Sycylia, cytrynowa wyspa…

Sycylia to największa wyspa na Morzu Śródziemnym. Bez wątpienia jest to bardzo ciekawa destynacja wakacyjna, dlatego postanowiłem Wam o niej napisać. Ja tam spędziłem ostatnie wakacje z rodziną i znajomymi i z chęcią wróciłbym tam za jakiś czas. Jest jeszcze wiele zakątków, do których niestety nie zdążyliśmy dotrzeć. W ubiegłym roku sama Madonna spędzała tam swoje urodziny, w tym samym czasie co my byliśmy, ale niestety nie udało się nam Jej spotkać. 

Naszą miejscówką noclegową była miejscowość Castellamare del Golfo. Miasteczko położone na północnym wybrzeżu, na zachód od Palermo. Zasadniczo na wyspę można się dostać samolotem lub promem. Z Polski oczywiście najprostszym rozwiązaniem jest lot na jedno z lotnisk w Palermo lub w Katanii. Z uwagi na miejsce noclegowe, musieliśmy wybrać lot do Palermo. W pobliżu lotniska znajduje się wypożyczalnia samochodów. Oczywiście wynajęliśmy samochód na cały pobyt i w taki sposób zapewniliśmy sobie transport z Palermo do Castellamare del Golfo, mogliśmy również zorganizować kilka wycieczek po okolicy. 

Sam nocleg zarezerwowaliśmy poza Castellamare del Golfo, praktycznie przy plaży Spiaggia. Miejscówka trafiona w punkt, 2 minuty do plaży i pobliskich knajp. Trochę dalej było do samego miasta, bo spacer zajmował około 40 minut w jedną stronę. Do dyspozycji mieliśmy jeden z dwóch apartamentów w domu znajdującym się w bezpośrednim niemal sąsiedztwie plaży, co było wielkim udogodnieniem. Plaża czysta, długa, w miarę szeroka, z licznymi punktami gastronomicznymi i punktami leżakowymi. No niestety po pandemii koszt wypożyczenia dwóch leżaków z parasolką to 20 euro dziennie, ale w sierpniu nie ma szans wysiedzieć na sycylijskiej plaży bez parasola. Woda dość ciepła, choć dla mnie mogłaby być jeszcze cieplejsza. Przy promenadzie spacerowej wzdłuż plaży znajduje się kilka restauracji, w których można bardzo dobrze i w przyzwoitej cenie zjeść. O tym czego smakowaliśmy na Sycylii, napisze wkrótce.

Samo Castellamare del Golfo to bardzo urokliwe miasteczko. W stosunku do plaży Spiaggia, położone na wzgórzu więc spacer do miasta wymagał trochę wysiłku po całodziennym leżakowaniu w palącym słońcu. No, ale nie sposób nie odwiedzić najbliższego miasteczka, tylko spędzić cały czas w jednym miejscu. Dodatkowo w Castellamare był znacznie większy wybór restauracji, co oczywiście skłaniało do spaceru na kolację właśnie tam. Żeby dojść do głównego centrum, a potem do mariny, praktycznie cały czas trzeba się wspinać lekko pod górę mijając liczne bary i restauracje oraz klucząc wśród wąskich urokliwych uliczek. Do samej mariny schodzimy już po szerokich schodach z centrum. Ja uwielbiam klimat takich uliczek, zaułków, schodów i tych niesamowitych zakamarków ukrywających liczne niespodzianki architektoniczne. Urlop spędzaliśmy w okolicach 15-ego sierpnia, czyli święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. W dniach 19-21 sierpnia w Castellamare del Golfo odbywa się święto patronki miasta – La Festa di Maria Santissima del Soccorso. Jest ono bardzo celebrowane i to przez wiele dni. Całe miasto jest udekorowane niemal jak u nas na Boże Narodzenie. 19 sierpnia w piątek o 22 wieczorem przez miasto szła procesja z figurą Matki Boskiej, w muzycznej oprawie z bębnami, coś niesamowitego, a wcześniej jeszcze fajerwerki. W niedzielę na zakończenie święta pokaz fajerwerków jaki udało mi się zobaczyć wieczorem przyćmił rozmachem fajerwerki na 4 lipca w Stanach Zjednoczonych, czy we Francji na dzień Bastylii. To było coś niesamowitego, w życiu nie widziałem takiego nigdzie na świecie. Castellamare del Golfo i jego okolice to bardzo dobra wakacyjna destynacja, pobliskie lotnisko w Palermo sprawia, że transport po przylocie na wyspę, nie należy do bardzo uciążliwych. 

W samym Castellamare polecam przejść się schodami Scalinata Rotary per la Pace, które prowadzą do samej mariny, zwłaszcza wieczorem robią duże wrażenie. Konieczne trzeba zrobić sobie spacer deptakiem Corso Giuseppe Garibaldi, w letni wieczór ciężko się tam przecisnąć między tłumami przechodniów spacerujących we wszystkie strony. Ciekawostką jest, że niektóre restauracje rozkładają swoje stoliki wprost na schodach. Tak jak wspominałem, to miasto położone jest na wzgórzu więc w architekturę ulic wpisane są schody by dostać się z jednego poziomu ulicy na inny. Warto się również wybrać na plac, gdzie stoją stragany z pamiątkami, czy odbywają się festyny. Plac ten położony jest nad samym morzem przy ulicy Marina di Petrolo. Wiele jest miejsc ciekawych w Castellamare del Golfo, warto po prostu zagubić się na kilka godzin w tych uliczkach i spokojnie sobie spacerować po zmroku, od czasu do czasu zatrzymując się na lampkę wina, przy doskonałej pizzy, makaronie lub innych włoskich smakołykach. 

