znajduje się charakterystyczny sklep głównie z sardynkami, z popularną zieloną fasadą, znaną z licznych zdjęć, czyli Casa Oriental, oczywiście ja też zrobiłem tu zdjęcie. Idąc Rua da Assunção, kierujemy się w stronę dworca kolejowego. Tą ulicą jedzie też taki stary tramwaj. Idąc dalej Rua dos Clérigos, kierujemy się w stronę dworca kolejowego. Tymi ulicami jedzie też taki stary tramwaj. Przy placu dworcowym, po przeciwnej stronie budynku dworca znajduje się miła kawiarenka, w której udało się nam wreszcie usiąść by wypić kawę i zjeść słynne portugalskie ciastko, oczywiście za mniejszą cenę niż w Majestic Cafe. Niestety nie pamiętam nazwy tej kafejki. Warto się przejść dalej ulicą Rua Das Flores i pobuszować w licznych sklepach z pamiątkami. Uliczka jest deptakiem przeznaczonym tylko dla pieszych.
Mniej więcej od tego miejsca, aż do rzeki rozciąga się dzielnica Ribeira, pełna starych uroczych kamienic i wąskich uliczek, w których możemy poczuć klimat miasta. My poszliśmy główną ulicą Avenida Dom Alfonso Henriques, w kierunku mostu Luisa. Po prawej stronie na wzgórzu znajduje się monumentalna katedra Sé do Porto. Oczywiście nie weszliśmy do środka tylko porobiliśmy zdjęcia z zewnątrz i na panoramę miasta. Widoki są cudowne. Jeśli natomiast zboczymy w lewo od głównej ulicy dojdziemy do kościoła Igreja de Santa Clara. Kościół bogato zdobiony złotem, jeden z najładniejszych w Porto, podczas naszego pobytu znajdował się w renowacji. Avenida Dom Alfonso Henriques, przechodzi na końcu w Avenida Vimara Peres. Z miejsca, gdzie tramwaj wyjeżdża spod ziemi, rozciąga się niesamowity widok na most i drugą stronę rzeki. Tym sposobem doszliśmy do Ponte Luis. Spacer mostem na drugi brzeg rzeki jest obowiązkowy. Panorama Ribeiry i całego Porto z górującą Wieżą Kleryków jest niesamowita. Perspektywa w obu kierunkach rzeki również robi wrażenie. Na drugim brzegu rzeki Duoro znajduje się park oraz miejscowość Vila Nova de Gaia, ośrodek produkcji porto z magazynami, gdzie przechowywane jest winoo. Tutaj można spędzić wiele godzin na degustacjach i odwiedzinach tych winiarni, jednak my nie mieliśmy na to specjalnie czasu. Warto natomiast zatrzymać się na chwilę w parku, tuż przy moście. Z Jardim do Morro cudownie widać całe miasto. My wróciliśmy tam jeszcze wieczorem by podziwiać zachód słońca i tonące w blasku zachodzącego słońca Porto, z którym musieliśmy się w niedzielny wieczór już żegnać.
Do wieczora pozostało jeszcze kilka godzin, które wykorzystaliśmy dość intensywnie. Tak dla informacji, przy moście znajduje się również stacja kolejki, którą możemy zjechać na dół do promenady Ribeira de Gaia. My jednak wróciliśmy mostem do Ribeiry. Po tej stronie też jest kolejka, którą możemy zjechać na sam dół. My wybraliśmy schody i zejście wąskimi uliczkami, niemal wyjętymi z Paryża, ale to też jest charakterystyczne dla Porto, te wąski, urocze uliczki, choć czasami zaniedbane. Po tej stronie rzeki znajduje się promenada Cais da Ribeira, pełna turystów, mimo czasu pandemii i obostrzeń. Znajduje się tu cała masa restauracji i kafejek, jednak z uwagi na popularność miejsca, lokale te należą do droższych w mieście. Przeszliśmy się promenadą do końca po drodze zatrzymując na schłodzone piwo i słynną kanapkę z Porto, ale o tym jeszcze nie teraz.
W planie mieliśmy jeszcze zwiedzanie ogrodów przy Super Bock Arena. Najlepiej dojechać tam tym zabytkowym tramwajem z przystanku Infante, którym dojedziemy do plaży. Przy przystanku znajduje się kościół Sw. Franciszka, Igreja Monumento de São Francisco, również bogato zdobiony wewnątrz. Chcąc dostać się do ogrodów, o których wspomniałem, musimy wysiąść na przystanku Alfândega i kierować się ku górze w stronę parku, tymi wąskimi uroczymi uliczkami. Z parkowego wzgórza rozciąga się panoramiczny widok na most Ponte da Arrábida i całą rzeką. Można tu w cieniu drzew odpocząć po całodziennym zwiedzaniu miasta. Bezpośrednio przy wyjściu z parku przy ulicy Rua de Dom Manuel II znajdował się przystanek autobusowy. Stąd dojechaliśmy do metra Trindade, a następnie spacerkiem już po kilku minutach byliśmy w hotelu. Musieliśmy sobie trochę odpocząć po kilkugodzinnej pieszej wycieczce po mieście. Wieczorem czekał nas jeszcze spacer na most Luisa, do Jardim do Morro, skąd obserwowaliśmy cudowny zachód słońca. Dzień zakończył się kolacją w jednej z restauracji położonych w Ribeirze. Niestety na jazdę do dzielnicy portowej nie było już czasu. Następnego dnia o 5 rano mieliśmy autobus na lotnisko. Wszystko co dobre kończy się szybko. Ale na pocieszenie będzie jeszcze jeden wpis o smakołykach z Porto i jeśli coś mi się jeszcze przypomni, co warto zobaczyć, to też jeszcze napiszę.
Porto, kojarzy mi się z wysokoprocentowym słodkim winem o pięknym rubinowym kolorze. Ale Porto to przede wszystkim jedno z dwóch największych miast Portugalii. Malowniczo położone na wzgórzach od strony Oceanu Atlantyckiego, ale nie nad samym oceanem, tylko nad ujściem rzeki Duoro do oceanu. Najbardziej urokliwa i najpopularniejsza turystycznie część miasta rozciąga się po obu brzegach rzeki. Nad oceanem znajduje się część portowa w miejscowości Matosinhos i urokliwy deptak prowadzący do plaży, w dzielnicy Foz do Douro.
