Prażene lignje i crni rižot obowiązkowe smaki Chorwacji

Jak to zwykle bywa we wspomnieniach z moich podróży opisuję Wam to co warto zobaczyć, gdzie się warto zatrzymać, ale też o lokalnych smakach. Testowanie lokalnych przysmaków, zawsze może później stanowić inspirację we własnej kuchni. Poza tym, często w ośrodkach turystycznych te najpopularniejsze miejsca nie są najsmaczniejsze i warto poszukać miejscówek gdzie stołują się lokalsi, tam zawsze będzie smacznie. W dzisiejszym wpisie trochę kulinarnych wspomnień z moich wakacji na Pagu, jako uzupełnienie poprzedniego wpisu. W Chorwacji zazwyczaj ciężko trafić na miejsce gdzie nie będzie smacznego jedzenia, choć pewnie i takie sytuacje mogą się nam zdarzyć. Na szczęście na Pagu nie trafiłem w takie miejsca. Wszędzie gdzie się stołowaliśmy było pysznie.

Moim kulinarnym hitem wyjazdu były prażene lignje w barze Vidal znajdującym w niewielkim zagajniku przy plaży w Vidalići. Tak jak pisałem w poprzednim wpisie, nocowaliśmy w Vidalići, więc trafiliśmy idealnie. Jakby ktoś nie wiedział, lignje to są kalmary. Świeże kalmary przywożone przez właściciela około 19 wieczorem i od razu przygotowywane na bieżąco. Mógłbym się nimi zajadać codziennie, mimo, iż ta przekąska nie należała do bardzo zdrowych. Kalmary smażone w głębokim oleju dodadzą nam trochę kalorii, ale co tam na wakacjach można dać sobie trochę luzu. Ten smak, do tego kieliszek białego wina, czego chcieć więcej w takim miejscu. W tym samym barze można było również spróbować smażonych sardynek (w menu była to mala riba), tak samo pyszne, chyba to były sardynki, przynajmniej tak wyglądały. Ja byłem zdecydowanie zwolennikiem kalmarów, aż mi ślinka cieknie jak sobie o nich przypomnę. 

Przepysznej pizzy i czarnego risotto, jeśli spędzacie urlop w Vidalići, możecie spróbować w restauracji, która znajdowała się zaraz obok naszego apartamentu, to Barbati. Zdecydowanie przodowali w pizzy prosto z pieca, risotto również było smaczne, choć trochę lepsze jadłem w innej miejscowości. Te dwie miejscówki jedzeniowe z Vidalići zdecydowanie polecam.

Kolejną moją kulinarną fascynacją były obiady w restauracji Sidro w miejscowości Gajac. Gajac znajduje się w pobliżu słynnej plaży Zrce. Byliśmy tam dwa razy i za każdym razem było przepysznie. Oczywiście wybór był znacznie większy, gdyż Sidro to typowa restauracja, a nie bar. Próbowaliśmy tam czarnego risotto, kalmarów, ćevapčići, pljeskavicy i makaronu bolognese. W porównaniu z pozostałymi daniami makaron wypadł najsłabiej, ale risotto było idealne, smaczniejsze niż w Barbati. Ćevapčići to takie kotleciki z mięsa mielonego, a pljeskavica to płaski kotlet grillowany z grubo siekanego mięsa. Plusem tego miejsca była zadaszona część restauracji na otwartym powietrzu, latem ciężko jest wytrzymać w zamkniętych pomieszczeniach.

Oczywiście największe miasto w sąsiedztwie oferuje dostęp do największej liczby restauracji i barów.  W Novalji rzadko się jednak stołowaliśmy, tak jak wcześniej wspominałem tłumy turystów robią swoje i restauracje często są bardziej nastawione na szybką obsługę niż jakość. W jednym tylko miejscu zjedliśmy tam obiad. Restauracja  Pecenjara Kod Marka z dala od centrum,  znaleziona na mapie Google, ale strzał w 10. Typowy bar dla lokalsów, stołowała się tam chyba większość policjantów z lokalnego posterunku. W restauracji były w karcie głównie dania grillowane. Świeżo przygotowane, bo czekaliśmy ponad pół godziny, choć obłożenie nie było wielkie. Mięso nie przesuszone, ale i nie przekombinowane, taki typowo domowy posiłek, to miejsce również mogę uczciwie polecić poszukującym lokalnych smaków za tańsze pieniądze, w urokliwym ogrodzie z dala od gwarnego centrum miasta. 

Ciekawostką, z którą spotkałem się pierwszy raz na Pagu były pizzę rolowane w formie tortilli, które możemy kupić praktycznie w każdej piekarni. Na szybką przekąskę gdy zwiedzamy jakieś miasto idealne rozwiązanie, kiedy dopadnie głód.

Jadąc na wycieczkę do samego miasta Pag odwiedziliśmy też lokalną fabrykę serów Sirana Gligora Ltd. Hmm…, co tu dużo mówić ceny nie należały do najniższych, ale za jakość się płaci, a smak sera był doskonały. Jest w czym wybierać, bo w sprzedaży jest kilkanaście jeśli nie kilkadziesiąt rodzajów sera, nagradzanych w wielu konkursach w tym słynny paški sir.

Oczywiście w Chorwacji obowiązkowym punktem każdego dnia jest kawa. Może to się wydawać dziwne, ale Chorwaci piją bardzo dużo kawy. A czas przy kawie ze znajomymi zawsze upływa przyjemnie, zwłaszcza, gdy mamy taką piękną pogodę i cudowne widoki wkoło.

Kulinarna Chorwacja urzekła mnie nie po raz pierwszy. Doskonałych przysmaków próbowałem już w Splicie, ale o tym kiedyś pisałem we wcześniejszych wpisach. Dostęp do świeżych ryb i owoców morza, doskonałe wino, piękne widoki, gwarantowana pogoda, marzenie każdego urlopowicza. Jeśli będziecie na Pagu, w tych miejscach zjecie smacznie i bez wątpienia wrócicie z dobrymi wspomnieniami z urlopu. Ja wciąż wspominam prażene lignje, warto dla nich tam pojechać…

Pag, Vidalići i 16 godzinna podróż samochodem, czyli moje wakacje w Chorwacji

Vidalići

Wakacje już dawno minęły, ale ciągle jakoś brakowało czasu by coś napisać o moich kolejnych podróżach. Piszę tutaj również o moich wyprawach więc i tym razem postanowiłem się podzielić z Wami wspomnieniami, tym co warto zobaczyć lub posmakować w miejscach, które odwiedzam, temu w sumie poświęcony jest mój blog. 

Cudowny widok z okna

W tym roku urlop spędziłem w ulubionej przez Polaków Chorwacji. Co można powiedzieć o Chorwacji, to zawsze mamy zagwarantowaną słoneczną pogodę, choć woda jak dla mnie była ciut za zimna. No dobra, jeden dzień lał deszcz i przez jedną noc wiał tak silny wiatr, że nie dało się spać, ale potem nad ranem były tak niesamowite chmury przed wschodem słońca, że o 5 rano poszedłem nad morze robić zdjęcia. Zresztą sami możecie zobaczyć na załączonych zdjęciach, że były cudowne. Naszą destynacją była wyspa Pag, a dokładniej miejscowość Vidalići. Największym problemem jest czasochłonny dojazd, który zajmuje około 12 godzin, ale widoki i lokalne jedzenie, wynagradzają trudy podróży. Można oczywiście wybrać krótszą opcję podróży, czyli  samolot do Zadaru i stamtąd wypożyczyć samochód. Jednak w czasach pandemii najlepszym i najbezpieczniejszym rozwiązaniem jest własne auto. Niestety przez 4-godzinny, nieplanowany postój na granicy węgiersko-chorwackiej w Letenye,  nasza droga wydłużyła się do 16 godzin, czym byliśmy dosyć mocno poirytowani. Wyjechaliśmy z domu w piątek wieczorem więc na granicy byliśmy w sobotę nad ranem i to był największy błąd, zdecydowanie mniejszy ruch jest w ciągu tygodnia, a nie w weekendy. Droga przez Węgry chyba jest najszybszą, a przynajmniej mniej ruchliwą i zakorkowaną trasą. Na wyspę Pag można dostać się promem, jadąc na Rijekę, a następnie malowniczą trasą wzdłuż wybrzeża do Prizny lub przeprawą mostową jadąc drogą E71 na Zadar. Jadąc w tamtą stronę wybraliśmy prom, a wracaliśmy lądem przez Paski Most. Prom odpływał w godzinnych odstępach czasu, a oczekiwanie w kolejce samochodowej w 40-stopniowym upale było nie lada wyzwaniem po tylu godzinach jazdy.