Z ciekawostek opisze Wam jeszcze jedno niesamowite zjawisko. Przez dwa dni wiał wiatr znad Afryki i napłynęło niesamowicie gorące powietrze. To trzeba po prostu przeżyć i doświadczyć samemu takiego gorąca. Spacerujesz późnym wieczorem, a wiatr jest tak gorący, że nie chłodzi ciała, a jeszcze bardziej podgrzewa. Czujesz się tak jakby przed tobą jechał otwarty piekarnik z termoobiegiem i temperaturą ustawioną na 150 stopni Celsjusza, ty sobie spacerujesz, a takie powietrze wieje ci w twarz lub plecy. Wydawałoby się, że wiatr musi chłodzić, a on po prostu jeszcze bardziej ogrzewa powietrze wokół ciebie. To tyle o Castellamare del Golfo. W najbliższym czasie napiszę Wam jeszcze o wycieczkach i o tym co udało się nam zobaczyć na Sycylii, które miejsca warto odwiedzić. Oczywiście będzie też coś o kuchni włoskiej, albo raczej sycylijskiej. Zacząłem w tytule o cytrynach więc muszę się na koniec wytłumaczyć, tak tak cytryny są tam motywem dekoracyjnym w wielu miejscach, w tym na porcelanie, no i do tego schłodzone limonczello, pyszna orzeźwiająca nalewka o smaku cytrynowym, pod warunkiem, że mocno schłodzona.  

Istria truflami stoi, ale nie tylko…

Jedzenie w Chorwacji jest przepyszne, od delikatnych owoców morza po trochę cięższe, jak ćevapčići i pljeskavica. Każdy tam znajdzie coś dla siebie. Dla mnie jednak najlepsze są owoce morza. No i do tego wszystkiego trufle, szczególnie na Istrii niesamowite popularne i są po prostu wszędzie. Dzisiejszy wpis będzie poświęcony właśnie kuchni chorwackiej i temu czego spróbowaliśmy podczas pobytu na Istrii. 

Lido

Umag był naszą miejscówką więc zacznijmy od tej miejscowości. W marinie znajduje się doskonała restauracja Lido Marina Umag. Restauracja z uwagi na swoje położenie serwuje głównie owoce morza. Zresztą w takim miejscu i z takim widokiem, co innego można zjeść. Próbowaliśmy tam, langustynki, prażene lingje, czyli kalmary i crni rižot. Muszle świętego Jakuba też się znalazły na talerzu i małże. Langustynki przepięknie wyglądały, ale niestety mimo iż są przepyszne, nie jest to danie do najedzenia, bo ponad połowę stanowią pancerzyki. W ich przypadku większa jest uczta dla oka i cała ta celebracja posiłku niż sama treść. Oczywiście crni rižot, czyli risotto z atramentem z kałamarnicy i krewetkami, sprawdził się i był to jeden z lepszych jakie próbowałem w Chorwacji. O kalmarach nie wspomnę, bo jestem ich fanem i mógłbym być nieobiektywny, ale były przepyszne. Miejsce zobowiązywało do dań z owocami morza i sprawdziło się w 100%. Restauracja godna polecenia, jeśli się jeszcze kiedyś tam wybiorę bez wątpienia odwiedzę to miejsce. 

Idąc dalej promenadą w stronę centrum mijamy bar Lado. Warto się tam zatrzymać na piwo lub kieliszek wina. Bar położony jest na pomoście z widokiem na całą zatokę, co stwarza niesamowite wrażenie i tworzy specyficzny klimat miejsca.

Oczywiście w samym centrum Umagu też się stołowaliśmy, a dokładnie w jego starej części. Od strony otwartego morza, a nie wspomnianej zatoki znajduje się cały pasaż restauracji, gdzie stoliki ustawione są na samym brzegu morza. Oczywiście królowały kalmary i mule, miejsce przy samym morzu zobowiązuje. Niestety nie pamiętam, która to była dokładnie konoba, nie jestem pewien, czy to nie było Bijeli San Bistro, ale głowy za to nie dam. Tam gdzie my zamówiliśmy obiad było przepysznie, ale prawdę mówiąc rzadko można trafić w Chorwacji na niesmaczne jedzenie, więc jak wybierzecie inną z pobliskich restauracji też nie powinniście się zawieść. 

Hitem pobytu w Umagu, była jednak inna miejscówka Discoteca Planet& Grill Restaurant. To taki chorwacki fast food, jednak z najwyższej półki, a nie na jakiś zapychacz i na chemii robiony. Šiš ćevapi, mućkalica i zlo burger, przepyszne dania, które rozbawiły nas do łez. Miejsce znajdowało się po drodze do naszego mieszkania. Co tu dużo mówić kalmary, czy krewetki są przepyszne, ale jak jesz obiad o 16.00 to zgłodniejesz do wieczora i w to miejsce trafiliśmy właśnie wieczorową porą. Wkoło cudnie pachniało więc nie zastanawiając się, postanowiliśmy zaspokoić wieczorny głód, a każdy wybrał co innego. Podwójny  šiš ćevap i zlo burger rozłożyły nas na łopatki. Przepyszne, ale tak duże porcje, że nie mogliśmy tego przejeść, a było tak smaczne, że aż żal było to zostawiać. Uśmialiśmy się do łez bo w połowie porcji człowiek miał już dość. Doskonała mięsna kuchnia, dla tych co nie lubią ryb i owoców morza, miejcie tylko na uwadze, że porcje są na prawdę sycące. Tyle o naszych odkryciach kulinarnych w Umagu. 