Porto jest idealnym miastem na wypad weekendowy z Polski, no może taki lekko przedłużony o jeden dzień weekend. Można powiedzieć, że to niemal cud, iż w czasach pandemii mogłem zobaczyć to piękne miasto. Korzystając z dużych promocji na bilety lotnicze udało nam się kupić przelot w obie strony za nieco ponad 400 złotych od osoby. To na prawdę doskonała cena za lot do Portugalii, gdyż normalnie cena za przelot w jedną stronę wynosiła ponad 800 złotych. Lot w jedną stronę trwa około 3,5 godziny. Wylot z Polski mieliśmy w piątek przed południem, a powrót w poniedziałek z samego rana. Rozwiązanie idealne gdyż mieliśmy dwa pełne dni i całe piątkowe popołudnie pobytu na miejscu. Samo lądowanie jest już dosyć ekscytujące, gdyż samolot schodził do lądowania od strony lądu, przelatując nad samym centrum, więc wszystko idealnie było widać z góry. Jeśli dobrze pamiętam około 14.00 byliśmy już w Porto. Na miejscu przywitało nas piękne słońce i bezchmurne niebo. Z lotniska do centrum jechaliśmy metrem. Przystanek metra znajduje się przy terminalu więc nie musimy się nigdzie specjalnie przemieszczać. Nie mogliśmy kupić kilkudniowego biletu w automacie, co jest idealnym rozwiązaniem na tak krótki pobyt, więc polecam zakup w okienku informacyjnym, które znajduje się w terminalu po drodze do stacji metra. W przeciwnym razie trzeba kupić jednorazowy bilet i potem dokupić sobie już według uznania w centrum miasta. Metro jedzie do centrum około 40 minut. Wysiedliśmy na stacji metra Trindade, gdyż hotel mieliśmy zarezerwowany w pobliżu, dosłownie 10 minut spacerem. Pokój może nie był za duży, ale łóżko wygodne, do tego klimatyzacja, która o tej porze roku nie była konieczna na szczęście i super nowoczesna łazienka. Wyposażenie pokoju skromne, ale wystarczające na tak krótki pobyt. Jeśli jeszcze kiedyś pojadę do Porto, chyba bym wybrał ten sam hotel. Stay Hotel Porto Centro Trindade położony przy Rua de Gonçalo Cristóvão. Trzeba przejść na drugą stronę stacji i uliczką Travessa de Alferes Malheiro dojdziemy do samego hotelu. Przy hotelu znajduje się charakterystyczna cylindryczna bryła piętrowego parkingu, a przy wejściu do hotelu przystanek autobusowy. Tyle w kwestiach logistyczno transportowych.
Plaże ciągną się aż do portu Leixoes w Matosinhos. Wzdłuż plaży ciągnie się również chodnik, który na odcinkach ma bardziej lub mniej spacerowy charakter. Sam zachód słońca nad oceanem był cudowny, tym bardziej, że wylatując z Polski, pogoda była taka sobie. Lekkie fale i poświata na wodzie, którą dawało słońce chylące się ku zachodowi, po prostu wspaniale. Plaża była zamknięta, ale nam to nie przeszkadzało, usiedliśmy sobie na piasku pod murem w pobliżu latarni morskiej. Do tego schłodzone piwo, oliwki i serek, cóż więcej potrzeba w takim miejscu. Środek pandemii, a my siedzieliśmy na plaży nad oceanem niemal nie do uwierzenia. Takie chwile mogłyby trwać wiecznie. Po zmroku udaliśmy się spacerem w kierunku dzielnicy portowej. Studiując informacje o Porto przed wylotem wyczytałem, że w porcie serwują najlepsze owoce morza, no i nie zawiodłem się, ale o tym czego próbowaliśmy w Porto w kolejnym wpisie dzisiaj skupię się na atrakcjach turystycznych. Mogę tylko powiedzieć że pierwszy wieczór w Porto zakończyliśmy doskonałą kolacją, z owocami morza w roli głównej.
Kolejny dzień przeznaczony był głównie na plażowanie, ale i częściowo na zwiedzanie miasta. Na plażę trzeba dojechać autobusem, a ponieważ przystanek znajdował się w okolicach dworca kolejowego, więc idąc do dworca można było już coś ciekawego zwiedzić. W pobliżu naszego hotelu zaczynał się główny deptak spacerowy, czyli Ulica Świętej Katarzyny. Prawdę mówiąc ulica ta zaczyna się nieco wcześniej, ale formę deptaka dla pieszych ma dopiero od skrzyżowania z Rua Guedes de Azevedo, czyli w pobliżu naszego hotelu. Idą w kierunku rzeki przy stacji metra Bolhao mijamy Kaplicę Dusz z przepiękną fasadą wykonaną z ręcznie malowanych płytek ceramicznych azulejos w kolorze niebieskim, ten kolor i takie zdobienie kościołów czy kamienic są charakterystyczne dla Porto i spotykamy je co i rusz na fasadach budynków. Jest to jeden z piękniejszych kościołów w Porto, niestety my odpuściliśmy sobie zwiedzanie. Biorąc pod uwagę sytuację pandemiczną by ograniczyć ryzyko zarażenia zrezygnowaliśmy ze zwiedzania zabytków w środku. W tej samej okolicy, przy bocznej ulicy położona jest również miejska Hala Targowa. Niestety podczas naszego pobytu znajdowała się w remoncie i nie można było wejść do środka, czego bardzo żałuję, gdyż kocham te miejskie stare hale targowe. Przy Ulicy Świętej Katarzyny znajduje się również niesamowita kawiarnia Majestic Cafe, obowiązkowy punkt odwiedzin podczas wizyty w Porto. Wnętrze kawiarni jest bardzo zabytkowe i ono najbardziej przyciąga turystów by wejść do środka. Na szczęście o 9 rano było tam jeszcze dosyć pusto więc postanowiliśmy wstąpić na kawę i słynne portugalskie ciastko, oczywiście lekko przepłacając za miejscówkę, ale cóż przynajmniej zrobiliśmy zdjęcia. O ciastku napiszę wkrótce, we wpisie o portugalskiej kuchni.
Przy rozwidleniu z Ulicą Świętego Ildefonsa znajduje się kolejny kościół o charakterystycznej niebieskiej fasadzie, to Kościół Świętego Ildefonsa. W tym miejscu zakończyliśmy spacer deptakiem i skręciliśmy w Rua de 31 de Janeiro, kierując się w stronę dworca kolejowego, z okolic którego odjeżdżał nasz autobus na plażę. Budynek dworca jest zabytkowy, a jego wnętrza wprawiają w zachwyt. Tu też całe ściany wyłożone są tymi ręcznie malowanymi płytkami w kolorze niebieskim. Warto wejść do środka i zrobić zdjęcia. Ponieważ mieliśmy kilkanaście minut do odjazdu autobusu, chwilę jeszcze przeszliśmy się deptakiem Rua das Flores, gdzie znajduje się całe mnóstwo knajp, restauracji i sklepów z pamiątkami. W to miejsce wróciliśmy dopiero następnego dnia. Autobus jednak szybko przyjechał i resztę dnia spędziliśmy na plaży. Ocean był zimny, ale słońce na tyle mocno grzało, że można było siedzieć tylko w strojach kąpielowych. Na plaży odpoczywaliśmy niemal do zachodu słońca. Tak nam minął kolejny dzień, oczywiście zakończony pyszną kolacją w dzielnicy portowej. O tym, co jeszcze warto zobaczyć w Porto, które miejsca odwiedzić i gdzie można smacznie zjeść już niedługo. Niedzielę spędziliśmy na spacerze po centrum, ale to opiszę Wam w kolejnym wpisie.
