W mieście korsarzy, czyli spacerem i rowerem przez Saint Malo

Do Saint Mało dotarliśmy koło 19.00, zwiedzanie Mont Saint Michel i dojazd zajęły trochę czasu, a nam się specjalnie nie spieszyło. W Saint Malo mieliśmy zarezerwowane dwa noclegi by spokojnie pozwiedzać miasto i skorzystać z uroków jakie daje pobliska plaża. Najstarsza, zabytkowa i najbardziej urokliwa część miasta otoczona jest murami. Tam też zarezerwowaliśmy sobie nocleg w hotelu, więc wszędzie mieliśmy blisko. Po przyjeździe do hotelu i krótkim odpoczynku udaliśmy się na kolację, a następnie na spacer uliczkami starego miasta. Z murów podziwialiśmy również zachód słońca. Cześć otoczona murami jest stosunkowo niewielka więc spokojnie przeszliśmy wszystkimi głównymi uliczkami. Przy restauracjach i barach do późnych godzin przewijali się turyści. Co ciekawe, jest tam też bardzo dużo lodziarni, a wybór lodów przyprawia o zawrót głowy. Po wieczornym spacerze, zachodzie słońca i odwiedzinach w dwóch barach wróciliśmy do hotelu gdyż kolejny dzień zapowiadał się dość intensywnie. Przez przypadek natrafiliśmy również na lokalną imprezę, która odbywała się w sklepie odzieżowym. Wyglądało to bardzo ciekawie, ale przy muzyce puszczanej przez chyba właścicielkę, wszyscy bawili się doskonale. 

Następnego dnia po smacznym śniadaniu, serwowanym przez właściciela hotelu, zabraliśmy rowery i udaliśmy się na wycieczkę w kierunku plaży. Plaża ciągnie się na długości około 3 kilometrów, a wzdłuż plaży przy deptaku prowadzi ścieżka rowerowa. Była piękna pogoda więc zafundowaliśmy sobie godzinną przerwę na leżakowanie i krótką kąpiel w zimnym niestety morzu. Następnie udaliśmy się w dalszą wycieczkę w kierunku plaży du Val. Cała wycieczka zajęła około 3 godziny. Pogodę mieliśmy idealną, było aż za gorąco, gdyż przy bezchmurnym niebie słońce bezlitośnie grzało, a temperatura dochodziła do 30°C. Po południu zrobiliśmy sobie ponownie spacer po starym mieście, czyli tej części zamkniętej w murach, dotarliśmy również pod pomnik najsłynniejszego korsarza Roberta Surcouf. Nie obyło się również bez zakupów magnesów i lokalnych pamiątek.

Kolejnego dnia rozpoczęła się nasza podróż powrotna w kierunku Polski. Po drodze odwiedziliśmy jeszcze uroczą malutką miejscowość Saint Suliac, którą polecił nam właściciel hotelu. Cudowne małe miasteczko, z tymi domkami z kamienia i kolorowymi okiennicami. W położonej przy plaży restauracji wypiliśmy kawę i ruszyliśmy w dalszą drogę. Żegnaliśmy się już niestety z Bretanią. Na pocieszenie mieliśmy jeszcze po drodze zaplanowane dwa noclegi w Paryżu. O Paryżu pisałem już Wam we wcześniejszych wpisach z wycieczki z okazji 80-tych urodzin mojej Mamy, więc ponownie nie będę rozpisywać się o Paryżu, choć kocham to miasto i czuję się tam doskonale. Mam nadzieję, że moje opowieści o atrakcjach Normandii, pomogą Wam zaplanować własną podróż do tej cudownej krainy klifów, kamienistych plaży, uroczych miasteczek i calvadosa.

Mont Saint Michel, perła Normandii z owcami w tle

Mont Saint Michel było ostatnim miejscem, które zwiedziliśmy w Normandii. Na skalistej wyspie otoczonej morzem zbudowane zostało opactwo, u podnóża którego znajdowało się miasteczko, a wszystko na jednej skale. Obecnie całość znalazła się na liście światowego dziedzictwa Unesco. Samo opactwo ma charakter świecki i znajduje się tam już tylko muzeum. Mont Saint Michel jest drugą najchętniej odwiedzaną atrakcją Francji po Paryżu. Ponieważ otoczenie Mont Saint Michel jest zalewane podczas przypływów, do wzgórza prowadzi drewniany most, którym dojdziemy z parkingu. Do wzgórza można dojść pieszo właśnie tym mostem lub podjechać autobusem z parkingu. Jak byłem tu pierwszy raz prawie 30 lat temu, tego mostu jeszcze nie było, a samochodem można było dojechać pod same mury. 

My zaparkowaliśmy auto w miejscowości La Rile i stamtąd udaliśmy rowerami do Mont Saint Michel. Był to bardzo dobry pomysł gdyż uniknęliśmy tych tłumów i w miarę szybko dojechaliśmy do celu. Rowery pozostawiliśmy pod murami, wszyscy tak robią i udaliśmy się na zwiedzanie. Na szczyt prowadzi Grande Rue, która jest niesamowicie zatłoczona, pełna restauracji, sklepów z pamiątkami i lodziarni. Dalej jest już luźniej, a z murów rozciągają się niesamowite widoki na całą okolicę. Niestety nie kupiliśmy wcześniej biletów więc musieliśmy odstać swoje w kolejce, ale w sumie dość szybko to szło i udało się nam zobaczyć wnętrza dawnego opactwa. 

W nawie głównej kościoła w miejscu ołtarza pod sufitem podwieszony jest obecnie olbrzymi księżyc. W kolejnych pomieszczeniach prezentowane są różne instalacje artystyczne. To miejsce już ma typowo świecki charakter. Po ponad półtoragodzinnym zwiedzaniu Mont Saint Michel wracaliśmy rowerem do zaparkowanego auta. Oczywiście musiałem zrobić zdjęcia wzgórza z owcami w tle. Robi to niesamowite wrażenie, gdy wkoło masz rozciągające się pola i pastwiska, owce skubiące trawę, a w tle  potężne Mont Saint Michel górujące nad całą okolicą. Tak zakończyliśmy naszą podróż po Normandii. Kolejny nocleg zarezerwowany mieliśmy w Saint Malo, ale to już w Bretanii i kolejnym wpisie.