Konoba Mondo

Jadąc na wycieczkę w głąb Istrii delektowaliśmy się natomiast truflami. Praktycznie w każdym małym miasteczku kupicie, czy to trufle, czy pasty truflowe, oliwę z truflami, a widziałem nawet popcorn truflowy. Podczas wycieczki odwiedziliśmy Grožnjan, Bije, Hum Motovun i Buzet. Obiad jedliśmy w Motovunie. Restaurację wybrałem z mamy Google, bo już byliśmy w drodze powrotnej do domu, jeść się nam bardzo chciało, a nie było czasu na szukanie. W taki sposób trafiliśmy do Konoby Mondo, miejsca po prostu pachnącego truflami. Oczywiście nie mogliśmy zamówić niczego innego, jak makaron z truflami. Na przystawkę dostaliśmy jeszcze wypiekane na miejscu pieczywo i do tego pastę z oliwek z truflami. Makaron wyglądał i smakował obłędnie, a kieliszek białego wina komponował się doskonale w takim zestawieniu. Było idealnie, będąc w Motovunie, polecam odwiedźcie to miejsce, nie zawiedziecie się.

Tak jak wspominałem trudno raczej w Chorwacji trafić na miejsce gdzie jedzenie będzie niedobre. Oczywiście może być idealne lub dobre, ale zawsze będzie smaczne, przynajmniej ja będąc już kilka razy w Chorwacji nigdy się nie zawiodłem na chorwackiej kuchni, to nieodłączny element moich chorwackich podróży, próbowanie nowych smaków, które pozostają w pamięci i stanowią inspirację do własnych eksperymentów kulinarnych. Nie mogłem sobie nie przywieźć z podróży do Istrii słoiczka pasty truflowej i ichniego makaronu. Jeszcze nie przygotowywałem, ale jak zrobię pochwalę się na moim instagramie zdjęciem przygotowanego dania. Smacznych podróży Wam życzę, dokądkolwiek by one nie były…

Umag i północna Istria, czyli Chorwacja na długi weekend

Umag

Północna część Chorwacji, czyli Istria to ciekawa alternatywa na wypad na południe Europy na wydłużony weekend, a nawet na cały tydzień, zwłaszcza przed letnim sezonem, kiedy nie ma jeszcze tłumów turystów. Niestety musimy się liczyć z około 12-godzinną podróżą biorąc pod uwagę przystanki na odpoczynek, kawę czy tankowanie. 

Umag

Nocleg mieliśmy zarezerwowany w mieście Umag w Apartamentach Stella Plava Laguna. To ogromny ośrodek z domkami, w których znajdowały się po dwa lub 4 mieszkania. Dla spragnionych luksusu dostępne były prywatne wille z własnym ogrodem, jacuzzi, znajdujące się niemal nad samym morzem. Z ośrodka do centrum miasta było około 3 kilometrów spacerem promenadą wzdłuż brzegu. Taki spacerek do centrum jest rewelacyjny idąc praktycznie cały czas wzdłuż brzegu morza. Centrum starej części Umagu to Plac Wolności, przy którym znajduje się Kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Na tyłach tego kościoła od strony morza znajduje się niesamowity budynek zbudowany z kamienia, dla mnie wyjęty żywcem z wybrzeża Normandii, uwielbiam taką architekturę. Drugim takim placem centralnym jest plac przy centrum handlowym, ale ja zdecydowanie wolę klimat zabytkowej części Umagu. W północnej części półwyspu istryjskiego jest jednak wiele innych bardziej urokliwych, w mojej ocenie, miasteczek, które praktycznie można zwiedzić w ciągu jednego dnia. My zaplanowaliśmy sobie taki jeden dzień objazdowy dalszy i drugi bliższy. W planie były miejscowości Buje, Grožnjan, Motovun, Buzet, Hum. 

Buje

Pierwszym przystankiem było Buje, najbliżej położone od Umagu. Typowa dla tej części Chorwacji, niewielka miejscowość z wąskimi wybrukowanymi uliczkami, starymi wybudowanymi z kamienia domami, zabytkową wieżą miejską oraz kościołem Św. Marcina z XVI wieku, na którego tyłach znajduje się cmentarz i pozostałości płyt nagrobnych. Miejsce robi niesamowite wrażenie w dzień, a te porośnięte mchem kamienne płyty, wieczorem muszą stwarzać idealną atmosferę do kręcenia horrorów. Na końcu cmentarza znajdują się ruiny muru i jakiegoś budynku, z których roztacza się widok na całą panoramę okolicy. Miasteczko da się obejść spacerem w 40 minut, ciche, spokojne, pozbawione tłumu turystów, jakby czas się tam zatrzymał kilkaset lat temu.

Groznjan

Kolejny na trasie był Grožnjan, zwany miastem artystów. Samochodem nie wjedziemy do centrum, auto trzeba zostawić na parkingu lub na miejscach parkingowych ciągnących się wzdłuż drogi prowadzącej wprost do miasta. Grožnjan jest już znacznie większy niż Buje, tutaj możemy się przejść jeszcze bardziej urokliwymi brukowanymi uliczkami, wzdłuż których ciągną się stare domy z podobnymi fasadami z kamienia i drewnianymi okiennicami. Oczywiście w miasteczku znajduje się cała masa galerii sztuki z różnorodnymi wyrobami rękodzielnictwa. Można powiedzieć, że te drobne galerie zdominowały miasto i wszędzie czuje się klimat artystyczny.  Na uwagę zasługuje loggia wenecka z charakterystycznymi podcieniami. W tym miasteczku na prawdę można się zakochać od pierwszego spaceru. Żeby zobaczyć te wszystkie urokliwe zakątki, najlepiej byłoby spędzić tam cały dzień, my mieliśmy tylko nieco ponad godzinę i trzeba było jechać dalej. Nie ma co więcej opowiadać o tym miasteczku, je trzeba po prostu zobaczyć na własne oczy bo jest cudowne, klimatyczne i zachwycające.