Makowiec, to jedno z moich ulubionych świątecznych ciast. Od zawsze je lubiłem, problem w tym, że ciasto drożdżowe w typowej strucli makowej dość szybko wysycha, zwłaszcza takie domowe, jak robisz bez żadnych ulepszaczy. Ten makowiec jest zupełnie inny, bo pozbawiony całkowicie ciasta, wydawałoby się niemożliwe, a jednak. Do makowca według mojego przepisu, to są proporcje na trzy foremki standardowej długości, potrzeba 1,3 kilograma maku, 30 dag miękkiego masła, 45 dag cukru, 6 do 7 soczystych winnych jabłek, około pół kilograma kaszy manny, dwie garście rodzynek, dwie garście łuskanych orzechów włoskich, 12 jaj, dwa olejki migdałowe, płaską łyżkę proszku do pieczenia.
Mak najlepiej przygotować wieczorem dzień wcześniej. Sypki mak musimy sparzyć, ja to robię 3 razy. Mak wsypujemy do dużego garnka i zalewamy wrzątkiem na 10 minut, zlewamy powstały osad i ponownie zalewamy wrzątkiem też na 10 minut. Jeszcze raz zlewamy osad, zalewamy wrzątkiem i pozostawiamy do następnego dnia. Zaparzony i odstany mak przecedzamy i pozostawiamy na sicie tak z pół godziny, by się w miarę dobrze odsączył. Po odsączeniu mak mielemy 3 razy w maszynce do mięsa razem z orzechami włoskimi.
Miękkie masło ucieramy z cukrem na puszystą masę, białka oddzielamy od żółtek, które stopniowo dodajemy do masy maślanej. Białka wykorzystamy potem do piany. Mak mieszamy z sypką kaszą manną i proszkiem do pieczenia, lepiej mieszać odrębnie suche składniki, by potem nie zrobiły się grudki z kaszy manny. Do tak przygotowanego maku dodajemy masę jajeczno maślaną i miksujemy końcówkami do wyrabiania ciasta, by wszystkie składniki się połączyły. Jabłka obieramy i ścieramy na tarce o grubych oczkach. Po wymieszaniu z jajami dodajemy do masy makowej nasączone w wodzie lub alkoholu rodzynki, olejek do ciasta i starte jabłka. Wszystko dokładnie mieszamy do uzyskania jednolitej konsystencji masy. Na koniec dodajemy pianę z ubitych białek i delikatnie mieszamy, uważając by piana nie opadła za bardzo. Przygotowaną masę wykładamy do foremek wyłożonych papierem do pieczenia. Makowiec pieczemy z termoobiegiem i włączoną dolną blachą przez 25 minut w temperaturze 170°C. Następnie zwiększamy temperaturę do 180°C i pieczemy kolejne 20 do 25 minut. Około 50 minut wystarczy by makowiec nie wyszedł potem przesuszony. Przestudzone ciasta zdobimy polewą czekoladową, możemy też wykorzystać wiórki kokosowe, w zależności od fantazji dekoratorskich.
Uwielbiam takiego makowca, utrzymuje wilgotność przez kilka dni i jest przepyszny, sami spróbujcie.
Pierwszy raz w Pradze byłem 16 lat temu. Od razu spodobało mi się to miasto. Byłem pod dużym wrażeniem, pamiętam wtedy była wczesna jesień, zimne poranki, ale piękne jesienne słońce pozwoliło na całodzienną wycieczki po Pradze. Szybka decyzja pociąg nocny do Pragi z Krakowa i o poranku wysiadaliśmy już na dworcu głównym w Pradze. Tym razem wybrałem się ze znajomymi autem, jest to około 6 godzin jazdy samochodem z Krakowa. Można jechać do przejścia granicznego w Gorzyczkach i wtedy na całej długości drogi jedziemy autostradą. Można też wybrać drogę przez Kłodzko, Duszniki Zdrój i przekraczać granicę w Kudowie, wtedy pojedziemy dłużej po polskiej stronie. Jadąc do Pragi przekraczaliśmy granicę w Kudowie, a wracając w Gorzyczkach. Biorą pod uwagę roboty drogowe przejazd obiema trasami zajmuje podobny czas.
Brama Prochowa
W Pradze mieliśmy zarezerwowany hotel niemal w samym centrum miasta, dosłownie 5 minut od pieszego deptaku. Polecam IBIS Old Town z parkingiem podziemnym, smaczne śniadania, duży wybór, blisko wszędzie, na krótki wypad miejsce idealne. Z uwagi na panującą epidemię odpuściliśmy sobie wizyty w muzeach, kościołach, czy na zamku królewskim. Jednak miasto samo w sobie jest na tyle urokliwe, że spacerując można wiele zobaczyć i poczuć atmosferę miasta. Hotel znajdował się na ulicy Na Poříčí więc do Bramy Prochowej mieliśmy dosłownie 5 minut spacerem. Prowadzi ona do zabytkowego centrum miasta. Architektura bramy zbudowanej w stylu gotyckim jest charakterystyczna również dla kilku innych zabytkowych obiektów w centrum miasta. Idąc ulicą Celetná dojdziemy do samego Rynku. Tam znajdziemy zbudowany w podobnym stylu Praski Zegar Astronomiczny oraz Kościół Panny Marii przed Tynem. Kościół jest nieco schowany za przednim szeregiem kamienic więc z Rynku widać tylko charakterystyczne wieże. Do rynku od strony Bramy Prochowej dojdziemy też ulicą Štupartská. Zegar Astronomiczny to obowiązkowy punkt na zdjęcie pamiątkowe w centrum. Prawdę mówić ciężko znaleźć moment by było pusto w tym miejscu więc żeby zrobić zdjęcia przy Zegarze pozbawione w tle tłumu turystów polecam spacer porankiem po 7 rano, wtedy jest tam niemal zupełnie pusto i można zrobić ciekawe zdjęcia, pozbawione mistrzów drugiego planu.
Most Karola
Najpopularniejszą atrakcją turystyczną Pragi jest chyba zabytkowy XIV-wieczny Most Karola, który prowadzi w kierunku wzgórza zamkowego na Hradczanach. Architektura bram Mostu Karola po obu stronach Wełtawy jest podobna do wcześniejszych zabytków, o których Wam pisałem. Tam zawsze są tłumy, największe chyba wieczorem, ale jeśli zrobicie sobie spacer o 7 rano jest puściutko, polecam unikniecie tych wielkich tłumów i możecie się cieszyć w ciszy wspaniałą panoramą z zamkiem w tle. Idąc ulicą Mostecká dojdziecie do Kościoła Św. Mikołaja, a stamtąd już dosłownie kilka kroków do zamku. Można iść ulicą Thunovská, ale osobiście polecam Nerudova i Úvoz, trochę dalej, ale można podziwiać zatrzymując się na krótkie przerwy piękną panoramę miasta.