Pag jest kosmiczną wyspą, pełną głazów i kamieni, zwłaszcza od strony stałego lądu. Jadąc od przystani promowej w Žigljen, czujemy się jakbyśmy wylądowali na księżycu. Tylko skały i gruzowiska, nic więcej. Krajobraz zmienia się dopiero od środka wyspy, jest bardziej przyjazny i zielony. Samo Vidalići to mała, typowo turystyczna, urokliwa miejscowość. Nie ma tam nawet sklepu. Tylko apartamenty wypoczynkowe, kilka knajpek i jedna piekarnia. Nie szukaliśmy wielkiego kurortu, ale ciszy i spokoju, więc miejsce było idealnym wyborem. Miejscówkę poleciła nam koleżanka, która od lat tam spędza urlop. Zreszta, czego potrzeba więcej jak masz dobre towarzystwo, cudowną pogodę i doskonałe jedzenie. 

Najbliższym dużym miastem jest Novalja, gdzie znajduje się kilka marketów spożywczych, cała masa drobnych sklepików i restauracji. Droga do Novalji jest bardzo prosta więc bez problemu dojedziemy autem z Vidalići, dojazd zajmuje około 15 minut, a markety znajdują się na obrzeżach miasta. Apartament mieliśmy bezpośrednio nad morzem, więc zejście na plażę nie było problemem. W każdej chwili mogliśmy wrócić do apartamentu. Vidalići, nie jest położone od otwartego morza, ale nad zatoką, więc nie mamy co liczyć na większe fale. Po drugiej stronie zatoki znajduje się Zrce Beach, to taka chorwacka Ibiza. Miejscówka z plażą, barami i dyskotekami oraz miejscami noclegowymi, idealna dla chętnych imprezowych wrażeń i tańca. Tam dyskoteka trwa prawie 24 godziny na dobę, a muzykę a raczej basowe umca umca słychać było u nas do 3 nad ranem. 

W Vidalići można odpocząć i zrelaksować się, ale jeśli chcemy coś więcej zobaczyć polecam wybrać się do Novalji, Pagu, czy Zadaru. Przez pandemię my odwiedziliśmy tylko Novalję i Pag, do Zadaru już się nie udaliśmy, było zbyt dużo zachorować. Tak na marginesie Pag to wyspa, ale i miasto.

Novalja to już znacznie większy kurort turystyczny. W okolicy nadbrzeża jest cała masa restauracji, knajp i sklepików z pamiątkami. Jeśli wybieramy się tam autem, polecam pozostawić samochód na parkingu przy ulicy  Obala Petra Krešimira IV i zrobić sobie spacer promenadą, zatrzymać się na kawę w kafejce na nadbrzeżu, patrzyć w morze i cieszyć chwilą. Kto wybiera się na urlop camperem, może skorzystać z Campingu Straško, nasi znajomi tam nocowali, muszę przyznać, że bardzo dobre warunki.

Most Katine

Zdecydowanie bardziej zabytkowym miastem jest Pag, te wąskie uliczki, kamienne białe chodniki i jasne elewacje, to typowe dla chorwackich starych miast. Uwielbiam ten klimat. Do Pagu dojazd zajmie nam około 40 minut z Vidalići. Miasto Pag znane jest też z pozyskiwania soli z wody morskiej. Można odwiedzić muzeum soli, niestety przez pandemię odpuściliśmy sobie wchodzenie do środka. Jadąc od ulicy Lokunja, proponuję zatrzymać się na jednym z pobliskich parkingów i rozpocząć zwiedzanie miasta na własnych nogach. Niesamowity jest Most Katine, przeniesiony niczym z Wenecji. A te uliczki, co tu dużo mówić po prostu trzeba się w nich zagubić i spokojnie przemierzać jedną po drugiej, niemal każda ma jakiś urokliwy zakątek. Jadąc do Pagu warto się też zatrzymać w punkcie widokowym na górze, skąd rozpościera się cudowna panorama na miasto i zatokę. Zresztą wzdłuż całej drogi z Vidalići do Pagu jest wiele punktów widokowych, w których można zrobić cudowne zdjęcia.

Niestety o Zadarze Wam nic nie napiszę, bo nie odwiedziliśmy tego miasta. Zadar nie znajduje się bezpośrednio na Pagu, ale spędzając wakacje na wyspie możemy tam się wybrać, gdyż nie jest aż tak daleko. 

Tyle udało się nam zobaczyć podczas 10-dniowego pobytu na wyspie Pag. Jest to bez wątpienia idealna chorwacka destynacja na spokojny urlop z dala od zgiełku i tłumu turystów. Kto jednak szuka rozrywkowych wrażeń znajdzie je bez problemu w Zrce Beach, tam impreza trwa cały czas, a po nocy pełnej szaleństw będzie mógł odpocząć nad brzegiem morza.

Praga na weekend i nie tylko

Pierwszy raz w Pradze byłem 16 lat temu. Od razu spodobało mi się to miasto. Byłem pod dużym wrażeniem, pamiętam wtedy była wczesna jesień, zimne poranki, ale piękne jesienne słońce pozwoliło na całodzienną wycieczki po Pradze. Szybka decyzja pociąg nocny do Pragi z Krakowa i o poranku wysiadaliśmy już na dworcu głównym w Pradze. Tym razem wybrałem się ze znajomymi autem, jest to około 6 godzin jazdy samochodem z Krakowa. Można jechać do przejścia granicznego w Gorzyczkach i wtedy na całej długości drogi jedziemy autostradą. Można też wybrać drogę przez Kłodzko, Duszniki Zdrój i przekraczać granicę w Kudowie, wtedy pojedziemy dłużej po polskiej stronie. Jadąc do Pragi przekraczaliśmy granicę w Kudowie, a wracając w Gorzyczkach. Biorą pod uwagę roboty drogowe przejazd obiema trasami zajmuje podobny czas. 

Brama Prochowa

W Pradze mieliśmy zarezerwowany hotel niemal w samym centrum miasta, dosłownie 5 minut od pieszego deptaku. Polecam IBIS Old Town z parkingiem podziemnym, smaczne śniadania, duży wybór, blisko wszędzie, na krótki wypad miejsce idealne. Z uwagi na panującą epidemię odpuściliśmy sobie wizyty w muzeach, kościołach, czy na zamku królewskim. Jednak miasto samo w sobie jest na tyle urokliwe, że spacerując można wiele zobaczyć i poczuć atmosferę miasta. Hotel znajdował się na ulicy Na Poříčí więc do Bramy Prochowej mieliśmy dosłownie 5 minut spacerem. Prowadzi ona do zabytkowego centrum miasta. Architektura bramy zbudowanej w stylu gotyckim jest charakterystyczna również dla kilku innych zabytkowych obiektów w centrum miasta. Idąc ulicą Celetná dojdziemy do samego Rynku. Tam znajdziemy zbudowany w podobnym stylu Praski Zegar Astronomiczny oraz Kościół Panny Marii przed Tynem. Kościół jest nieco schowany za przednim szeregiem kamienic więc z Rynku widać tylko charakterystyczne wieże. Do rynku od strony Bramy Prochowej dojdziemy też ulicą Štupartská. Zegar Astronomiczny to obowiązkowy punkt na zdjęcie pamiątkowe w centrum. Prawdę mówić ciężko znaleźć moment by było pusto w tym miejscu więc żeby zrobić zdjęcia przy Zegarze pozbawione w tle tłumu turystów polecam spacer porankiem po 7 rano, wtedy jest tam niemal zupełnie pusto i można zrobić ciekawe zdjęcia, pozbawione mistrzów drugiego planu.