Buzet

Jadąc dalej mijaliśmy malowniczo położony na wzgórzu Motovun. Ponieważ przed nami były jeszcze dalej położone miejscowości, Motovun odwiedziliśmy dopiero w drodze powrotnej. Następnym przystankiem był natomiast Buzet. Kolejna urokliwa miejscowość o podobnej architekturze co poprzednie. Auto najlepiej pozostawić na parkingu przy cmentarzu i udać się spokojnie spacerem na starówkę, znacznie więcej zobaczymy niż wjeżdżając samochodem do centrum. Wąskie uliczki, kamienne domy, kolorowe fasady, drewniane okiennice, styl łączący w sobie wpływy włoskie. My mieliśmy tylko czas na szybki spacer, przeszliśmy przez zabytkową Bramę Miejską do centrum miasteczka i zobaczyliśmy miejską dzwonnicę oraz kościół parafialny pw. św. Marii Magdaleny.

Hum

Najdalej oddalonym od Umagu celem naszej wycieczki był Hum, czyli najmniejsze miasto świata, wpisane do Księgi Rekordów Guinessa. Fakt tam są tylko dwie uliczki. Jest jeszcze oczywiście kilka sklepików z lokalnymi produktami, czy pamiątkami. Najciekawszym zabytkiem jest Brama Miejska, przez którą się wchodzi do miasteczka. Jest to jedyne miasteczko, do którego trzeba zapłacić wstęp. Przed wspomnianą bramą znajduje się parking, a opłata pobierana jest przy wjeździe. Trochę to dziwne, ale jak nie odwiedzić najmniejszego miasta świata, będąc na Istrii. 

Motovun

Wracając do Umagu pojechaliśmy do Motovuna. Tutaj nie proponuję wjeżdżać do samego miasteczka, chyba nawet jest zakaz wjazdu dla turystów, ale nie jestem pewien. My zatrzymaliśmy się na parkingu, który się ciągnął wzdłuż ulicy Vladimira Gortana i stamtąd udaliśmy się spacerem do centrum. Ponieważ Motovun położony jest na szczycie wzgórza z murów rozciąga się widok na całą panoramę okolicy. Oczywiście te wąskie uliczki i stare domy zachwycają tak jak we wcześniej odwiedzonych miasteczkach. Tu też zjedliśmy przepyszny makaron z truflami, ale o smakach Istrii będzie w kolejnym wpisie.

Kolejnego dnia mieliśmy już znacznie krótszą wycieczkę. Pojechaliśmy w okolice Šterny i Čepića. Zobaczyliśmy tam istryjską pustynię o księżycowym krajobrazie. Niesamowity widok, po środku lasu hałdy takiej skamieniałej popękanej ziemi, pozbawione roślinności, a twarde jak skała, w sumie nie wiem z czego to było. Jeszcze większe wrażenie zrobił Wodospad Butori. Nie widać go z daleka, praktycznie znajduje się w zagłębieniu poniżej poziomu okolicy, jakby w dole, ale szmaragdowa woda w połączeniu z soczystą zielenią drzew stwarza bajkowe wrażenie. Cudowne niepozorne miejsce bez wątpienia warte zobaczenia.

Istria jest piękna. Czy można się w niej zakochać? W tych urokliwych miasteczkach o charakterystycznej architekturze chyba tak. Mnie zaczarował Motovun i Grožnjan i chętnie bym się tam jeszcze wybrał. Kto planuje urlop na Istrii beż wątpienia powinien odwiedzić te miasteczka, a na pewno pozostanie pod ich urokiem i zapragnie tam kiedyś powrócić…

Sałatka a’la niemiecka

Wydaje mi się, że wersji sałatki niemieckiej, czy jak inni mówią szwabskiej jest pewnie kilkanaście, dlatego też napisałem w tytule a’la, żeby mi ktoś nie zarzucił, że podaję niewłaściwy przepis. Zasadniczo jej składnikiem są ziemniaki, mortadela, ser żółty i majonez, no i ogórki. Ja oczywiście czytając te różne przepisy stworzyłem swoją wersję, wyszła pysznie, przynajmniej mnie i moim gościom smakowała. Do mojej wersji potrzeba 40 dag mortadeli podwędzanej, ma wyraźniejszy smak niż taka zwykła parzona, 40 dag sera żółtego, 6 do 8 ogórków konserwowych, ocet jabłkowy, majonez (ostrzejszy Kielecki będzie najlepiej pasował). 

Wszystkie składniki kroimy w paski równej długości i grubości. Myślę, że tak 5 cm długości i 0,5 cm szerokości będzie idealne. Oczywiście tak na oko, bo przecież nie korzystam z takiej dokładności przynajmniej przy przygotowywaniu sałatek. Proponuję najpierw przemieszać wszystko bez dodatku majonezu, ewentualnie z octem jabłkowym. Octu wystarczą ze dwie łyżki, nie więcej. Po prostu na sucho składniki się łatwiej przemieszają, potem będzie trudniej. Do przemieszanych składników dodajemy kilka łyżek majonezu, sól i pieprz do smaku. Ser i mortadela są dość suche więc ze 4 łyżki majonezu trzeba dodać. Sałatka jest bardzo dobra w smaku, lekko octowa, ale przy serze żółtym i mortadeli, to nawet pasuje, do tego octowości nadają również ogórki konserwowe. Ja już nie dodawałem ziemniaków, jak to jest w niektórych przepisach. Znalazłem również, że zamiast ogórków konserwowych dodaje się kiszone i dolewa trochę tej wody spod ogórków. Może tej wersji kiedyś spróbuję, ale ziemniaków nie będę dodawać. 

Trzeba przyznać że sałatka jest dość ciężka kalorycznie, ale w smaku przepyszna i chce się ją jeść i jeść. Ja też dbam o kondycję fizyczną i dobrą formę, ale jak systematycznie dbamy o aktywność sportową i niezbyt często pozwalamy sobie na takie przekąski, to wszystko jest dozwolone. W końcu takie przyjemności później nas motywują do ćwiczeń ;). Oto kolejny prosty i do tego tani przepis na moim blogu, kto chce spróbować gorąco polecam. Wierzę, że Wam też posmakuje.

