Tureckie schody i greckie świątynie, czyli perełki sycylijskiej prowincji Agrigento

Na Sycylii spędziliśmy dwa tygodnie. Nie wytrzymałbym tylu dni tylko leniuchując na plaży i objadając się pizzą i innymi smakołykami więc czas odpoczynku przeplataliśmy z wycieczkami po okolicy bliższej i dalszej od Castellamare del Golfo. Najdalszym celem wycieczki była Dolina Świątyń w okolicach Agrigento oraz Scala dei Turchi, czyli Schody Tureckie. Agrigento znajduje się na południu Sycylii, więc praktycznie trzeba było przejechać przez całą wyspę na samo południe. Miejscowość ta położona jest w odległości około 170 kilometrów od Castellamare del Golfo, w zależności którą drogę wybierzemy. Dojazd zajmuje ponad 2 godziny w jedną stronę. Jadąc możemy podziwiać krajobraz centralnej Sycylii, który tworzą głównie plantacje rolnicze lub całe wysuszone przez palące słońce połacie ziemi. Sama jakość dróg nie należy do najlepszych niestety, główne owszem są dobrze utrzymane, ale te lokalne są pełne dziur. 

Naszym pierwszym przystankiem były tzw. Schody Tureckie, do których dojedziemy drogą SP68, zjeżdżając z drogi SS115. Wspomniane schody, to białe, wapienne klify położone na południowym wybrzeżu, wyglądem przypominające tureckie Pamukkale. Nazwa związana jest jednak z historycznymi opowieściami o tureckich piratach, którzy w tym miejscu dostawali się na ląd, stąd nazwa Schody Tureckie (Scala dei Turchi). Obecnie klif ten nie jest dostępny bezpośrednio dla turystów, tylko ogrodzony. Patrząc na zdjęcia w Internecie, kiedyś można było chodzić po niższych tarasach. Zdjęcia można robić z góry z punktów widokowych, które znajdują się przy drodze lub z plaży. Praktycznie najlepiej zaparkować samochód przy drodze w pobliżu tych punktów widokowych, gdyż turystów jest tam bardzo dużo i bliżej plaży ciężko jest znaleźć miejsce. Z okolic tych punktów widokowych jeżdżą małe riksze motorowe, wyglądające jak spotykane w krajach azjatyckich tuk tuki, którymi można zjechać prosto do plaży. Koszt przejazdu za jedną osobę to 2 euro, jest to znacznie lepsze rozwiązanie niż pieszy spacer do plaży. Latem, palące słońce bardzo mocno daje się we znaki, a dodatkowo by zejść na plażę trzeba pokonać chyba około stu drewnianych schodów. Idąc już plażą można dojść do klifu i podziwiać go z dołu, niestety na sam kif nie wejdziemy, gdyż jak wspominałem jest on ogrodzony. Biorąc pod uwagę unikatowość miejsca i ilość odwiedzających turystów, zapewne z tego wynika brak możliwości spacerowania obecnie po tych śnieżnobiałych skałach. Nam wystarczył widok z daleka i możliwość zrobienia zdjęć z perspektywy. Kelner w plażowym barze powiedział nam, że  w tym dniu było wyjątkowo mało ludzi bo wiał mocny wiatr, w przeciwnym razie byłoby tam czarno od turystów. Chłodzące piwo w barze, tradycyjnie zakup pamiątkowych magnesów i wracaliśmy z powrotem na główną drogę do auta. Niestety nie było w pobliżu tych tuk tuków więc pod górę wspinaliśmy się już na własnych nogach, na szczęście nie po schodach, tylko po łagodnym zjeździe dla tych samochodzików. 

Z wybrzeża pojechaliśmy w kierunku Agrigento, a dokładniej do Doliny Świątyń. Dolina Świątyń jest wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO, zajmuje obszar 1800 hektarów. Położona jest na obszarze starożytnego miasta Akragas. Można się tam poczuć jak w starożytnej Grecji, a nie na włoskiej wyspie. Znajdują się tam jedne z najlepiej zachowanych ruin greckich świątyń. Niektóre ze świątyń widać już z drogi dojazdowej, co robi niesamowite wrażenie. W najlepszym stanie jest Świątynia Concordii, która wygląda jak ateński Partenon i Świątynia Hery.  Przy ruinach Świątynii Concordii znajduje się charakterystyczna rzeźba Ikara. Nad morzem wydawało się, że wieje przyjemny wiatr, a tam w słońcu było chyba ze 40 stopni Celsjusza. Do tego wycieczka nasza po tej dolinie przypadała na wczesne godziny popołudniowe, kiedy to temperatury są najwyższe, więc szybkim krokiem, obeszliśmy najciekawsze zachowane ruiny i podążyliśmy w kierunku auta. Na spokojne zwiedzanie polecam zarezerwować około 3 godziny. Wybierając się na zwiedzanie nie zapomnijmy o nakryciu głowy i butelce wody mineralnej, spacer w odkrytym terenie, w tak palącym słońcu, może się skończyć zasłabnięciem. Do Świątynii Concordii prowadzi droga w pełnym słońcu więc w godzinach południowych zwiedzanie całego obiektu jest dużym wyzwaniem wytrzymałościowym. Koszt biletu to 10 EUR za osobę. Bez wątpienia jest to ciekawe miejsce i warte odwiedzenia podczas pobytu na Sycylii.

Sycylia, cytrynowa wyspa…

Sycylia to największa wyspa na Morzu Śródziemnym. Bez wątpienia jest to bardzo ciekawa destynacja wakacyjna, dlatego postanowiłem Wam o niej napisać. Ja tam spędziłem ostatnie wakacje z rodziną i znajomymi i z chęcią wróciłbym tam za jakiś czas. Jest jeszcze wiele zakątków, do których niestety nie zdążyliśmy dotrzeć. W ubiegłym roku sama Madonna spędzała tam swoje urodziny, w tym samym czasie co my byliśmy, ale niestety nie udało się nam Jej spotkać. 

Naszą miejscówką noclegową była miejscowość Castellamare del Golfo. Miasteczko położone na północnym wybrzeżu, na zachód od Palermo. Zasadniczo na wyspę można się dostać samolotem lub promem. Z Polski oczywiście najprostszym rozwiązaniem jest lot na jedno z lotnisk w Palermo lub w Katanii. Z uwagi na miejsce noclegowe, musieliśmy wybrać lot do Palermo. W pobliżu lotniska znajduje się wypożyczalnia samochodów. Oczywiście wynajęliśmy samochód na cały pobyt i w taki sposób zapewniliśmy sobie transport z Palermo do Castellamare del Golfo, mogliśmy również zorganizować kilka wycieczek po okolicy. 

Sam nocleg zarezerwowaliśmy poza Castellamare del Golfo, praktycznie przy plaży Spiaggia. Miejscówka trafiona w punkt, 2 minuty do plaży i pobliskich knajp. Trochę dalej było do samego miasta, bo spacer zajmował około 40 minut w jedną stronę. Do dyspozycji mieliśmy jeden z dwóch apartamentów w domu znajdującym się w bezpośrednim niemal sąsiedztwie plaży, co było wielkim udogodnieniem. Plaża czysta, długa, w miarę szeroka, z licznymi punktami gastronomicznymi i punktami leżakowymi. No niestety po pandemii koszt wypożyczenia dwóch leżaków z parasolką to 20 euro dziennie, ale w sierpniu nie ma szans wysiedzieć na sycylijskiej plaży bez parasola. Woda dość ciepła, choć dla mnie mogłaby być jeszcze cieplejsza. Przy promenadzie spacerowej wzdłuż plaży znajduje się kilka restauracji, w których można bardzo dobrze i w przyzwoitej cenie zjeść. O tym czego smakowaliśmy na Sycylii, napisze wkrótce.

