Od podboju kosmosu, po kowbojów z dzikiego zachodu, czyli co oferuje Teksas odwiedzającym go turystom

Po pobycie w Nowym Orleanie nadszedł czas na podróż przez Teksas. Teksas to drugi co do wielkości amerykański stan. Wyczytałem, że kiedyś ten stan był niezależnym państwem, symbolem tego jest samotna gwiazda na stanowej fladze. Stan ten bezpośrednio sąsiaduje z Meksykiem i podobnie jak na Florydzie, bardzo dużo mieszkańców posługuje się tam językiem hiszpańskim. 

Podróż przez Teksas zaczęliśmy w Houston. Jest to jedno z dwóch największych miast stanu. Droga z Nowego Orleanu do Houston zajmuje około 6 godzin jazdy samochodem. W Houston mieliśmy zarezerwowane dwa noclegi. Prawie, w każdym mieście, w którym zatrzymywaliśmy się, rezerwowaliśmy po dwa noclegi. Biorąc pod uwagę odległości między poszczególnymi miastami, nie sposób tylko jednego dnia przebywać w jednym miejscu, jest to fizycznie nie możliwe, jeśli chcemy poznać najważniejsze atrakcje. W Houston naszym celem było Nasa Space Center, czyli Centrum Lotów Kosmicznych NASA. Centrum robi niesamowite wrażenie. Z daleka wita nas już wielki jumbo jet z zamontowanym na kadłubie promem kosmicznym. W taki sposób promy te były transportowane z Kalifornii, gdzie były produkowane, do Houston, skąd odbywał się start. Oczywiście zarówno do samolotu, jak i promu możemy wejść w ramach odwiedzin w NASA Space Center. Ośrodek jest gratką dla miłośników kosmosu i wszystkich wydarzeń związanych z podbojem kosmosu. Ja nie jestem miłośnikiem tej tematyki, ale wszystko zrobiło na mnie niesamowite wrażenie. Całe Centrum jest bardzo multimedialne i urządzone z wielkim rozmachem, naprawdę można wiele się dowiedzieć o historii podboju kosmosu, jak wygląda życie podczas takich wypraw, eksponowane są również oryginalne elementy sond kosmicznych, czy promów, a nawet kapsuła, w której wracali kosmonauci na ziemię. Miejsce zdecydowanie warte odwiedzenia, a na spokojne zwiedzanie trzeba poświęcić kilka godzin. Oczywiście by nie było niespodzianek bilety mieliśmy zarezerwowane już wcześniej przed wylotem z Polski, wykupiliśmy opcję z Mission Control Tour. Opcja ta oprócz zwiedzania wszystkich wystaw zawiera transport do NASA Mission Control Center, gdzie możemy oglądać centrum nawigacyjne, z którego kontrolowano pierwszy lot na Księżyc. W ramach prezentacji odtworzone zostały tamte historyczne minuty i rozmowa z kosmonautami, a widzowie mogą oglądać pomieszczenie z sali dla gości, gdzie kiedyś zasiadały ważne osobistości podczas obserwacji pierwszego lądowania człowieka na Księżycu.

Będąc w Houston, odbyliśmy również krótką wycieczkę do downtown, jednak niesamowity upał, skutecznie ograniczył nasz czas pobytu w centrum miasta. Downtown podobne jak w innych miastach, pełne przeszklonych drapaczy chmur, wśród których znajdowały się dwie lub trzy uliczki z zachowanymi starymi zabytkowymi budynkami, tworząc specyficzny klimat wśród górujących nad nimi nowoczesnymi biurowcami. Wracając do motelu spędziliśmy jeszcze kilka godzin w ogromnym centrum handlowym Baybrook Mall, miłośnicy zakupów bez wątpienia poczują się tam jak w siódmym niebie. Przyznam się, że trochę dolarów też tam zostawiłem, ale nie sposób nie zrobić jakiś zakupów odzieżowych za oceanem. W centrum tym znajduje się również kilka doskonałych restauracji. My skusiliśmy się na kolację w The Rouxpour, spróbowałem tam gumbo, popularnego dania kuchni kreolskiej i muszę przyznać, że było genialne w smaku. Gumbo to taki gulasz z owocami morza, kiełbasą, ewentualnie kurczakiem, z dodatkiem warzyw i ryżu, coś pysznego. Restauracja nie należała do najtańszych, ale warto było tam zjeść smaczną kolację, po kilku godzinach biegania po sklepach.

Kolejnym punktem naszej wycieczki było Dallas. Podróż z Houston do Dallas zajmuje około 4 godzin. Dallas to drugie z największych miast stanu Teksas, obok Houston. Przeczytałem, że w Dallas-Fort Worth znajduje się największy pod względem powierzchni port lotniczy na świecie. Oczywiście głównym punktem wycieczki było miejsce zabójstwa Prezydenta Johna F. Kennedy’ego przy Dealey Plaza.  Na Commerce Street, na asfalcie, w miejscu gdzie strzały dosięgły Prezydenta znajdują się nakreślone duże X. Zdjęcie można zrobić w ciągu kilkudziesięciu sekund, kiedy światła sygnalizacji blokują ruch samochodowy na ulicy i jezdnia jest pusta. Można zwiedzić również miejsce, w pobliskiej bibliotece, z którego padły śmiertelne strzały. Obecnie znajduje się tam The Sixth Floor Museum. Podobno wszystko zachowano tam w takim układzie i stanie, jak z dnia zamachu. My niestety muzeum już nie zwiedziliśmy. W okolicy znajdują się również pomniki upamiętniające tamto smutne wydarzenie. Z Dealey Plaza przespacerowaliśmy się jeszcze do downtown, gdzie znajduje się m.in. siedziba AT&T. W pobliżu downtown przy Young Street znajduje się Pioneer Plaza z niesamowitą rzeźbą kilkudziesięciu posągów długorogiego bydła naturalnych rozmiarów. Jest to lokalna rasa bydła charakterystyczna dla Teksasu z niesamowicie długimi prostymi rogami. Jakby ktoś chciał poczytać w internecie to pod hasłem longhorn cattle. Taka przestrzenna rzeźba naturalnych rozmiarów robi wrażenie. W downtown, przy Main Street z pobliskiego skweru spogląda na nas gigantycznych rozmiarów oko, też warto zobaczyć tę rzeźbę na żywo. Miłośnikom street food’u polecam odwiedzić jeszcze Dallas Farmers Market, gdzie możemy posmakować dań różnych kuchni lub kupić lokalne produkty rolnicze.

Drugi dzień przeznaczony na Dallas spędziliśmy w pobliskim Fort Worth, a dokładnie w Fort Worth Stockyards. To taki dziki zachód w miniaturze. Jest to miejsce dawnej giełdy bydła. Obecnie cały kompleks ma przeznaczenie typowo komercyjne, nastawione na turystów. Dwukrotnie w ciągu dnia o 11:30 i 16:00 odbywa się przemarsz tego długorogiego bydła przez Exchange Ave od Stockyards Station do Rodeo Plaza. Wzdłuż Exchange Ave znajduje się cała masa sklepików z pamiątkami, kowbojskimi butami oraz barów i restauracji. Pobyt w tym miejscu jest na pewno ciekawym doświadczeniem, przenoszącym nas w dawne czasy kowbojów. W piątki wieczorem odbywa się tam rodeo. Ponieważ byliśmy tam właśnie w piątek, jeszcze wcześniej kupiliśmy sobie bilety na rodeo. Będąc w Teksasie, trudno nie zaliczyć takiej atrakcji. Cały pokaz jest bardzo skomercjalizowany i pewnie ma niewiele wspólnego z typowym rodeo z dawnych czasów. Oczywiście odbywają się pokazy ujeżdżania byków, ogierów, zawody konne z przeszkodami, czy łapanie cielaków na lasso. Po tym doświadczeniu z rodeo na żywo uczciwie muszę przyznać, że jeśli jeszcze kiedyś będę w Stanach Zjednoczonych na pewno nie wybiorę się po raz kolejny na rodeo. Po prostu szkoda mi  wystraszonych zwierząt, zwłaszcza tych małych cielaków, uciekających w popłochu, przed łapiącym ich na lasso jeźdźcem. Do tego nagłośnienie, jak na koncercie mega gwiazdy, co bez wątpienia nie służy słuchowi zwierząt, które mają znacznie bardziej wyczulony słuch niż ludzie. To nie dla mnie. Tak zakończyliśmy nas pobyt w Teksasie, kolejnego dnia czekała nas prawie 8 godzina podróż do stolicy bluesa, czyli Memphis i kolejny stan Tennessee.