Śledzie z cebulką i jabłkiem w śmietanie

Takie śledzie kupimy praktycznie w każdym sklepie spożywczym, czy to na wagę, czy zapakowane. Jednak nie ma to jak śledzie własnej domowej roboty. Są mniej octowe, bez polepszaczy smaku więc o wiele zdrowsze. Do mojego przepisu potrzeba jedno opakowanie śledzi, polecam śledzie a’la Matias z Lisnera są chyba najlepsze, ja kupuję duże opakowanie 750 g, jeśli dobrze pamiętam, wychodzą wtedy dwa słoiki litrowe, 3 duże cebule i dwa jabłka, duży kubek śmietany 18%, u mnie tradycyjnie z Piatnicy i kilka łyżek majonezu Kieleckiego. 

Cebulę obieramy, kroimy w piórka i następnie sparzamy. Są dwa sposoby, można przelać na sitku wrzącą wodą, albo wrzucić ją na około pół minuty do wrzącej wody, oczywiście po zdjęciu z palnika by dalej się nie gotowała, następnie odcedzić i pozostawić na sitku do wystudzenia. Stosując drugi sposób cebula będzie miększa i delikatniejsza w smaku, ja osobiście wolę wrzucić na wrzątek. Jabłka obieramy i kroimy w drobną kostkę. Teraz pora na śledzia, niektórzy moczą w mleku lub płuczą by był mniej słony. Mnie osobiście taki smak bardzo odpowiada więc tylko pozbywam się nadmiaru oleju. Śledzia kroimy w paski szerokości 2 centymetrów. Mamy przygotowane wszystkie składniki, no oczywiście jeszcze musimy wymieszać śmietanę z dwoma łyżkami majonezu. Tak przygotowane składniki wkładamy warstwami do słoików i przelewamy masą śmietanowo majonezową, czyli śledź, cebulka, jabłka, śmietana i tak to wyczerpania składników, zakończyć musimy śmietaną. Tak jak napisałem na początku, z tych proporcji wyjdą dwa słoiki litrowe bez problemu, może nawet ciut więcej. 

Przygotowane słoiki zakręcamy i wstawiamy do lodówki, po kilku godzinach musimy je przemieszać, aby śmietana z majonezem dotarły do każdego zakamarka słoika. By smaki dobrze przeszły wzajemnie polecam przygotowanie śledzi minimum jeden dzień przed planowanym podaniem, mogą być również dwa dni. Tak przygotowane śledzie poleżą w lodówce spokojnie około 5 do 6 dni. Proste, smaczne, sprawdzą się na każdym przyjęciu, na imprezach ostatkowych, ale również i w Wielkim Poście, do którego coraz bliżej, kiedy chcemy trochę ograniczyć smakołyki. Choć muszę przyznać, że dla mnie te śledzie są smakołykiem 🙂

Sałatka ziemniaczana z boczkiem

To chyba jedna z najprostszych i najsmaczniejszych sałatek jakie ostatnio jadłem. Spróbowałem jej na spotkaniu u znajomych i zakochałem się w tym smaku od pierwszego kęsa. Oczywiście sam już ją robiłem dwa razy. Jest obłędnie smaczna i prosta w wykonaniu. Do sałatki potrzeba 2 kg ziemniaków sałatkowych, 40 dag boczku, 4 lub 5 łodyg selera naciowego, majonez, sól i pieprz do smaku, ja jeszcze dodaję suszone oregano. 

Ziemniaki obieramy i gotujemy około pół godziny, a następnie studzimy. Musimy pilnować by się nie rozgotowały, bo potem nie pokroimy ich w kostkę. W międzyczasie możemy sobie przygotować boczek i selera. Boczek kroimy w małą kostkę i dobrze wysmażamy, no oczywiście pamiętając by nie wyszedł zbyt spieczony bo będzie za twardy, a nie chodzi nam o twarde skwarki. Selera kroimy w cieniutki talarki, jeśli łodygi są dość szerokie możemy je najpierw przeciąć wzdłuż na pół i dopiero kroić w cieniutkie talarki.  Dobrze wystudzone ziemniaki kroimy w średniej wielkości kostkę. Ciepłe ziemniaki będzie trudno kroić i mogą się po prostu kruszyć. Następnie mieszamy ze sobą wszystkie składniki czyli ziemniaki, selera i boczek na sucho, z dodatkiem pieprzu i oregano. Łatwiej jest wymieszać po prostu ze sobą wszystkie składniki nim dodamy majonez. Róbmy to jednak ostrożnie by ziemniaki się nam nie rozpadły. Do przemieszanych składników dodajemy kilka łyżek majonezu. Ja użyłem ostrzejszy majonez kielecki i łagodniejszy babuni, dobrze jest połączyć majonez ostrzejszy z  łagodniejszym, wtedy smak sałatki będzie lepszy. Prawda jakie proste, a jak spróbujecie, sami zobaczycie jaka pyszna jest ta sałatka,, polecam…

Prażene lignje i crni rižot obowiązkowe smaki Chorwacji

Jak to zwykle bywa we wspomnieniach z moich podróży opisuję Wam to co warto zobaczyć, gdzie się warto zatrzymać, ale też o lokalnych smakach. Testowanie lokalnych przysmaków, zawsze może później stanowić inspirację we własnej kuchni. Poza tym, często w ośrodkach turystycznych te najpopularniejsze miejsca nie są najsmaczniejsze i warto poszukać miejscówek gdzie stołują się lokalsi, tam zawsze będzie smacznie. W dzisiejszym wpisie trochę kulinarnych wspomnień z moich wakacji na Pagu, jako uzupełnienie poprzedniego wpisu. W Chorwacji zazwyczaj ciężko trafić na miejsce gdzie nie będzie smacznego jedzenia, choć pewnie i takie sytuacje mogą się nam zdarzyć. Na szczęście na Pagu nie trafiłem w takie miejsca. Wszędzie gdzie się stołowaliśmy było pysznie.