Samo Castellamare del Golfo to bardzo urokliwe miasteczko. W stosunku do plaży Spiaggia, położone na wzgórzu więc spacer do miasta wymagał trochę wysiłku po całodziennym leżakowaniu w palącym słońcu. No, ale nie sposób nie odwiedzić najbliższego miasteczka, tylko spędzić cały czas w jednym miejscu. Dodatkowo w Castellamare był znacznie większy wybór restauracji, co oczywiście skłaniało do spaceru na kolację właśnie tam. Żeby dojść do głównego centrum, a potem do mariny, praktycznie cały czas trzeba się wspinać lekko pod górę mijając liczne bary i restauracje oraz klucząc wśród wąskich urokliwych uliczek. Do samej mariny schodzimy już po szerokich schodach z centrum. Ja uwielbiam klimat takich uliczek, zaułków, schodów i tych niesamowitych zakamarków ukrywających liczne niespodzianki architektoniczne. Urlop spędzaliśmy w okolicach 15-ego sierpnia, czyli święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. W dniach 19-21 sierpnia w Castellamare del Golfo odbywa się święto patronki miasta – La Festa di Maria Santissima del Soccorso. Jest ono bardzo celebrowane i to przez wiele dni. Całe miasto jest udekorowane niemal jak u nas na Boże Narodzenie. 19 sierpnia w piątek o 22 wieczorem przez miasto szła procesja z figurą Matki Boskiej, w muzycznej oprawie z bębnami, coś niesamowitego, a wcześniej jeszcze fajerwerki. W niedzielę na zakończenie święta pokaz fajerwerków jaki udało mi się zobaczyć wieczorem przyćmił rozmachem fajerwerki na 4 lipca w Stanach Zjednoczonych, czy we Francji na dzień Bastylii. To było coś niesamowitego, w życiu nie widziałem takiego nigdzie na świecie. Castellamare del Golfo i jego okolice to bardzo dobra wakacyjna destynacja, pobliskie lotnisko w Palermo sprawia, że transport po przylocie na wyspę, nie należy do bardzo uciążliwych. 

W samym Castellamare polecam przejść się schodami Scalinata Rotary per la Pace, które prowadzą do samej mariny, zwłaszcza wieczorem robią duże wrażenie. Konieczne trzeba zrobić sobie spacer deptakiem Corso Giuseppe Garibaldi, w letni wieczór ciężko się tam przecisnąć między tłumami przechodniów spacerujących we wszystkie strony. Ciekawostką jest, że niektóre restauracje rozkładają swoje stoliki wprost na schodach. Tak jak wspominałem, to miasto położone jest na wzgórzu więc w architekturę ulic wpisane są schody by dostać się z jednego poziomu ulicy na inny. Warto się również wybrać na plac, gdzie stoją stragany z pamiątkami, czy odbywają się festyny. Plac ten położony jest nad samym morzem przy ulicy Marina di Petrolo. Wiele jest miejsc ciekawych w Castellamare del Golfo, warto po prostu zagubić się na kilka godzin w tych uliczkach i spokojnie sobie spacerować po zmroku, od czasu do czasu zatrzymując się na lampkę wina, przy doskonałej pizzy, makaronie lub innych włoskich smakołykach. 

Z ciekawostek opisze Wam jeszcze jedno niesamowite zjawisko. Przez dwa dni wiał wiatr znad Afryki i napłynęło niesamowicie gorące powietrze. To trzeba po prostu przeżyć i doświadczyć samemu takiego gorąca. Spacerujesz późnym wieczorem, a wiatr jest tak gorący, że nie chłodzi ciała, a jeszcze bardziej podgrzewa. Czujesz się tak jakby przed tobą jechał otwarty piekarnik z termoobiegiem i temperaturą ustawioną na 150 stopni Celsjusza, ty sobie spacerujesz, a takie powietrze wieje ci w twarz lub plecy. Wydawałoby się, że wiatr musi chłodzić, a on po prostu jeszcze bardziej ogrzewa powietrze wokół ciebie. To tyle o Castellamare del Golfo. W najbliższym czasie napiszę Wam jeszcze o wycieczkach i o tym co udało się nam zobaczyć na Sycylii, które miejsca warto odwiedzić. Oczywiście będzie też coś o kuchni włoskiej, albo raczej sycylijskiej. Zacząłem w tytule o cytrynach więc muszę się na koniec wytłumaczyć, tak tak cytryny są tam motywem dekoracyjnym w wielu miejscach, w tym na porcelanie, no i do tego schłodzone limonczello, pyszna orzeźwiająca nalewka o smaku cytrynowym, pod warunkiem, że mocno schłodzona.  

Istria truflami stoi, ale nie tylko…

Jedzenie w Chorwacji jest przepyszne, od delikatnych owoców morza po trochę cięższe, jak ćevapčići i pljeskavica. Każdy tam znajdzie coś dla siebie. Dla mnie jednak najlepsze są owoce morza. No i do tego wszystkiego trufle, szczególnie na Istrii niesamowite popularne i są po prostu wszędzie. Dzisiejszy wpis będzie poświęcony właśnie kuchni chorwackiej i temu czego spróbowaliśmy podczas pobytu na Istrii. 

Lido

Umag był naszą miejscówką więc zacznijmy od tej miejscowości. W marinie znajduje się doskonała restauracja Lido Marina Umag. Restauracja z uwagi na swoje położenie serwuje głównie owoce morza. Zresztą w takim miejscu i z takim widokiem, co innego można zjeść. Próbowaliśmy tam, langustynki, prażene lingje, czyli kalmary i crni rižot. Muszle świętego Jakuba też się znalazły na talerzu i małże. Langustynki przepięknie wyglądały, ale niestety mimo iż są przepyszne, nie jest to danie do najedzenia, bo ponad połowę stanowią pancerzyki. W ich przypadku większa jest uczta dla oka i cała ta celebracja posiłku niż sama treść. Oczywiście crni rižot, czyli risotto z atramentem z kałamarnicy i krewetkami, sprawdził się i był to jeden z lepszych jakie próbowałem w Chorwacji. O kalmarach nie wspomnę, bo jestem ich fanem i mógłbym być nieobiektywny, ale były przepyszne. Miejsce zobowiązywało do dań z owocami morza i sprawdziło się w 100%. Restauracja godna polecenia, jeśli się jeszcze kiedyś tam wybiorę bez wątpienia odwiedzę to miejsce. 

Idąc dalej promenadą w stronę centrum mijamy bar Lado. Warto się tam zatrzymać na piwo lub kieliszek wina. Bar położony jest na pomoście z widokiem na całą zatokę, co stwarza niesamowite wrażenie i tworzy specyficzny klimat miejsca.

Oczywiście w samym centrum Umagu też się stołowaliśmy, a dokładnie w jego starej części. Od strony otwartego morza, a nie wspomnianej zatoki znajduje się cały pasaż restauracji, gdzie stoliki ustawione są na samym brzegu morza. Oczywiście królowały kalmary i mule, miejsce przy samym morzu zobowiązuje. Niestety nie pamiętam, która to była dokładnie konoba, nie jestem pewien, czy to nie było Bijeli San Bistro, ale głowy za to nie dam. Tam gdzie my zamówiliśmy obiad było przepysznie, ale prawdę mówiąc rzadko można trafić w Chorwacji na niesmaczne jedzenie, więc jak wybierzecie inną z pobliskich restauracji też nie powinniście się zawieść. 

Hitem pobytu w Umagu, była jednak inna miejscówka Discoteca Planet& Grill Restaurant. To taki chorwacki fast food, jednak z najwyższej półki, a nie na jakiś zapychacz i na chemii robiony. Šiš ćevapi, mućkalica i zlo burger, przepyszne dania, które rozbawiły nas do łez. Miejsce znajdowało się po drodze do naszego mieszkania. Co tu dużo mówić kalmary, czy krewetki są przepyszne, ale jak jesz obiad o 16.00 to zgłodniejesz do wieczora i w to miejsce trafiliśmy właśnie wieczorową porą. Wkoło cudnie pachniało więc nie zastanawiając się, postanowiliśmy zaspokoić wieczorny głód, a każdy wybrał co innego. Podwójny  šiš ćevap i zlo burger rozłożyły nas na łopatki. Przepyszne, ale tak duże porcje, że nie mogliśmy tego przejeść, a było tak smaczne, że aż żal było to zostawiać. Uśmialiśmy się do łez bo w połowie porcji człowiek miał już dość. Doskonała mięsna kuchnia, dla tych co nie lubią ryb i owoców morza, miejcie tylko na uwadze, że porcje są na prawdę sycące. Tyle o naszych odkryciach kulinarnych w Umagu. 

