
Opisałem już Wam moje wspomnienia z pobytu w Porto, to co widzieliśmy, gdzie byliśmy, co warto zobaczyć. Ale Porto nie istnieje bez porto i tej doskonałej kuchni, której możemy tam zasmakować. Porto to wysokoprocentowe wino, wytwarzane z winogron zbieranych w dolinie rzeki Duoro, produkowane w miejscowości Vila Nova de Gaia, która leży nad rzeką Duoro na przeciwległym brzegu rzeki w stosunku do Porto. Do tych magazynów wina najprościej dostać się przez most Ponte Luis, ten niesamowity most, po którym jedzie tramwaj. Magazyny wina ciągną się już od samego brzegu rzeki. Bez wątpienia warto się tam wybrać, jak mamy więcej czasu i zwiedzać te winiarnie, degustując różne rodzaje porto, a jest ich na pewno kilkanaście jak ruby, dawny, ja próbowałem pink. Wino pyszne ale zdradliwe, jeśli wiecie o czym mówię… My nie mieliśmy czasu przy tak krótkim pobycie na włóczenie się po tych winnych magazynach, ale oczywiście kupiliśmy sobie butelkę i degustowali na plaży w promieniach zachodzącego słońca.

Przejdźmy jednak do samej kuchni portugalskiej. Owoce morza są obłędne, tak dobrej sałatki z ośmiornicy nigdy nie jadłem. Nie spotkałem miejsca, w którym by mi coś nie smakowało. Oczywiście restauracje Ribeiry nastawione są głównie na turystów i jest tam trochę drożej niż w innych miejscach, ale równie smacznie. Kto chce jednak zakosztować prawdziwej uczty z owoców morza polecam wycieczkę do Matosinhos, dla mnie to taka dzielnica portowa, ale to odrębna miejscowość, położona obok Porto, do której dojedziemy autobusem linii 500 z samego centrum. Ten zapach ryb i owoców morza wieczorami roznosi się po całej okolicy, jeśli udamy się na spacer Rua Heróis de França, aż trudno zdecydować się które miejsce wybrać. My pierwszego wieczora trafiliśmy do restauracji O Antonio, jedzenie było tak dobre, że wróciliśmy w to samo miejsce w sobotę. Przemiła obsługa, klimatyczny lokal, a jedzenie doskonałe. Za pierwszym razem jedliśmy owoce morza z ryżem, podawane w rondelkach, coś niesamowitego, danie miało konsystencję zupy, choć jesz tylko owoce morza z ryżem, ale nie sposób było nie pić łyżką tego sosu. Ta esencja smaku oceanu była porażająca, ten płyn w tym daniu był najsmaczniejszy. Może to wyglądało śmiesznie, ale z koleżanką zajadaliśmy się tym sosem, pijąc go wprost z chochli, reszta naszej paczki była bardziej powściągliwa. Kolejnego dnia każdy wybrał już coś innego by spróbować nowych dań. Sałatka z ośmiornicy ze świeżą kolendrą była obłędna, a sposób podania grillowanych krewetek wprawił nas w osłupienie. Wszystko było równie doskonałe, jak pierwszego wieczoru. Tą restaurację możecie wybrać w ciemno, nie zawiedziecie się. Niedzielnego wieczoru, tuż przed wylotem, nie chciało się nam już jechać do portu i kolację zjedliśmy w Ribeirze. Próbowaliśmy caldo verde, czyli zieloną zupę, taki portugalski kapuśniak.

Typowym daniem kuchni lokalnej jest francesinha, czyli kanapka z chleba tostowego z różnymi rodzajami mięsa, wieprzowiną, mortadelą lub parówkami z dużą ilością sera w sosie pomidorowym, pochodząca właśnie z Porto. Z uwagi na jej popularność warto jest spróbować francesinhę choć raz, więcej razy nie polecam, bo jest bardzo kaloryczna. Porto znane jest również z pastéis de nata, czyli babeczki budyniowej z ciasta francuskiego z kremem budyniowym. Ciastko to kupimy praktycznie w każdej kawiarni. Warto jest wypić kawę i zjeść to ciastko w słynnej Majestic Cafe, tańszym rozwiązaniem będzie zwykła kawiarnia, ale nie będziemy mieli tych wrażeń estetycznych co w Majestic Cafe.
Wycieczka do Porto jest niesamowitym przeżyciem. Połączenie klimatu miasta, bliskości oceanu, doskonałej kuchni pozostawia niezapomniane wspomnienia. Jeśli jeszcze nie byliście tam, koniecznie wybierzcie się. Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze kiedyś tam pojechać, bo w Porto zakochać się można od pierwszego spaceru.