Honfleur, miasto niczym wyjęte ze średniowiecza i spokojne Barfleur

Z Étretat udaliśmy się do Honfleur, gdzie mieliśmy zarezerwowany kolejny nocleg. Honfleur położone jest o godzinę jazdy samochodem od Étretat, u ujścia Sekwany do Kanału La Manche. Po drodze mijamy Le Havre i przejeżdżamy imponującym mostem Pont de Normandie, przez który przejazd jest niestety płatny. Miasto wygląda niczym wyjęte wprost ze średniowiecza z tymi cudownymi kamieniczkami i ich charakterystycznymi fasadami z drewnianymi kolorowymi belkami, typowymi dla starych normandzkich miasteczek i wsi. 

Wzdłuż portowego nabrzeża również ciągną się urokliwe kamieniczki choć już murowane, z usytuowanymi w części parterowej restauracjami, barami i kawiarniami. Polecam spacer  Rue Haute, Rue de l’Homme de Bois, Rue du Puits, są niesamowite. Praktycznie wszystkie uliczki w okolicy portu są bajkowe, z tymi średniowiecznymi kamieniczkami. Podczas naszego pobytu odbywał się targ w okolicach portu, przy Rue de La ville i Cr des Fosses, który praktycznie rozpoczynał się dopiero koło 18.00 i kończył w późnych godzinach wieczornych. Aż trudno było przejść ulicą wśród tłumu sprzedawców i kupujących. 

Miasto jest pełne turystów, nie tylko za dnia, ale i nocą. Cała okolica portowa tętni życiem do późnych godzin nocnych. My wracaliśmy do hotelu zaraz po północy, a wkoło spacerowali jeszcze ludzie, a i w okolicznych barach było pełno. Warto też przejechać się na kole młyńskim, które znajduje się po drugiej stronie kanału portowego. Z samej góry widać całą panoramę miasta. Ciekawostką jest ruchomy most, który prowadzi do tego koła. Jest on obracany, gdy przez kanał przepływają łodzie. Honfleur jest też bardzo ukwieconym miastem. Wszędzie w centrum znajdują się klomby obsadzone przepięknie kwitnącymi kwiatami, aż nie można oderwać wzroku. Honfleur nie jest dużym miastem, można spędzić tam kilka godzin i jechać dalej, ale uważam, że warto spędzić tam przynajmniej jedną noc i spokojnie pospacerować tymi zabytkowymi uliczkami, zachwycając się miejscową architekturą za dnia, i posiedzieć w porcie po zmroku, kiedy okoliczne ulice rozbłysną światłem latarni ulicznych. 

Kolejnego dnia udaliśmy się w kierunku Barfleur, ocenianego, jako jedna z najładniejszych wiosek francuskich. Po drodze odwiedziliśmy cmentarz amerykańskich żołnierzy i Omaha Beach, słynną z desantu wojsk alianckich w 1944 roku. Na plaży znajduje się pomnik poświęcony pamięci tych, którzy tam zginęli. Korzystając z rowerów, które mieliśmy ze sobą odbyliśmy wycieczkę od cmentarza do Omacha beach. Chcieliśmy wykorzystać skrót przez las, jednak to nie był dobry pomysł, gdyż chyba ze 300 metrów musieliśmy prowadzić rowery gdyż nie dało się jechać w gąszczu. Lepiej wybrać asfaltową drogę okrężną, będzie znacznie prościej i szybciej. Wracając z plaży do parkingu, również postanowiliśmy sobie skrócić drogę wracając przez wydmy, co było jeszcze gorszym pomysłem. Prawie cały czas musieliśmy prowadzić rowery w palącym słońcu, gdyż nie dało się jechać w sypkim piachu. 

Zmęczeni i poirytowani do Barfleur dojechaliśmy znacznie później niż planowaliśmy. Zbliżała się już 19.00, sklepiki były już pozamykane, otwarte były tylko chyba 4 restaurację przy samym porcie. Po kolacji odbyliśmy jeszcze spokojny spacer pobliskimi uliczkami oraz wzdłuż portu. O tej porze roku w Normandii słońce zachodzi po 21.30, więc spacerując po 20.00 było jeszcze zupełnie jasno. Cisza i spokój działały odprężająco po trochę męczącej wycieczce rowerowej w ciągu dnia. Małe kamienne domki obsadzone bujną roślinnością wzbudziły we mnie zachwyt. Do tego brak tłumów na ulicach, był kojący. Po godzinnym spacerze udaliśmy się do naszej kwatery noclegowej, która znajdowała się około 7 kilometrów stąd, w zabytkowym domu, taki odpowiednik polskiej agroturystyki. Cisza i spokój wiejskiej okolicy oraz brak miejskiego zgiełku pozwoliły wypocząć i wyspać się przed trudami kolejnego dnia.

Klify i kamieniste plaże Normandii od Le Tréport i Fécamp, po Étretat

Kolejnym celem naszej podróży przez Normandię było Étretat. Jest to niewielkie miasteczko położone nad Kanałem La Manche w środkowej części Normandii. Podróż z Dunkierki do Étretat zajmuje około 4 godzin jazdy samochodem. 

Le Trepot

Po drodze mieliśmy jeszcze zaplanowane zwiedzanie dwóch miejscowości na wybrzeżu Le Tréport i Fécamp. Są to bardzo urokliwe niewielkie miejscowości portowe, dość podobne do siebie. Wzdłuż wybrzeża portowego ciągnie się można powiedzieć promenada spacerowa, przy której znajdują się piękne kamieniczki z restauracjami, kafejkami i piekarniami, umiejscowionymi w części parterowej budynków. Podczas naszego pobytu w Le Tréport odbywał się targ więc to całe nabrzeże było zapełnione straganami, że aż ciężko było się przemieszczać w ogromnym tłumie ludzi, który temu towarzyszył.  

Fecamp

W Fécamp było już znacznie spokojniej. Oba miasteczka są niesamowite zadbane, pełne zieleni, a różnorodność kwiatów na klombach po prostu powala swoim urokiem. Zarówno Le Tréport, jak i Fécamp mają swoje niewielkie plaże, jednak należy pamiętać, że plaże w tej części Normandii są kamieniste. Największe wrażenie robią strome klify ciągnące się na prawo i lewo od plaży w obu miasteczkach. Gorąco polecam odwiedzić te miasteczka, jeśli będziecie planować sobie podróż do Normandii. Nie wątpię, że i Was zauroczą, tak jak i mnie. 