Konoba Mondo

Jadąc na wycieczkę w głąb Istrii delektowaliśmy się natomiast truflami. Praktycznie w każdym małym miasteczku kupicie, czy to trufle, czy pasty truflowe, oliwę z truflami, a widziałem nawet popcorn truflowy. Podczas wycieczki odwiedziliśmy Grožnjan, Bije, Hum Motovun i Buzet. Obiad jedliśmy w Motovunie. Restaurację wybrałem z mamy Google, bo już byliśmy w drodze powrotnej do domu, jeść się nam bardzo chciało, a nie było czasu na szukanie. W taki sposób trafiliśmy do Konoby Mondo, miejsca po prostu pachnącego truflami. Oczywiście nie mogliśmy zamówić niczego innego, jak makaron z truflami. Na przystawkę dostaliśmy jeszcze wypiekane na miejscu pieczywo i do tego pastę z oliwek z truflami. Makaron wyglądał i smakował obłędnie, a kieliszek białego wina komponował się doskonale w takim zestawieniu. Było idealnie, będąc w Motovunie, polecam odwiedźcie to miejsce, nie zawiedziecie się.

Tak jak wspominałem trudno raczej w Chorwacji trafić na miejsce gdzie jedzenie będzie niedobre. Oczywiście może być idealne lub dobre, ale zawsze będzie smaczne, przynajmniej ja będąc już kilka razy w Chorwacji nigdy się nie zawiodłem na chorwackiej kuchni, to nieodłączny element moich chorwackich podróży, próbowanie nowych smaków, które pozostają w pamięci i stanowią inspirację do własnych eksperymentów kulinarnych. Nie mogłem sobie nie przywieźć z podróży do Istrii słoiczka pasty truflowej i ichniego makaronu. Jeszcze nie przygotowywałem, ale jak zrobię pochwalę się na moim instagramie zdjęciem przygotowanego dania. Smacznych podróży Wam życzę, dokądkolwiek by one nie były…

Prażene lignje i crni rižot obowiązkowe smaki Chorwacji

Jak to zwykle bywa we wspomnieniach z moich podróży opisuję Wam to co warto zobaczyć, gdzie się warto zatrzymać, ale też o lokalnych smakach. Testowanie lokalnych przysmaków, zawsze może później stanowić inspirację we własnej kuchni. Poza tym, często w ośrodkach turystycznych te najpopularniejsze miejsca nie są najsmaczniejsze i warto poszukać miejscówek gdzie stołują się lokalsi, tam zawsze będzie smacznie. W dzisiejszym wpisie trochę kulinarnych wspomnień z moich wakacji na Pagu, jako uzupełnienie poprzedniego wpisu. W Chorwacji zazwyczaj ciężko trafić na miejsce gdzie nie będzie smacznego jedzenia, choć pewnie i takie sytuacje mogą się nam zdarzyć. Na szczęście na Pagu nie trafiłem w takie miejsca. Wszędzie gdzie się stołowaliśmy było pysznie.

Moim kulinarnym hitem wyjazdu były prażene lignje w barze Vidal znajdującym w niewielkim zagajniku przy plaży w Vidalići. Tak jak pisałem w poprzednim wpisie, nocowaliśmy w Vidalići, więc trafiliśmy idealnie. Jakby ktoś nie wiedział, lignje to są kalmary. Świeże kalmary przywożone przez właściciela około 19 wieczorem i od razu przygotowywane na bieżąco. Mógłbym się nimi zajadać codziennie, mimo, iż ta przekąska nie należała do bardzo zdrowych. Kalmary smażone w głębokim oleju dodadzą nam trochę kalorii, ale co tam na wakacjach można dać sobie trochę luzu. Ten smak, do tego kieliszek białego wina, czego chcieć więcej w takim miejscu. W tym samym barze można było również spróbować smażonych sardynek (w menu była to mala riba), tak samo pyszne, chyba to były sardynki, przynajmniej tak wyglądały. Ja byłem zdecydowanie zwolennikiem kalmarów, aż mi ślinka cieknie jak sobie o nich przypomnę. 

Przepysznej pizzy i czarnego risotto, jeśli spędzacie urlop w Vidalići, możecie spróbować w restauracji, która znajdowała się zaraz obok naszego apartamentu, to Barbati. Zdecydowanie przodowali w pizzy prosto z pieca, risotto również było smaczne, choć trochę lepsze jadłem w innej miejscowości. Te dwie miejscówki jedzeniowe z Vidalići zdecydowanie polecam.

Kolejną moją kulinarną fascynacją były obiady w restauracji Sidro w miejscowości Gajac. Gajac znajduje się w pobliżu słynnej plaży Zrce. Byliśmy tam dwa razy i za każdym razem było przepysznie. Oczywiście wybór był znacznie większy, gdyż Sidro to typowa restauracja, a nie bar. Próbowaliśmy tam czarnego risotto, kalmarów, ćevapčići, pljeskavicy i makaronu bolognese. W porównaniu z pozostałymi daniami makaron wypadł najsłabiej, ale risotto było idealne, smaczniejsze niż w Barbati. Ćevapčići to takie kotleciki z mięsa mielonego, a pljeskavica to płaski kotlet grillowany z grubo siekanego mięsa. Plusem tego miejsca była zadaszona część restauracji na otwartym powietrzu, latem ciężko jest wytrzymać w zamkniętych pomieszczeniach.

Oczywiście największe miasto w sąsiedztwie oferuje dostęp do największej liczby restauracji i barów.  W Novalji rzadko się jednak stołowaliśmy, tak jak wcześniej wspominałem tłumy turystów robią swoje i restauracje często są bardziej nastawione na szybką obsługę niż jakość. W jednym tylko miejscu zjedliśmy tam obiad. Restauracja  Pecenjara Kod Marka z dala od centrum,  znaleziona na mapie Google, ale strzał w 10. Typowy bar dla lokalsów, stołowała się tam chyba większość policjantów z lokalnego posterunku. W restauracji były w karcie głównie dania grillowane. Świeżo przygotowane, bo czekaliśmy ponad pół godziny, choć obłożenie nie było wielkie. Mięso nie przesuszone, ale i nie przekombinowane, taki typowo domowy posiłek, to miejsce również mogę uczciwie polecić poszukującym lokalnych smaków za tańsze pieniądze, w urokliwym ogrodzie z dala od gwarnego centrum miasta. 

Ciekawostką, z którą spotkałem się pierwszy raz na Pagu były pizzę rolowane w formie tortilli, które możemy kupić praktycznie w każdej piekarni. Na szybką przekąskę gdy zwiedzamy jakieś miasto idealne rozwiązanie, kiedy dopadnie głód.

Jadąc na wycieczkę do samego miasta Pag odwiedziliśmy też lokalną fabrykę serów Sirana Gligora Ltd. Hmm…, co tu dużo mówić ceny nie należały do najniższych, ale za jakość się płaci, a smak sera był doskonały. Jest w czym wybierać, bo w sprzedaży jest kilkanaście jeśli nie kilkadziesiąt rodzajów sera, nagradzanych w wielu konkursach w tym słynny paški sir.

Oczywiście w Chorwacji obowiązkowym punktem każdego dnia jest kawa. Może to się wydawać dziwne, ale Chorwaci piją bardzo dużo kawy. A czas przy kawie ze znajomymi zawsze upływa przyjemnie, zwłaszcza, gdy mamy taką piękną pogodę i cudowne widoki wkoło.

Kulinarna Chorwacja urzekła mnie nie po raz pierwszy. Doskonałych przysmaków próbowałem już w Splicie, ale o tym kiedyś pisałem we wcześniejszych wpisach. Dostęp do świeżych ryb i owoców morza, doskonałe wino, piękne widoki, gwarantowana pogoda, marzenie każdego urlopowicza. Jeśli będziecie na Pagu, w tych miejscach zjecie smacznie i bez wątpienia wrócicie z dobrymi wspomnieniami z urlopu. Ja wciąż wspominam prażene lignje, warto dla nich tam pojechać…

Pag, Vidalići i 16 godzinna podróż samochodem, czyli moje wakacje w Chorwacji

Vidalići

Wakacje już dawno minęły, ale ciągle jakoś brakowało czasu by coś napisać o moich kolejnych podróżach. Piszę tutaj również o moich wyprawach więc i tym razem postanowiłem się podzielić z Wami wspomnieniami, tym co warto zobaczyć lub posmakować w miejscach, które odwiedzam, temu w sumie poświęcony jest mój blog. 