Most Karola

Najpopularniejszą atrakcją turystyczną Pragi jest chyba zabytkowy XIV-wieczny Most Karola, który prowadzi w kierunku wzgórza zamkowego na Hradczanach. Architektura bram Mostu Karola po obu stronach Wełtawy jest podobna do wcześniejszych zabytków, o których Wam pisałem. Tam zawsze są tłumy, największe chyba wieczorem, ale jeśli zrobicie sobie spacer o 7 rano jest puściutko, polecam unikniecie tych wielkich tłumów i możecie się cieszyć w ciszy wspaniałą panoramą z zamkiem w tle. Idąc ulicą Mostecká dojdziecie do Kościoła Św. Mikołaja, a stamtąd już dosłownie kilka kroków do zamku. Można iść ulicą Thunovská, ale osobiście polecam Nerudova i Úvoz, trochę dalej, ale można podziwiać zatrzymując się na krótkie przerwy piękną panoramę miasta. 

Katedra Św. Wita

Zamek na Hradczanach to takie mini miasto w mieście, nad którym górują wieże Katedry Św. Wita. Z daleka wydaje się, że te wieże są centralną część zamku. Architektura katedry robi niesamowite wrażenie. Również zbudowana w stylu gotyckim, a cała zewnętrzna sztukateria ozdobna jest wspaniała. Niestety ze względu na panujące uwarunkowania odpuściliśmy sobie zwiedzanie katedry i zamku. Na terenie zamku znajduje się również urokliwa Złota Uliczka, na którą wstęp jest niestety płatny. 16 lat temu można tam było wejść za darmo, teraz już nie. Dobrze, że mam zdjęcie z tamtego okresu. Z wybranych punktów wzgórza zamkowego rozpościerają się niesamowite widoki na piękną panoramę miasta. Najlepsze zdjęcia uzyskamy stojąc na stopniach pomnika Tomasza Masaryka, który znajduje się na placu zamkowym. Muszę stwierdzić, że czułem się tak jakbym był w Budapeszcie. Układ urbanistyczny tych miast jest nieco zbliżony. Stare miasto po jednej stronie rzeki, a zamek po drugiej. 

Ze wzgórza zamkowego dojdziemy spacerem do Letenskiego Parku, fajne rekreacyjne tereny położone w sąsiedztwie wzgórza zamkowego, doskonałe na letni piknik. Kiedyś znajdował się tam największy pomnik Stalina, obecnie w miejscu pomnika znajduje się Praski metronom. 

Zegar Astronomiczny

Jednak zarówno wyprawa na wzgórze zamkowe jak i do wspomnianego parku jest nie lada wyczynem jak na termometrze jest 32°C, a na niebie nie ma ani jednej chmurki. Podczas naszego pobytu na terenie parku funkcjonował otwarty cyrk akrobatyczny, w ciągu dnia akrobaci ćwiczyli do wieczornego pokazu, a my mogliśmy usiąść w cieniu i ochłodzić się czeskim, zimnym piwem. Zorganizowana była tam przestrzeń dla food trucków, gdzie można było coś szybkiego zjeść i czegoś się napić, w tak gorący letni dzień. 

Ciekawym miejscem jest również Stary Cmentarz Żydowski, wyglądający niemal jak z horroru.  Bez wątpienia w Pradze jest też wiele interesujących muzeów jak Muzeum Żydowskie, Muzeum Franza Kafki, Sex Muzeum i wiele innych. W normalnych warunkach pewnie odwiedzilibyśmy te miejsca, teraz jednak nie chcieliśmy ryzykować. Idąc do zamku warto jeszcze po przejściu Mostu Karola zboczyć z głównej ulicy Mostecká i zobaczyć grafitti inspirowane Lenonem, my tam niestety nie dotarliśmy, ciekawa jest też najwęższa w Pradze uliczka, gdzie zamontowano dla przechodniów sygnalizację świetlną bo jest tak wąsko. Jak zejdziemy z Mostu Karola idąc w kierunku zamku to grafitti mamy po lewej stronie, a tę uliczkę na prawo. Warto się też przejść Mostem Manesa, z którego można zrobić ciekawe zdjęcie na Most Karola, który jest przepięknie podświetlony po zmroku. 

W okolicy Mostu Karola udało się nam również zobaczyć na brzegi rzeki rodzinę nutrii, maluchy wyglądały uroczo. 

Plac Wacława

Będąc w Pradze, warto się również udać na spacer na Plac Wacława, to takie praskie Pola Elizejskie. Niestety trwały tam prace remontowe więc wrażenia estetyczne były ograniczone. Od wschodniej strony plac zamyka Budynek Muzeum Narodowego, który góruje nad placem. Szczególnie atrakcyjnie jego architektura prezentuje się z nocną iluminacją. 

Całe zabytkowe centrum Pragi od dworca kolejnego aż po Zamek na Hradczanach można przejść piechotą. W Pradze działa metro podziemne, ale nie ryzykowaliśmy korzystania z publicznych środków komunikacji. Dziennie przechodziliśmy około 15 kilometrów, ale piękna architektura, niesamowita panorama miasta i cudowne letnie słońce wynagradzały trudy pieszych spacerów. 

Na koniec jeszcze kilka słów o kuchni czeskiej. Niestety Czesi nie należą do mistrzów gotowania. Ich kuchnia jest raczej prosta i lekko tłusta, ale raz na jakiś czas można spróbować wyprażanego sera, obowiązkowo z sosem tatarskim, knedlików czeskich, czy zupy gulaszowej.  To z czego Czesi są natomiast znani to piwo, któremu nie można się oprzeć będąc w stolicy Czech. Jest to obowiązkowy napój do każdego posiłku, bo jak będąc w Czechach nie napić się czeskiego piwa.

W Pradze spędziliśmy niecałe dwa dni. Czy to dużo czy mało, jak na takie miasto, chyba trochę za mało, ale w warunkach pandemii wystarczyło, jeśli się nie zwiedza zabytków w środku. To piękne miasto, położone około 170 kilometrów od granicy polsko-czeskiej należy do najurokliwszych stolic europejskich. Mam nadzieję, że nie minie kolejne 16 lat nim zawitam tam po raz kolejny. Jeśli jeszcze nie odwiedziliście stolicy naszych południowych sąsiadów, gorąco polecam, warto tam spędzić nawet jeden dzień…

Goran Karan, Plaża Bačvice i co łączy Split z Grą o Tron, czyli ciekawostki ze Splitu i okolic

W ostatniej relacji opisałem Wam moje wspomnienia ze spacerów po cudownych zaułkach najstarszej części Splitu.

Ale Split to nie tylko promenada i urokliwa starówka. Na południowy – wschód od starówki i promenady, za stacją kolejową i dworcem autobusowym, ograniczona ulicą Šetalište Petra Preradovića znajduje się Plaża Bačvice. Cudowne miejsce, gdzie można wypocząć, poopalać się, popływać. Niestety piasek na plaży nie jest złocisty, tylko szaro – bury. Woda jest jednak błękitna i przezroczysta, jak w całej Chorwacji. Jak ktoś nie lubi wygrzewać się w słońcu na piasku, może sobie usiąść na jednej z ławeczek poustawianych wzdłuż deptaku ciągnącego się po zachodniej stronie Bačvic, w kierunku Parku Pomoraca. Z tej promenady jest też możliwe zejście bezpośrednio do morza. Park Pomoraca położony jest w stosunku do plaży na wzgórzu, na klifie. Aby tam się dostać musimy się cofnąć do ulicy Šetalište Petra Preradovića, przejść mostem Bačvice nad torami i już jesteśmy w parku. Z parku rozpościera się cudowny widok na morze, plażę i port, a na horyzoncie rysują się kontury wyspy Brač. Owszem, jest krótsza droga do parku prosto z plaży, ale trochę niebezpieczna, musimy przecisnąć się między ogradzającą wzgórze siatką, uważając by nie spaść na dół, jest tam dosyć wąsko więc jakbyście wybierali tę drogę, to uważajcie. No ja wybrałem tą droge, ale do plaży wracałem już przez most i od strony ulicy.

Park Pomoraca

O tej porze roku w parku panowała cisza i spokój, zero innych turystów, tylko słońce, szum morza, ja i te piękne widoki. Niestety pozostała cześć wycieczki została na plaży. Można usiąść na ławce z widokiem na morze i korzystać z promieni słonecznych napawając się tym pięknym widokiem i ciszą. Z góry można zrobić fajne zdjęcia portu oraz plaży Bačvice. Najlepsze zdjęcia plaży można zrobić z pozostałości ruin na skraju wzgórza, natomiast portu z zachodniej części parku.