Etretat

Naszym punktem docelowym i miejscem, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg tego dnia, było Étretat. Étretat nie jest miasteczkiem portowym, jak wcześniejsze miejscowości, które odwiedziliśmy. To typowo turystyczna miejscowość bez portu, ale za to chyba z najpiękniejszymi i najpopularniejszymi klifami Normandii. Centrum miasteczka to dosłownie kilka krzyżujących się ulic, po których w ciągu dnia przewijają się tłumy turystów, że aż ciężko przejść. Natomiast po godzinie 19.00, miasto wygląda niemal jak wymarłe. Prawie wszystkie sklepy i duża część restauracji jest już pozamykana, a po ulicach przewijają się już nieliczni o tej porze turyści. 

Największą atrakcją Étretat są jednak klify, które możemy podziwiać z plaży. W dniu przyjazdu podziwialiśmy te klify popołudniową porą i o zachodzie słońca. Wzdłuż krawędzi klifów znajdujących się po obu stronach plaży ciągną się ścieżki spacerowe, skąd możemy podziwiać całą panoramę z góry, a robi ona naprawdę niesamowite wrażenie. Oczywiście my też wybraliśmy się na taki spacer po klifach, a widok z góry był cudowny. Kolejnego dnia o 7.00 rano wybrałem się jeszcze raz sam na spacer po klifach, by porobić zdjęcia o wschodzie słońca. Nie było tych tłumów turystów więc spacer był bardzo przyjemny, a widoki oszałamiające. Należy jednak uważać spacerując, by nie podejść zbyt blisko urwiska by nie skończyło się to wypadkiem. Étretat jest cudowne i urokliwe. Za dnia pełne turystów, a wieczorami i o poranku ciche, puste i melancholijne. Tak kończył się kolejny etap naszej podróży przez Normandię. Tym razem nie udało się skorzystać z rowerów, bo w tych wszystkich miasteczkach tłum turystów był tak duży, że nie dałoby się pojeździć, a szlaki piesze na szczycie klifów i wspinaczka pod górę również nie pozwalały na jazdę rowerem.

Przyrodnicze atrakcje Edynburga

Edynburg, to nie tylko zamek, Trakt Królewski i New Town. To miasta posiada również wiele ciekawych atrakcji przyrodniczych. Jeden dzień pobytu postanowiliśmy więc poświęcić na poznawanie Edynburga od tej strony. Oczywiście wcześniej zaplanowałem miejsca, które chcemy zobaczyć i plan dojazdu do nich. 

Ten dzień zaczęliśmy od Holyrood Park. Jest to wzgórze znajdujące się po południowo-wschodniej stronie miasta. Tak jak wspominałem we wcześniejszych wpisach mieszkaliśmy przy Clerk St, a dokładnie 10 minut spacerem od tego miejsca. Skręcając z Clerk St w lewo, na skrzyżowaniu z E Preston St, już było widać okazałe wzgórze. Z daleka wydaje się mniejsze niż w rzeczywistości. W ciągu kilku minut byliśmy już na ścieżkach spacerowych, prowadzących w różnych kierunkach. My wybraliśmy tę opisaną na mapach jako Salisbury Crags, ciągnie się ona krawędzią wzgórza od strony centrum Edynburga skąd rozciąga się cudowny widok na całą panoramę miasta. Widać stąd zamek, Calton Hill i ruiny Holyrood Abbey, opactwa, o którym pisałem we wcześniejszym wpisie. Nie odwiedziliśmy tych ruin spacerując po centrum, za to teraz mogliśmy je podziwiać z góry. Salisbury Crags ciągnie się wzdłuż niższej części  całego wzgórza. Chętni mogą wejść na wyższą część gdzie znajduje się Arthur’s Seat. Jeśli komuś nie zależy na widokach lub nie chce się wspinać, może odbyć spacer ścieżkami ciągnącymi się między dwoma wzniesieniami  Holyrood Park. Ze wzgórza zeszliśmy w kierunku Queen’s Dr, ulicy przy której rozciągają się wielkie błonia, gdzie można sobie spokojnie urządzić piknik na trawie po trudach wspinaczki na szczyt wzgórza. Po krótkim odpoczynku udaliśmy się w kierunku Meadowbank Sport Centrę, gdzie znajdował się przystanek autobusowy. Idąc między domkami jednorodzinnymi, można przejść przez tunel znajdujący się pod torami, niż iść aż do głównego skrzyżowania.

Kolejnym punktem tego dnia była plaża i morze. Wcześniej, oczywiście sprawdziłem linie autobusowe kursujące w kierunku plaży. Autobusem dojechaliśmy do przystanku Wakefield Avenue, skąd było 3 minuty spacerem do plaży Portobello. No niestety o tej porze roku morze było jeszcze dość zimne, zresztą Morze Północne z natury jest zimne, podobnie jak Bałtyk, ale szeroka plaża idealnie nadaje się do spacerowania. Tego dnia, podobnie, jak i poprzednich dopisywała nam cudowna pogoda. W słońcu na pewno było około 25°C.

Na plaży mogliśmy spędzić pół dnia, jednak zależało mi jednak jeszcze na odwiedzeniu Royal Botanic Garden Edinburgh, a dochodziła już 15.00. Udaliśmy się więc w kierunku przystanku autobusowego przy Portobello High St, skąd dojechaliśmy właśnie w pobliże ogrodu botanicznego. O tej porze roku cudownie kwitną rododendrony więc chciałem je zobaczyć. Niestety przez wyjątkowo ciepła wiosnę na wyspach rododendrony już prawie przekwitły, ale na szczęście udało mi się zrobić kilka zdjęć. Nie było już czasu by spokojnie pospacerować po ogrodzie, gdyż zamykany był o 17.00, a my tam dotarliśmy pół godziny wcześniej, a ogród nie działa to tak, że ci co są w środku mogą jeszcze spokojnie spacerować, tylko o 17.00 chodzi pan i trąbi na trąbce nawołując wszystkich do wyjścia. Tak czy owak atrakcja została zaliczona. Nadmieniam, że wstęp do ogrodu jest bezpłatny. Do domu wróciliśmy już uberem, gdyż całodzienna wycieczka i wyjątkowo mocno grzejące słońce dały się nam we znaki i wszyscy byli już mocno zmęczeni, a kolejnego dnia czekało jeszcze na nas New Town. 