Cudowny widok z okna

W tym roku urlop spędziłem w ulubionej przez Polaków Chorwacji. Co można powiedzieć o Chorwacji, to zawsze mamy zagwarantowaną słoneczną pogodę, choć woda jak dla mnie była ciut za zimna. No dobra, jeden dzień lał deszcz i przez jedną noc wiał tak silny wiatr, że nie dało się spać, ale potem nad ranem były tak niesamowite chmury przed wschodem słońca, że o 5 rano poszedłem nad morze robić zdjęcia. Zresztą sami możecie zobaczyć na załączonych zdjęciach, że były cudowne. Naszą destynacją była wyspa Pag, a dokładniej miejscowość Vidalići. Największym problemem jest czasochłonny dojazd, który zajmuje około 12 godzin, ale widoki i lokalne jedzenie, wynagradzają trudy podróży. Można oczywiście wybrać krótszą opcję podróży, czyli  samolot do Zadaru i stamtąd wypożyczyć samochód. Jednak w czasach pandemii najlepszym i najbezpieczniejszym rozwiązaniem jest własne auto. Niestety przez 4-godzinny, nieplanowany postój na granicy węgiersko-chorwackiej w Letenye,  nasza droga wydłużyła się do 16 godzin, czym byliśmy dosyć mocno poirytowani. Wyjechaliśmy z domu w piątek wieczorem więc na granicy byliśmy w sobotę nad ranem i to był największy błąd, zdecydowanie mniejszy ruch jest w ciągu tygodnia, a nie w weekendy. Droga przez Węgry chyba jest najszybszą, a przynajmniej mniej ruchliwą i zakorkowaną trasą. Na wyspę Pag można dostać się promem, jadąc na Rijekę, a następnie malowniczą trasą wzdłuż wybrzeża do Prizny lub przeprawą mostową jadąc drogą E71 na Zadar. Jadąc w tamtą stronę wybraliśmy prom, a wracaliśmy lądem przez Paski Most. Prom odpływał w godzinnych odstępach czasu, a oczekiwanie w kolejce samochodowej w 40-stopniowym upale było nie lada wyzwaniem po tylu godzinach jazdy.

Pag jest kosmiczną wyspą, pełną głazów i kamieni, zwłaszcza od strony stałego lądu. Jadąc od przystani promowej w Žigljen, czujemy się jakbyśmy wylądowali na księżycu. Tylko skały i gruzowiska, nic więcej. Krajobraz zmienia się dopiero od środka wyspy, jest bardziej przyjazny i zielony. Samo Vidalići to mała, typowo turystyczna, urokliwa miejscowość. Nie ma tam nawet sklepu. Tylko apartamenty wypoczynkowe, kilka knajpek i jedna piekarnia. Nie szukaliśmy wielkiego kurortu, ale ciszy i spokoju, więc miejsce było idealnym wyborem. Miejscówkę poleciła nam koleżanka, która od lat tam spędza urlop. Zreszta, czego potrzeba więcej jak masz dobre towarzystwo, cudowną pogodę i doskonałe jedzenie. 

Najbliższym dużym miastem jest Novalja, gdzie znajduje się kilka marketów spożywczych, cała masa drobnych sklepików i restauracji. Droga do Novalji jest bardzo prosta więc bez problemu dojedziemy autem z Vidalići, dojazd zajmuje około 15 minut, a markety znajdują się na obrzeżach miasta. Apartament mieliśmy bezpośrednio nad morzem, więc zejście na plażę nie było problemem. W każdej chwili mogliśmy wrócić do apartamentu. Vidalići, nie jest położone od otwartego morza, ale nad zatoką, więc nie mamy co liczyć na większe fale. Po drugiej stronie zatoki znajduje się Zrce Beach, to taka chorwacka Ibiza. Miejscówka z plażą, barami i dyskotekami oraz miejscami noclegowymi, idealna dla chętnych imprezowych wrażeń i tańca. Tam dyskoteka trwa prawie 24 godziny na dobę, a muzykę a raczej basowe umca umca słychać było u nas do 3 nad ranem. 

W Vidalići można odpocząć i zrelaksować się, ale jeśli chcemy coś więcej zobaczyć polecam wybrać się do Novalji, Pagu, czy Zadaru. Przez pandemię my odwiedziliśmy tylko Novalję i Pag, do Zadaru już się nie udaliśmy, było zbyt dużo zachorować. Tak na marginesie Pag to wyspa, ale i miasto.

Novalja to już znacznie większy kurort turystyczny. W okolicy nadbrzeża jest cała masa restauracji, knajp i sklepików z pamiątkami. Jeśli wybieramy się tam autem, polecam pozostawić samochód na parkingu przy ulicy  Obala Petra Krešimira IV i zrobić sobie spacer promenadą, zatrzymać się na kawę w kafejce na nadbrzeżu, patrzyć w morze i cieszyć chwilą. Kto wybiera się na urlop camperem, może skorzystać z Campingu Straško, nasi znajomi tam nocowali, muszę przyznać, że bardzo dobre warunki.

Most Katine

Zdecydowanie bardziej zabytkowym miastem jest Pag, te wąskie uliczki, kamienne białe chodniki i jasne elewacje, to typowe dla chorwackich starych miast. Uwielbiam ten klimat. Do Pagu dojazd zajmie nam około 40 minut z Vidalići. Miasto Pag znane jest też z pozyskiwania soli z wody morskiej. Można odwiedzić muzeum soli, niestety przez pandemię odpuściliśmy sobie wchodzenie do środka. Jadąc od ulicy Lokunja, proponuję zatrzymać się na jednym z pobliskich parkingów i rozpocząć zwiedzanie miasta na własnych nogach. Niesamowity jest Most Katine, przeniesiony niczym z Wenecji. A te uliczki, co tu dużo mówić po prostu trzeba się w nich zagubić i spokojnie przemierzać jedną po drugiej, niemal każda ma jakiś urokliwy zakątek. Jadąc do Pagu warto się też zatrzymać w punkcie widokowym na górze, skąd rozpościera się cudowna panorama na miasto i zatokę. Zresztą wzdłuż całej drogi z Vidalići do Pagu jest wiele punktów widokowych, w których można zrobić cudowne zdjęcia.

Niestety o Zadarze Wam nic nie napiszę, bo nie odwiedziliśmy tego miasta. Zadar nie znajduje się bezpośrednio na Pagu, ale spędzając wakacje na wyspie możemy tam się wybrać, gdyż nie jest aż tak daleko. 

Tyle udało się nam zobaczyć podczas 10-dniowego pobytu na wyspie Pag. Jest to bez wątpienia idealna chorwacka destynacja na spokojny urlop z dala od zgiełku i tłumu turystów. Kto jednak szuka rozrywkowych wrażeń znajdzie je bez problemu w Zrce Beach, tam impreza trwa cały czas, a po nocy pełnej szaleństw będzie mógł odpocząć nad brzegiem morza.

Praga na weekend i nie tylko

Pierwszy raz w Pradze byłem 16 lat temu. Od razu spodobało mi się to miasto. Byłem pod dużym wrażeniem, pamiętam wtedy była wczesna jesień, zimne poranki, ale piękne jesienne słońce pozwoliło na całodzienną wycieczki po Pradze. Szybka decyzja pociąg nocny do Pragi z Krakowa i o poranku wysiadaliśmy już na dworcu głównym w Pradze. Tym razem wybrałem się ze znajomymi autem, jest to około 6 godzin jazdy samochodem z Krakowa. Można jechać do przejścia granicznego w Gorzyczkach i wtedy na całej długości drogi jedziemy autostradą. Można też wybrać drogę przez Kłodzko, Duszniki Zdrój i przekraczać granicę w Kudowie, wtedy pojedziemy dłużej po polskiej stronie. Jadąc do Pragi przekraczaliśmy granicę w Kudowie, a wracając w Gorzyczkach. Biorą pod uwagę roboty drogowe przejazd obiema trasami zajmuje podobny czas. 

Brama Prochowa

W Pradze mieliśmy zarezerwowany hotel niemal w samym centrum miasta, dosłownie 5 minut od pieszego deptaku. Polecam IBIS Old Town z parkingiem podziemnym, smaczne śniadania, duży wybór, blisko wszędzie, na krótki wypad miejsce idealne. Z uwagi na panującą epidemię odpuściliśmy sobie wizyty w muzeach, kościołach, czy na zamku królewskim. Jednak miasto samo w sobie jest na tyle urokliwe, że spacerując można wiele zobaczyć i poczuć atmosferę miasta. Hotel znajdował się na ulicy Na Poříčí więc do Bramy Prochowej mieliśmy dosłownie 5 minut spacerem. Prowadzi ona do zabytkowego centrum miasta. Architektura bramy zbudowanej w stylu gotyckim jest charakterystyczna również dla kilku innych zabytkowych obiektów w centrum miasta. Idąc ulicą Celetná dojdziemy do samego Rynku. Tam znajdziemy zbudowany w podobnym stylu Praski Zegar Astronomiczny oraz Kościół Panny Marii przed Tynem. Kościół jest nieco schowany za przednim szeregiem kamienic więc z Rynku widać tylko charakterystyczne wieże. Do rynku od strony Bramy Prochowej dojdziemy też ulicą Štupartská. Zegar Astronomiczny to obowiązkowy punkt na zdjęcie pamiątkowe w centrum. Prawdę mówić ciężko znaleźć moment by było pusto w tym miejscu więc żeby zrobić zdjęcia przy Zegarze pozbawione w tle tłumu turystów polecam spacer porankiem po 7 rano, wtedy jest tam niemal zupełnie pusto i można zrobić ciekawe zdjęcia, pozbawione mistrzów drugiego planu.