Tak na zakończenie, Teksas to taki niemal odrębny kraj w USA. Wśród mieszkańców widać ten lokalny patriotyzm. W motelach, w których zatrzymywaliśmy się, nawet formy gofrownicy miały kształt Teksasu, więc na śniadanie można było zjeść gofra w kształcie tego amerykańskiego stanu. Bez wątpienia symbolem kojarzącym mi się z Teksasem będą kowbojki. W Fort Worth Stockyards jest to niemal obowiązkowy element garderoby. Chyba tu też obowiązują jedne z najmniej restrykcyjnych przepisów w USA co do posiadania, czy zakupu broni. Jest to również stan większy powierzchniowo od prawie wszystkich europejskich krajów. O północny Teksas zahacza również słynna aleja tornad, ale w te rejony z uwagi na ograniczenia czasowe już nie dotarliśmy. Podróżując przez Amerykę, warto poznać i taki stan, jakim jest Teksas.

Nowy Orlean, kolorowe miasto pełne kontrastów od Bourbon Street po Tree of life

Nowy Orlean był chyba najważniejszym, a zarazem najciekawszym punktem naszej podróży po południowo wschodniej części Stanów Zjednoczonych. Nowy Orlean to największe miasto stanu Luizjana, położone u ujścia rzeki Missisipi do Zatoki Meksykańskiej. Popularną nazwą Nowego Orleanu jest NOLA, czyli skrót o nazwy miasta i stanu. Miasto zostało założone przez francuskich osadników w XVIII wieku. Najciekawszą częścią miasta jest French Quarter, który rozciąga się od ulicy Canal na południu, po North Rampart na zachodzie, Esplanade Ave na północy i od wschodu po brzeg Missisipi. Centralnym punktem jest park Jackson Square, przy którym znajduje się górująca nad okolicą Bazylika Katedralna Św. Ludwika. Jest to miejsce gdzie lokalni artyści malują i sprzedają swoje obrazy. Najpopularniejszą ulicą miasta jest Bourbon Street, przy której znajduje się cała masa barów i różnego rodzaju knajp. Nowy Orlean jest kolebką jazzu, więc w knajpach przy Bourbon Street, miłośnicy tego gatunku, mogą posłuchać tej muzyki. W wielu barach można natrafić na kapele grające muzykę na żywo. Ulica ta tętni życiem za dnia i w nocy. W nocy jednak tworzy niesamowite wrażenie, kiedy wszystkie bary rozświetlone są neonami, i wszystko wygląda bardzo kolorowo, a we wszystkich kierunkach przemieszczają się tłumy imprezowiczów. Oczywiście warto przespacerować się sąsiednimi ulicami, a nie tylko Bourbon. Przy  większości z nich we French Quarter znajdują się kamienice z charakterystycznymi balkonami, znane z wielu amerykańskich filmów. Ponieważ French Quarter sięga aż brzegu Missisipi warto wybrać się do parku Woldenberg położonego nad brzegiem rzeki. Stamtąd też odbywają się rejsy parowcami po Missisipi. Polecam również przejść się dużą arterią, jaką jest Canal Street, obsadzona wzdłuż szpalerem palm. Zupełnie inny klimat i wrażenia niż na Bourbon Street. Warto też wybrać się na przejażdżkę zabytkowym tramwajem, który jeździ przez Canal Street. Z tego co zauważyłem i co my korzystaliśmy takie stare tramwaje jeżdżą po całym mieście. 

Miejscem wartym odwiedzenia w Nowym Orleanie jest także dzielnica Garden District, położona w południowej części miasta, między ulicami St Charles Ave, Toledano, Magazine i Jackson Ave. Jest to spokojna dzielnica z eleganckimi domami z XVIII wieku, gdzie w przeszłości osiedlali się najzamożniejsi mieszkańcy, stąd jej bardzo elegancki charakter. W Garden District znajduje się też znany cmentarz Lafayette, niestety obecnie zamknięty dla turystów, zdjęcia można tylko zrobić przez ogrodzenie. Charakterystyczne dla tego cmentarza są grobowce w kształcie mini domków, co wynikało z ochrony przez wymywaniem trumien z ziemnych grobów w przypadku powodzi. Spacer, pomimo iż dzielnica jest bardzo spokojna, pełna zieleni i urzekająca tymi eleganckimi domami, nie należał do najprzyjemniejszych, gdyż temperatura znacząco przekraczała 30°C, a do tego przy wysokiej wilgotności  taka pogoda była niesamowicie męcząca.

Nowy Orlean, to nie tylko zabytkowe dzielnice z pięknymi kamienicami, to również przepiękne parki miejskie z potężnymi starymi, majestatycznymi dębami, które robią niesamowite wrażenie i drzewami, z których zwisają całe tony mchu luizjańskiego, czyli oplątwy brodaczkowej, która dodają tym majestatycznym drzewom bajkowego charakteru. My odwiedziliśmy znajdujący się w południowej części miasta Audubon Park, ze słynnym dębem Tree of life, którego wiek oceniany jest miedzy 100, a 500 lat. Byliśmy też w City Park w północnej części miasta z urokliwą Oak Grove, gdzie rośnie kilkanaście równie leciwych i potężnych dębów. Do obu parków można dojechać takim starym tramwajem z samego centrum miasta, do City Park z Canal Street, a do Audubon Park z St Charles Ave. W parkach można również spotkać dużo różnego rodzaju ptactwa. Jednak niezapomniane wrażenie pozostawiają te dęby i zwisający z drzew mech luizjański.

Hotel mieliśmy zarezerwowany w samym centrum miasta, Best Western między Common a Canal Street więc do przystanków tramwajowych, a także do zabytkowego French Quarter i Bourbon Street mieliśmy bardzo blisko.

Na koniec jeszcze kilka ciekawostek o NOLA. Nowy Orlean słynie z Mardi Gras, czyli karnawału, opowieści o wampirach, voodoo i nawiedzonych domów. Organizowane są nawet dla turystów voodoo lub ghost tours, my jednak nie skorzystaliśmy z takiej atrakcji. W Garden District spotkaliśmy się również z masą koralików porozwieszanych na drzewach wzdłuż St Charles Ave. Historia tych koralików związana jest z karnawałem, zostały one ustanowione przez króla karnawału w 1872 r. Koraliki te zrzucane są z balkonów podczas parad karnawałowych i rozdawane na ulicach. Kiedyś te koraliki wykonywane były ze szkła, niestety teraz to już zwyczajny plastik.

Nowy Orlean mocno ucierpiał w 2005 r. podczas huraganu Katrina, z tego co czytałem nadal są w mieście obszary zniszczone i jeszcze nie odbudowane po powodzi, która nawiedziła miasto w wyniku huraganu. My podczas dwudniowego pobytu nie trafiliśmy na takie miejsca. Nowy Orlean jest miejscem magicznym, owianym tajemnicą, z cudownymi kamienicami we French Quarter i roznoszącym się nad Bourbon Street zapachem trawki. Jest to bez wątpienia jedno z amerykańskich miast, które warto odwiedzić i poznać podróżując do Stanów Zjednoczonych.