Katedra Św. Wita
Zamek na Hradczanach to takie mini miasto w mieście, nad którym górują wieże Katedry Św. Wita. Z daleka wydaje się, że te wieże są centralną część zamku. Architektura katedry robi niesamowite wrażenie. Również zbudowana w stylu gotyckim, a cała zewnętrzna sztukateria ozdobna jest wspaniała. Niestety ze względu na panujące uwarunkowania odpuściliśmy sobie zwiedzanie katedry i zamku. Na terenie zamku znajduje się również urokliwa Złota Uliczka, na którą wstęp jest niestety płatny. 16 lat temu można tam było wejść za darmo, teraz już nie. Dobrze, że mam zdjęcie z tamtego okresu. Z wybranych punktów wzgórza zamkowego rozpościerają się niesamowite widoki na piękną panoramę miasta. Najlepsze zdjęcia uzyskamy stojąc na stopniach pomnika Tomasza Masaryka, który znajduje się na placu zamkowym. Muszę stwierdzić, że czułem się tak jakbym był w Budapeszcie. Układ urbanistyczny tych miast jest nieco zbliżony. Stare miasto po jednej stronie rzeki, a zamek po drugiej.
Ze wzgórza zamkowego dojdziemy spacerem do Letenskiego Parku, fajne rekreacyjne tereny położone w sąsiedztwie wzgórza zamkowego, doskonałe na letni piknik. Kiedyś znajdował się tam największy pomnik Stalina, obecnie w miejscu pomnika znajduje się Praski metronom.
Zegar Astronomiczny
Jednak zarówno wyprawa na wzgórze zamkowe jak i do wspomnianego parku jest nie lada wyczynem jak na termometrze jest 32°C, a na niebie nie ma ani jednej chmurki. Podczas naszego pobytu na terenie parku funkcjonował otwarty cyrk akrobatyczny, w ciągu dnia akrobaci ćwiczyli do wieczornego pokazu, a my mogliśmy usiąść w cieniu i ochłodzić się czeskim, zimnym piwem. Zorganizowana była tam przestrzeń dla food trucków, gdzie można było coś szybkiego zjeść i czegoś się napić, w tak gorący letni dzień.
Ciekawym miejscem jest również Stary Cmentarz Żydowski, wyglądający niemal jak z horroru. Bez wątpienia w Pradze jest też wiele interesujących muzeów jak Muzeum Żydowskie, Muzeum Franza Kafki, Sex Muzeum i wiele innych. W normalnych warunkach pewnie odwiedzilibyśmy te miejsca, teraz jednak nie chcieliśmy ryzykować. Idąc do zamku warto jeszcze po przejściu Mostu Karola zboczyć z głównej ulicy Mostecká i zobaczyć grafitti inspirowane Lenonem, my tam niestety nie dotarliśmy, ciekawa jest też najwęższa w Pradze uliczka, gdzie zamontowano dla przechodniów sygnalizację świetlną bo jest tak wąsko. Jak zejdziemy z Mostu Karola idąc w kierunku zamku to grafitti mamy po lewej stronie, a tę uliczkę na prawo. Warto się też przejść Mostem Manesa, z którego można zrobić ciekawe zdjęcie na Most Karola, który jest przepięknie podświetlony po zmroku.
W okolicy Mostu Karola udało się nam również zobaczyć na brzegi rzeki rodzinę nutrii, maluchy wyglądały uroczo.
Plac Wacława
Będąc w Pradze, warto się również udać na spacer na Plac Wacława, to takie praskie Pola Elizejskie. Niestety trwały tam prace remontowe więc wrażenia estetyczne były ograniczone. Od wschodniej strony plac zamyka Budynek Muzeum Narodowego, który góruje nad placem. Szczególnie atrakcyjnie jego architektura prezentuje się z nocną iluminacją.
Całe zabytkowe centrum Pragi od dworca kolejnego aż po Zamek na Hradczanach można przejść piechotą. W Pradze działa metro podziemne, ale nie ryzykowaliśmy korzystania z publicznych środków komunikacji. Dziennie przechodziliśmy około 15 kilometrów, ale piękna architektura, niesamowita panorama miasta i cudowne letnie słońce wynagradzały trudy pieszych spacerów.
Na koniec jeszcze kilka słów o kuchni czeskiej. Niestety Czesi nie należą do mistrzów gotowania. Ich kuchnia jest raczej prosta i lekko tłusta, ale raz na jakiś czas można spróbować wyprażanego sera, obowiązkowo z sosem tatarskim, knedlików czeskich, czy zupy gulaszowej. To z czego Czesi są natomiast znani to piwo, któremu nie można się oprzeć będąc w stolicy Czech. Jest to obowiązkowy napój do każdego posiłku, bo jak będąc w Czechach nie napić się czeskiego piwa.
W Pradze spędziliśmy niecałe dwa dni. Czy to dużo czy mało, jak na takie miasto, chyba trochę za mało, ale w warunkach pandemii wystarczyło, jeśli się nie zwiedza zabytków w środku. To piękne miasto, położone około 170 kilometrów od granicy polsko-czeskiej należy do najurokliwszych stolic europejskich. Mam nadzieję, że nie minie kolejne 16 lat nim zawitam tam po raz kolejny. Jeśli jeszcze nie odwiedziliście stolicy naszych południowych sąsiadów, gorąco polecam, warto tam spędzić nawet jeden dzień…
Dziś podam Wam trochę inny przepis na pyszny krem z dyni. Zmieniłem niektóre składniki i wyszło lepiej. Mimo iż za oknami jeszcze lato, to jesień zbliża się do nas coraz większymi krokami. Czuć już zmianę pory roku w powietrzu i słońce też jakieś takie jesienne. W sklepach też zaczynają się pojawiać dynie no i moja ulubiona odmiana Hokkaido. Na zupę w zależności od ilości osób i wielkości dyni potrzeba jednej lub dwóch sztuk. Siedzę sam w domu w weekend więc jedna dynia wystarczyła w zupełności. Oprócz dyni potrzebne będą chilli, cukier brązowy, kilka łyżek oliwy z oliwek, sól, curry oraz śmietanka 30%.
Dynię obieramy ze skóry, kroimy w kostkę i dusimy na niewielkiej ilości oleju z dodatkiem 3 łyżeczek brązowego cukru, na taką ilość. Obrać dynię nie jest łatwo, polecam obieraczkę do warzyw, nożem idzie znacznie gorzej. Nie przejmujmy się, że podczas karmelizacji cukier może cie lekko przypalić, jak zalejemy wodą wszystko odejdzie od dna. Gdy kawałki dyni się podduszą zalewamy całość wodą. Na jedną średnią dynię około półtora litra wody. Gotujemy około pół godziny do całkowitej miękkości. Po przestudzeniu kawałki dyni miksujemy z wywarem do uzyskania kremowej konsystencji, dodajemy śmietankę, sól, curry, chilli do smaku. Ilość zastosowanego chilli będzie się różnić, w zależności od naszej tolerancji na ostrość. To jedna z najprostszych, a jednocześnie najsmaczniejszych dla mnie zup, zwłaszcza o tej porze roku. Do tego ten piękny miodowo-złoty kolor. Też pokochacie tę zupę, gorąco polecam spróbujcie, jeśli jeszcze nie próbowaliście sami zrobić kremu dyniowego.