Spędzając kilka dni w Edynburgu, warto jeden poświęcić na poznawanie przyrody tego miasta. Oprócz wspomnianych miejsc, które opisałem powyżej jest jeszcze wiele innych ciekawych, gdzie można odpoczywać na łonie natury, jak The Meadows, położone w południowej części miasta, czy znajdujące się w centrum Princes Street Gardens z fontanną Ross, skąd rozciąga się widok na wzgórze zamkowe.

Edynburg zauroczył nas. Na pewno przyczyniła się też do tego pogoda, nietypowa jak na Szkocję. Nie było deszczu, wiatru, tylko lazurowe niebo i pełne słońce towarzyszyły nam przez wszystkie dni. Architektura Edynburga zachwycą swoją magią, tych cudownych, kamiennych starych kamienic, urokliwych zakątków, krętych uliczek, a przyroda pozwala odpocząć i zrelaksować się. Bez wątpienia Edynburg należy do tych miast, które warto odwiedzić. Kończąc moje opowieści o tym mieście, mam nadzieję, że komuś może się one przydadzą i wykorzysta je planując swój pobyt w mieście Harrego Pottera i słynnej whisky.

Od Dean Village po Scott Monument, ciekawostki New Town Edynburg

Kolejnego dnia wycieczki po mieście, podziwialiśmy  piękno przyrody Edynburga, ale o tym napisałem Wam w odrębnym wpisie. W niedzielę wybraliśmy się natomiast do dzielnicy New Town. Zaczęliśmy od spaceru po Dean Village. Miejsce to zauroczyło mnie, kiedy zobaczyłem zdjęcia na street view w Internecie. Już wtedy wiedziałem, że też muszę się tam przejść. Do Dean Village dojechaliśmy z naszego mieszkania autobusem, by nie tracić czasu na godzinny spacer w jedną stronę. Od głównej ulicy, czyli Lynedoch Pl, trzeba skręcić w Bells Brae i przejść się Hawthornbank by z mostku podziwiać cudowną panoramę rzeki z ciągnącymi się wzdłuż jej brzegów kamienicami. Miejsce na żywo robi jeszcze większe wrażenia niż na zdjęciach. Po przejściu przez mostek i oczywiście obowiązkowych zdjęciach przeszliśmy ulicą Damside i przez Deans Brae Bridge udaliśmy się szlakiem spacerowym wśród zieleni nad rzeką w stronę Circus Ln.

Circus Ln, to kolejna magiczna uliczka, niczym wyjęta z bajki, zabudowana malutkimi domkami i z cudowną zielenią wkoło. Niestety bardzo trudno jest tam zrobić zdjęcie by nikogo nie było, bo jest to również bardzo popularny punkt  turystyczny. Po krótkiej sesji zdjęciowej udaliśmy się w kierunku kwartału między ulicami Queen, George i Princes. To takie centrum handlowe Edynburga z butikami, popularnymi sklepami sieciowymi i restauracjami.

Przy Princess St znajduje się charakterystyczny Scott Monument, pomnik poświęcony pamięci pisarza sir Waltera Scotta, górujący nad całą okolicą. Polecam też przespacerować się wąską Rose St, chyba najciekawsza uliczka w tym kwartale New Town. Po krótkich zakupach w okolicznych sklepach, przez dworzec kolejowy udaliśmy ponownie w kierunku starego miasta i traktu królewskiego. Tam jeszcze poczyniliśmy ostatnie zakupy w sklepikach z pamiątkami i zjedliśmy nasz ostatni obiad w Edynburgu, oczywiście fish&chips. Niestety nie udało się już odwiedzić wzgórza Calton znajdującego się przy końcu Princess St, z budowlami przypominającymi ruiny greckich świątyń. Po dwóch dość forsownych dniach postanowiliśmy już w wolniejszym tempie zwiedzać miasto. Na szczęście cały czas dopisywała nam pogoda, z cudownym słońcem, błękitnym niebem i niemal letnimi temperaturami, co należy do rzadkości o tej porze roku w Edynburgu. Tego dnia też spacerem, mimo iż bardzo zmęczeni wróciliśmy do naszego mieszkania. 

Mam nadzieję, że trochę przybliżyłem Wam najciekawsze atrakcje Edynburga i miejsca, które koniecznie trzeba odwiedzić. Dla mnie obowiązkowym „must see” Edynburga to trakt królewski z przyległymi ulicami, Dean Village i Circus Ln. Przyznam uczciwie, że oprócz Greyfriars Kirkyard, nie odwiedziliśmy innych miejsc związanych z Harrym Potterem, ale to co zobaczyliśmy pozostanie na zawsze w pamięci. Edynburg, to magiczne i bardzo przyjazne miasto z cudownymi uliczkami, wąskimi zakamarkami i tymi  niesamowitymi kamienicami zbudowanymi z kamienia. Jak będę miał okazję z chęcią wybrałbym się tam ponownie za kilka lat. A Wy nie czekajcie, tylko już planujcie wycieczkę do Edynburga.

W krainie Harrego Pottera i szkockiej whisky, czyli Edynburg na weekend

Jak pojawiły się filmy o Harrym Potterze oglądnąłem prawie wszystkie, przyznam się, że książek nie przeczytałem, ale filmy obejrzałem. Ten klimat lekkiej tajemniczości, magii Hogwardu bardzo mi się podobał. Większości chyba Edynburg kojarzy się z sagą o Harrym Potterze.

W Wielkiej Brytanii byłem już dwa razy, natomiast w Szkocji to był mój pierwszy raz. Wybraliśmy się tam ze znajomymi oraz moją mamą. Trzy pełne dni nie wliczając dnia przylotu i wylotu, to jest idealny okres czasowy by w miarę dokładnie poznać najważniejsze atrakcje Edynburga. Do Edynburga przylecieliśmy w czwartek wieczorem, więc tego dnia poszliśmy tylko na kolację do pobliskiej restauracji. Oczywiście wybór padł na fish&chips bo to chyba najpopularniejsze danie ogólnie na wyspach. No i oczywiście smakowało doskonale, do tego kufelek piwa, czego chcieć więcej po podróży. Apartament mieliśmy wynajęty na ulicy Clerk. Wielkie, na pewno ponad 100 metrowe mieszkanie w dobrej lokalizacji 20 minut piechotą od traktu królewskiego. Zwiedzanie mieliśmy przewidziane na 3 kolejne dni. Oczywiście wcześniej wszystko zaplanowałem, jak to ja. 