Floryda, amerykański stan gdzie lato trwa cały rok

W tym roku nadszedł czas by po raz kolejny wybrać się za ocean. W Ameryce Północnej byłem już kilka razy i zawsze tam wracam z sentymentem. Tegoroczne wakacje wspólnie ze znajomymi również postanowiliśmy spędzić w Stanach Zjednoczonych. Przejechaliśmy kilka tysięcy kilometrów, odwiedziliśmy kilka amerykańskich stanów więc tych wspomnień nie da się opisać w jednym wpisie. Nasza amerykańska przygoda zaczęła się na Florydzie. Lot mieliśmy zarezerwowany z Krakowa z przesiadką we Frankfurcie do Miami. Te międzykontynentalne lotniska robią wrażenie, są jak mini miasta, coś niesamowitego. Wylot z Krakowa mieliśmy o 6 rano, a w Miami byliśmy około godziny 14-tej czasu lokalnego więc całe popołudnie było do naszej dyspozycji. Oczywiście na lotnisku w Miami czekało nas jeszcze wypożyczenie wcześniej zarezerwowanego auta więc nim odebraliśmy bagaże, dokonali wszystkich formalności, w drogę ruszyliśmy po godzinie 16-tej. Ponieważ mieliśmy dość napięty plan całej wycieczki postanowiliśmy już tego pierwszego dnia jak najbardziej oddalić się od Miami na nocleg, by kolejnego dnia już szybciej dojechać do pierwszego celu, jakim było Panama City Beach. Przy takim planie po ponad 4 godzinach jazdy, trochę zmęczeni po 9-cio godzinnym locie dotarliśmy do miejscowości Ocala. Nocleg mieliśmy zarezerwowany w motelu sieci Microtel Inn. Z zewnątrz motel sprawiał bardzo dobre wrażenie, w środku pokój już był dość mały jak na dwie osoby, ale by spędzić jedną noc, odpocząć po całodziennej podróży, wziąć prysznic, zjeść rano śniadanie był wystarczający. 

Kolejnego dnia, zaraz po śniadaniu, ruszyliśmy już bezpośrednio w kierunku Panama City Beach. Po około 5 godzinach jazdy na miejsce dotarliśmy około godziny 14-tej. Hotel mieliśmy położony przy samej plaży. Praktycznie stojąc przed drzwiami pokoju widać było ocean. Na duży plus zasługiwał bar hotelowy, położony przy basenie, z którego widok rozpościerał się bezpośrednio na całą plażę. Możliwość delektowania się zimnym piwem, z takim widokiem, czego chcieć więcej. Jednak mając plażę i ocean pod bokiem nie sposób siedzieć było w barze. Panama City Beach położone jest nad Zatoką Meksykańską, więc woda w oceanie była ciepła, do tego ten niesamowity żar, który lał się z nieba. Temperatura w słońcu bez wątpienia przekraczała 30°C. Po kilku godzinach odpoczynku na plaży i kąpieli w oceanie wybraliśmy się jeszcze na spacer w kierunku molo i deptaku z restauracjami i butikami przy S Pier Park Dr. Polecam odwiedzić Hook’s Pier Bar przy samym molo. Samą przyjemnością było tam posiedzieć przy zachodzie słońca i sączyć zimne piwo. Skusiliśmy się jeszcze w ramach obiadu na przekąskę w postaci panierowanych krewetek i frytek, było przepysznie. Oczywiście nie można nie przespacerować się tym deptakiem S Pier Park Dr. Znajduje się tam masa restauracji, kafejek, sklepów, a na końcu wielka galeria handlowa. Niestety na plażowanie tutaj mieliśmy przeznaczony tylko jeden dzień więc nie mogliśmy zbyt długo włóczyć się po barach, bo kolejnego dnia czekała nas podróż w dalszą drogę. Pomimo iż hotel był położony w idealnym miejscu, a pokój był fantastyczny, zabrakło mi śniadania, nawet takiego prostego jakie jest serwowane w Stanach Zjednoczonych oraz darmowego lodu. Zazwyczaj każdy hotel czy motel w takiej strefie klimatycznej posiada maszynę do lodu, z której goście mogą bezpłatnie korzystać. Jeśli ktoś jest ciekaw to nocowaliśmy w hotelu Flamingo Hotel&Tower i jakbym znów tam pojechał mimo tych małych niedogodności powtórnie wybrałbym ten hotel.

Następnego dnia czekała na nas Pensacola z równie cudowną plażą i cieplutkim oceanem. W tym przypadku mieliśmy już znacznie krótszy dystans do pokonania, tylko około 3 godzin jazdy, to na prawdę niewiele przy tych odległościach, jakie pokonywaliśmy. W Pensacola nie mieliśmy zarezerwowanego motelu przy plaży więc najpierw udaliśmy się na plażę i tam spędziliśmy kilka godzin i dopiero późnym popołudniem dotarliśmy do motelu. Dla uściślenia na plażę pojechaliśmy do Pensacola Beach, która jest położona na wyspie, bo sama Pensacola to już część stałego lądu. Auto zaparkowaliśmy na parkingu  i to bezpłatnym bezpośrednio przy plaży. W Panamie nie spędziliśmy dużo czasu na plaży więc nie wykupywaliśmy leżaków, ale tutaj byliśmy na tyle wcześnie, że spędzenie kilku godzin w pełnym słońcu, mogłoby się skończyć poparzeniami w drugim dniu pobytu. Niestety wypożyczenie setu z dwoma leżakami i parasolem nie należy do tanich to 50 dolarów za cały dzień, wypożyczenie na godziny nie opłacało się w takim układzie. Oczywiście przy plaży i parkingu jest dużo sklepików z pamiątkami, barów i restauracji, taki typowy kurort turystyczny, podobnie jak Panama City Beach. Ponieważ postanowiliśmy, schodząc z plaży, od razu zjeść obiad, wstąpiliśmy do restauracji Crabs położonej przy samej plaży. Spróbowaliśmy tam przepysznych tacos z krewetkami  oraz z mięsem, coś niesamowitego, wszystko świeże, doskonały smak, doprawienie i świeże warzywa. Ja skusiłem się jeszcze na drink firmowy podany w słoiku, przepyszny, chłodzący słodkawy, ale jednocześnie orzeźwiający. Tajemnicą pozostaną słodkie, ciepłe pączki, które dostaliśmy na przystawkę i nie były doliczone do rachunku. Może Pani kelnerka polubiła nas, ale były też pyszne. 

Tak spędziliśmy dwa dni na plażowaniu, opalaniu i kąpielach w oceanie. Przed nami natomiast były kolejne dni wczesnych pobudek i dość długich godzin za kierownicą. Następnym przystankiem w podróży były cudowny Nowy Orlean. Żądni zobaczenia aligatorów na żywo, postanowiliśmy się jeszcze udać na wycieczkę airbotem po bagnach Florydy w drodze do Nowego Orleanu. Airboat to taka łódź napędzana wiekim śmigłem umieszczonym z tyłu. Dość droga to była impreza po 90 dolarów od osoby. Wybraliśmy opcję fan run więc nasz rejs trwał pół godziny tylko. Trudno to nawet nazwać rejsem, to była szalona przejażdżka łodzią, coś niesamowitego, polecam każdemu, nie zobaczyliśmy aligatorów, ale dziesiątki ptaków, które straszył odgłos wielkiego śmigła napędzającego łódź. Do tego ta prędkość i adrenalina, to po prostu trzeba samemu przeżyć. Po tej krótkiej i intensywnej dawcę adrenaliny jechaliśmy dalej, zatrzymując się docelowo w Nowym Orleanie. O tym mieście dotkniętym przez huragan Katrina, Bourbon street i Voo doo, już w kolejnym wpisie. Był to również kolejny stan, do którego dotarliśmy, czyli Luizjana. Zapraszam do poczytania wkrótce. 

Kuchnia węgierska papryką stoi, ale nie tylko….