Moim kulinarnym hitem wyjazdu były prażene lignje w barze Vidal znajdującym w niewielkim zagajniku przy plaży w Vidalići. Tak jak pisałem w poprzednim wpisie, nocowaliśmy w Vidalići, więc trafiliśmy idealnie. Jakby ktoś nie wiedział, lignje to są kalmary. Świeże kalmary przywożone przez właściciela około 19 wieczorem i od razu przygotowywane na bieżąco. Mógłbym się nimi zajadać codziennie, mimo, iż ta przekąska nie należała do bardzo zdrowych. Kalmary smażone w głębokim oleju dodadzą nam trochę kalorii, ale co tam na wakacjach można dać sobie trochę luzu. Ten smak, do tego kieliszek białego wina, czego chcieć więcej w takim miejscu. W tym samym barze można było również spróbować smażonych sardynek (w menu była to mala riba), tak samo pyszne, chyba to były sardynki, przynajmniej tak wyglądały. Ja byłem zdecydowanie zwolennikiem kalmarów, aż mi ślinka cieknie jak sobie o nich przypomnę. 

Przepysznej pizzy i czarnego risotto, jeśli spędzacie urlop w Vidalići, możecie spróbować w restauracji, która znajdowała się zaraz obok naszego apartamentu, to Barbati. Zdecydowanie przodowali w pizzy prosto z pieca, risotto również było smaczne, choć trochę lepsze jadłem w innej miejscowości. Te dwie miejscówki jedzeniowe z Vidalići zdecydowanie polecam.

Kolejną moją kulinarną fascynacją były obiady w restauracji Sidro w miejscowości Gajac. Gajac znajduje się w pobliżu słynnej plaży Zrce. Byliśmy tam dwa razy i za każdym razem było przepysznie. Oczywiście wybór był znacznie większy, gdyż Sidro to typowa restauracja, a nie bar. Próbowaliśmy tam czarnego risotto, kalmarów, ćevapčići, pljeskavicy i makaronu bolognese. W porównaniu z pozostałymi daniami makaron wypadł najsłabiej, ale risotto było idealne, smaczniejsze niż w Barbati. Ćevapčići to takie kotleciki z mięsa mielonego, a pljeskavica to płaski kotlet grillowany z grubo siekanego mięsa. Plusem tego miejsca była zadaszona część restauracji na otwartym powietrzu, latem ciężko jest wytrzymać w zamkniętych pomieszczeniach.

Oczywiście największe miasto w sąsiedztwie oferuje dostęp do największej liczby restauracji i barów.  W Novalji rzadko się jednak stołowaliśmy, tak jak wcześniej wspominałem tłumy turystów robią swoje i restauracje często są bardziej nastawione na szybką obsługę niż jakość. W jednym tylko miejscu zjedliśmy tam obiad. Restauracja  Pecenjara Kod Marka z dala od centrum,  znaleziona na mapie Google, ale strzał w 10. Typowy bar dla lokalsów, stołowała się tam chyba większość policjantów z lokalnego posterunku. W restauracji były w karcie głównie dania grillowane. Świeżo przygotowane, bo czekaliśmy ponad pół godziny, choć obłożenie nie było wielkie. Mięso nie przesuszone, ale i nie przekombinowane, taki typowo domowy posiłek, to miejsce również mogę uczciwie polecić poszukującym lokalnych smaków za tańsze pieniądze, w urokliwym ogrodzie z dala od gwarnego centrum miasta. 

Ciekawostką, z którą spotkałem się pierwszy raz na Pagu były pizzę rolowane w formie tortilli, które możemy kupić praktycznie w każdej piekarni. Na szybką przekąskę gdy zwiedzamy jakieś miasto idealne rozwiązanie, kiedy dopadnie głód.

Jadąc na wycieczkę do samego miasta Pag odwiedziliśmy też lokalną fabrykę serów Sirana Gligora Ltd. Hmm…, co tu dużo mówić ceny nie należały do najniższych, ale za jakość się płaci, a smak sera był doskonały. Jest w czym wybierać, bo w sprzedaży jest kilkanaście jeśli nie kilkadziesiąt rodzajów sera, nagradzanych w wielu konkursach w tym słynny paški sir.

Oczywiście w Chorwacji obowiązkowym punktem każdego dnia jest kawa. Może to się wydawać dziwne, ale Chorwaci piją bardzo dużo kawy. A czas przy kawie ze znajomymi zawsze upływa przyjemnie, zwłaszcza, gdy mamy taką piękną pogodę i cudowne widoki wkoło.

Kulinarna Chorwacja urzekła mnie nie po raz pierwszy. Doskonałych przysmaków próbowałem już w Splicie, ale o tym kiedyś pisałem we wcześniejszych wpisach. Dostęp do świeżych ryb i owoców morza, doskonałe wino, piękne widoki, gwarantowana pogoda, marzenie każdego urlopowicza. Jeśli będziecie na Pagu, w tych miejscach zjecie smacznie i bez wątpienia wrócicie z dobrymi wspomnieniami z urlopu. Ja wciąż wspominam prażene lignje, warto dla nich tam pojechać…

Pag, Vidalići i 16 godzinna podróż samochodem, czyli moje wakacje w Chorwacji

Vidalići

Wakacje już dawno minęły, ale ciągle jakoś brakowało czasu by coś napisać o moich kolejnych podróżach. Piszę tutaj również o moich wyprawach więc i tym razem postanowiłem się podzielić z Wami wspomnieniami, tym co warto zobaczyć lub posmakować w miejscach, które odwiedzam, temu w sumie poświęcony jest mój blog. 