W kierunku wschodnim od Bačvic, w kolejnej zatoczce znajduje się Plaża Ovčice, a następnie Plaża Firule. Nie jest to daleko, a idąc nadmorskim chodnikiem, czy promenadą, w sumie nie wiem jak to nazwać, możemy przejść kolejno od jednej plaży do drugiej i następnej  i wrócić z powrotem do Bačvic. Przy plażach znajdują się liczne bary i restauracje, które o tej porze roku były w większości zamknięte, ale w sezonie wszystko jest czynne, a tłumy turystów przewijają się we wszystkich kierunkach. Ja jednak wolę ten spokój i ciszę, które tam panują o tej porze roku, choć muszę przyznać, że z uwagi na idealną pogodę i piękne słońce nie brakowało spacerowiczów. 

Ciekawostką jest, że w niedzielne przedpołudnia na plaży Bačvice, można spotkać znanego chorwackiego piosenkarza Gorana Karana, grającego w piłkę. Posłuchajcie sobie Jego piosenek, są cudowne w chorwackim klimacie. „Ruzo moja bila” totalnie rozkleja człowieka, zawsze mam ciarki słuchając tej piosenki. Tyle o tej części Splitu i Plaży Baćvice.

Plaża Za Pse

Na zachód od Splitu znajduje się Park Šuma Marjan, z cudownymi miejscami, czyli  Plażą Za Pse i Kasjuni. Jest tam charakterystyczny cypel wychodzący w morze, na którym rosną palmy, co stwarza wrażenie klimatu rodem niemal z Hawajów. Jedyną bolączką chorwackich plaż jest brak piasku, tylko drobne kamyczki, na których ciężko się wygodnie ułożyć, po prostu trzeba mieć leżak i tyle. Woda jednak w każdym miejscu jest błękitna. Plażę Kasjuni odwiedziliśmy w Nowy Rok, panowała tam cisza i spokój, przez połowę dnia praktycznie byliśmy tam sami, co jakiś czas przebiegał tylko ktoś trenujący jogging, a dopiero po południu zaczęli się pojawiać inni spacerowicze. Do plaży Kasjuni można dojechać miejskim autobusem z przystanku znajdującego się na zachodnim końcu Splitskiej Rivy, przy Placu dr. Franje Tudmana (przystanek Sv. Frane). Przejazd zajmuje około 15 minut. Te miejsca w okolicach Splitu udało mi się zobaczyć spędzając te kilka dni w tym cudownym mieście.

Wracając do samego Splitu, nie napisałem Wam jeszcze o jednym ciekawym miejscu na starówce, do którego trafiłem przez przypadek. Jest do Brązowa Brama, a raczej jej podziemia, którymi przejdziemy do ulicy Iza Vestibula. W odrestaurowanych podziemiach urządzony jest pasaż z pamiątkami, przypominający mi krakowskie Sukiennice. Nie są to zamknięte sklepiki, ale pojedyncze stragany sąsiadujące ze sobą, całość na noc zamykana jest kratami od strony wejść, półkoliste sklepienia posiadają ciekawą iluminację, która dodatkowo nadaje klimatu temu miejscu. Jest to miejsce warte odwiedzin, stąd to uzupełnienie poprzedniego wpisu o starówce.

Złoty Róg

Ponieważ moi przyjaciele już wiele lat temu zakochali się w Chorwacji i jej klimacie, i co roku spędzają tu wakacje więc odwiedziliśmy jeszcze jedno miejsce. Odbyliśmy wycieczkę promem na sąsiednią wyspę Brač, gdzie rokrocznie spędzają letni urlop. Śmieję się, że powinni tam kupić dom letniskowy, byłoby kogo odwiedzać. Wyspa, podobnie jak reszta Chorwacji ma swój urok i wiele ciekawych miejsc do odwiedzenia. Podróż promem trwa niecałą godzinę. O tej porze roku nie było problemu z kupnem biletów, w szczycie sezonu też można kupić bilety na prom bez problemu, ale z tego co mówili moi przyjaciele wszędzie są ogromne korki i możemy nie zabrać się na prom, o godzinie na którą planowaliśmy przeprawę. Z Brača pochodzi ten biały kamień, o którym już Wam pisałem. Na wyspie znajduje się również należąca do najładniejszych na świecie Plaża Złoty Róg. My widzieliśmy ją tylko z góry, po prostu nie było na tyle czasu by objechać całą wyspę i zdążyć na popołudniowy prom powrotny. Warto odbyć spacer portową promenadą w Supetarze. Udało się nam również dojechać do Pučišćy, która słynie z tradycji rzeźbiarskich, znajduje się tam szkoła rzeźbiarska, w której ręcznie wykonywane są cuda z tego białego kamienia. Podobno kamień ten był wykorzystany do budowy Białego Domu w Waszyngtonie. W Postirze znajduje się z kolei fabryka Sardina, w której warto zrobić większy zapas tuńczyka w oliwie lub sardynek, wyroby te są naprawdę przepyszne. Oczywiście odwiedziliśmy również i kwaterę, w której moi przyjaciele spędzają letni urlop. Takim sposobem, bogatsi w kolejne wspomnienia i chorwackie smakołyki późnym popołudniem wracaliśmy z powrotem do Splitu. Tyle udało mi się zobaczyć zaledwie w ciągu 3 dni, mało jak na te miejsca, a zarazem bardzo dużo.

Na koniec jeszcze kilka praktycznych rad przed wyjazdem do Splitu. Bez wątpienia spędzenie sylwestra w Splicie jest doskonałym pomysłem, fakt droga w te i z powrotem zajmuje praktycznie 24 godziny, ale wyjazd jest wart takiego poświęcenia, zwłaszcza jak mamy kierowców, którzy mogą się w trakcie podróży zamieniać przy prowadzeniu auta. Pogoda jest idealna jak na tę porę roku, słońce, czyste niebo i temperatura w granicach 13 do 15°C, a może się i zdarzyć około  20°C. Owszem wieczorem trzeba mieć grubszą kurtkę, szalik i rękawiczki, ale taki chłód jest niestraszny. Jednak Split polecam nie tylko na Sylwestra, ale i na wakacje, dłuższy lub krótszy urlop.

W większości miejsc musimy płacić gotówką, Chorwaci nie lubią obsługi bezgotówkowej, choć coraz częściej dostępne są płatności kartowe. Na szczęście bankomaty dostępne są praktycznie na każdej ulicy więc o wypłatę pieniędzy nie musimy się martwić. 

Maslina

W restauracjach nie zawiedziemy się na jedzeniu, wiadomo natomiast, że przy promenadzie jest najdrożej, warto poszukać mniejszej restauracji w tych wąskich uliczkach, a na pewno będzie przepysznie, no i taniej. My przez przypadek znaleźliśmy Pizzerię Maslina, w której stołowaliśmy się aż trzy razy. Restauracja nie znajduje się bezpośrednio przy deptaku Marmontova, ale jest lekko ukryta między murami i za wąskim przejściem najpierw po schodkach, a później wzdłuż muru między kamienicami. W godzinach szczytu, bez rezerwacji, ciężko jest tam o stolik, no cóż jedzenie serwowane tam jest doskonałe. Punktem orientacyjnym jest placyk przy deptaku Marmontova, przy domu towarowym, w którym znajduje się ZARA, a restauracja znajduje się w głębi placu po prawej stronie, po schodkach w górę.

Muzeum Gry o Tron

Z innych ciekawostek, w okolicach Splitu były kręcone zdjęcia do Gry o Tron, a w samym Splicie przy ulicy Nelipica znajduje się Muzeum Gry o Tron i sklep z gadżetami z filmu.

Kto zgłodnieje po nocnych eskapadach po Splicie, polecam do północy czynna jest piekarnia przy ulicy Zagrebačka po przeciwnej stronie bazaru, w pobliżu przystanku autobusowego, a druga po sąsiedzku, z tego co kojarzę jest otwarta przez całą dobę. To dobre rozwiązanie by szybko zaspokoić głód w nocy. Zakupy polecam robić w supermarketach sieci Konzum, kupicie tam wszystko w przystępnych cenach.