Na pierwszy dzień, czyli piątek poszedł tzw. trakt królewski, czyli główna ulica spacerowa Edynburga, a w zasadzie ciąg ulic Canongate, High i Lawnmarket. Planowałem zacząć spacer od Pałacu Holyrood, bo na jego terenie są okazałe ruiny starego opactwa, ale ostatecznie tam nie dotarliśmy. Oceniłem, że wstęp był za drogi by zwiedzić same ruiny, a wnętrze zamku nas nie interesowało do końca, tym bardziej, że byliśmy z małymi dziećmi, dla których muzea nie są jeszcze interesującym obiektem. Musiałem więc trochę zmienić pierwotny plan. Po śniadaniu udaliśmy się więc ulicami Clerk, Drummond, Pleasance i St Mary do Canongate. Miej więcej od skrzyżowania St Mary i Canongate cały trakt królewski zaczyna wyglądać kolorowo i ciekawie, wcześniej w stronę wspomnianego Pałacu Holyrood jest bardziej, można powiedzieć szary i zwykły, choć w przypadku Edynburga trudno jest mówić o zwykłości bo całe miasto ma w sobie coś magicznego. Na skrzyżowaniu skręciliśmy już w High St, w stronę wzgórza zamkowego, które było naszym głównym celem. Wcześniej zaplanowałem sobie, które najciekawsze zakątki musimy zobaczyć. 

Cockburn St

Pierwsza na liście była Cockburn St, magiczna zakręcona ulica z cudownymi kamieniczkami, wyglądającymi jak z bajki. Będąc w Edynburgu, nie można jej nie odwiedzić.  Zatrzymaliśmy się tam na chwilę by odpocząć przy kawie. O jednym przy okazji muszę uprzedzić, Edynburg to miasto położone na wzgórzach więc spacer po nim przypomina trochę wspinaczkę górską, raz jest pod górę, raz w dół, czasem po wysokich kilkudziesięcio stopniowych schodach. Idąc dalej Cockburn St doszliśmy do zabytkowego dworca kolejowego. Stare perony i zabytkowa hala dworcowa z niesamowitym przeszklonym dachem robią duże wrażenie. Z dworca wąskimi schodami Fleshmarket Cl wróciliśmy na trakt królewski, czyli High St i ruszyliśmy dalej w kierunku zamku. 

Przy High St znajduje się przepiękna gotycka katedra Św. Idziego, warto odwiedzić, polecam. Wzdłuż High St, a potem Lawnmarket znajdują się dziesiątki sklepików z pamiątkami, restauracji, pubów, sklepów ze sztandarową szkocką whisky. Jest tam też The Scotch Whisky Experience, dla miłośników słynnego trunku, jednak my nie odwiedziliśmy tego miejsca. Po drodze zrobiliśmy sobie jeszcze jeden przystanek na schłodzone piwo i udaliśmy się już na zamek. Polecam kupić bilety wcześniej, my dokonaliśmy zakupu jeszcze w Polsce przez Internet. 

Wejście na zamek mieliśmy o godzinie 13.00 więc udało się nam zrealizować w całości przedpołudniowy plan spaceru. Żeby wejść na mury i pooglądać z góry panoramę miasta niestety trzeba mieć wykupione bilety. My standardowo pochodziliśmy po dziedzińcach wewnętrznych, murach, obfotografowaliśmy panoramę miasta, do samego zamku do środka nie weszliśmy już. Z zamku wybrałem już inną trasą powrotną, gdyż czekały na nas kolejne ciekawe zakątki miasta. Po wyjściu za bramy zaraz skręciliśmy w małą uliczkę w prawo i doszliśmy  do Johnston Terrace, a następnie w lewo i po około 200 metrach zeszliśmy stromymi schodami do Grassmarket. To taki plac na długości dwóch przecznic ulicznych pełen pubów i restauracji, też polecam odwiedzić to miejsce. Na końcu Grassmarket skręciliśmy w lewo w W Bow i dalej Victoria St, cudowna, idąca po łuku ulica z bajecznie kolorowymi kamieniczkami. Jest to również obowiązkowy punkt odwiedzin podczas pobytu w Edynburgu. Tutaj też w restauracji Berties Prosper zjedliśmy obiad. Na zdjęciach w korytarzu możemy zobaczyć, jakie znane osobistości odwiedziły to miejsce. 

Skręcając na końcu Victoria St w prawo dojdziemy do Greyfriars Kirkyard, czyli starego zabytkowego cmentarza, gdzie znajduje się pomnik pieska Bobbyego, który przez 14 lat czuwał przy grobie swojego pana. Z tego co czytałem znajduje się tam wiele nagrobków z nazwiskami, które zainspirowały J.K Rowling to stworzenia kilku postaci w serii książek o Harrym Potterze. Stamtąd po niemal 8-godzinnym spacerze po mieście wracaliśmy już do naszego mieszkania położonego przy Clerk St, a mieliśmy jeszcze do przebycia prawie 1,5 kilometra. Kolejny dzień spędziliśmy na podziwianiu natury Edynburga i jego przyrody, a w niedzielę wróciliśmy jeszcze do centrum, ale o tym już w kolejnych wpisach.

Z gór nad ocean, czyli śladami Madonny w Rondzie i z wizytą u Jamesa Bonda w Kadyksie

Na kolejną wycieczkę zaplanowana była najdłuższa czasowo i najdalsza trasa. Pierwszym przystankiem była Ronda. Czytałem, że Ronda to miasto uznane za najbardziej romantyczne w Hiszpanii. Położenie Rondy, a zwłaszcza jej starego zabytkowego centrum jest niesamowite, nad brzegami wąwozu El Tajo. Rondę chciałem odwiedzić od momentu, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem teledysk Madonny Take a bow, który był kręcony właśnie w tym mieście. Po raz kolejny udało mi się zrealizować jedno z moich marzeń, które powstało 30 lat temu. Początki miasta sięgają VI w p.n.e. Wydawało mi się, że Ronda to małe miasteczko obejmujące tylko tę najstarszą i najładniejszą część. Okazało się jednak, że jest to dość duże miasto. 