Podstawą kuchni węgierskiej bez wątpienia jest papryka. Będąc na Węgrzech nie sposób sobie nie kupić czy to ostrej, czy słodkiej papryki w proszku. Uprawiana w takim słońcu ma zupełnie inny aromat, niż ta, którą możemy kupić w Polsce, nawet mielona. Z Węgier warto sobie też przywieźć pastę gulaszową, która stanowi doskonały dodatek do zupy gulaszowej. Ja oczywiście zaopatrzyłem się chyba w roczny zapas papryki w proszku i kilka tubek różnego rodzaju past paprykowych. Pasty te możemy kupić i u nas w marketach, ale zawsze miło jest przywieźć coś z wycieczki zagranicznej.

Co jednak dobrego możemy zjeść w węgierskich restauracjach. Najpopularniejszym daniem jest zupa gulaszowa. To taka zupa o dość rzadkiej konsystencji z mięsem oraz małymi kawałeczkami ziemniaków i innych warzyw. To danie znajdziemy w menu chyba każdej restauracji regionalnej. W Balatonfüred gdzie nocowaliśmy polecam osobiście Halászkert Étterem, do tej restauracji trafiliśmy pierwszego dnia, w sumie z przypadku. Wybór był trafiony, a gulasz przepyszny i dość duża porcja, podawany w kociołku, który był cały czas podgrzewany. Ciekawy efekt, a do tego zupa nie stygła tak szybko. Każdy zamówił sobie po kociołku, to idealna porcja na osobę by się najeść, ale nie przejeść. Do tego było podane świeżo wypiekane pieczywo i pokrojona w kosteczkę ostra jasnozielona papryka, oraz w niewielkim naczyńku ostra pasta paprykowa, dla chętnych mocniejszych wrażeń smakowych. Restauracja położona jest na początku promenady, tj. ulicy Zákonyi Ferenc, którą można dojść do przystani, idąc deptakiem od pola campingowego Balatontourist Füred Camping&Bungalows. Restauracją wartą odwiedzenia w Balatonfüred jest też Borcsa Étterem, położona na końcu całej promenady, która ze wspomnianej ulicy Zákonyi Ferenc, przechodzi za przystanią w Tagore setany. Ja oczywiście po raz kolejny zamówiłem zupę gulaszową, ale inni spróbowali pysznego sznycla, czy makaronów. 

Dla spragnionych niezwyczajnych wrażeń kulinarnych polecam Bistro Sparhelt, położona trochę dalej od deptaka. To restauracja wyższej klasy i nieco droższa, niż te które odwiedziliśmy wcześniej. Do wyboru jest kilka opcji kompletnego menu z przystawką, pierwszym i drugim daniem oraz deserem. Niektóre opcje można ze sobą łączyć lub mieszać. To takie menu degustacyjne, porcje nie są za duże, ale niesamowicie elegancko i wykwintnie podane. Smaki są trochę inne niż zazwyczaj, więc nie wszystko może każdemu smakować, bo to dość nowoczesna kuchnia. Mnie osobiście smakowało. Jadłem zieloną zupę chyba szczawiowo szpinakową, a na drugie danie makaron z kalmarami, inni próbowali kaczkę, czy coś w rodzaju gołąbka, ale zupełnie innego niż nasz tradycyjny. Osobiście zamiast tych wymyślnych dań wolałbym po raz kolejny zjeść typowy węgierski gulasz, ale takie miejsce też warto odwiedzić, sami się przekonajcie.

Będąc w Budapeszcie też postawiliśmy na sprawdzoną zupę gulaszową, każdy zamówił sobie po kociołku, to jednak najlepiej się sprawdza i smakuje właśnie w takich okolicznościach. Do tego restauracja znajdowała się na nadbrzeżu Dunaju więc dodatkowo mieliśmy cudny widok na wzgórze zamkowe. To była restauracja Panoráma Terasz. Ceny jak na taką lokalizację zadziwiająco niskie, a porcje w sam raz, do tego idealna miejscówka nad samą rzeką.

No i na koniec nie można nie wspomnieć oczywiście o słynnych węgierskich langoszach. Nie sposób tego nie spróbować będąc na Węgrzech. To taki placek smażony w głębokim oleju podawany na ciepło z kwaśną śmietaną. Nie raz widziałem je w Polsce na świątecznych jarmarkach więc stwierdziłem, że będąc na Węgrzech muszę spróbować. Znalazłem idealne miejsce w Tihany. To Tihanyi Rétesház és Lángosozó, coś w rodzaju baru. W tym miejscu serwują tylko langosze podawane na ciepło, smażone od ręki na miejscu. Jest to dość tłusty placek, ale świeży z kwaśną śmietaną i czosnkiem smakował doskonale, my podzieliliśmy się po kawałku bo był dość sycący więc każdy zjadł ze smakiem, bez uczucia przejedzenia. W Tihany spróbowałem też lawendowego piwa, ale szczerze, nie kupiłbym go po raz kolejny.

Kuchnia węgierska jest prosta, ale ma kilka dań których zawsze chętnie spróbuję, oczywiście na pierwszym miejscu zawsze będzie zupa gulaszowa. Ale to już sami musicie ocenić, co wam najbardziej będzie smakowało. 

Węgierska przygoda nad Balatonem i wieczorny rejs po Dunaju

Tegoroczny długi weekend majowy spędzałem z rodziną i znajomymi na Węgrzech, a dokładnie nad Balatonem. Układ dni wolnych powodował, że można było spokojnie odpocząć z dala od domu. Pierwotnie miała być Chorwacja, ale ostatecznie padło na Węgry. Na Węgry z południa Polski można dojechać w niecałe 7 godzin więc jest to całkiem przyzwoity czas, porównując powiedzmy z wyprawą nad Bałtyk do Kołobrzegu. Do tego o tej porze roku na Węgrzech już jest gwarantowana przyjemna, ciepła, wiosenna pogoda, ale jeszcze bez upałów, no i piękna zieleń. Niestety u nas z weekendem majowym bywa różnie i nie raz już były w tych dniach przymrozki, a i kwiaty wiosenne też się rozwijają ciut później w Polsce. Wyjeżdżaliśmy w sobotę rano z Krakowa, więc przyjazd na miejsce przewidywaliśmy około 15.00.

Nocowaliśmy w miasteczku Balatonfüred położonym nad samym Balatonem, na północnym brzegu. Jest to uroczy kurort turystyczny, o tej porze roku jeszcze nie w pełni tętniący życiem, z masą cudownej zieleni i kwiatów, ścieżek rowerowych i przystanią dla statków. Sam nocleg zarezerwowaliśmy w ośrodku Balatontourist Füred Camping&Bungalows. Jest to pole campingowe z domkami oraz parcelami, na których można zatrzymać się camperem, rozbić namiot i podłączyć do mediów. Ośrodek jest dość rozległy i ma bezpośredni dostęp do linii brzegowej jeziora. Domki, w których mieszkaliśmy może nie były luksusowe, ale zawierały dwie małe sypialnie, aneks kuchenny z pokojem dziennym i łazienkę. Przed domkiem był zadaszony taras, gdzie można było spędzać czas na wolnym powietrzu. Czego więcej potrzeba, gdy za oknem jest ciepło i świeci piękne słońce, a większość czasu spędza się na spacerach i wycieczkach po okolicy. Niestety przed sezonem, nie było jeszcze zamontowanych schodków do jeziora. Nad Balatonem nie ma typowej plaży i zejście z brzegu do wody na terenie ośrodka jest po schodkach montowanych na sezon letni. Na terenie ośrodka znajduje się plac zabaw, w sezonie otwarte też są mini delikatesy, a całość jest ogrodzona, samochód można zaparkować zaraz obok domku. 