To chciałem Wam napisać o Splicie, nie sposób się w nim nie zakochać nawet, będąc tam w grudniu. Piękne miasto, tajemnicze uliczki z ruinami, doskonałe jedzenie, cudowna atmosfera śródziemnomorska, palmy, słońce, mili ludzie. Czego więcej potrzeba do wypoczynku. Wybierzcie się tam choć raz, a sami się przekonacie, że będziecie chcieli tam jeszcze wrócić i to nie raz. Udanych podróży Drodzy Czytelnicy…

Split, cudowna perełka na chorwackim wybrzeżu

Już dawno miałem opisać moje wspomnienia z pobytu w Splicie, ale jakoś brakowało czasu. Teraz jest go więcej, również i u mnie więc postanowiłem się z Wami podzielić moimi wspomnieniami i ciekawostkami, z których może ktoś kiedyś skorzysta, wybierając się do Splitu, jak ta cała obecnie zwariowana sytuacja się unormuje, bo naprawdę warto. Może ktoś, siedząc teraz na przymusowej kwarantannie w domu też usiądzie i poczyta o moich podróżach, uciekając w ten sposób od tych negatywnych informacji zewsząd nas otaczających.

Split to taka w mojej ocenie chorwacka Nicea, przynajmniej tak mi się kojarzy przez nadmorską Rivę, choć w Nicei nigdy nie byłem. Do Splitu możemy dojechać z południa Polski samochodem w ciągu około 12 godzin. My w Splicie postanowiliśmy wspólnie ze znajomymi spędzić ostatniego Sylwestra. Ponieważ Sylwester wypadał we wtorek w drogę wyruszyliśmy z samego rana w sobotę, by wieczorem cieszyć się już spacerem po Splitskiej Rivie. Wyjeżdżaliśmy o 6 rano z Krakowa, a około godziny 19.00 byliśmy już w Splicie. 

Nocleg mieliśmy zarezerwowany na ulicy Radunica, w odległości 10 minut spacerem od centrum i promenady. Super apartament w jednej ze starych kamienic, coś niesamowitego i do tego tak blisko najważniejszych atrakcji. Te kamieniczki, chodniki wyłożone białym kamieniem z Brača, który wygląda jak marmur, tworzą niesamowity klimat starego miasta, który ja uwielbiam. Idąc ulicą Radunica wychodziliśmy wprost na bazar znajdujący się przy skrzyżowaniu ulic Zagrebačka i Poljana kreza Trpimira. Można tam było kupić świeże owoce i warzywa, pieczywo i inne lokalne przysmaki, a także odzież. 

Przechodząc wskroś przez bazar wychodzi się wprost na Srebrną Bramę, przez którą idąc dalej widzimy fragmenty ruin Pałacu Dioklecjana, natomiast idąc ulicą wzdłuż bazaru, w kierunku południowo-zachodnim, dojdziemy do nadmorskiej promenady, która robi nawet o tej porze roku niesamowite wrażenie, ale o tym trochę później.

Srebrna Brama

Wracając do Pałacu Dioklecjana, a raczej jego ruin, co tu dużo mówić, magia tego miejsca jest niesamowita. Była to rezydencja zbudowana przez cesarza Dioklecjana, w której miał osiąść po abdykacji zaplanowanej na 305 r. Cztery bramy wyznaczają granice dawnego pałacu, czyli Brama Srebrna, Złota, Brązowa i Żelazna. Już pozostałości Srebrnej Bramy, te surowe mury pozbawione okien, robią niesamowite wrażenie. Ruiny, częściowo zachowane kawałki murów i ścian pozbawione okien, masa różnych zakamarków, które odkrywamy za każdym kolejnym rogiem, wszędzie biały kamień na chodnikach, ten powiew tajemniczości odczuwa się spacerując w tych miejscach. Latem miejsca te są pełne turystów, ale zimą można spokojnie zwiedzać wszystkie zakamarki, nie czując na sobie oddechu innych turystów. Opuszczając ruiny, płynnie przechodzimy w dalszą części starówki, która jest jednym wielkim labiryntem wąskich i węższych uliczek, w których można się zagubić na kilka godzin. Wychodząc przez Żelazną Bramę wyjdziemy wprost na Plac Ludzi lub inaczej nazywany Pjaca, pełen restauracji i przyległych do nich ogródków, w których możemy na chwilę przysiąść przy zimnym piwie lub spróbować smakołyków chorwackiej kuchni. Przy placu znajduje się budynek Urzędu Miasta, tu też odbywają się liczne miejskie imprezy. Można powiedzieć, że ruiny przeplatają się z kamienicami, bo teren, który zajmował pałac był dość rozległy. Ruiny sąsiadują z kamienicami, w których zamieszkują mieszkańcy, a także znajdują się liczne sklepy z pamiątkami i nie tylko, restauracje oraz apartamenty pod wynajem dla turystów. Spacerując po zmroku można poczuć lekki dreszczyk emocji, mając wrażenie, że się zagubiło, ale bez obaw, krążąc po tych zakamarkach wąskich uliczek w końcu trafimy do miejsc, które już odwiedziliśmy i znajdziemy wyjście w stronę promenady, czy znajomych nam ruin pałacu, choć może się zdarzyć, że trafimy w ślepą uliczkę i będziemy musieli się cofać, szukając innej drogi.

Warto zatrzymać się przy Katedrze Św. Dujma, Placu Peristil, będącym centralnym placem pałacu. Spacerując pośród ruin dotarłem, nie wiem jak, do niesamowitego miejsca, z którego widok rozpościera się na całą Rivę. Patrząc z zewnątrz, od strony promenady, to w pozostałości muru po pałacowego widzimy trzy takie same zakratowane okna. W sezonie znajdują się tam stoliki jednej z okolicznych restauracji, ale miejsce jest niesamowite. Puste, pozbawione ludzi ruiny z oknami, przez które wdzierało się słońce do środka i ta cisza. To po prostu trzeba zobaczyć i znaleźć się w takim miejscu by czuć ten powiew tajemniczości i magii miejsca.

Ulica Marmontova

Głównym deptakiem jest ulica Marmontova, której wylot zaczyna się w zachodnim końcu Splitskiej Rivy. Można powiedzieć, że ulica ta zamyka zasadniczo stare miasto od zachodniej strony. Przy ulicy znajduje sie charakterystyczna fontanna, którą widzicie na zdjęciu obok. Do ulicy Marmontova, za pierzeją kamienic przylega Plac Republiki, który architekturą otaczających go kamienic przypomina nieco Plac Świętego Marka z Wenecji. Owszem, dalej też mamy te urokliwe uliczki, ale najciekawsze zakamarki znajdują się w części do tego deptaku. Od północy starówkę zamyka ulica Sinjska i Park Josipa Jurija Strossmayera. Przy parku znajduje się pokaźnych rozmiarów pomnik Biskupa Grzegorza z Ninu. Według legendy dotknięcie dużego palca lewej stopy posągu ma zapewnić zdrowie i szczęście. Nie mogłem nie zaryzykować i potarłem palucha, podobnie, jak i reszta moich przyjaciół. W uliczkach parku było o tej porze roku zorganizowane lodowisko, bardzo ciekawy pomysł, z którego przykład powinny brać polskie miasta.

Splitska Riva

Tyle o starówce. Od południowej strony najstarszą część Splitu zamyka Riva Splitska, promenada, która dla mnie wygląda jak z lazurowego wybrzeża. Cudowny deptak nad brzegiem morza, obsadzony palmami, z pasem niskiej zieleni od strony morza. Wśród tej zieleni ustawione są ławki, gdzie możemy usiąść i napawać się widokiem morza, zachodem słońca, czy tych niesamowitych ruin. W ciągnących się wzdłuż promenady kamienicach, wbudowanych w pozostałości Pałacu Dioklecjana, znajdują się liczne restauracje oferujące doskonałe jedzenie. Nie sposób się nie zakochać w tej promenadzie. Palmy, słońce, niebieska woda, czego więcej potrzeba i to 30 grudnia, kiedy w Polsce śnieg i mróz. 

Przed każdą z restauracji znajduje się ogródek piwny, gdzie można wypić drinka, zjeść obiad, czy kolację. Od pierwszego dnia adwentu do 6 stycznia przy promenadzie rozstawiona jest scena, poustawiane budki z grzanym winem i różnymi smakołykami, a każdego wieczoru rozbrzmiewa muzyka i odbywają się koncerty. Coś niesamowitego, o czym w Polsce nam się nawet nie śniło. Okres, w którym ludzie wspólnie spędzają czas, cieszą się. Wiem, wiem, klimat chorwackiego wybrzeża sprzyja takiej organizacji życia miejskiego, ale nawet ta organizacja lodowiska, te budki, przy których spotykają się ludzie to coś niezwykłego. U nas tylko w największych miastach, coś się próbuje organizować, ale tylko w ramach jarmarku świątecznego, a tam radość i zabawa trwa od początku grudnia do pierwszych dni stycznia. Powinniśmy korzystać z takich przykładów organizacji około świątecznego życia miejskiego, a nie tylko zamykać się na religijny aspekt przeżywania świąt Bożego Narodzenia.