Most Karola

Najpopularniejszą atrakcją turystyczną Pragi jest chyba zabytkowy XIV-wieczny Most Karola, który prowadzi w kierunku wzgórza zamkowego na Hradczanach. Architektura bram Mostu Karola po obu stronach Wełtawy jest podobna do wcześniejszych zabytków, o których Wam pisałem. Tam zawsze są tłumy, największe chyba wieczorem, ale jeśli zrobicie sobie spacer o 7 rano jest puściutko, polecam unikniecie tych wielkich tłumów i możecie się cieszyć w ciszy wspaniałą panoramą z zamkiem w tle. Idąc ulicą Mostecká dojdziecie do Kościoła Św. Mikołaja, a stamtąd już dosłownie kilka kroków do zamku. Można iść ulicą Thunovská, ale osobiście polecam Nerudova i Úvoz, trochę dalej, ale można podziwiać zatrzymując się na krótkie przerwy piękną panoramę miasta. 

Katedra Św. Wita

Zamek na Hradczanach to takie mini miasto w mieście, nad którym górują wieże Katedry Św. Wita. Z daleka wydaje się, że te wieże są centralną część zamku. Architektura katedry robi niesamowite wrażenie. Również zbudowana w stylu gotyckim, a cała zewnętrzna sztukateria ozdobna jest wspaniała. Niestety ze względu na panujące uwarunkowania odpuściliśmy sobie zwiedzanie katedry i zamku. Na terenie zamku znajduje się również urokliwa Złota Uliczka, na którą wstęp jest niestety płatny. 16 lat temu można tam było wejść za darmo, teraz już nie. Dobrze, że mam zdjęcie z tamtego okresu. Z wybranych punktów wzgórza zamkowego rozpościerają się niesamowite widoki na piękną panoramę miasta. Najlepsze zdjęcia uzyskamy stojąc na stopniach pomnika Tomasza Masaryka, który znajduje się na placu zamkowym. Muszę stwierdzić, że czułem się tak jakbym był w Budapeszcie. Układ urbanistyczny tych miast jest nieco zbliżony. Stare miasto po jednej stronie rzeki, a zamek po drugiej. 

Ze wzgórza zamkowego dojdziemy spacerem do Letenskiego Parku, fajne rekreacyjne tereny położone w sąsiedztwie wzgórza zamkowego, doskonałe na letni piknik. Kiedyś znajdował się tam największy pomnik Stalina, obecnie w miejscu pomnika znajduje się Praski metronom. 

Zegar Astronomiczny

Jednak zarówno wyprawa na wzgórze zamkowe jak i do wspomnianego parku jest nie lada wyczynem jak na termometrze jest 32°C, a na niebie nie ma ani jednej chmurki. Podczas naszego pobytu na terenie parku funkcjonował otwarty cyrk akrobatyczny, w ciągu dnia akrobaci ćwiczyli do wieczornego pokazu, a my mogliśmy usiąść w cieniu i ochłodzić się czeskim, zimnym piwem. Zorganizowana była tam przestrzeń dla food trucków, gdzie można było coś szybkiego zjeść i czegoś się napić, w tak gorący letni dzień. 

Ciekawym miejscem jest również Stary Cmentarz Żydowski, wyglądający niemal jak z horroru.  Bez wątpienia w Pradze jest też wiele interesujących muzeów jak Muzeum Żydowskie, Muzeum Franza Kafki, Sex Muzeum i wiele innych. W normalnych warunkach pewnie odwiedzilibyśmy te miejsca, teraz jednak nie chcieliśmy ryzykować. Idąc do zamku warto jeszcze po przejściu Mostu Karola zboczyć z głównej ulicy Mostecká i zobaczyć grafitti inspirowane Lenonem, my tam niestety nie dotarliśmy, ciekawa jest też najwęższa w Pradze uliczka, gdzie zamontowano dla przechodniów sygnalizację świetlną bo jest tak wąsko. Jak zejdziemy z Mostu Karola idąc w kierunku zamku to grafitti mamy po lewej stronie, a tę uliczkę na prawo. Warto się też przejść Mostem Manesa, z którego można zrobić ciekawe zdjęcie na Most Karola, który jest przepięknie podświetlony po zmroku. 

W okolicy Mostu Karola udało się nam również zobaczyć na brzegi rzeki rodzinę nutrii, maluchy wyglądały uroczo. 

Plac Wacława

Będąc w Pradze, warto się również udać na spacer na Plac Wacława, to takie praskie Pola Elizejskie. Niestety trwały tam prace remontowe więc wrażenia estetyczne były ograniczone. Od wschodniej strony plac zamyka Budynek Muzeum Narodowego, który góruje nad placem. Szczególnie atrakcyjnie jego architektura prezentuje się z nocną iluminacją. 

Całe zabytkowe centrum Pragi od dworca kolejnego aż po Zamek na Hradczanach można przejść piechotą. W Pradze działa metro podziemne, ale nie ryzykowaliśmy korzystania z publicznych środków komunikacji. Dziennie przechodziliśmy około 15 kilometrów, ale piękna architektura, niesamowita panorama miasta i cudowne letnie słońce wynagradzały trudy pieszych spacerów. 

Na koniec jeszcze kilka słów o kuchni czeskiej. Niestety Czesi nie należą do mistrzów gotowania. Ich kuchnia jest raczej prosta i lekko tłusta, ale raz na jakiś czas można spróbować wyprażanego sera, obowiązkowo z sosem tatarskim, knedlików czeskich, czy zupy gulaszowej.  To z czego Czesi są natomiast znani to piwo, któremu nie można się oprzeć będąc w stolicy Czech. Jest to obowiązkowy napój do każdego posiłku, bo jak będąc w Czechach nie napić się czeskiego piwa.

W Pradze spędziliśmy niecałe dwa dni. Czy to dużo czy mało, jak na takie miasto, chyba trochę za mało, ale w warunkach pandemii wystarczyło, jeśli się nie zwiedza zabytków w środku. To piękne miasto, położone około 170 kilometrów od granicy polsko-czeskiej należy do najurokliwszych stolic europejskich. Mam nadzieję, że nie minie kolejne 16 lat nim zawitam tam po raz kolejny. Jeśli jeszcze nie odwiedziliście stolicy naszych południowych sąsiadów, gorąco polecam, warto tam spędzić nawet jeden dzień…

Goran Karan, Plaża Bačvice i co łączy Split z Grą o Tron, czyli ciekawostki ze Splitu i okolic

W ostatniej relacji opisałem Wam moje wspomnienia ze spacerów po cudownych zaułkach najstarszej części Splitu.

Ale Split to nie tylko promenada i urokliwa starówka. Na południowy – wschód od starówki i promenady, za stacją kolejową i dworcem autobusowym, ograniczona ulicą Šetalište Petra Preradovića znajduje się Plaża Bačvice. Cudowne miejsce, gdzie można wypocząć, poopalać się, popływać. Niestety piasek na plaży nie jest złocisty, tylko szaro – bury. Woda jest jednak błękitna i przezroczysta, jak w całej Chorwacji. Jak ktoś nie lubi wygrzewać się w słońcu na piasku, może sobie usiąść na jednej z ławeczek poustawianych wzdłuż deptaku ciągnącego się po zachodniej stronie Bačvic, w kierunku Parku Pomoraca. Z tej promenady jest też możliwe zejście bezpośrednio do morza. Park Pomoraca położony jest w stosunku do plaży na wzgórzu, na klifie. Aby tam się dostać musimy się cofnąć do ulicy Šetalište Petra Preradovića, przejść mostem Bačvice nad torami i już jesteśmy w parku. Z parku rozpościera się cudowny widok na morze, plażę i port, a na horyzoncie rysują się kontury wyspy Brač. Owszem, jest krótsza droga do parku prosto z plaży, ale trochę niebezpieczna, musimy przecisnąć się między ogradzającą wzgórze siatką, uważając by nie spaść na dół, jest tam dosyć wąsko więc jakbyście wybierali tę drogę, to uważajcie. No ja wybrałem tą droge, ale do plaży wracałem już przez most i od strony ulicy.