Balatonfüred mnie zauroczyło. Z naszego ośrodka do centrum prowadził deptak połączony ze ścieżką rowerową, obsadzony niesamowitą ilością kwiatów i różnorodnych krzewów. Podczas naszego pobytu wszędzie kwitły tulipany w setkach kolorów i inne kwiaty, których u nas raczej się nie spotyka, ze względu na zimniejszy klimat. Po około kilometrze deptak przechodzi w promenadę z restauracjami, kafejkami i sklepikami z pamiątkami. Idąc tą promenadą dojdziemy do przystani, z której odpływają statki turystyczne i prywatne łodzie. Przy przystani znajduje się pomnik kapitana promu i rybaka. Cały deptak ciągnie się jeszcze dalej do ulicy Deák Ferenc. Balatonfüred jest idealnym miejscem na wiosenny wypoczynek, gdy jeszcze nie ma tylu turystów, w sezonie bez wątpienia tysiące urlopowiczów otaczają nas z każdej strony. 

Mieszkając w Balatonfüred koniecznie trzeba odwiedzić pobliskie Tihany. To cudowne, urokliwe miasteczko położone na półwyspie o tej samej nazwie. Tihany położone jest na wzniesieniu więc rozciąga się z niego widok na całą panoramę Balatonu. W mojej ocenie to taki węgierski Kazimierz Dolny. Miasteczko jest pełne wąskich uliczek, domków z cudownymi ogródkami, nad którym góruje XI wieczny klasztor benedyktynów. Żeby poczuć atmosferę Tihany trzeba poświęcić kilka godzin i dać się zagubić w tych uroczych zakątkach. Nie bójcie się to malutkie miasteczko więc łatwo się odnajdziecie. Półwysep słynie z uprawy lawendy, którą można znaleźć w każdym sklepiku, to taka węgierska Toskania. Obowiązkowym punktem wycieczki w Tihany jest dom papryki, to kamienica położona przy głównej ulicy, cała ozdobiona strąkami czerwonej papryki. W środku znajduje się sklep z lokalnymi wyrobami, niestety nie można robić zdjęć, ale mnie się jakoś ukradkiem udało. Z Tihany można przeprawić się promem na drugi brzeg Balatonu do Szántód, co też uczyniliśmy, oczywiście zabierając samochód. Do naszej bazy noclegowej w Balatonfüred wróciliśmy, robiąc sobie wycieczkę wokół jeziora. Po drodze odwiedziliśmy jeszcze Siófok z charakterystyczną zabytkową wieżą ciśnień. Nic jednak interesującego nie znaleźliśmy w  tej miejscowości więc wypiliśmy kawę i ruszyliśmy w dalszą drogę. Dla miłośników wycieczek rowerowych dodam, że cały Balaton wkoło można objechać na rowerze.

Przedostatniego, czyli czwartego, dnia pobytu na Węgrzech pojechaliśmy jeszcze do Budapesztu i ostatni nocleg mieliśmy już tam zarezerwowany w hotelu. Do Polski wracaliśmy prosto z Budapesztu. W Budapeszcie byłem pierwszy raz podczas pandemii. Budapeszt to duże miasto położone na obu brzegach Dunaju, z przepięknym zabytkowym centrum, górującym nad miastem wzgórzem zamkowym i charakterystyczną bryłą węgierskiego parlamentu, budynku urzekającego architekturą, zwłaszcza po zmroku, kiedy jest włączona iluminacja. Z uwagi iż do dyspozycji mieliśmy tylko jedno popołudnie i wieczór, następnego dnia wracaliśmy już do Polski, nie udało się nam wiele zobaczyć. Pospacerowaliśmy trochę po centrum, doszliśmy do Bazyliki Św. Stefana i nad Dunaj, gdzie z brzegu rozciągał się widok na wzgórze zamkowe oraz Górę Gellerta. Na wieczór zarezerwowaliśmy sobie rejs statkiem wycieczkowym po Dunaju. Niestety wieczorem padał deszcz więc część rejsu spędziliśmy pod pokładem oglądając tylko z okien statku panoramę nadbrzeża. Na pokładzie grała orkiestra na żywo, w sumie specyficzny, ale ciekawy klimacik. Grali najbardziej popularne melodie z krajów, których turyści byli na pokładzie. Gdy już się ściemniło i przestało padać, wyszliśmy na pokład i mogliśmy zrobić kilka zdjęć cudownie podświetlonego zamku oraz budynku parlamentu. Tak zakończyła się nasza majowa węgierska przygoda. Zarówno Balaton, jak i Budapeszt to doskonałe destynacje z Polski na majówkowy wiosenny wypoczynek. Jeśli chcecie dokładnie zwiedzić cudowne miasto, jakim jest Budapeszt, polecam przynajmniej 3-dniowy pobyt. Jednak, by choć na chwilę oderwać się od codzienności wystarczy te kilka dni, spędzonych w tak urokliwych miejscach.

Erice, San Vito Lo Capo, czyli jedna z najpiękniejszych plaż Europy i słynne Palermo

Spędzając urlop na Sycylii w okolicy Castellamare del Golfo oprócz wycieczki na południe wyspy do Agrigento i Scala di Turchi zrobiliśmy sobie jeszcze wycieczkę do Erice, plaży w San Vito Lo Capo i oczywiście Palermo. 

Erice to bardzo urokliwe miasteczko, położone w północno zachodniej części Sycylii, w prowincji Trapani na górze Eryks. Początki miasta sięgają V w p.n.e. Sam wjazd do Erice jest już bardzo ekscytujący, ponieważ miasteczko położone jest na szczycie góry, a dojazd prowadzi wąskimi, krętymi serpentynami. Jak już wjedziemy na szczyt z góry rozpościera się widok na przepiękną panoramę całej okolicy. Najlepiej zaparkować auto na parkingu miejskim na końcu ulicy Viale Conte Pepoli. Stamtąd mamy blisko do zamku Castello di Venere oraz zabytkowego centrum. Idąc z parkingu do zamku, można podziwiać z murów cudowną panoramę i pobliskie Trapani. Z kolei z Castello del Bálio rozciąga się widok na północ w kierunki San Vito Lo Capo. Erice ma klimat, który kocham, wąskie uliczki, stara zabudowa, ja mogę łazić godzinami po takich miasteczkach. W Erice byliśmy w samo południe więc trzeba było się chować w cieniu przed palącym południowym słońcem. Ponieważ mieliśmy kolejne miejsca do odwiedzenia w planie więc po spacerze tymi urokliwymi uliczkami, zakupieniu pamiątkowych magnesów, pojechaliśmy w kierunku Trapani.

Trapani to stolica prowincji o tej samej nazwie i jednocześnie dość duże miasto położone nad samym morzem. Z Trapani prowadzi kolejka linowa do Erice. Zauważyliśmy ją dopiero jak zjeżdżaliśmy z Erice do Trapani. W Trapani natrafiliśmy na porę sjesty, więc prawie wszystko było pozamykane, do tego z nieba lał się niesamowity żar, potęgowany jeszcze przez mury kamienic, które dodatkowo oddawały swoje ciepło. Samo Trapani nie zrobiło na mnie większego wrażenia. Gdybym wiedział o tym wcześniej, wolałbym jeszcze spędzić na spokojnie te dodatkowe półtorej godziny w uroczym Erice.

Zwieńczeniem całodziennej wycieczki była wizyta na jednej z najpiękniejszych plaż Europy w San Vito Lo Capo. Plaża położona jest w zatoczce i od strony wschodniej wieńczy ją niemal wyrastająca z morza ogromna góra, robi to niesamowite wrażanie i nadaje całego uroku temu miejscu. Owszem sama plaża z całym tym otoczniem może być uznana za jedną z najpiękniejszych, ale to przyciąga do niej tysiące urlopowiczów. My byliśmy około 18.00 i było jeszcze dość tłoczno, nawet nie chcę myślec co tam się działo w ciągu dnia, chyba człowiek leżał na człowieku. Dla mnie zdecydowanie za gęsto i osobiście na dłuższy wypoczynek polecam Spiaggia Plaja, ale oczywiście San Vito Lo Capo również warto odwiedzić choć na parę godzin spędzając wakacje na Sycylii.