To jest Split, w którym ja się zakochałem, cudowny, uroczy, tajemniczy i mający w sobie to coś, co przyciąga. Na pewno chciałbym jeszcze tam kiedyś wrócić i jeśli tylko będę mógł bez wątpienia wrócę. Chyba trochę się rozpisałem, ale to i tak niedużo, o tak cudownym mieście. W kolejnym wpisie podam jeszcze przydatne i praktyczne informacje, które możecie wykorzystać wybierając się do Splitu, będzie jeszcze o innych ciekawych miejscach, ale już nie w samym centrum miasta, o doskonałej kuchni, a może jeszcze mi się coś ciekawego przypomni, to też o tym napiszę. I przepraszam tych, którzy znają chorwacki język, gdyż mogły się pojawić błędy w oryginalnych nazwach miejsc lub ulic, niestety nie znam chorwackiego i wspomagałem się w tym zakresie informacjami z Internetu.

Tort bezowy pavlova z kremem mascarpone i amaretto

Z tym deserem zmierzyłem się po raz pierwszy. Największy problem jest w przygotowaniu samej bezy. Do tego wyzwania zachęcił mnie program, w którym Jamie Oliver przygotowywał bezę z marshmello. Ja postawiłem na tort bezowy z kremem mascarpone z dodatkiem amaretto.

Do bezy potrzeba białek z 8 jaj, szczyptę soli i 400 gram drobnego cukru. Do przygotowania kremu potrzeba 0,5 kg serka mascarpone, 4 łyżki cukru, 5 żółtek.

Zaczynamy od bezy. Zasadniczo oparłem się na przepisie Jamiego Olivera, ale poczytałem też inne wersje w Internecie. Jajka muszą być w temperaturze pokojowej, a nie mocno schłodzone. Białka ubijamy mikserem na niskich obrotach z odrobiną soli do uzyskania piany, potrwa to około 5 minut. Następnie dodajemy stopniowo cukier i ubijamy dalej do uzyskania gładkiej, świecącej konsystencji piany i na tyle by cukier rozpuścił się i nie były wyczuwalne po spróbowaniu kryształki cukru. Potrwa to kolejne 10 minut, ale białka będą ubite idealnie, no i cały czas robimy to na niskich obrotach. 

Piekarnik rozgrzewamy do 130°C z włączonym termoobiegiem, blachy wykładamy papierem do pieczenia, możemy go od spodu przykleić do blachy odrobiną piany, to nam zagwarantuje, że podczas pieczenia papier się nie podniesie i nie zdeformuje naszej bezy. Ubite białka dzielimy na dwie porcje i rozsmarowujemy je na papierze do pieczenia w kształcie kół o średnicy do 25 centymetrów. Oba blaty pieczemy na raz na różnych poziomach przez 1h 20 min w 130°C z włączonym termoobiegiem. Upieczone bezy trzymamy w piekarniku aż do wystygnięcia. Ja trzymałem w piekarniku uchylonym, ale następnym razem spróbuję wystudzić w zamkniętym, zobaczymy czy wpływa to na konsystencję środka bezy. Jestem bardzo dumny z siebie, gdyż piekłem bezę pierwszy raz i nie wyszła gumowata, co może być problemem. Z zewnątrz była idealnie krucha, a w środku piankowata, wilgotna, ale nie gumowata.

Gdy beza się studzi możemy przygotować krem. Żółtka ubijamy z cukrem aż uzyskamy puszysty, biały kogel mogel. Następnie dodajemy serek mascarpone i dalej ubijamy, ale już na niższych obrotach do uzyskania gładkiego kremu. Na koniec dodajemy 3 lub 4 łyżki amaretto i całość mieszamy już łyżką. Gotowy krem wkładamy do lodówki by się schłodził. 

Krem się schłodził, blaty wystygły więc możemy przystąpić do składania tortu. Bezy oddzielamy od papieru do pieczenia, mogą być lekko przyklejone więc róbmy to ostrożnie by ich nie połamać, bo są dość kruche i delikatne. Blachę, na której będziemy składać tort proponuję wyłożyć papierem do pieczenia. Ładniejszy wizualnie blat kładziemy na spód, rozsmarowujemy cały krem i przykrywamy delikatnie drugim blatem. Oto cały sekret tortu bezowego pavlova. Możemy go z wierzchu udekorować bitą śmietaną i owocami. Ja tego nie zrobiłem, ale sam smak kruchej słodkiej bezy i doskonałego kremu z nutą amaretto idealnie ze sobą współgrały i nie potrzebowały innych dodatków. 

Przygotowanie bezy pavlova nie jest aż tak trudne, jak by się mogło wydawać. Cały sekret tkwi we właściwym ubiciu białek. Próbujcie, na prawdę warto, bo jest to przepysznie przepyszny deser i bardzo elegancki.

Penne z kurczakiem w sosie tymiankowym z pesto

Dzisiaj prosty, szybki i smaczny przepis z lekkim powiewem smaków Włoch. Makarony zawsze się sprawdzą i raczej trudno popsuć danie z wykorzystaniem makaronu. Bardzo lubię pesto zielone, a udało mi się kupić w promocji więc postanowiłem, nie zwlekając na inny czas, od razu przygotować jakieś danie właśnie na bazie zielonego pesto. Osobiście polecam pesto z Barilli. Do mojego przepisu oczywiście potrzebny będzie makaron, penne sprawdza się doskonale do takich dań, do tego dwa filety z piersi kurczaka, dwie łyżki suszonego tymianku oraz kubek śmietany 18%, trochę oliwy, sól i pieprz do smaku. Mięso kroimy na w miarę małą kostkę obsypujemy tymiankiem, zalewamy odrobiną oliwy i odstawiamy na kilka godzin, a najlepiej na całą noc.  

Zamarynowane mięso smażymy na rozgrzanej patelni aż zacznie nabierać lekko złotawego koloru, możemy jeszcze dodać trochę tymianku, jeśli chcemy uzyskać wyraźny tymiankowy posmak. W międzyczasie gotujemy makaron w osolonej wodzie, bez dodatku oliwy. Makaron powinien być al dente. Gdy mięso zacznie nabierać koloru dodajemy kilka łyżeczek pesto i odrobinę wody z gotowania makaronu by uzyskać konsystencję sosu. Całość dusimy kilka minut by sos nabrał gładkiej konsystencji, a następnie dodajemy śmietanę i doprawiamy solą i pieprzem do smaku. Jeśli stwierdzimy, że sos jest zbyt łagodny możemy jeszcze dodać trochę pesto. Pamiętajmy tylko, że pesto jest dość słone, i jeśli makaron ugotujemy w zbyt osolonej wodzie lub zbytnio posolimy wcześniej kurczaka możemy przesolić nasze danie.

Odcedzony makaron dodajemy do sosu i jeszcze chwilę trzymamy na wolnym ogniu mieszając by cały makaron oblepił się sosem. Możemy jeszcze dodać kilka łyżek wody jeśli stwierdzimy że danie jest za „suche”. Z tego co czytałem, Włosi zawsze dodają tą wodę spod gotowania i mieszają jeszcze na patelni makaron z sosem. Tak przygotowane danie posypujemy na talerzach świeżo startym parmezanem. Smakuje przepysznie, polecam, sos śmietanowy z pesto doskonale pasuje do makaronu i kurczaka.