Ciasto jogurtowe jest idealne na każdą porę roku. Przepis i przygotowanie jest tak proste, że ciasto to zagościło u mnie na stałe, a co najważniejsze baza stanowi podstawę do wielu wariacji na temat tego ciasta. Teraz w porze letniej, kiedy mamy dużo świeżych owoców naprawdę wyczarować można wiele różnych wariantów tego ciasta. Przepis na samo ciasto już Wam podawałem, ale przypomnę jeszcze raz. Do przygotowania ciasta potrzeba 1 kubek jogurtu naturalnego (ja używam marki Zott 370 g), 1 kubek oleju, ¾ kubeczka cukru, 2,5 kubka mąki, 4 jaja, 1 łyżeczkę proszku do pieczenia, 1 łyżeczkę sody oczyszczonej. Do odmierzenia proporcji wykorzystujecie kubek po jogurcie. Na kruszonkę 150 gram mąki, 100 gram cukru i 100 gram masła. Tak 20 truskawek średniej wielkości, raczej mniejszych.
Zaczynamy od przygotowania kruszonki. Mąkę mieszamy z cukrem i następnie dodajemy zimne posiekane masło, całość siekamy jeszcze nożem, a następie wyrabiamy rękami by składniki się połączyły. Powinniśmy uzyskać konsystencję kruszącego się w palcach ciasta, wtedy kruszonka jest idealna. Przygotowaną kruszonkę wkładamy do lodówki. Truskawki myjemy i pozbawiamy szypułek.
Jogurt, jaja i olej łączymy mieszając trzepaczką. Nie korzystamy z miksera by ciasto było lekkie i puszyste. Następnie do mokrych składników dodajemy cukier i pozostałe suche składniki, czyli przesianą mąkę, proszek do pieczenia i sodę oczyszczoną, a całość mieszamy już łyżką. Tak wymieszane składniki przełożyłem na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Używam standardowej, prostokątnej blachy.
Truskawki układamy na wierzchu, wciskając lekko w ciasto. Układamy je w takich odległościach by po pokrojeniu każda kostka ciasta miała swoją truskawkę. Całość posypujemy przygotowaną wcześniej kruszonką. Ciasto piekłem w temperaturze 175°C z włączoną dolną blachą przez 25 minut, a następnie przez kolejne 20 minut w temperaturze 175°C z włączona dolną blachą i dodatkowo termoobiegiem. Ciasto jest upieczone jeśli przejdzie test suchego patyczka, czyli sprawdzamy wbijając patyczek w ciasto pod koniec pieczenia. Powinien być tłustawy, ale nie mokry, wtedy nasze ciasto jest upieczone. Ciasto wyszło puszyste i wilgotne. I do tego ta kruszonka na wierzchu, idealne letnie ciasto.
Próbujcie swoje wersje ciasta jogurtowego, gorąco zachęcam i wymyślajcie własne owocowe dodatki…
Ciasta drożdżowego nigdy jeszcze nie robiłem z uwagi na jego czasochłonność. Kiedyś jednak nadchodzi ten czas, a ponieważ więcej czasu spędzam teraz w domu postanowiłem zmierzyć się z tym ciastem. Poczytałem trochę różnych przepisów w Internecie i zrobiłem własne ciasto drożdżowe, korzystając z dostępnych przepisów i wprowadzając własne modyfikacje.
Na zaczyn 2 łyżki mąki, 4 łyżki mleka letniego i 40 gram świeżych drożdży, łyżkę cukru.
Na kruszonkę 150 gram mąki, 100 gram cukru i 100 gram masła. Dodatkowo 6 średniej grubości łodyg rabarbaru.
Zaczynamy od przygotowania zaczynu. Mąkę mieszamy z cukrem, dodajemy letnie mleko i rozkruszone drożdże i odstawiamy na 10 minut. Pamiętajcie jak użyjecie zbyt małego naczynia buzujące drożdże zaczną się przelewać na zewnątrz.
Teraz pora na przygotowanie ciasta. Ciasto można wyrabiać ręcznie lub w mikserze, z hakiem do wyrabiania ciasta, jeśli taki posiadacie. Ja wyrabiałem w mikserze. Do mąki dodajemy cukier, sól, żółtka jaj, szklankę letniego mleka, miękkie masło i zaczyn drożdżowy, który przez te 10 minut dwukrotnie powiększył swoją objętość. Całość wyrabiamy w mikserze na gładką konsystencję, jeśli ciasto jest zbyt rzadkie i kleiste możemy dodać jeszcze odrobinę mąki. Wyrabiamy ciasto przynajmniej 10 minut. Moje wyszło raczej lekko kleiste niż plastyczne, ale nie dodawałem mąki, po upieczeniu może wyjść zbyt zbite. Wyrobione ciasto przekładamy do większego naczynia, oprószamy mąką, przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia na około godzinę.
W międzyczasie obieramy z włókien rabarbar i kroimy w kostkę, przygotowujemy też kruszonkę.
Mąkę mieszamy z cukrem i następnie dodajemy zimne posiekane masło, całość siekamy jeszcze nożem, a następie wyrabiamy rękami by składniki się połączyły. Powinniśmy uzyskać konsystencję kruszącego się w palcach ciasta, wtedy kruszonka jest idealna. Przygotowaną kruszonkę wkładamy do lodówki.
Piekarnik rozgrzewamy do 170°C z włączoną dolną blachą, bez termoobiegu.
Porcja ciasta wystarcza na blachę o wymiarach 40 cm x 25 cm. Formę wykładamy papierem do pieczenia. Wyrośnięte ciasto ubijamy pięścią by się odgazowało, wykładamy do wyłożonej papierem formy i odstawiamy przykryte ściereczką na 5 minut. Następnie na ciasto wykładamy równomiernie rabarbar i posypujemy przygotowaną wcześniej kruszonką.
Ciasto wkładamy do piekarnika i pieczemy przez 50 minut, do efektu tzw. suchego patyczka. Proponuję test przeprowadzić już po 47, 48 minutach. Ja swoje ciasto piekłem około 60 minut i wyszło chyba ciut za bardzo spieczone od spodu, choć bardzo puszyste. Dlatego proponuję sprawdzić, czy jest upieczone już po 45 minutach, może już tyle wystarczy by patyczek był suchy i ciasto upieczone, a nie przepieczone. Po upieczeniu ciasto pozostawiamy jeszcze w wyłączonym piekarniku przez 15 minut do lekkiego przestygnięcia, przy uchylonych drzwiczkach. Następnie wykładamy na wierzch do całkowitego wystygnięcia. Przed podaniem posypujemy cukrem pudrem.