Park Pomoraca

O tej porze roku w parku panowała cisza i spokój, zero innych turystów, tylko słońce, szum morza, ja i te piękne widoki. Niestety pozostała cześć wycieczki została na plaży. Można usiąść na ławce z widokiem na morze i korzystać z promieni słonecznych napawając się tym pięknym widokiem i ciszą. Z góry można zrobić fajne zdjęcia portu oraz plaży Bačvice. Najlepsze zdjęcia plaży można zrobić z pozostałości ruin na skraju wzgórza, natomiast portu z zachodniej części parku.

W kierunku wschodnim od Bačvic, w kolejnej zatoczce znajduje się Plaża Ovčice, a następnie Plaża Firule. Nie jest to daleko, a idąc nadmorskim chodnikiem, czy promenadą, w sumie nie wiem jak to nazwać, możemy przejść kolejno od jednej plaży do drugiej i następnej  i wrócić z powrotem do Bačvic. Przy plażach znajdują się liczne bary i restauracje, które o tej porze roku były w większości zamknięte, ale w sezonie wszystko jest czynne, a tłumy turystów przewijają się we wszystkich kierunkach. Ja jednak wolę ten spokój i ciszę, które tam panują o tej porze roku, choć muszę przyznać, że z uwagi na idealną pogodę i piękne słońce nie brakowało spacerowiczów. 

Ciekawostką jest, że w niedzielne przedpołudnia na plaży Bačvice, można spotkać znanego chorwackiego piosenkarza Gorana Karana, grającego w piłkę. Posłuchajcie sobie Jego piosenek, są cudowne w chorwackim klimacie. „Ruzo moja bila” totalnie rozkleja człowieka, zawsze mam ciarki słuchając tej piosenki. Tyle o tej części Splitu i Plaży Baćvice.

Plaża Za Pse

Na zachód od Splitu znajduje się Park Šuma Marjan, z cudownymi miejscami, czyli  Plażą Za Pse i Kasjuni. Jest tam charakterystyczny cypel wychodzący w morze, na którym rosną palmy, co stwarza wrażenie klimatu rodem niemal z Hawajów. Jedyną bolączką chorwackich plaż jest brak piasku, tylko drobne kamyczki, na których ciężko się wygodnie ułożyć, po prostu trzeba mieć leżak i tyle. Woda jednak w każdym miejscu jest błękitna. Plażę Kasjuni odwiedziliśmy w Nowy Rok, panowała tam cisza i spokój, przez połowę dnia praktycznie byliśmy tam sami, co jakiś czas przebiegał tylko ktoś trenujący jogging, a dopiero po południu zaczęli się pojawiać inni spacerowicze. Do plaży Kasjuni można dojechać miejskim autobusem z przystanku znajdującego się na zachodnim końcu Splitskiej Rivy, przy Placu dr. Franje Tudmana (przystanek Sv. Frane). Przejazd zajmuje około 15 minut. Te miejsca w okolicach Splitu udało mi się zobaczyć spędzając te kilka dni w tym cudownym mieście.

Wracając do samego Splitu, nie napisałem Wam jeszcze o jednym ciekawym miejscu na starówce, do którego trafiłem przez przypadek. Jest do Brązowa Brama, a raczej jej podziemia, którymi przejdziemy do ulicy Iza Vestibula. W odrestaurowanych podziemiach urządzony jest pasaż z pamiątkami, przypominający mi krakowskie Sukiennice. Nie są to zamknięte sklepiki, ale pojedyncze stragany sąsiadujące ze sobą, całość na noc zamykana jest kratami od strony wejść, półkoliste sklepienia posiadają ciekawą iluminację, która dodatkowo nadaje klimatu temu miejscu. Jest to miejsce warte odwiedzin, stąd to uzupełnienie poprzedniego wpisu o starówce.

Złoty Róg

Ponieważ moi przyjaciele już wiele lat temu zakochali się w Chorwacji i jej klimacie, i co roku spędzają tu wakacje więc odwiedziliśmy jeszcze jedno miejsce. Odbyliśmy wycieczkę promem na sąsiednią wyspę Brač, gdzie rokrocznie spędzają letni urlop. Śmieję się, że powinni tam kupić dom letniskowy, byłoby kogo odwiedzać. Wyspa, podobnie jak reszta Chorwacji ma swój urok i wiele ciekawych miejsc do odwiedzenia. Podróż promem trwa niecałą godzinę. O tej porze roku nie było problemu z kupnem biletów, w szczycie sezonu też można kupić bilety na prom bez problemu, ale z tego co mówili moi przyjaciele wszędzie są ogromne korki i możemy nie zabrać się na prom, o godzinie na którą planowaliśmy przeprawę. Z Brača pochodzi ten biały kamień, o którym już Wam pisałem. Na wyspie znajduje się również należąca do najładniejszych na świecie Plaża Złoty Róg. My widzieliśmy ją tylko z góry, po prostu nie było na tyle czasu by objechać całą wyspę i zdążyć na popołudniowy prom powrotny. Warto odbyć spacer portową promenadą w Supetarze. Udało się nam również dojechać do Pučišćy, która słynie z tradycji rzeźbiarskich, znajduje się tam szkoła rzeźbiarska, w której ręcznie wykonywane są cuda z tego białego kamienia. Podobno kamień ten był wykorzystany do budowy Białego Domu w Waszyngtonie. W Postirze znajduje się z kolei fabryka Sardina, w której warto zrobić większy zapas tuńczyka w oliwie lub sardynek, wyroby te są naprawdę przepyszne. Oczywiście odwiedziliśmy również i kwaterę, w której moi przyjaciele spędzają letni urlop. Takim sposobem, bogatsi w kolejne wspomnienia i chorwackie smakołyki późnym popołudniem wracaliśmy z powrotem do Splitu. Tyle udało mi się zobaczyć zaledwie w ciągu 3 dni, mało jak na te miejsca, a zarazem bardzo dużo.

Na koniec jeszcze kilka praktycznych rad przed wyjazdem do Splitu. Bez wątpienia spędzenie sylwestra w Splicie jest doskonałym pomysłem, fakt droga w te i z powrotem zajmuje praktycznie 24 godziny, ale wyjazd jest wart takiego poświęcenia, zwłaszcza jak mamy kierowców, którzy mogą się w trakcie podróży zamieniać przy prowadzeniu auta. Pogoda jest idealna jak na tę porę roku, słońce, czyste niebo i temperatura w granicach 13 do 15°C, a może się i zdarzyć około  20°C. Owszem wieczorem trzeba mieć grubszą kurtkę, szalik i rękawiczki, ale taki chłód jest niestraszny. Jednak Split polecam nie tylko na Sylwestra, ale i na wakacje, dłuższy lub krótszy urlop.

W większości miejsc musimy płacić gotówką, Chorwaci nie lubią obsługi bezgotówkowej, choć coraz częściej dostępne są płatności kartowe. Na szczęście bankomaty dostępne są praktycznie na każdej ulicy więc o wypłatę pieniędzy nie musimy się martwić. 

Maslina

W restauracjach nie zawiedziemy się na jedzeniu, wiadomo natomiast, że przy promenadzie jest najdrożej, warto poszukać mniejszej restauracji w tych wąskich uliczkach, a na pewno będzie przepysznie, no i taniej. My przez przypadek znaleźliśmy Pizzerię Maslina, w której stołowaliśmy się aż trzy razy. Restauracja nie znajduje się bezpośrednio przy deptaku Marmontova, ale jest lekko ukryta między murami i za wąskim przejściem najpierw po schodkach, a później wzdłuż muru między kamienicami. W godzinach szczytu, bez rezerwacji, ciężko jest tam o stolik, no cóż jedzenie serwowane tam jest doskonałe. Punktem orientacyjnym jest placyk przy deptaku Marmontova, przy domu towarowym, w którym znajduje się ZARA, a restauracja znajduje się w głębi placu po prawej stronie, po schodkach w górę.

Muzeum Gry o Tron

Z innych ciekawostek, w okolicach Splitu były kręcone zdjęcia do Gry o Tron, a w samym Splicie przy ulicy Nelipica znajduje się Muzeum Gry o Tron i sklep z gadżetami z filmu.