Tajemniczy Halifax, urokliwy Lunenburg i niesamowite widoki na Cape Breton, czyli moje wspomnienia z Nowej Szkocji

Nowa Szkocja była ostatnim, no może prawie ostatnim celem naszej podróży po Kanadzie. Na pewno była ostatnim punktem wyprawy po wschodnim wybrzeżu Kanady. Nowa Szkocja jest prowincją kanadyjską obejmującą cały półwysep o tej samej nazwie, wyspę Cape Breton i kilka mniejszych wysepek. Nowa Szkocja jest na tyle atrakcyjną turystycznie prowincją, że warto tam spędzić przynajmniej kilka dni, zwłaszcza w okresie lata i wczesnej jesieni. Największym miastem i stolicą prowincji jest Halifax. Halifax to miasto portowe położone po południowej stronie półwyspu, od strony oceanu. Najciekawszym miejscem Halifaxu w mojej ocenie jest nabrzeże portowe z licznymi barami i restauracjami, miejscem spotkań turystów i mieszkańców miasta oraz wzgórze, na którym znajduje się Cytadela. Spacer promenadą, przy której zlokalizowana jest cała masa restauracji, należy do jednych z przyjemniejszych atrakcji. Możemy oglądać zacumowane w porcie statki oraz uroczą latarnię na wysepce Georges Island. W porcie znajduje się również Discovery Center z licznymi naukowymi ciekawostkami dla najmłodszych. Zaledwie kilka minut spacerem od nabrzeża zlokalizowany jest budynek Urzędu Miasta, przy którym postawiono w kształcie łuku triumfalnego pomnik, poświęcony pamięci tych, którzy zginęli chroniąc Nową Szkocję. Niewielki park, zlokalizowany przy Urzędzie Miasta pozwala na krótki wypoczynek. 

Halifax

Idąc dalej ulicą Carmichael dojdziemy do wzgórza Cytadeli. Ze szczytu wzgórza rozpościera się widok na całą panoramę miasta. U stóp Cytadeli znajduje się zabytkowy budynek z zegarem miejskim.  W kwartale ulic między wzgórzem Cytadeli, a nabrzeżem znajduje się chyba największe nasycenie barów i restauracji, niestety nie należą one do najtańszych. Korzystając z pomocy Tripadvisora trafiliśmy do restauracji Bluenose, przy skrzyżowaniu ulic Hollis i Duke, w której serwują jedne z najlepszych homarów. Popularność restauracji jest na tyle duża, że miejsce należy sobie wcześniej zarezerwować. My weszliśmy tam prosto z ulicy więc miejsc wolnych nie było i musieliśmy sobie zarezerwować stolik. Ponieważ czas oczekiwania wynosił około 40 minut, w międzyczasie zrobiliśmy sobie szybki spacer na wzgórze Cytadeli. Było jeszcze jasno więc udało mi się zrobić kilka zdjęć panoramy miasta, jednak dość zimny wiatr skutecznie nas poganiał nie pozwalając na dłuższy pobyt na wzgórzu.  

Halifax

Z ciekawostek, w Halifaxie na cmentarzach lokalnych pochowana jest największa liczba ofiar tragedii Tytanica. Te stare cmentarze nadają miastu tajemniczo-mroczny charakter, szczególnie po zmroku. Hotel Waverley Inn, w którym mieliśmy zarezerwowany nocleg był urządzony w starym stylu, który przypominał wystrój Tytanica. To też potęgowało nastrój tajemniczości i mroczności, przywołując wspomnienia tamtej tragedii. Tak, czy owak polecam nocleg w tym hotelu. Jest zlokalizowany blisko centrum, posiada własny prywatny parking więc warto tam się zatrzymać.  Halifax był naszą bazą wypadową na południe półwyspu. Po przyjeździe z Nowego Brunszwiku odbyliśmy tylko krótki spacer po mieście, gdyż przyjechaliśmy dość późno, a kolejnego dnia mieliśmy zaplanowaną dość długą wycieczkę. Niestety z uwagi na późną porę nadbrzeżny deptak był wyludniony, ulice też były puste więc pierwsze wrażenie nie było dla mnie imponujące, raczej mroczne, owiane nutą tajemnicy i wspomnieniem tamtej tragedii. 

Lunenburg

Planem na kolejny dzień była wycieczka objazdowa po południowej części półwyspu. Objazd południowej części półwyspu z powrotem do Halifaxu do trasa długości ponad 600 kilometrów. Taki był pierwotny plan, który jednak musiał ulec modyfikacji, ponieważ drogi są wąskie i na większości odcinków jest ograniczenie prędkości do 60 lub 70 km/h. Do tego mieliśmy zaplanowany tylko jeszcze jeden nocleg w Halifaxie, a chcieliśmy pospacerować po mieście jeszcze za dnia. Ostatecznie plan objął objazd południowej części półwyspu przez środek lądu do Parku Narodowego Kejimkujik i powrót tą samą trasą do Halifaxu. Po drodze odwiedziliśmy urokliwe miasteczko Lunenburg, którego zabytkowa, stara część wpisana jest na listę dziedzictwa UNESCO. To miasteczko jest obowiązkowym punktem podczas wycieczki na południe Nowej Szkocji. Warto przespacerować się wąskimi uliczkami w kierunku nabrzeża, które ciągnie się wzdłuż ulicy Bluenose Dr. Praktycznie w każdej restauracji serwowane są homary, które oczekują na klientów w akwariach na wystawach restauracji. Warto usiąść na chwilę na ławeczce nad samą wodą lub w barach, z bezpośrednim widokiem na zatoczkę. Z Lunenburgu pojechaliśmy w kierunku Parku Narodowego Kejimkujik, mijając po drodze miasteczko Mahone Bay, w którym odbywał się festyn na cześć założycieli miasta. To było specyficzne przeżycie, całe miasto było ozdobione lalkami ludzkiego wzrostu, przedstawiającymi różnorodne postacie bajkowe i związane z historią miasta, mnie to bardziej kojarzyło się z Halloween i było bardzo osobliwe. 

Kejimkujik

Park Narodowy Kejimkujik to raj dla pasjonatów pieszych wędrówek, spokojnie można tam spędzić ze dwa dni w całkowitej izolacji od świata zewnętrznego. My zatrzymaliśmy się tam tylko na piknik, nad samym brzegiem jeziora Kejimkujik. Niestety o tej porze roku woda w jeziorze była dość zimna jak dla mnie więc nie odważyłem się nawet na krótką kąpiel. Z parku narodowego wracaliśmy z powrotem tą samą drogą do Halifaxu, szkoda bo okoliczności przyrody sprzyjały dłuższym spacerom, nas jednak nieubłaganie gonił czas. Krótki pobyt w Lunenburgu i Mahone Bay spowodował, że musieliśmy skrócić trasę przejazdu, chcąc jeszcze popołudniu pospacerować po Halifaxie. Czytałem, że miejscowością wartą odwiedzin jest Annopolis, położone po północnej stronie południowej części półwyspu, ale tam już nie dojechaliśmy. Popołudnie spędziliśmy zwiedzając Halifax, ale o atrakcjach tego miasta już Wam napisałem wcześniej.

Cape Breton

Kolejny dzień obejmował przejazd na wyspę Cape Breton. By zaoszczędzić czas przy powrocie do Quebecu, kolejny nocleg zarezerwowaliśmy na Wyspie Boularderie, by nie wracać już do Halifaxu. Północna część Nowej Szkocji jest cudowna, niesamowita, z bajkowymi panoramami. Wyspa Cape Breton połączona jest z lądem mostem nad kanałem Canso. Jadąc w kierunku północnym dotrzemy do Cape Breton Highlands National Park of Canada. Urokliwa trasa widokowa przez Cape Breton Highlands National Park of Canada należy do najładniejszych tras widokowych Ameryki. Podróż wybrzeżem z którego rozpościera się widok na ocean i klify jest niesamowitą atrakcją. Jadąc trasą Cabot Trail przez park nie wyobrażam sobie by zrezygnować z pieszej wycieczki po Skyline Trail aż do samego klifu, z którego widoki zapierają dech w piersiach. To bez wątpienia obowiązkowy punkt wycieczki w tym parku narodowym. Przejście od parkingu do klifu i z powrotem zajmuje około 1,5 godziny, ale przy słonecznej pogodzie widoki są cudowne, a idąc przez park można spotkać łosia, choć nam niestety nie udało się, a szkoda. Ciekawostką są wydzielone i zamknięte obszary parku z nowymi nasadzeniami otoczone ogrodzeniem, chroniącym młode drzewa przed łosiami. Zataczając koło na trasie Cabot Trail i kierując się w kierunku południowym warto zatrzymać się przy punkcie widokowym Lakies Head. Drewnianym pomostem dojdziemy to samego skalnego wybrzeża, a widoki jak w całym Cape Breton są niesamowite. Wycieczka po północnej części Nowej Szkocji, a dokładniej po wyspie Cape Breton zajęła nam praktycznie cały dzień. Widoki są tak niesamowite, że jazda samochodem nie wydaje się męcząca, a jest przyjemnością samą w sobie. Przed zachodem słońca udało się nam dotrzeć do motelu Travels Inn Victoria County, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg, więc jeszcze mogliśmy się zachwycać zachodem słońca nad cieśniną Great Bras d’Or, siedząc w pokoju z widokiem na okolicę i popijając drinka na zakończenie kolejnego, dość intensywnego dnia. Tak zakończyła się nasza podróż przez Nową Szkocję, następnego dnia czekała nas niesamowicie długa i męcząca trasa do samego Quebecu. O tej miniaturze Francji za oceanem już wkrótce, w kolejnym wpisie, do którego przeczytania już teraz serdecznie zapraszam.