Ciasto przykrywamy ściereczką i wkładamy do folii by zbyt szybko nie wysychało. Moje ciasto pięknie wyrosło, co widać na zdjęciach, a kruszonka na wierzchu wyszła idealnie.
Smacznego, spróbujcie sami, to ciasto nie jest trudne, choć niestety czasochłonne.
W ostatniej relacji opisałem Wam moje wspomnienia ze spacerów po cudownych zaułkach najstarszej części Splitu.
Ale Split to nie tylko promenada i urokliwa starówka. Na południowy – wschód od starówki i promenady, za stacją kolejową i dworcem autobusowym, ograniczona ulicą Šetalište Petra Preradovića znajduje się Plaża Bačvice. Cudowne miejsce, gdzie można wypocząć, poopalać się, popływać. Niestety piasek na plaży nie jest złocisty, tylko szaro – bury. Woda jest jednak błękitna i przezroczysta, jak w całej Chorwacji. Jak ktoś nie lubi wygrzewać się w słońcu na piasku, może sobie usiąść na jednej z ławeczek poustawianych wzdłuż deptaku ciągnącego się po zachodniej stronie Bačvic, w kierunku Parku Pomoraca. Z tej promenady jest też możliwe zejście bezpośrednio do morza. Park Pomoraca położony jest w stosunku do plaży na wzgórzu, na klifie. Aby tam się dostać musimy się cofnąć do ulicy Šetalište Petra Preradovića, przejść mostem Bačvice nad torami i już jesteśmy w parku. Z parku rozpościera się cudowny widok na morze, plażę i port, a na horyzoncie rysują się kontury wyspy Brač. Owszem, jest krótsza droga do parku prosto z plaży, ale trochę niebezpieczna, musimy przecisnąć się między ogradzającą wzgórze siatką, uważając by nie spaść na dół, jest tam dosyć wąsko więc jakbyście wybierali tę drogę, to uważajcie. No ja wybrałem tą droge, ale do plaży wracałem już przez most i od strony ulicy.
Park Pomoraca
O tej porze roku w parku panowała cisza i spokój, zero innych turystów, tylko słońce, szum morza, ja i te piękne widoki. Niestety pozostała cześć wycieczki została na plaży. Można usiąść na ławce z widokiem na morze i korzystać z promieni słonecznych napawając się tym pięknym widokiem i ciszą. Z góry można zrobić fajne zdjęcia portu oraz plaży Bačvice. Najlepsze zdjęcia plaży można zrobić z pozostałości ruin na skraju wzgórza, natomiast portu z zachodniej części parku.
W kierunku wschodnim od Bačvic, w kolejnej zatoczce znajduje się Plaża Ovčice, a następnie Plaża Firule. Nie jest to daleko, a idąc nadmorskim chodnikiem, czy promenadą, w sumie nie wiem jak to nazwać, możemy przejść kolejno od jednej plaży do drugiej i następnej i wrócić z powrotem do Bačvic. Przy plażach znajdują się liczne bary i restauracje, które o tej porze roku były w większości zamknięte, ale w sezonie wszystko jest czynne, a tłumy turystów przewijają się we wszystkich kierunkach. Ja jednak wolę ten spokój i ciszę, które tam panują o tej porze roku, choć muszę przyznać, że z uwagi na idealną pogodę i piękne słońce nie brakowało spacerowiczów.
Ciekawostką jest, że w niedzielne przedpołudnia na plaży Bačvice, można spotkać znanego chorwackiego piosenkarza Gorana Karana, grającego w piłkę. Posłuchajcie sobie Jego piosenek, są cudowne w chorwackim klimacie. „Ruzo moja bila” totalnie rozkleja człowieka, zawsze mam ciarki słuchając tej piosenki. Tyle o tej części Splitu i Plaży Baćvice.
Plaża Za Pse
Na zachód od Splitu znajduje się Park Šuma Marjan, z cudownymi miejscami, czyli Plażą Za Pse i Kasjuni. Jest tam charakterystyczny cypel wychodzący w morze, na którym rosną palmy, co stwarza wrażenie klimatu rodem niemal z Hawajów. Jedyną bolączką chorwackich plaż jest brak piasku, tylko drobne kamyczki, na których ciężko się wygodnie ułożyć, po prostu trzeba mieć leżak i tyle. Woda jednak w każdym miejscu jest błękitna. Plażę Kasjuni odwiedziliśmy w Nowy Rok, panowała tam cisza i spokój, przez połowę dnia praktycznie byliśmy tam sami, co jakiś czas przebiegał tylko ktoś trenujący jogging, a dopiero po południu zaczęli się pojawiać inni spacerowicze. Do plaży Kasjuni można dojechać miejskim autobusem z przystanku znajdującego się na zachodnim końcu Splitskiej Rivy, przy Placu dr. Franje Tudmana (przystanek Sv. Frane). Przejazd zajmuje około 15 minut. Te miejsca w okolicach Splitu udało mi się zobaczyć spędzając te kilka dni w tym cudownym mieście.
Wracając do samego Splitu, nie napisałem Wam jeszcze o jednym ciekawym miejscu na starówce, do którego trafiłem przez przypadek. Jest do Brązowa Brama, a raczej jej podziemia, którymi przejdziemy do ulicy Iza Vestibula. W odrestaurowanych podziemiach urządzony jest pasaż z pamiątkami, przypominający mi krakowskie Sukiennice. Nie są to zamknięte sklepiki, ale pojedyncze stragany sąsiadujące ze sobą, całość na noc zamykana jest kratami od strony wejść, półkoliste sklepienia posiadają ciekawą iluminację, która dodatkowo nadaje klimatu temu miejscu. Jest to miejsce warte odwiedzin, stąd to uzupełnienie poprzedniego wpisu o starówce.
Złoty Róg
Ponieważ moi przyjaciele już wiele lat temu zakochali się w Chorwacji i jej klimacie, i co roku spędzają tu wakacje więc odwiedziliśmy jeszcze jedno miejsce. Odbyliśmy wycieczkę promem na sąsiednią wyspę Brač, gdzie rokrocznie spędzają letni urlop. Śmieję się, że powinni tam kupić dom letniskowy, byłoby kogo odwiedzać. Wyspa, podobnie jak reszta Chorwacji ma swój urok i wiele ciekawych miejsc do odwiedzenia. Podróż promem trwa niecałą godzinę. O tej porze roku nie było problemu z kupnem biletów, w szczycie sezonu też można kupić bilety na prom bez problemu, ale z tego co mówili moi przyjaciele wszędzie są ogromne korki i możemy nie zabrać się na prom, o godzinie na którą planowaliśmy przeprawę. Z Brača pochodzi ten biały kamień, o którym już Wam pisałem. Na wyspie znajduje się również należąca do najładniejszych na świecie Plaża Złoty Róg. My widzieliśmy ją tylko z góry, po prostu nie było na tyle czasu by objechać całą wyspę i zdążyć na popołudniowy prom powrotny. Warto odbyć spacer portową promenadą w Supetarze. Udało się nam również dojechać do Pučišćy, która słynie z tradycji rzeźbiarskich, znajduje się tam szkoła rzeźbiarska, w której ręcznie wykonywane są cuda z tego białego kamienia. Podobno kamień ten był wykorzystany do budowy Białego Domu w Waszyngtonie. W Postirze znajduje się z kolei fabryka Sardina, w której warto zrobić większy zapas tuńczyka w oliwie lub sardynek, wyroby te są naprawdę przepyszne. Oczywiście odwiedziliśmy również i kwaterę, w której moi przyjaciele spędzają letni urlop. Takim sposobem, bogatsi w kolejne wspomnienia i chorwackie smakołyki późnym popołudniem wracaliśmy z powrotem do Splitu. Tyle udało mi się zobaczyć zaledwie w ciągu 3 dni, mało jak na te miejsca, a zarazem bardzo dużo.