Odwiedziny Palermo to była kolejna wycieczka. Początki Palermo sięgają VIII w p.n.e. Na pewno trzeba się przespacerować ulicą Via Maqueda. Znajdują się przy niej piękne, zabytkowe kamienice, choć wiele z nich wymaga natychmiastowej restauracji, bo są bardzo zniszczone. Przy ulicy na Piazza Giuseppe Verdi znajduje się imponujący budynek Teatro Massiomo Vittorio Emanuele di Palermo. Można sobie usiąść w jednej z pobliskich kafejek i rozkoszować się pysznym cappuccino z canolli, obserwując tłumy turystów płynące we wszystkie strony. Skrzyżowanie wspomnianej Via Maqueda z Via Vittoria Emanuele otaczają cztery barokowe pałace z przepięknymi fasadami, to też jest miejsce warte zobaczenia. Zaledwie kilka kroków dalej znajduje się Piazza Pretoria ze słynną Fontanną Pretoria, a następnie Piazza Bellini, przy której znajdują się kościoły trzech wyznań. Niestety nie byliśmy w środku żadnego z nich, choć z tego co czytałem przynajmniej kościół Santa Maria dell Ammiragilo jest wart odwiedzenia. Idąc od Teatro Massiomo, jeśli dojdziemy do skrzyżowania Via Maqueda z Via Vittoria Emanuele i skręcimy w prawo dojdziemy do przepięknego architektonicznie budynku Katedry Palermo. Budynek z zewnątrz jest bardzo imponujący, w środku też nie byliśmy niestety.

Ciekawym i niesamowitym miejscem są Katakumby Kapucyńskie, położone na zachód od centrum, około 2 kilometry spacerem. Miejsce mroczne, specyficzne, mistyczne pod klasztorem Kapucynów. Znajduje się tam około 8 tysięcy mumii z okresu od XVI wieku do 1920 r., wszystkie wyeksponowane na ścianach piwnic. Rzadko takie miejsca się widzi, ale chyba przynajmniej raz warto takie coś zobaczyć.

Te miejsca udało się nam zobaczyć w Palermo. Niestety oprócz katakumb nie zwiedziliśmy w środku żadnych kościołów, choć pewnie kilka wartych było wejścia do środka, tak jak wcześniej wspominałem. Tego dnia upał był niesamowity więc już spacer uliczkami miasta w tym gorącu był wystarczającym wyzwaniem. Żeby spokojnie wszystko zobaczyć trzeba by na Palermo poświęcić ze dwa dni. No cóż, może jeszcze kiedyś odwiedzę Sycylię to odrobię zaległości w zwiedzaniu nieodkrytych miejsc. Miasto jest urokliwe, pełne zabytkowej architektury, jednak bardzo zaśmiecone, jak i cała Sycylia, a szkoda bo to piękna wyspa będąca doskonałą destynacją na wakacyjny wypoczynek.

Limoncello, canolli, pizza, pasta i doskonałe owoce morza, czyli czym można się delektować spędzając urlop na Sycylii

Sycylia jest włoską wyspą więc raczej trudno sobie wyobrazić pobyt tam bez spróbowania pizzy czy pasty. Oczywiście podczas  naszego wakacyjnego pobytu na tej pięknej wyspie kilkukrotnie delektowaliśmy się przepyszną pizzą. Jednak pizza to nie wszystko, na Sycylii nie sposób nie spróbować doskonałych owoców morza, czyli kalmarów, krewetek, langustynek, muli, a także risotta. Pizza jest idealna praktycznie w każdej restauracji, chyba raczej ciężko jest znaleźć niedobrą pizzę we Włoszech. Inaczej jest z owocami morza, one muszą być świeże, to podstawa. Na szczęście, wszędzie gdzie trafiliśmy było smacznie i do tego miła i sympatyczna obsługa. Włosi z natury są gościnni. 

W dniu przyjazdu dopiero przed północą trafiliśmy do restauracji, z uwagi na późny lot i dojazd do naszego apartamentu z lotniska. To było niesamowite i przemiłe, praktycznie dla nas otworzyli kuchnię tuż przed zamknięciem i zrobili świeże pizze. Kilka razy stołowaliśmy się w tym miejscu dlatego, że było smacznie, a poza tym ta restauracja znajdowała się zaledwie 3 minuty spacerem od naszego apartamentu. Próbowałem tam również przepysznej zupy z owocami morza i ryżem. Jak byłem kiedyś na Grań Canarii nazywało się to juicy rice. To taki dość płynny sos pomidorowy z ryżem, mulami i krewetkami, coś przepysznego, esencja smaku owoców morza powoduje, że ten sos sam można by zjeść z podawanym pieczywem. To jest restauracja La Lampara. Muszę tu dodać, że nocowaliśmy w pobliżu Castellamare del Golfo w domku przy plaży Spiaggia. Tak chyba będzie łatwiej znaleźć tę miejscówkę, jeśli ktoś byłby zainteresowany. Było przepysznie to mogę potwierdzić. Przy samym deptaku, przy plaży trafiliśmy na restaurację z cudownym widokiem z tarasu wprost na plażę i morze. Kolacja o zachodzie słońca w takiej miejscówce ehh…. co tu mówić, lato, morze, zachód słońca i do tego pyszne jedzenie. Tam próbowaliśmy risotta i tradycyjnie pizzy. Restauracja nazywa się Vanity Beach di Giuseppe di Gregorio. Te dwie restauracje mogę spokojnie polecić przy Spiaggia Plaja.

W samym Castellamare del Golfo próbowaliśmy natomiast steków oraz tradycyjnie pizzy, owoców morza i risotta, a także pasty oczywiście z owocami morza. Steki były dobre, ale mnie nie zachwyciły, choć forma podania była bardzo elegancka, inne dania były przepyszne. Knajpki i restauracje są przytulne, niewielkie, wieczorami zatłoczone, ale ma to swój urok. Ciekawostką jest, że stoliki przed restauracjami ustawiają nawet na schodach więc trzeba uważać by lotem ślizgowym nie zjechać po schodach na krześle. Te wszystkie drobiazgi stwarzają cudowną atmosferę wakacyjną, tłumy turystów, oświetlenie ogródków restauracyjnych, stare kamienice, ja kocham taki klimat i mógłbym godzinami spacerować po takich uliczkach. W samym centrum mogę z czystym sumieniem polecić Trattorię La Maidda i Bracerię 360°, w tych dwóch miejscach jedzenie było bardzo dobre, choć ja osobiście powtórnie wybrałbym trattorię. Ciekawostką jest, że trafiliśmy też do restauracji, której właścicielką była wtedy Polka, może teraz też nadal jest, to restauracja Sailing. Restauracja położona jest przy Piazza Petrolo, było tam smacznie, choć osobiście uważam, że panował lekki przerost formy nad treścią, czuliśmy się tam zbyt sztywno, chyba przez obsługę kelnerską w białych koszulach i nie pamiętam już, czy czarnych marynarkach, czy kamizelkach, rodem z Ojca Chrzestnego. No cóż sami wybierzcie się i oceńcie jak byście spędzali wakacje na Sycylii w tej okolicy. Ja chyba mam największy sentyment do tej restauracji w sąsiedztwie naszego apartamentu przy plaży, czułem się tam domowo, do tego pyszna pizza i ten obłędny ryż z owocami morza. Będąc na Spiaggia Plaja w pobliżu Castellamare del Golfo koniecznie odwiedźcie to miejsce.

I tak na koniec wspomnień kulinarnych z Sycylii, to cytrynowa wyspa, jak pisałem w jednym z wcześniejszych wpisów, więc obowiązkowo trzeba spróbować limoncello. Pyszny likier cytrynowy, oczywiście musi być mocno schłodzony. W Palermo znajdują się liczna sklepiki oferujące tyko limoncello, to kupione w markecie nie jest takie dobre, jak takie rzemieślnicze, spróbujcie sami… 

Jednak to jeszcze nie koniec. Nie można zapomnieć o najbardziej popularnym sycylijskim ciastku, czyli canolli. Kupić je można praktycznie w każdej cukierni, czy kawiarni. Canolli to kruche rurki smażone w głębokim tłuszczu z kremowym nadzieniem z serka ricotta, coś pysznego. Doskonałe do włoskiej kawy świeżo parzonej. Canolli to obowiązkowy punkt na kulinarnej mapie Sycylii.