Cudowny widok z okna

W tym roku urlop spędziłem w ulubionej przez Polaków Chorwacji. Co można powiedzieć o Chorwacji, to zawsze mamy zagwarantowaną słoneczną pogodę, choć woda jak dla mnie była ciut za zimna. No dobra, jeden dzień lał deszcz i przez jedną noc wiał tak silny wiatr, że nie dało się spać, ale potem nad ranem były tak niesamowite chmury przed wschodem słońca, że o 5 rano poszedłem nad morze robić zdjęcia. Zresztą sami możecie zobaczyć na załączonych zdjęciach, że były cudowne. Naszą destynacją była wyspa Pag, a dokładniej miejscowość Vidalići. Największym problemem jest czasochłonny dojazd, który zajmuje około 12 godzin, ale widoki i lokalne jedzenie, wynagradzają trudy podróży. Można oczywiście wybrać krótszą opcję podróży, czyli  samolot do Zadaru i stamtąd wypożyczyć samochód. Jednak w czasach pandemii najlepszym i najbezpieczniejszym rozwiązaniem jest własne auto. Niestety przez 4-godzinny, nieplanowany postój na granicy węgiersko-chorwackiej w Letenye,  nasza droga wydłużyła się do 16 godzin, czym byliśmy dosyć mocno poirytowani. Wyjechaliśmy z domu w piątek wieczorem więc na granicy byliśmy w sobotę nad ranem i to był największy błąd, zdecydowanie mniejszy ruch jest w ciągu tygodnia, a nie w weekendy. Droga przez Węgry chyba jest najszybszą, a przynajmniej mniej ruchliwą i zakorkowaną trasą. Na wyspę Pag można dostać się promem, jadąc na Rijekę, a następnie malowniczą trasą wzdłuż wybrzeża do Prizny lub przeprawą mostową jadąc drogą E71 na Zadar. Jadąc w tamtą stronę wybraliśmy prom, a wracaliśmy lądem przez Paski Most. Prom odpływał w godzinnych odstępach czasu, a oczekiwanie w kolejce samochodowej w 40-stopniowym upale było nie lada wyzwaniem po tylu godzinach jazdy.

Pag jest kosmiczną wyspą, pełną głazów i kamieni, zwłaszcza od strony stałego lądu. Jadąc od przystani promowej w Žigljen, czujemy się jakbyśmy wylądowali na księżycu. Tylko skały i gruzowiska, nic więcej. Krajobraz zmienia się dopiero od środka wyspy, jest bardziej przyjazny i zielony. Samo Vidalići to mała, typowo turystyczna, urokliwa miejscowość. Nie ma tam nawet sklepu. Tylko apartamenty wypoczynkowe, kilka knajpek i jedna piekarnia. Nie szukaliśmy wielkiego kurortu, ale ciszy i spokoju, więc miejsce było idealnym wyborem. Miejscówkę poleciła nam koleżanka, która od lat tam spędza urlop. Zreszta, czego potrzeba więcej jak masz dobre towarzystwo, cudowną pogodę i doskonałe jedzenie. 

Najbliższym dużym miastem jest Novalja, gdzie znajduje się kilka marketów spożywczych, cała masa drobnych sklepików i restauracji. Droga do Novalji jest bardzo prosta więc bez problemu dojedziemy autem z Vidalići, dojazd zajmuje około 15 minut, a markety znajdują się na obrzeżach miasta. Apartament mieliśmy bezpośrednio nad morzem, więc zejście na plażę nie było problemem. W każdej chwili mogliśmy wrócić do apartamentu. Vidalići, nie jest położone od otwartego morza, ale nad zatoką, więc nie mamy co liczyć na większe fale. Po drugiej stronie zatoki znajduje się Zrce Beach, to taka chorwacka Ibiza. Miejscówka z plażą, barami i dyskotekami oraz miejscami noclegowymi, idealna dla chętnych imprezowych wrażeń i tańca. Tam dyskoteka trwa prawie 24 godziny na dobę, a muzykę a raczej basowe umca umca słychać było u nas do 3 nad ranem. 

W Vidalići można odpocząć i zrelaksować się, ale jeśli chcemy coś więcej zobaczyć polecam wybrać się do Novalji, Pagu, czy Zadaru. Przez pandemię my odwiedziliśmy tylko Novalję i Pag, do Zadaru już się nie udaliśmy, było zbyt dużo zachorować. Tak na marginesie Pag to wyspa, ale i miasto.

Novalja to już znacznie większy kurort turystyczny. W okolicy nadbrzeża jest cała masa restauracji, knajp i sklepików z pamiątkami. Jeśli wybieramy się tam autem, polecam pozostawić samochód na parkingu przy ulicy  Obala Petra Krešimira IV i zrobić sobie spacer promenadą, zatrzymać się na kawę w kafejce na nadbrzeżu, patrzyć w morze i cieszyć chwilą. Kto wybiera się na urlop camperem, może skorzystać z Campingu Straško, nasi znajomi tam nocowali, muszę przyznać, że bardzo dobre warunki.

Most Katine

Zdecydowanie bardziej zabytkowym miastem jest Pag, te wąskie uliczki, kamienne białe chodniki i jasne elewacje, to typowe dla chorwackich starych miast. Uwielbiam ten klimat. Do Pagu dojazd zajmie nam około 40 minut z Vidalići. Miasto Pag znane jest też z pozyskiwania soli z wody morskiej. Można odwiedzić muzeum soli, niestety przez pandemię odpuściliśmy sobie wchodzenie do środka. Jadąc od ulicy Lokunja, proponuję zatrzymać się na jednym z pobliskich parkingów i rozpocząć zwiedzanie miasta na własnych nogach. Niesamowity jest Most Katine, przeniesiony niczym z Wenecji. A te uliczki, co tu dużo mówić po prostu trzeba się w nich zagubić i spokojnie przemierzać jedną po drugiej, niemal każda ma jakiś urokliwy zakątek. Jadąc do Pagu warto się też zatrzymać w punkcie widokowym na górze, skąd rozpościera się cudowna panorama na miasto i zatokę. Zresztą wzdłuż całej drogi z Vidalići do Pagu jest wiele punktów widokowych, w których można zrobić cudowne zdjęcia.