Na koniec jeszcze kilka praktycznych rad przed wyjazdem do Splitu. Bez wątpienia spędzenie sylwestra w Splicie jest doskonałym pomysłem, fakt droga w te i z powrotem zajmuje praktycznie 24 godziny, ale wyjazd jest wart takiego poświęcenia, zwłaszcza jak mamy kierowców, którzy mogą się w trakcie podróży zamieniać przy prowadzeniu auta. Pogoda jest idealna jak na tę porę roku, słońce, czyste niebo i temperatura w granicach 13 do 15°C, a może się i zdarzyć około 20°C. Owszem wieczorem trzeba mieć grubszą kurtkę, szalik i rękawiczki, ale taki chłód jest niestraszny. Jednak Split polecam nie tylko na Sylwestra, ale i na wakacje, dłuższy lub krótszy urlop.
W większości miejsc musimy płacić gotówką, Chorwaci nie lubią obsługi bezgotówkowej, choć coraz częściej dostępne są płatności kartowe. Na szczęście bankomaty dostępne są praktycznie na każdej ulicy więc o wypłatę pieniędzy nie musimy się martwić.
Maslina
W restauracjach nie zawiedziemy się na jedzeniu, wiadomo natomiast, że przy promenadzie jest najdrożej, warto poszukać mniejszej restauracji w tych wąskich uliczkach, a na pewno będzie przepysznie, no i taniej. My przez przypadek znaleźliśmy Pizzerię Maslina, w której stołowaliśmy się aż trzy razy. Restauracja nie znajduje się bezpośrednio przy deptaku Marmontova, ale jest lekko ukryta między murami i za wąskim przejściem najpierw po schodkach, a później wzdłuż muru między kamienicami. W godzinach szczytu, bez rezerwacji, ciężko jest tam o stolik, no cóż jedzenie serwowane tam jest doskonałe. Punktem orientacyjnym jest placyk przy deptaku Marmontova, przy domu towarowym, w którym znajduje się ZARA, a restauracja znajduje się w głębi placu po prawej stronie, po schodkach w górę.
Muzeum Gry o Tron
Z innych ciekawostek, w okolicach Splitu były kręcone zdjęcia do Gry o Tron, a w samym Splicie przy ulicy Nelipica znajduje się Muzeum Gry o Tron i sklep z gadżetami z filmu.
Kto zgłodnieje po nocnych eskapadach po Splicie, polecam do północy czynna jest piekarnia przy ulicy Zagrebačka po przeciwnej stronie bazaru, w pobliżu przystanku autobusowego, a druga po sąsiedzku, z tego co kojarzę jest otwarta przez całą dobę. To dobre rozwiązanie by szybko zaspokoić głód w nocy. Zakupy polecam robić w supermarketach sieci Konzum, kupicie tam wszystko w przystępnych cenach.
To chciałem Wam napisać o Splicie, nie sposób się w nim nie zakochać nawet, będąc tam w grudniu. Piękne miasto, tajemnicze uliczki z ruinami, doskonałe jedzenie, cudowna atmosfera śródziemnomorska, palmy, słońce, mili ludzie. Czego więcej potrzeba do wypoczynku. Wybierzcie się tam choć raz, a sami się przekonacie, że będziecie chcieli tam jeszcze wrócić i to nie raz. Udanych podróży Drodzy Czytelnicy…
Już dawno miałem opisać moje wspomnienia z pobytu w Splicie, ale jakoś brakowało czasu. Teraz jest go więcej, również i u mnie więc postanowiłem się z Wami podzielić moimi wspomnieniami i ciekawostkami, z których może ktoś kiedyś skorzysta, wybierając się do Splitu, jak ta cała obecnie zwariowana sytuacja się unormuje, bo naprawdę warto. Może ktoś, siedząc teraz na przymusowej kwarantannie w domu też usiądzie i poczyta o moich podróżach, uciekając w ten sposób od tych negatywnych informacji zewsząd nas otaczających.
Split to taka w mojej ocenie chorwacka Nicea, przynajmniej tak mi się kojarzy przez nadmorską Rivę, choć w Nicei nigdy nie byłem. Do Splitu możemy dojechać z południa Polski samochodem w ciągu około 12 godzin. My w Splicie postanowiliśmy wspólnie ze znajomymi spędzić ostatniego Sylwestra. Ponieważ Sylwester wypadał we wtorek w drogę wyruszyliśmy z samego rana w sobotę, by wieczorem cieszyć się już spacerem po Splitskiej Rivie. Wyjeżdżaliśmy o 6 rano z Krakowa, a około godziny 19.00 byliśmy już w Splicie.
Nocleg mieliśmy zarezerwowany na ulicy Radunica, w odległości 10 minut spacerem od centrum i promenady. Super apartament w jednej ze starych kamienic, coś niesamowitego i do tego tak blisko najważniejszych atrakcji. Te kamieniczki, chodniki wyłożone białym kamieniem z Brača, który wygląda jak marmur, tworzą niesamowity klimat starego miasta, który ja uwielbiam. Idąc ulicą Radunica wychodziliśmy wprost na bazar znajdujący się przy skrzyżowaniu ulic Zagrebačka i Poljana kreza Trpimira. Można tam było kupić świeże owoce i warzywa, pieczywo i inne lokalne przysmaki, a także odzież.
Przechodząc wskroś przez bazar wychodzi się wprost na Srebrną Bramę, przez którą idąc dalej widzimy fragmenty ruin Pałacu Dioklecjana, natomiast idąc ulicą wzdłuż bazaru, w kierunku południowo-zachodnim, dojdziemy do nadmorskiej promenady, która robi nawet o tej porze roku niesamowite wrażenie, ale o tym trochę później.