Jak nie mamy dużo czasu, a chcemy zobaczyć najpopularniejsze atrakcje Rondy proponuję zaparkować samochód na podziemnym parkingu pod Plaza del Socorro. To jest praktycznie samo centrum starego miasta. Byłem pod wielkim wrażeniem, że w takim miejscu byli w stanie wybudować parking podziemny. Z Plaza del Socorro przeszliśmy w kierunku Plaza de Toros de la Real Maestranza de Caballería de Ronda, czyli areny walk byków. Idąc ulicą Virgen de la Paz doszliśmy do Plaza España, gdzie zrobiliśmy sobie krótką przerwę na przedpołudniową kawę. 

Z placu było już tylko kilka kroków do największej atrakcji miasta, czyli Puente Nuevo, mostu nad kanionem El Tajo, który łączy dwie części miasta. Wysokość mostu, tj. 98 metrów robi wrażenie, podobnie jak niemal wiszące nad przepaścią kamienice zbudowane na brzegach wąwozu. Idąc za mostem Calle Armiñán i skręcając w prawo w Calle Tenerio dojdziemy do Plaza de Maria Auxiliadora. Ta część miasta jest znacznie spokojniejsza, nie ma już takiego tłumu turystów. Tu znajduje się zejście do punktu widokowego, skąd można zrobić najlepsze zdjęcia mostu, kto jest chętny może dojść pod sam most. Jego monumentalność z dołu robi niesamowite wrażenie. Za wejście na punkt widokowy musimy zapłacić 5 euro, ale w tej cenie mamy też spacer aż pod sam most. Na wejściu zostajemy też wyposażeni w kask, chroniący przed spadającymi kamieniami. Oczywiście musiałem tam pójść i zrobić kilka zdjęć z dołu.

W planie miałem jeszcze dojście do Puente Viejo i powrót do parkingu drugą stroną wąwozu, jednak czas już na to nie pozwolił. Wracając przez Puente Nuevo zrobiłem kilkanaście kolejnych zdjęć panoramy i wąwozu. Do parkingu doszliśmy deptakiem, czyli Calle Virgen de los Remedios, po drodze odwiedzając znajdujące się tam liczne sklepiki z pamiątkami. Ronda, a dokładniej jej zabytkowa część jest bardzo urokliwa, podobnie jak kamienice zawieszone nad kanionem El Tajo. Wieczorem, kiedy zapada zmrok, zapalają się lampy uliczne musi tam być na pewno bardzo romantycznie, niestety nie mieliśmy czasu by przebywać tam do wieczora. Ale nic straconego, może jeszcze kiedyś uda mi się odwiedzić to miasto. Z Rondy udaliśmy się na zachód, prosto nad ocean, czyli do Kadyksu. 

Kadyks znajduje się również w Andaluzji, ale po drugiej stronie Cieśniny Gibraltarskiej, nad Oceanem Atlantyckim. Po hiszpańsku to miasto nazywa się Cádiz i tak wszędzie tam funkcjonuje. Jest to już dość duże miasto portowe ze stocznią , którą mijamy wjeżdżając do zabytkowej części. Wyczytałem, że to najstarsze miasto Hiszpanii. Do miasta wjeżdżamy prze imponujący most wiszący. Największe wrażenie wywarła na mnie bryła katedry z charakterystyczną złotą kopułą, widoczną od strony oceanu i błyszczącą w słońcu. Wnętrze, mimo iż dość surowe, również robi wrażenie. Urokliwy jest sam plac znajdujący się przed katedrą. 

Skręcając w prawo w Calle Pelota doszliśmy do popularnej Plaza de San Juan de Dios, obsadzonej wzdłuż palmami. Klucząc wąskimi uliczkami doszliśmy jeszcze do Plaza de las Flores, czyli placu z targiem kwiatowym. Bardzo urokliwa jest Calle Virgen de la Palma, wąska ulica pełna restauracji, gęsto obsadzona palmami. Niestety w Kadyksie byliśmy w porze sjesty i miasto wyglądało niemal na wymarłe. Mnóstwo sklepów, barów i restauracji było po prostu pozamykane. Ta atmosfera pustki spowodowała, że Kadyks mnie lekko rozczarował, w porównaniu z tym, co dotychczas udało się nam zwiedzić. W Kadyksie niesamowity był za to błękit nieba, jakiego nie widzieliśmy nigdzie wcześniej. Od strony oceanu powietrze nie jest zanieczyszczone piaskiem znad Sahary i niebo jest cudownie błękitne, a zarówno w Maladze, jak i Marbelli cały czas utrzymywała się nad horyzontem specyficzna mgiełka. Z centrum udaliśmy się jeszcze nad ocean, niestety nie doszliśmy do plaży la Caleta tylko przespacerowaliśmy się wzdłuż Avenida Campo del Sur. Szkoda, bo na tej plaży nagrywali sceny do jednej z części filmów o Jamesie Bondzie. Co muszę przyznać, to panorama Kadyksu z bryłą bazyliki na tle oceanu i błękitnego nieba była zachwycająca. Plan na kolejny dzień został zrealizowany, niestety przed nami były prawie trzy godziny drogi powrotnej do Torremolinos. W planie była jeszcze Granada i zwiedzanie pałacu Alhambra, ale o tym w następnym wpisie.

Pain au chocolat, doskonała kawa i serowe fondue, czyli moje smaki z Paryża

Kuchnia francuska słynie ze swojej wykwintności więc postanowiłem kulinarnemu aspektowi naszej wycieczki do Paryża poświęcić odrębny wpis. Zacznijmy od śniadania. Śniadanie na francuskiej ziemi nie mogło się obyć bez świeżej bagietki, serów, kawy, no i oczywiście świeżego pain au chocolat. Ponieważ wynajmowaliśmy mieszkanie, sami musieliśmy zadbać o śniadanie więc codziennym, porannym rytuałem był spacer do pobliskiej piekarni po świeżą bagietkę i właśnie te przepyszne pain au chocolat. To byłby grzech kupować pieczywo dzień wcześniej, by z rana się nie zrywać do sklepu. Oczywiście Francja to croissanty, ja jednak wolę te bułeczki z ciasta francuskiego z czekoladą. Są po prostu idealne w smaku i doskonałe do porannej kawy. Piekarnię można spotkać prawie na każdej ulicy w Paryżu. Ja znalazłem dwie w pobliżu naszego mieszkania i Centrum Pompidou, piekarnio-cukiernię Aut Delices de Beaubourg, przy skrzyżowaniu Rue du Renard i Rue Pierre au Lard i drugą Artisan Boulanger przy Rue Rambuteau. Jeśli spędzacie niedzielę w Paryżu, to miejcie na uwadze, że nie każda piekarnia jest w niedzielę otwarta. Po wejściu do takiej piekarni raczej trudno wyjść z pustymi rękoma, tak te wszystkie słodkości kuszą klientów.