Kto zgłodnieje po nocnych eskapadach po Splicie, polecam do północy czynna jest piekarnia przy ulicy Zagrebačka po przeciwnej stronie bazaru, w pobliżu przystanku autobusowego, a druga po sąsiedzku, z tego co kojarzę jest otwarta przez całą dobę. To dobre rozwiązanie by szybko zaspokoić głód w nocy. Zakupy polecam robić w supermarketach sieci Konzum, kupicie tam wszystko w przystępnych cenach.

To chciałem Wam napisać o Splicie, nie sposób się w nim nie zakochać nawet, będąc tam w grudniu. Piękne miasto, tajemnicze uliczki z ruinami, doskonałe jedzenie, cudowna atmosfera śródziemnomorska, palmy, słońce, mili ludzie. Czego więcej potrzeba do wypoczynku. Wybierzcie się tam choć raz, a sami się przekonacie, że będziecie chcieli tam jeszcze wrócić i to nie raz. Udanych podróży Drodzy Czytelnicy…

Split, cudowna perełka na chorwackim wybrzeżu

Już dawno miałem opisać moje wspomnienia z pobytu w Splicie, ale jakoś brakowało czasu. Teraz jest go więcej, również i u mnie więc postanowiłem się z Wami podzielić moimi wspomnieniami i ciekawostkami, z których może ktoś kiedyś skorzysta, wybierając się do Splitu, jak ta cała obecnie zwariowana sytuacja się unormuje, bo naprawdę warto. Może ktoś, siedząc teraz na przymusowej kwarantannie w domu też usiądzie i poczyta o moich podróżach, uciekając w ten sposób od tych negatywnych informacji zewsząd nas otaczających.

Split to taka w mojej ocenie chorwacka Nicea, przynajmniej tak mi się kojarzy przez nadmorską Rivę, choć w Nicei nigdy nie byłem. Do Splitu możemy dojechać z południa Polski samochodem w ciągu około 12 godzin. My w Splicie postanowiliśmy wspólnie ze znajomymi spędzić ostatniego Sylwestra. Ponieważ Sylwester wypadał we wtorek w drogę wyruszyliśmy z samego rana w sobotę, by wieczorem cieszyć się już spacerem po Splitskiej Rivie. Wyjeżdżaliśmy o 6 rano z Krakowa, a około godziny 19.00 byliśmy już w Splicie. 

Nocleg mieliśmy zarezerwowany na ulicy Radunica, w odległości 10 minut spacerem od centrum i promenady. Super apartament w jednej ze starych kamienic, coś niesamowitego i do tego tak blisko najważniejszych atrakcji. Te kamieniczki, chodniki wyłożone białym kamieniem z Brača, który wygląda jak marmur, tworzą niesamowity klimat starego miasta, który ja uwielbiam. Idąc ulicą Radunica wychodziliśmy wprost na bazar znajdujący się przy skrzyżowaniu ulic Zagrebačka i Poljana kreza Trpimira. Można tam było kupić świeże owoce i warzywa, pieczywo i inne lokalne przysmaki, a także odzież. 

Przechodząc wskroś przez bazar wychodzi się wprost na Srebrną Bramę, przez którą idąc dalej widzimy fragmenty ruin Pałacu Dioklecjana, natomiast idąc ulicą wzdłuż bazaru, w kierunku południowo-zachodnim, dojdziemy do nadmorskiej promenady, która robi nawet o tej porze roku niesamowite wrażenie, ale o tym trochę później.

Srebrna Brama

Wracając do Pałacu Dioklecjana, a raczej jego ruin, co tu dużo mówić, magia tego miejsca jest niesamowita. Była to rezydencja zbudowana przez cesarza Dioklecjana, w której miał osiąść po abdykacji zaplanowanej na 305 r. Cztery bramy wyznaczają granice dawnego pałacu, czyli Brama Srebrna, Złota, Brązowa i Żelazna. Już pozostałości Srebrnej Bramy, te surowe mury pozbawione okien, robią niesamowite wrażenie. Ruiny, częściowo zachowane kawałki murów i ścian pozbawione okien, masa różnych zakamarków, które odkrywamy za każdym kolejnym rogiem, wszędzie biały kamień na chodnikach, ten powiew tajemniczości odczuwa się spacerując w tych miejscach. Latem miejsca te są pełne turystów, ale zimą można spokojnie zwiedzać wszystkie zakamarki, nie czując na sobie oddechu innych turystów. Opuszczając ruiny, płynnie przechodzimy w dalszą części starówki, która jest jednym wielkim labiryntem wąskich i węższych uliczek, w których można się zagubić na kilka godzin. Wychodząc przez Żelazną Bramę wyjdziemy wprost na Plac Ludzi lub inaczej nazywany Pjaca, pełen restauracji i przyległych do nich ogródków, w których możemy na chwilę przysiąść przy zimnym piwie lub spróbować smakołyków chorwackiej kuchni. Przy placu znajduje się budynek Urzędu Miasta, tu też odbywają się liczne miejskie imprezy. Można powiedzieć, że ruiny przeplatają się z kamienicami, bo teren, który zajmował pałac był dość rozległy. Ruiny sąsiadują z kamienicami, w których zamieszkują mieszkańcy, a także znajdują się liczne sklepy z pamiątkami i nie tylko, restauracje oraz apartamenty pod wynajem dla turystów. Spacerując po zmroku można poczuć lekki dreszczyk emocji, mając wrażenie, że się zagubiło, ale bez obaw, krążąc po tych zakamarkach wąskich uliczek w końcu trafimy do miejsc, które już odwiedziliśmy i znajdziemy wyjście w stronę promenady, czy znajomych nam ruin pałacu, choć może się zdarzyć, że trafimy w ślepą uliczkę i będziemy musieli się cofać, szukając innej drogi.

Warto zatrzymać się przy Katedrze Św. Dujma, Placu Peristil, będącym centralnym placem pałacu. Spacerując pośród ruin dotarłem, nie wiem jak, do niesamowitego miejsca, z którego widok rozpościera się na całą Rivę. Patrząc z zewnątrz, od strony promenady, to w pozostałości muru po pałacowego widzimy trzy takie same zakratowane okna. W sezonie znajdują się tam stoliki jednej z okolicznych restauracji, ale miejsce jest niesamowite. Puste, pozbawione ludzi ruiny z oknami, przez które wdzierało się słońce do środka i ta cisza. To po prostu trzeba zobaczyć i znaleźć się w takim miejscu by czuć ten powiew tajemniczości i magii miejsca.

Ulica Marmontova

Głównym deptakiem jest ulica Marmontova, której wylot zaczyna się w zachodnim końcu Splitskiej Rivy. Można powiedzieć, że ulica ta zamyka zasadniczo stare miasto od zachodniej strony. Przy ulicy znajduje sie charakterystyczna fontanna, którą widzicie na zdjęciu obok. Do ulicy Marmontova, za pierzeją kamienic przylega Plac Republiki, który architekturą otaczających go kamienic przypomina nieco Plac Świętego Marka z Wenecji. Owszem, dalej też mamy te urokliwe uliczki, ale najciekawsze zakamarki znajdują się w części do tego deptaku. Od północy starówkę zamyka ulica Sinjska i Park Josipa Jurija Strossmayera. Przy parku znajduje się pokaźnych rozmiarów pomnik Biskupa Grzegorza z Ninu. Według legendy dotknięcie dużego palca lewej stopy posągu ma zapewnić zdrowie i szczęście. Nie mogłem nie zaryzykować i potarłem palucha, podobnie, jak i reszta moich przyjaciół. W uliczkach parku było o tej porze roku zorganizowane lodowisko, bardzo ciekawy pomysł, z którego przykład powinny brać polskie miasta.

Splitska Riva

Tyle o starówce. Od południowej strony najstarszą część Splitu zamyka Riva Splitska, promenada, która dla mnie wygląda jak z lazurowego wybrzeża. Cudowny deptak nad brzegiem morza, obsadzony palmami, z pasem niskiej zieleni od strony morza. Wśród tej zieleni ustawione są ławki, gdzie możemy usiąść i napawać się widokiem morza, zachodem słońca, czy tych niesamowitych ruin. W ciągnących się wzdłuż promenady kamienicach, wbudowanych w pozostałości Pałacu Dioklecjana, znajdują się liczne restauracje oferujące doskonałe jedzenie. Nie sposób się nie zakochać w tej promenadzie. Palmy, słońce, niebieska woda, czego więcej potrzeba i to 30 grudnia, kiedy w Polsce śnieg i mróz. 