Kuchnia sycylijska jest przepyszna, choć nie próbowaliśmy jakichś typowych lokalnych potraw, ale każdy znajdzie tu coś dla siebie. Doskonałe jedzenie w cudownym otoczeniu, czego więcej potrzeba w wakacje.

Tureckie schody i greckie świątynie, czyli perełki sycylijskiej prowincji Agrigento

Na Sycylii spędziliśmy dwa tygodnie. Nie wytrzymałbym tylu dni tylko leniuchując na plaży i objadając się pizzą i innymi smakołykami więc czas odpoczynku przeplataliśmy z wycieczkami po okolicy bliższej i dalszej od Castellamare del Golfo. Najdalszym celem wycieczki była Dolina Świątyń w okolicach Agrigento oraz Scala dei Turchi, czyli Schody Tureckie. Agrigento znajduje się na południu Sycylii, więc praktycznie trzeba było przejechać przez całą wyspę na samo południe. Miejscowość ta położona jest w odległości około 170 kilometrów od Castellamare del Golfo, w zależności którą drogę wybierzemy. Dojazd zajmuje ponad 2 godziny w jedną stronę. Jadąc możemy podziwiać krajobraz centralnej Sycylii, który tworzą głównie plantacje rolnicze lub całe wysuszone przez palące słońce połacie ziemi. Sama jakość dróg nie należy do najlepszych niestety, główne owszem są dobrze utrzymane, ale te lokalne są pełne dziur. 

Naszym pierwszym przystankiem były tzw. Schody Tureckie, do których dojedziemy drogą SP68, zjeżdżając z drogi SS115. Wspomniane schody, to białe, wapienne klify położone na południowym wybrzeżu, wyglądem przypominające tureckie Pamukkale. Nazwa związana jest jednak z historycznymi opowieściami o tureckich piratach, którzy w tym miejscu dostawali się na ląd, stąd nazwa Schody Tureckie (Scala dei Turchi). Obecnie klif ten nie jest dostępny bezpośrednio dla turystów, tylko ogrodzony. Patrząc na zdjęcia w Internecie, kiedyś można było chodzić po niższych tarasach. Zdjęcia można robić z góry z punktów widokowych, które znajdują się przy drodze lub z plaży. Praktycznie najlepiej zaparkować samochód przy drodze w pobliżu tych punktów widokowych, gdyż turystów jest tam bardzo dużo i bliżej plaży ciężko jest znaleźć miejsce. Z okolic tych punktów widokowych jeżdżą małe riksze motorowe, wyglądające jak spotykane w krajach azjatyckich tuk tuki, którymi można zjechać prosto do plaży. Koszt przejazdu za jedną osobę to 2 euro, jest to znacznie lepsze rozwiązanie niż pieszy spacer do plaży. Latem, palące słońce bardzo mocno daje się we znaki, a dodatkowo by zejść na plażę trzeba pokonać chyba około stu drewnianych schodów. Idąc już plażą można dojść do klifu i podziwiać go z dołu, niestety na sam kif nie wejdziemy, gdyż jak wspominałem jest on ogrodzony. Biorąc pod uwagę unikatowość miejsca i ilość odwiedzających turystów, zapewne z tego wynika brak możliwości spacerowania obecnie po tych śnieżnobiałych skałach. Nam wystarczył widok z daleka i możliwość zrobienia zdjęć z perspektywy. Kelner w plażowym barze powiedział nam, że  w tym dniu było wyjątkowo mało ludzi bo wiał mocny wiatr, w przeciwnym razie byłoby tam czarno od turystów. Chłodzące piwo w barze, tradycyjnie zakup pamiątkowych magnesów i wracaliśmy z powrotem na główną drogę do auta. Niestety nie było w pobliżu tych tuk tuków więc pod górę wspinaliśmy się już na własnych nogach, na szczęście nie po schodach, tylko po łagodnym zjeździe dla tych samochodzików. 

Z wybrzeża pojechaliśmy w kierunku Agrigento, a dokładniej do Doliny Świątyń. Dolina Świątyń jest wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO, zajmuje obszar 1800 hektarów. Położona jest na obszarze starożytnego miasta Akragas. Można się tam poczuć jak w starożytnej Grecji, a nie na włoskiej wyspie. Znajdują się tam jedne z najlepiej zachowanych ruin greckich świątyń. Niektóre ze świątyń widać już z drogi dojazdowej, co robi niesamowite wrażenie. W najlepszym stanie jest Świątynia Concordii, która wygląda jak ateński Partenon i Świątynia Hery.  Przy ruinach Świątynii Concordii znajduje się charakterystyczna rzeźba Ikara. Nad morzem wydawało się, że wieje przyjemny wiatr, a tam w słońcu było chyba ze 40 stopni Celsjusza. Do tego wycieczka nasza po tej dolinie przypadała na wczesne godziny popołudniowe, kiedy to temperatury są najwyższe, więc szybkim krokiem, obeszliśmy najciekawsze zachowane ruiny i podążyliśmy w kierunku auta. Na spokojne zwiedzanie polecam zarezerwować około 3 godziny. Wybierając się na zwiedzanie nie zapomnijmy o nakryciu głowy i butelce wody mineralnej, spacer w odkrytym terenie, w tak palącym słońcu, może się skończyć zasłabnięciem. Do Świątynii Concordii prowadzi droga w pełnym słońcu więc w godzinach południowych zwiedzanie całego obiektu jest dużym wyzwaniem wytrzymałościowym. Koszt biletu to 10 EUR za osobę. Bez wątpienia jest to ciekawe miejsce i warte odwiedzenia podczas pobytu na Sycylii.

Sycylia, cytrynowa wyspa…

Sycylia to największa wyspa na Morzu Śródziemnym. Bez wątpienia jest to bardzo ciekawa destynacja wakacyjna, dlatego postanowiłem Wam o niej napisać. Ja tam spędziłem ostatnie wakacje z rodziną i znajomymi i z chęcią wróciłbym tam za jakiś czas. Jest jeszcze wiele zakątków, do których niestety nie zdążyliśmy dotrzeć. W ubiegłym roku sama Madonna spędzała tam swoje urodziny, w tym samym czasie co my byliśmy, ale niestety nie udało się nam Jej spotkać. 

Naszą miejscówką noclegową była miejscowość Castellamare del Golfo. Miasteczko położone na północnym wybrzeżu, na zachód od Palermo. Zasadniczo na wyspę można się dostać samolotem lub promem. Z Polski oczywiście najprostszym rozwiązaniem jest lot na jedno z lotnisk w Palermo lub w Katanii. Z uwagi na miejsce noclegowe, musieliśmy wybrać lot do Palermo. W pobliżu lotniska znajduje się wypożyczalnia samochodów. Oczywiście wynajęliśmy samochód na cały pobyt i w taki sposób zapewniliśmy sobie transport z Palermo do Castellamare del Golfo, mogliśmy również zorganizować kilka wycieczek po okolicy. 

Sam nocleg zarezerwowaliśmy poza Castellamare del Golfo, praktycznie przy plaży Spiaggia. Miejscówka trafiona w punkt, 2 minuty do plaży i pobliskich knajp. Trochę dalej było do samego miasta, bo spacer zajmował około 40 minut w jedną stronę. Do dyspozycji mieliśmy jeden z dwóch apartamentów w domu znajdującym się w bezpośrednim niemal sąsiedztwie plaży, co było wielkim udogodnieniem. Plaża czysta, długa, w miarę szeroka, z licznymi punktami gastronomicznymi i punktami leżakowymi. No niestety po pandemii koszt wypożyczenia dwóch leżaków z parasolką to 20 euro dziennie, ale w sierpniu nie ma szans wysiedzieć na sycylijskiej plaży bez parasola. Woda dość ciepła, choć dla mnie mogłaby być jeszcze cieplejsza. Przy promenadzie spacerowej wzdłuż plaży znajduje się kilka restauracji, w których można bardzo dobrze i w przyzwoitej cenie zjeść. O tym czego smakowaliśmy na Sycylii, napisze wkrótce.