Kolejnym punktem dnia były postoje na kawę podczas zwiedzania Paryża. Prawdę mówiąc jaką kawiarnię nie wybierzecie, będzie miło i klimatycznie. Nie powinniście też trafić na niedobrą kawę. To chyba jest niemożliwe w Paryżu. Odwiedzając Montmartre polecam usiąść na kawę w restauracji Le Ronsard, znajdującej się na wlocie Rue de Steinkerque na plac, u podnóża Bazyliki Sacre-Coeur. Tak jak pisałem we wcześniejszych wpisach, przed restauracją znajdują się stoliki, a widok przy kawie na bazylikę jest jedyny w swoim rodzaju i niezapomniany. Innych kawiarni wam chyba nie będę polecać, ale w tej jednej musicie się zatrzymać zwiedzając Montmartre.

Ponieważ byliśmy trzy pełne dni w Paryżu, a nie gotowaliśmy w mieszkaniu więc przetestowaliśmy trzy miejsca, a raczej restauracje w ramach posiłków obiadowych. W każdej jedzenie było bardzo smaczne. W okolicy, w której mieszkaliśmy, przy Rue de Archives, na odcinku między Rue de la Verrerie, a Rue Sainte-Croix de la Bretonnerie znajduje się kilkanaście restauracji. My wybraliśmy Le Ju’ z charakterystycznymi tęczowymi parasolkami rozwieszonymi nad stolikami. Próbowaliśmy hamburgera, makaronu z borowikami, doskonałej zupy francuskiej i sałatki Cesar, która może nie była oryginalną sałatką Cesar, ale smakowała przepysznie. Wszystkie dania były bardzo smaczne i miejsce bez wątpienia warte jest polecenia, tym bardziej, że wszyscy klienci tam są równi i mile widziani.

Niedzielę spędzaliśmy na Montmartre więc tam postanowiliśmy zjeść obiad. Oczywiście wypiliśmy doskonałą kawę  w restauracji z widokiem na Bazylikę Sacre-Coeur. Z innych ciekawostek, jeśli w restauracji Au Clarion des Chasseurs, przy wlocie na Place du Tertre od strony Bazyliki Sacre-Coeur zamówicie duże piwo, nie zdziwcie się jak dostaniecie litrowy kufel, tak tak, my też byliśmy zdziwieni.

Na obiad zatrzymaliśmy się w restauracji Le Pain Quotidien Lepic, przy skrzyżowaniu ulic Rue Lepic i Rue des Abbesses. Ponieważ w menu było boeuf bourguignon, nie mogłem tego dania nie spróbować, będąc we Francji. Pozostałe towarzystwo próbowało jagnięciny, kurczaka i wołowiny. Jedzenie również i tym razem było bardzo smaczne.

Ostatni dzień był obiadowym ukoronowaniem pobytu w Paryżu. Jeśli ktoś szuka ciekawych smaków bez wątpienia powinien udać się w okolice Katedry Notre-Dame, po drugiej stronie Sekwany w kwartał między ulicami Bd Saint-Michel, Bd Saint-Germain, Rue Saint-Jacques i Quad Saint-Michel. To miejsce zaskakuje mnie za każdym razem ilością i różnorodnością znajdujących się tam restauracji. W planie mieliśmy spróbować fondue więc wybraliśmy typową francuską restaurację, La Luge przy Rue Saint-Severin. To był strzał w przysłowiową dziesiątkę. Zamówiliśmy dwa rodzaje fondue serowe i mięsne. Dostaliśmy dwa kociołki jeden z roztopionym serem i drugi z olejem. Kawałeczki świeżej bagietki zatopione w topiącym się serze smakowały wyśmienicie, a mięso wołowe, które każdy mógł sobie sam usmażyć było doskonałe. Dostaliśmy również małą zapiekankę ziemniaczaną, półmisek francuskich wędlin i młode, gotowane ziemniaki. Ilość na cztery osoby była ledwo do przejedzenia, wędliny poprosiliśmy zapakować na wynos, dzięki czemu mieliśmy na zakończenie kolację we francuskim stylu hahaha… Biorąc pod uwagę ilość jedzenia jaką dostaliśmy i wybraną miejscówkę, cena była naprawdę zadowalająca. Jeśli chcecie spróbować dobrego fondue wybierzcie to miejsce, a nie pożałujecie.

Kuchnia francuska jest bardzo dobra, może nie należy do moich ulubionych, ale to, czego spróbowaliśmy w Paryżu było przepyszne, a momentami doskonałe. Zresztą widzicie na załączonych zdjęciach, że wszystko wygląda smakowicie. Tak właśnie najlepiej poznaje się Paryż, nie tylko poprzez zabytki, ale obserwując ludzi na ulicach, degustując kawę w uroczej kawiarence, czy jedząc obiad w miłym towarzystwie, w jednej z setek restauracji znajdujących się  w tym cudownym mieście.

Węgierska przygoda nad Balatonem i wieczorny rejs po Dunaju

Tegoroczny długi weekend majowy spędzałem z rodziną i znajomymi na Węgrzech, a dokładnie nad Balatonem. Układ dni wolnych powodował, że można było spokojnie odpocząć z dala od domu. Pierwotnie miała być Chorwacja, ale ostatecznie padło na Węgry. Na Węgry z południa Polski można dojechać w niecałe 7 godzin więc jest to całkiem przyzwoity czas, porównując powiedzmy z wyprawą nad Bałtyk do Kołobrzegu. Do tego o tej porze roku na Węgrzech już jest gwarantowana przyjemna, ciepła, wiosenna pogoda, ale jeszcze bez upałów, no i piękna zieleń. Niestety u nas z weekendem majowym bywa różnie i nie raz już były w tych dniach przymrozki, a i kwiaty wiosenne też się rozwijają ciut później w Polsce. Wyjeżdżaliśmy w sobotę rano z Krakowa, więc przyjazd na miejsce przewidywaliśmy około 15.00.