Srebrna Brama
Wracając do Pałacu Dioklecjana, a raczej jego ruin, co tu dużo mówić, magia tego miejsca jest niesamowita. Była to rezydencja zbudowana przez cesarza Dioklecjana, w której miał osiąść po abdykacji zaplanowanej na 305 r. Cztery bramy wyznaczają granice dawnego pałacu, czyli Brama Srebrna, Złota, Brązowa i Żelazna. Już pozostałości Srebrnej Bramy, te surowe mury pozbawione okien, robią niesamowite wrażenie. Ruiny, częściowo zachowane kawałki murów i ścian pozbawione okien, masa różnych zakamarków, które odkrywamy za każdym kolejnym rogiem, wszędzie biały kamień na chodnikach, ten powiew tajemniczości odczuwa się spacerując w tych miejscach. Latem miejsca te są pełne turystów, ale zimą można spokojnie zwiedzać wszystkie zakamarki, nie czując na sobie oddechu innych turystów. Opuszczając ruiny, płynnie przechodzimy w dalszą części starówki, która jest jednym wielkim labiryntem wąskich i węższych uliczek, w których można się zagubić na kilka godzin. Wychodząc przez Żelazną Bramę wyjdziemy wprost na Plac Ludzi lub inaczej nazywany Pjaca, pełen restauracji i przyległych do nich ogródków, w których możemy na chwilę przysiąść przy zimnym piwie lub spróbować smakołyków chorwackiej kuchni. Przy placu znajduje się budynek Urzędu Miasta, tu też odbywają się liczne miejskie imprezy. Można powiedzieć, że ruiny przeplatają się z kamienicami, bo teren, który zajmował pałac był dość rozległy. Ruiny sąsiadują z kamienicami, w których zamieszkują mieszkańcy, a także znajdują się liczne sklepy z pamiątkami i nie tylko, restauracje oraz apartamenty pod wynajem dla turystów. Spacerując po zmroku można poczuć lekki dreszczyk emocji, mając wrażenie, że się zagubiło, ale bez obaw, krążąc po tych zakamarkach wąskich uliczek w końcu trafimy do miejsc, które już odwiedziliśmy i znajdziemy wyjście w stronę promenady, czy znajomych nam ruin pałacu, choć może się zdarzyć, że trafimy w ślepą uliczkę i będziemy musieli się cofać, szukając innej drogi.
Warto zatrzymać się przy Katedrze Św. Dujma, Placu Peristil, będącym centralnym placem pałacu. Spacerując pośród ruin dotarłem, nie wiem jak, do niesamowitego miejsca, z którego widok rozpościera się na całą Rivę. Patrząc z zewnątrz, od strony promenady, to w pozostałości muru po pałacowego widzimy trzy takie same zakratowane okna. W sezonie znajdują się tam stoliki jednej z okolicznych restauracji, ale miejsce jest niesamowite. Puste, pozbawione ludzi ruiny z oknami, przez które wdzierało się słońce do środka i ta cisza. To po prostu trzeba zobaczyć i znaleźć się w takim miejscu by czuć ten powiew tajemniczości i magii miejsca.
Ulica Marmontova
Głównym deptakiem jest ulica Marmontova, której wylot zaczyna się w zachodnim końcu Splitskiej Rivy. Można powiedzieć, że ulica ta zamyka zasadniczo stare miasto od zachodniej strony. Przy ulicy znajduje sie charakterystyczna fontanna, którą widzicie na zdjęciu obok. Do ulicy Marmontova, za pierzeją kamienic przylega Plac Republiki, który architekturą otaczających go kamienic przypomina nieco Plac Świętego Marka z Wenecji. Owszem, dalej też mamy te urokliwe uliczki, ale najciekawsze zakamarki znajdują się w części do tego deptaku. Od północy starówkę zamyka ulica Sinjska i Park Josipa Jurija Strossmayera. Przy parku znajduje się pokaźnych rozmiarów pomnik Biskupa Grzegorza z Ninu. Według legendy dotknięcie dużego palca lewej stopy posągu ma zapewnić zdrowie i szczęście. Nie mogłem nie zaryzykować i potarłem palucha, podobnie, jak i reszta moich przyjaciół. W uliczkach parku było o tej porze roku zorganizowane lodowisko, bardzo ciekawy pomysł, z którego przykład powinny brać polskie miasta.
Splitska Riva
Tyle o starówce. Od południowej strony najstarszą część Splitu zamyka Riva Splitska, promenada, która dla mnie wygląda jak z lazurowego wybrzeża. Cudowny deptak nad brzegiem morza, obsadzony palmami, z pasem niskiej zieleni od strony morza. Wśród tej zieleni ustawione są ławki, gdzie możemy usiąść i napawać się widokiem morza, zachodem słońca, czy tych niesamowitych ruin. W ciągnących się wzdłuż promenady kamienicach, wbudowanych w pozostałości Pałacu Dioklecjana, znajdują się liczne restauracje oferujące doskonałe jedzenie. Nie sposób się nie zakochać w tej promenadzie. Palmy, słońce, niebieska woda, czego więcej potrzeba i to 30 grudnia, kiedy w Polsce śnieg i mróz.
Przed każdą z restauracji znajduje się ogródek piwny, gdzie można wypić drinka, zjeść obiad, czy kolację. Od pierwszego dnia adwentu do 6 stycznia przy promenadzie rozstawiona jest scena, poustawiane budki z grzanym winem i różnymi smakołykami, a każdego wieczoru rozbrzmiewa muzyka i odbywają się koncerty. Coś niesamowitego, o czym w Polsce nam się nawet nie śniło. Okres, w którym ludzie wspólnie spędzają czas, cieszą się. Wiem, wiem, klimat chorwackiego wybrzeża sprzyja takiej organizacji życia miejskiego, ale nawet ta organizacja lodowiska, te budki, przy których spotykają się ludzie to coś niezwykłego. U nas tylko w największych miastach, coś się próbuje organizować, ale tylko w ramach jarmarku świątecznego, a tam radość i zabawa trwa od początku grudnia do pierwszych dni stycznia. Powinniśmy korzystać z takich przykładów organizacji około świątecznego życia miejskiego, a nie tylko zamykać się na religijny aspekt przeżywania świąt Bożego Narodzenia.
To jest Split, w którym ja się zakochałem, cudowny, uroczy, tajemniczy i mający w sobie to coś, co przyciąga. Na pewno chciałbym jeszcze tam kiedyś wrócić i jeśli tylko będę mógł bez wątpienia wrócę. Chyba trochę się rozpisałem, ale to i tak niedużo, o tak cudownym mieście. W kolejnym wpisie podam jeszcze przydatne i praktyczne informacje, które możecie wykorzystać wybierając się do Splitu, będzie jeszcze o innych ciekawych miejscach, ale już nie w samym centrum miasta, o doskonałej kuchni, a może jeszcze mi się coś ciekawego przypomni, to też o tym napiszę. I przepraszam tych, którzy znają chorwacki język, gdyż mogły się pojawić błędy w oryginalnych nazwach miejsc lub ulic, niestety nie znam chorwackiego i wspomagałem się w tym zakresie informacjami z Internetu.