Niestety o Zadarze Wam nic nie napiszę, bo nie odwiedziliśmy tego miasta. Zadar nie znajduje się bezpośrednio na Pagu, ale spędzając wakacje na wyspie możemy tam się wybrać, gdyż nie jest aż tak daleko. 

Tyle udało się nam zobaczyć podczas 10-dniowego pobytu na wyspie Pag. Jest to bez wątpienia idealna chorwacka destynacja na spokojny urlop z dala od zgiełku i tłumu turystów. Kto jednak szuka rozrywkowych wrażeń znajdzie je bez problemu w Zrce Beach, tam impreza trwa cały czas, a po nocy pełnej szaleństw będzie mógł odpocząć nad brzegiem morza.

Krem z pomidorów i pieczonej papryki

Sezon na pomidory w pełni, paprykę też, zaraz będą już tylko sprzedawane warzywa pędzone  sztucznie, które zupełnie smaku nie posiadają więc jeszcze możemy skorzystać z tych ostatnich dobrodziejstw jesieni. Do mojej wersji zupy potrzeba 1,5 kilograma dojrzałych pomidorów, 5 czerwonych papryk, sól, pieprz i cukier do smaku, trochę świeżej bazylii. Pomidory obieramy ze skórki, kroimy na ćwiartki i wykrawamy tylko ten twardy białawy środek. Paprykę pieczemy w piekarniku w temperaturze 180°C około pół godziny. Po upieczeniu paprykę przykrywamy folią tak na 15 minut. Zabieg ten sprawi, że skórka będzie łatwo odchodziła przy obieraniu, pod wpływem pary wodnej która zgromadzi się pod folią.

Po tym czasie paprykę obieramy ze skórki i usuwamy gniazda nasienne. Uważajmy, bo płyn który zgromadził się w środku, będzie dość gorący. Pokrojone warzywa gotujemy na wolnym ogniu około 40 minut, tak by pomidory rozmiękły. Możemy dodać odrobinę wody, ale nie za dużo gdyż pomidory puszczą sok. Ugotowane warzywa po lekkim przestudzeniu miksujemy i nasz krem jest już gotowy. Przed miksowaniem możemy dodać kilka listków świeżej bazylii, dodadzą lekko ziołowego aromatu. Doprawiamy solą, pieprzem i cukrem do smaku, jeśli krem wyszedł za gęsty możemy dodać jeszcze odrobinę wody. Według uznania można też dodać ze dwie łyżki śmietanki 30%, ale niekoniecznie. Szybka, prosta i bardzo zdrowa zupa, pomidory są wielkim źródłem potasu, a papryka witaminy C. 

Kurczak na chińską nutę z makaronem ryżowym

Każdy chyba od czasu do czasu ma ochotę na tzw. „chińszczyznę”. Barów z kuchnią chińską jest cała masa, choć takich prawdziwych niewiele. W sklepach możemy dostać mrożonki z chiońskimi daniami lub  gotowe dania w słoikach. Może i smakują one tak, jak oczekiwalibyśmy, ale na pewno zawierają w sobie całą masę sztucznych barwników, czy polepszaczy smaku. Korzystając z naturalnych składników możemy sami przygotować takie danie, które na pewno będzie o wiele zdrowsze od tych gotowych, które możemy kupić. Do mojej wersji kurczaka po chińsku potrzeba na porcję dla dwóch osób dwa filety z piersi kurczaka, jedną czerwoną paprykę, jedną większą marchewkę, jednego pora, kilka grzybów mun, puszkę kiełków fasoli, 3 liście kafiru. Dodatkowo sos sojowy, sos rybny, pastę tahini i jedno opakowanie makaronu ryżowego. 

Kurczaka kroimy w kostkę i dzień wcześniej możemy zamarynować w kilku łyżkach sosu sojowego i jednej łyżce pasty tahini. Marchew, paprykę i pora kroimy na kawałki długości 5 centymetrów, a następnie w wąskie paseczki, tak by wszystkie składniki były mniej więcej równych rozmiarów. Możemy dodać również kilka grzybów mun, ja o nich tym razem zapomniałem więc nie dodałem do mojego dania. Makaron przygotowujemy zgodnie z opisem na opakowaniu. Zazwyczaj tego makaronu się nie gotuje tylko zalewa na około 3 minuty wrzątkiem i jest gotowy. Przygotowanie dania zaczynamy od smażenia kurczaka, warzywa muszą pozostać chrupkie więc im tyle czasu nie potrzeba. Ja mam patelnię zbliżoną kształtem do woka, taka jest najlepsza lub typowy wok, kto nie ma może użyć zwykłej patelni.

Kurczaka smażymy na oleju kilka minut, do momentu, kiedy widzimy, że nie jest już surowy z dodatkiem jeszcze sosu sojowego, rybnego i łyżki pasty tahini. Uważajmy z ilością sosu sojowego i rybnego, by danie nie wyszło za słone, lepiej później doprawić niż dać za dużo. Od samego początku dodajemy też liście kafiru. Następnie dodajemy marchew, grzyby mun, potem paprykę i pora. Dodawajmy warzywa w takiej kolejności w odstępach około 2-3 minutowych od tych najtwardszych, do najmiększych, te nie potrzebują aż tyle czasu. Jak wyjdą rozgotowane całe danie straci swoją konsystencję, tak jak wspominałem wcześniej, warzywa muszą pozostać lekko chrupiące, a nie rozmiękłe. Do podostrzenia smaku dodałem szczyptę chili, nie używałem za to ani grama soli, sos sojowy i rybny są wystarczająco słone. Na sam koniec dodajemy kiełki fasoli i przygotowany makaron. Całość jeszcze chwilę trzymamy na ogniu mieszając by smaki się połączyły i gotowe. Oto cały sekret chińskiego dania w mojej wersji. Smakuje doskonale i jest na pewno o wiele zdrowsze niż takie z mrożonek lub słoika.