Nocowaliśmy w miasteczku Balatonfüred położonym nad samym Balatonem, na północnym brzegu. Jest to uroczy kurort turystyczny, o tej porze roku jeszcze nie w pełni tętniący życiem, z masą cudownej zieleni i kwiatów, ścieżek rowerowych i przystanią dla statków. Sam nocleg zarezerwowaliśmy w ośrodku Balatontourist Füred Camping&Bungalows. Jest to pole campingowe z domkami oraz parcelami, na których można zatrzymać się camperem, rozbić namiot i podłączyć do mediów. Ośrodek jest dość rozległy i ma bezpośredni dostęp do linii brzegowej jeziora. Domki, w których mieszkaliśmy może nie były luksusowe, ale zawierały dwie małe sypialnie, aneks kuchenny z pokojem dziennym i łazienkę. Przed domkiem był zadaszony taras, gdzie można było spędzać czas na wolnym powietrzu. Czego więcej potrzeba, gdy za oknem jest ciepło i świeci piękne słońce, a większość czasu spędza się na spacerach i wycieczkach po okolicy. Niestety przed sezonem, nie było jeszcze zamontowanych schodków do jeziora. Nad Balatonem nie ma typowej plaży i zejście z brzegu do wody na terenie ośrodka jest po schodkach montowanych na sezon letni. Na terenie ośrodka znajduje się plac zabaw, w sezonie otwarte też są mini delikatesy, a całość jest ogrodzona, samochód można zaparkować zaraz obok domku. 

Balatonfüred mnie zauroczyło. Z naszego ośrodka do centrum prowadził deptak połączony ze ścieżką rowerową, obsadzony niesamowitą ilością kwiatów i różnorodnych krzewów. Podczas naszego pobytu wszędzie kwitły tulipany w setkach kolorów i inne kwiaty, których u nas raczej się nie spotyka, ze względu na zimniejszy klimat. Po około kilometrze deptak przechodzi w promenadę z restauracjami, kafejkami i sklepikami z pamiątkami. Idąc tą promenadą dojdziemy do przystani, z której odpływają statki turystyczne i prywatne łodzie. Przy przystani znajduje się pomnik kapitana promu i rybaka. Cały deptak ciągnie się jeszcze dalej do ulicy Deák Ferenc. Balatonfüred jest idealnym miejscem na wiosenny wypoczynek, gdy jeszcze nie ma tylu turystów, w sezonie bez wątpienia tysiące urlopowiczów otaczają nas z każdej strony. 

Mieszkając w Balatonfüred koniecznie trzeba odwiedzić pobliskie Tihany. To cudowne, urokliwe miasteczko położone na półwyspie o tej samej nazwie. Tihany położone jest na wzniesieniu więc rozciąga się z niego widok na całą panoramę Balatonu. W mojej ocenie to taki węgierski Kazimierz Dolny. Miasteczko jest pełne wąskich uliczek, domków z cudownymi ogródkami, nad którym góruje XI wieczny klasztor benedyktynów. Żeby poczuć atmosferę Tihany trzeba poświęcić kilka godzin i dać się zagubić w tych uroczych zakątkach. Nie bójcie się to malutkie miasteczko więc łatwo się odnajdziecie. Półwysep słynie z uprawy lawendy, którą można znaleźć w każdym sklepiku, to taka węgierska Toskania. Obowiązkowym punktem wycieczki w Tihany jest dom papryki, to kamienica położona przy głównej ulicy, cała ozdobiona strąkami czerwonej papryki. W środku znajduje się sklep z lokalnymi wyrobami, niestety nie można robić zdjęć, ale mnie się jakoś ukradkiem udało. Z Tihany można przeprawić się promem na drugi brzeg Balatonu do Szántód, co też uczyniliśmy, oczywiście zabierając samochód. Do naszej bazy noclegowej w Balatonfüred wróciliśmy, robiąc sobie wycieczkę wokół jeziora. Po drodze odwiedziliśmy jeszcze Siófok z charakterystyczną zabytkową wieżą ciśnień. Nic jednak interesującego nie znaleźliśmy w  tej miejscowości więc wypiliśmy kawę i ruszyliśmy w dalszą drogę. Dla miłośników wycieczek rowerowych dodam, że cały Balaton wkoło można objechać na rowerze.

Przedostatniego, czyli czwartego, dnia pobytu na Węgrzech pojechaliśmy jeszcze do Budapesztu i ostatni nocleg mieliśmy już tam zarezerwowany w hotelu. Do Polski wracaliśmy prosto z Budapesztu. W Budapeszcie byłem pierwszy raz podczas pandemii. Budapeszt to duże miasto położone na obu brzegach Dunaju, z przepięknym zabytkowym centrum, górującym nad miastem wzgórzem zamkowym i charakterystyczną bryłą węgierskiego parlamentu, budynku urzekającego architekturą, zwłaszcza po zmroku, kiedy jest włączona iluminacja. Z uwagi iż do dyspozycji mieliśmy tylko jedno popołudnie i wieczór, następnego dnia wracaliśmy już do Polski, nie udało się nam wiele zobaczyć. Pospacerowaliśmy trochę po centrum, doszliśmy do Bazyliki Św. Stefana i nad Dunaj, gdzie z brzegu rozciągał się widok na wzgórze zamkowe oraz Górę Gellerta. Na wieczór zarezerwowaliśmy sobie rejs statkiem wycieczkowym po Dunaju. Niestety wieczorem padał deszcz więc część rejsu spędziliśmy pod pokładem oglądając tylko z okien statku panoramę nadbrzeża. Na pokładzie grała orkiestra na żywo, w sumie specyficzny, ale ciekawy klimacik. Grali najbardziej popularne melodie z krajów, których turyści byli na pokładzie. Gdy już się ściemniło i przestało padać, wyszliśmy na pokład i mogliśmy zrobić kilka zdjęć cudownie podświetlonego zamku oraz budynku parlamentu. Tak zakończyła się nasza majowa węgierska przygoda. Zarówno Balaton, jak i Budapeszt to doskonałe destynacje z Polski na majówkowy wiosenny wypoczynek. Jeśli chcecie dokładnie zwiedzić cudowne miasto, jakim jest Budapeszt, polecam przynajmniej 3-dniowy pobyt. Jednak, by choć na chwilę oderwać się od codzienności wystarczy te kilka dni, spędzonych w tak urokliwych miejscach.