Przed każdą z restauracji znajduje się ogródek piwny, gdzie można wypić drinka, zjeść obiad, czy kolację. Od pierwszego dnia adwentu do 6 stycznia przy promenadzie rozstawiona jest scena, poustawiane budki z grzanym winem i różnymi smakołykami, a każdego wieczoru rozbrzmiewa muzyka i odbywają się koncerty. Coś niesamowitego, o czym w Polsce nam się nawet nie śniło. Okres, w którym ludzie wspólnie spędzają czas, cieszą się. Wiem, wiem, klimat chorwackiego wybrzeża sprzyja takiej organizacji życia miejskiego, ale nawet ta organizacja lodowiska, te budki, przy których spotykają się ludzie to coś niezwykłego. U nas tylko w największych miastach, coś się próbuje organizować, ale tylko w ramach jarmarku świątecznego, a tam radość i zabawa trwa od początku grudnia do pierwszych dni stycznia. Powinniśmy korzystać z takich przykładów organizacji około świątecznego życia miejskiego, a nie tylko zamykać się na religijny aspekt przeżywania świąt Bożego Narodzenia.

To jest Split, w którym ja się zakochałem, cudowny, uroczy, tajemniczy i mający w sobie to coś, co przyciąga. Na pewno chciałbym jeszcze tam kiedyś wrócić i jeśli tylko będę mógł bez wątpienia wrócę. Chyba trochę się rozpisałem, ale to i tak niedużo, o tak cudownym mieście. W kolejnym wpisie podam jeszcze przydatne i praktyczne informacje, które możecie wykorzystać wybierając się do Splitu, będzie jeszcze o innych ciekawych miejscach, ale już nie w samym centrum miasta, o doskonałej kuchni, a może jeszcze mi się coś ciekawego przypomni, to też o tym napiszę. I przepraszam tych, którzy znają chorwacki język, gdyż mogły się pojawić błędy w oryginalnych nazwach miejsc lub ulic, niestety nie znam chorwackiego i wspomagałem się w tym zakresie informacjami z Internetu.

Tort bezowy pavlova z kremem mascarpone i amaretto

Z tym deserem zmierzyłem się po raz pierwszy. Największy problem jest w przygotowaniu samej bezy. Do tego wyzwania zachęcił mnie program, w którym Jamie Oliver przygotowywał bezę z marshmello. Ja postawiłem na tort bezowy z kremem mascarpone z dodatkiem amaretto.

Do bezy potrzeba białek z 8 jaj, szczyptę soli i 400 gram drobnego cukru. Do przygotowania kremu potrzeba 0,5 kg serka mascarpone, 4 łyżki cukru, 5 żółtek.

Zaczynamy od bezy. Zasadniczo oparłem się na przepisie Jamiego Olivera, ale poczytałem też inne wersje w Internecie. Jajka muszą być w temperaturze pokojowej, a nie mocno schłodzone. Białka ubijamy mikserem na niskich obrotach z odrobiną soli do uzyskania piany, potrwa to około 5 minut. Następnie dodajemy stopniowo cukier i ubijamy dalej do uzyskania gładkiej, świecącej konsystencji piany i na tyle by cukier rozpuścił się i nie były wyczuwalne po spróbowaniu kryształki cukru. Potrwa to kolejne 10 minut, ale białka będą ubite idealnie, no i cały czas robimy to na niskich obrotach. 

Piekarnik rozgrzewamy do 130°C z włączonym termoobiegiem, blachy wykładamy papierem do pieczenia, możemy go od spodu przykleić do blachy odrobiną piany, to nam zagwarantuje, że podczas pieczenia papier się nie podniesie i nie zdeformuje naszej bezy. Ubite białka dzielimy na dwie porcje i rozsmarowujemy je na papierze do pieczenia w kształcie kół o średnicy do 25 centymetrów. Oba blaty pieczemy na raz na różnych poziomach przez 1h 20 min w 130°C z włączonym termoobiegiem. Upieczone bezy trzymamy w piekarniku aż do wystygnięcia. Ja trzymałem w piekarniku uchylonym, ale następnym razem spróbuję wystudzić w zamkniętym, zobaczymy czy wpływa to na konsystencję środka bezy. Jestem bardzo dumny z siebie, gdyż piekłem bezę pierwszy raz i nie wyszła gumowata, co może być problemem. Z zewnątrz była idealnie krucha, a w środku piankowata, wilgotna, ale nie gumowata.

Gdy beza się studzi możemy przygotować krem. Żółtka ubijamy z cukrem aż uzyskamy puszysty, biały kogel mogel. Następnie dodajemy serek mascarpone i dalej ubijamy, ale już na niższych obrotach do uzyskania gładkiego kremu. Na koniec dodajemy 3 lub 4 łyżki amaretto i całość mieszamy już łyżką. Gotowy krem wkładamy do lodówki by się schłodził. 

Krem się schłodził, blaty wystygły więc możemy przystąpić do składania tortu. Bezy oddzielamy od papieru do pieczenia, mogą być lekko przyklejone więc róbmy to ostrożnie by ich nie połamać, bo są dość kruche i delikatne. Blachę, na której będziemy składać tort proponuję wyłożyć papierem do pieczenia. Ładniejszy wizualnie blat kładziemy na spód, rozsmarowujemy cały krem i przykrywamy delikatnie drugim blatem. Oto cały sekret tortu bezowego pavlova. Możemy go z wierzchu udekorować bitą śmietaną i owocami. Ja tego nie zrobiłem, ale sam smak kruchej słodkiej bezy i doskonałego kremu z nutą amaretto idealnie ze sobą współgrały i nie potrzebowały innych dodatków. 

Przygotowanie bezy pavlova nie jest aż tak trudne, jak by się mogło wydawać. Cały sekret tkwi we właściwym ubiciu białek. Próbujcie, na prawdę warto, bo jest to przepysznie przepyszny deser i bardzo elegancki.

Penne z kurczakiem w sosie tymiankowym z pesto

Dzisiaj prosty, szybki i smaczny przepis z lekkim powiewem smaków Włoch. Makarony zawsze się sprawdzą i raczej trudno popsuć danie z wykorzystaniem makaronu. Bardzo lubię pesto zielone, a udało mi się kupić w promocji więc postanowiłem, nie zwlekając na inny czas, od razu przygotować jakieś danie właśnie na bazie zielonego pesto. Osobiście polecam pesto z Barilli. Do mojego przepisu oczywiście potrzebny będzie makaron, penne sprawdza się doskonale do takich dań, do tego dwa filety z piersi kurczaka, dwie łyżki suszonego tymianku oraz kubek śmietany 18%, trochę oliwy, sól i pieprz do smaku. Mięso kroimy na w miarę małą kostkę obsypujemy tymiankiem, zalewamy odrobiną oliwy i odstawiamy na kilka godzin, a najlepiej na całą noc.  

Zamarynowane mięso smażymy na rozgrzanej patelni aż zacznie nabierać lekko złotawego koloru, możemy jeszcze dodać trochę tymianku, jeśli chcemy uzyskać wyraźny tymiankowy posmak. W międzyczasie gotujemy makaron w osolonej wodzie, bez dodatku oliwy. Makaron powinien być al dente. Gdy mięso zacznie nabierać koloru dodajemy kilka łyżeczek pesto i odrobinę wody z gotowania makaronu by uzyskać konsystencję sosu. Całość dusimy kilka minut by sos nabrał gładkiej konsystencji, a następnie dodajemy śmietanę i doprawiamy solą i pieprzem do smaku. Jeśli stwierdzimy, że sos jest zbyt łagodny możemy jeszcze dodać trochę pesto. Pamiętajmy tylko, że pesto jest dość słone, i jeśli makaron ugotujemy w zbyt osolonej wodzie lub zbytnio posolimy wcześniej kurczaka możemy przesolić nasze danie.

Odcedzony makaron dodajemy do sosu i jeszcze chwilę trzymamy na wolnym ogniu mieszając by cały makaron oblepił się sosem. Możemy jeszcze dodać kilka łyżek wody jeśli stwierdzimy że danie jest za „suche”. Z tego co czytałem, Włosi zawsze dodają tą wodę spod gotowania i mieszają jeszcze na patelni makaron z sosem. Tak przygotowane danie posypujemy na talerzach świeżo startym parmezanem. Smakuje przepysznie, polecam, sos śmietanowy z pesto doskonale pasuje do makaronu i kurczaka.