Byward Market i beaver tail, czyli to z czym kojarzy mi się Ottawa

Kolejnym punktem na szlaku naszej podróży przez Kanadę była Ottawa. Ottawa to stolica i czwarte co do wielkości miasto Kanady. Ottawa nie jest aż tak atrakcyjna turystycznie jak Toronto. Jest zdecydowanie innym miastem, spokojniejszym, pozbawionym wielkomiejskiego rozmachu i luźniejszym turystycznie. Prawdę mówiąc, nie ma tam, w mojej ocenie, aż tylu ciekawych atrakcji, ale z uwagi iż to stolica Kanady, warto spędzić tu przynajmniej kilka godzin lub jeden dzień. Nam te kilka godzin w zupełności wystarczyło. 

Dojazd samochodem z Toronto zajmuje około 5 godzin, to nieco ponad 400 km. Nocleg mieliśmy zarezerwowany przy głównej ulicy miasta, Rideau Street,  więc w kierunku Parliament Hill udaliśmy się spacerem. Tak mi się wydaje, że to główna ulica miasta, bo przy niej zlokalizowane są największe sklepy i siedziba Parlamentu. Największą atrakcją miasta są chyba budynki samego Parlamentu i biblioteki Parlamentu, które nieco przypominają londyński Westminster. Niestety podczas naszego pobytu budynki znajdowały się w renowacji i otoczone były wysokim płotem, wkoło porozkładane rusztowania więc nie dało się nawet zrobić fajnych zdjęć. Spacer ograniczył się do wejścia na wzgórze i obejścia wokół budynków Parlamentu.

National Gallery

Ze wzgórza rozciąga się cudowny widok na rzekę Ottawa i położone na przeciwległym brzegu Hull, będące częścią sąsiedniego miasta Gatineau. Widać stąd również imponujący budynek Galerii Narodowej i Muzeum Historii Kanady. Na tyłach budynków Parlamentu, od strony rzeki znajduje się Victoria Tower Bell, dzwon, który pozostał po wieży zniszczonej w pożarze w 1916 r. Po północno-wschodniej stronie wzgórza znajduje się Major’s Hill Park, gdzie warto udać się na spacer. Możemy stąd podziwiać budynki Parlamentu górujące ponad koronami drzew. Parliament Hill i Major’s Hill Park oddziela kanał łączący dwie rzeki Ottawę i Rideau. W sąsiedztwie parku znajduje się imponujący budynek Fairmont Chateau Laurier z początku XX wieku, przypominający zamek z bajki, w którym mieści się 4-gwiazdkowy hotel. Dla miłośników sztuki polecam odwiedziny w Galerii Narodowej i Muzeum Historii Kanady, my tych atrakcji nie zaliczyliśmy, ale czytałem, że warto odwiedzić te miejsca. Niestety nie jestem zwolennikiem odwiedzin muzeów i galerii sztuki, wolę spacerować ulicami i chłonąć atmosferę miasta.

Byward Market

Kierując się w lewo od Parliament Hill, dojdziemy spacerem w ciągu kilkunastu minut do Byward Market. To takie turystyczne centrum Ottawy, w którym przewijają się tłumy turystów, aż do późnego wieczora. W centralnym punkcie znajduje się budynek hali targowej, niestety nim tam dotarliśmy budynek był już zamknięty, szkoda, bo uwielbiam spacery po takich miejscach. Musiałem więc zadowolić się spacerem po okolicznych uliczkach, które tworzą niesamowitą atmosferę tej okolicy. Warto się przejść ulicami George i William, są bardzo urokliwe. Po przeciwnej stronie hali targowej znajduje się klimatyczny budynek pubu irlandzkiego Aulde Dubliner & Pour House. Hala była zamknięta więc zasiedliśmy w piwnym ogródku przy pubie, pijąc piwo i obserwując przewijające się w we wszystkich kierunkach potoki ludzi. Trzeba przyznać, że do zmroku jest tam dość tłoczno. Będąc na Byward Market nie mogłem sobie odmówić lokalnej specjalności, czyli ogonów bobra. Bez obaw, to nie prawdziwe bobrze ogony, tylko placki z ciasta jak na pączki, smażone na głębokim oleju i podawane na słodko lub wytrawnie, a swoim kształtem przypominające ogon bobra, stąd taka nazwa. Mały bar Beaver Tails znajduje się przy skrzyżowaniu, zaraz obok hali targowej. To mała czerwona budka, na pewno ją zauważycie będąc w tym miejscu. 

Ottawa będzie mi się kojarzyła właśnie z Byward Market i Parliament Hill. Dla tych miejsc warto było się tu zatrzymać w drodze z Toronto w kierunku wybrzeża i spędzić sympatyczne popołudnie, delektując się piwem i próbując lokalnego smakołyku w kształcie ogona bobra.

Z Ottawy udaliśmy się do Montrealu. W porównaniu z Ottawą i Toronto, Montreal jest znacznie bardziej francuski. W końcu znajduje się we francuskiej prowincji Kanady, czyli Quebecu. O Montrealu będzie już w kolejnym wpisie, jest to zbyt duże miasto by zamknąć je w jednym wpisie z Ottawą. Zapraszam więc wkrótce na kolejne kanadyjskie wspomnienia i ciekawostki.

Ciasto jogurtowe z rabarbarem

Ciasto jogurtowe jest idealne na każdą porę roku. Przepis i przygotowanie jest tak proste, że ciasto to zagościło u mnie na stałe. Teraz w porze letniej, kiedy mamy dużo świeżych owoców naprawdę wyczarować wiele wariacji na temat tego ciasta. Przepis na samo ciasto już Wam podawałem, ale przypomnę jeszcze raz. Do przygotowania ciasta potrzeba 1 kubek jogurtu naturalnego (ja używam marki Zott 370 g), 1 kubek oleju, ¾ kubeczka cukru, 2,5 kubka mąki, 4 jaja, 1 łyżeczkę proszku do pieczenia, 1 łyżeczkę sody oczyszczonej i jedno opakowanie cukru waniliowego. Dodatkowo w tej wersji minimum 4 łodygi rabarbaru, jak dacie więcej ciasto będzie wilgotniejsze. Do odmierzenia proporcji wykorzystujecie kubek po jogurcie.

Rabarbar obieramy obieraczką do warzyw z zewnętrznych włókien i kroimy w kostkę średniej wielkości. Jogurt, jaja i olej łączymy mieszając trzepaczką. Nie korzystamy z miksera by ciasto było lekkie i puszyste. Następnie do mokrych składników dodajemy cukier, cukier waniliowy oraz rabarbar. Na koniec dajemy suche składniki, czyli przesianą mąkę, proszek do pieczenia i sodę oczyszczoną, a całość mieszamy już łyżką. Tak wymieszane składniki przełożyłem na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Używam standardowej, prostokątnej blachy. Ciasto piekłem w temperaturze 150°C z włączoną dolną blachą i termoobiegiem przez 25 minut, a następnie przez kolejne 20 minut w temperaturze 175°C. Ciasto jest upieczone jeśli przejdzie test suchego patyczka, czyli sprawdzamy wbijając patyczek w ciasto pod koniec pieczenia. Powinien być tłustawy, ale nie mokry, wtedy nasze ciasto jest upieczone. Ciasto wyszło puszyste i wilgotne.

Dodatek rabarbaru powoduje, że ciasto jest naprawdę wilgotne i lekkie, a kwaskowaty posmak zapewnia wrażenie orzeźwienia i nie powoduje, że ciasto wydaje się ciężkie. Próbujcie swoje wersje ciasta jogurtowego, gorąco zachęcam i wymyślajcie własne owocowe dodatki…