Samo Castellamare del Golfo to bardzo urokliwe miasteczko. W stosunku do plaży Spiaggia, położone na wzgórzu więc spacer do miasta wymagał trochę wysiłku po całodziennym leżakowaniu w palącym słońcu. No, ale nie sposób nie odwiedzić najbliższego miasteczka, tylko spędzić cały czas w jednym miejscu. Dodatkowo w Castellamare był znacznie większy wybór restauracji, co oczywiście skłaniało do spaceru na kolację właśnie tam. Żeby dojść do głównego centrum, a potem do mariny, praktycznie cały czas trzeba się wspinać lekko pod górę mijając liczne bary i restauracje oraz klucząc wśród wąskich urokliwych uliczek. Do samej mariny schodzimy już po szerokich schodach z centrum. Ja uwielbiam klimat takich uliczek, zaułków, schodów i tych niesamowitych zakamarków ukrywających liczne niespodzianki architektoniczne. Urlop spędzaliśmy w okolicach 15-ego sierpnia, czyli święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. W dniach 19-21 sierpnia w Castellamare del Golfo odbywa się święto patronki miasta – La Festa di Maria Santissima del Soccorso. Jest ono bardzo celebrowane i to przez wiele dni. Całe miasto jest udekorowane niemal jak u nas na Boże Narodzenie. 19 sierpnia w piątek o 22 wieczorem przez miasto szła procesja z figurą Matki Boskiej, w muzycznej oprawie z bębnami, coś niesamowitego, a wcześniej jeszcze fajerwerki. W niedzielę na zakończenie święta pokaz fajerwerków jaki udało mi się zobaczyć wieczorem przyćmił rozmachem fajerwerki na 4 lipca w Stanach Zjednoczonych, czy we Francji na dzień Bastylii. To było coś niesamowitego, w życiu nie widziałem takiego nigdzie na świecie. Castellamare del Golfo i jego okolice to bardzo dobra wakacyjna destynacja, pobliskie lotnisko w Palermo sprawia, że transport po przylocie na wyspę, nie należy do bardzo uciążliwych. 

W samym Castellamare polecam przejść się schodami Scalinata Rotary per la Pace, które prowadzą do samej mariny, zwłaszcza wieczorem robią duże wrażenie. Konieczne trzeba zrobić sobie spacer deptakiem Corso Giuseppe Garibaldi, w letni wieczór ciężko się tam przecisnąć między tłumami przechodniów spacerujących we wszystkie strony. Ciekawostką jest, że niektóre restauracje rozkładają swoje stoliki wprost na schodach. Tak jak wspominałem, to miasto położone jest na wzgórzu więc w architekturę ulic wpisane są schody by dostać się z jednego poziomu ulicy na inny. Warto się również wybrać na plac, gdzie stoją stragany z pamiątkami, czy odbywają się festyny. Plac ten położony jest nad samym morzem przy ulicy Marina di Petrolo. Wiele jest miejsc ciekawych w Castellamare del Golfo, warto po prostu zagubić się na kilka godzin w tych uliczkach i spokojnie sobie spacerować po zmroku, od czasu do czasu zatrzymując się na lampkę wina, przy doskonałej pizzy, makaronie lub innych włoskich smakołykach. 

Z ciekawostek opisze Wam jeszcze jedno niesamowite zjawisko. Przez dwa dni wiał wiatr znad Afryki i napłynęło niesamowicie gorące powietrze. To trzeba po prostu przeżyć i doświadczyć samemu takiego gorąca. Spacerujesz późnym wieczorem, a wiatr jest tak gorący, że nie chłodzi ciała, a jeszcze bardziej podgrzewa. Czujesz się tak jakby przed tobą jechał otwarty piekarnik z termoobiegiem i temperaturą ustawioną na 150 stopni Celsjusza, ty sobie spacerujesz, a takie powietrze wieje ci w twarz lub plecy. Wydawałoby się, że wiatr musi chłodzić, a on po prostu jeszcze bardziej ogrzewa powietrze wokół ciebie. To tyle o Castellamare del Golfo. W najbliższym czasie napiszę Wam jeszcze o wycieczkach i o tym co udało się nam zobaczyć na Sycylii, które miejsca warto odwiedzić. Oczywiście będzie też coś o kuchni włoskiej, albo raczej sycylijskiej. Zacząłem w tytule o cytrynach więc muszę się na koniec wytłumaczyć, tak tak cytryny są tam motywem dekoracyjnym w wielu miejscach, w tym na porcelanie, no i do tego schłodzone limonczello, pyszna orzeźwiająca nalewka o smaku cytrynowym, pod warunkiem, że mocno schłodzona.  

Istria truflami stoi, ale nie tylko…

Jedzenie w Chorwacji jest przepyszne, od delikatnych owoców morza po trochę cięższe, jak ćevapčići i pljeskavica. Każdy tam znajdzie coś dla siebie. Dla mnie jednak najlepsze są owoce morza. No i do tego wszystkiego trufle, szczególnie na Istrii niesamowite popularne i są po prostu wszędzie. Dzisiejszy wpis będzie poświęcony właśnie kuchni chorwackiej i temu czego spróbowaliśmy podczas pobytu na Istrii. 

Lido

Umag był naszą miejscówką więc zacznijmy od tej miejscowości. W marinie znajduje się doskonała restauracja Lido Marina Umag. Restauracja z uwagi na swoje położenie serwuje głównie owoce morza. Zresztą w takim miejscu i z takim widokiem, co innego można zjeść. Próbowaliśmy tam, langustynki, prażene lingje, czyli kalmary i crni rižot. Muszle świętego Jakuba też się znalazły na talerzu i małże. Langustynki przepięknie wyglądały, ale niestety mimo iż są przepyszne, nie jest to danie do najedzenia, bo ponad połowę stanowią pancerzyki. W ich przypadku większa jest uczta dla oka i cała ta celebracja posiłku niż sama treść. Oczywiście crni rižot, czyli risotto z atramentem z kałamarnicy i krewetkami, sprawdził się i był to jeden z lepszych jakie próbowałem w Chorwacji. O kalmarach nie wspomnę, bo jestem ich fanem i mógłbym być nieobiektywny, ale były przepyszne. Miejsce zobowiązywało do dań z owocami morza i sprawdziło się w 100%. Restauracja godna polecenia, jeśli się jeszcze kiedyś tam wybiorę bez wątpienia odwiedzę to miejsce. 

Idąc dalej promenadą w stronę centrum mijamy bar Lado. Warto się tam zatrzymać na piwo lub kieliszek wina. Bar położony jest na pomoście z widokiem na całą zatokę, co stwarza niesamowite wrażenie i tworzy specyficzny klimat miejsca.

Oczywiście w samym centrum Umagu też się stołowaliśmy, a dokładnie w jego starej części. Od strony otwartego morza, a nie wspomnianej zatoki znajduje się cały pasaż restauracji, gdzie stoliki ustawione są na samym brzegu morza. Oczywiście królowały kalmary i mule, miejsce przy samym morzu zobowiązuje. Niestety nie pamiętam, która to była dokładnie konoba, nie jestem pewien, czy to nie było Bijeli San Bistro, ale głowy za to nie dam. Tam gdzie my zamówiliśmy obiad było przepysznie, ale prawdę mówiąc rzadko można trafić w Chorwacji na niesmaczne jedzenie, więc jak wybierzecie inną z pobliskich restauracji też nie powinniście się zawieść. 

Hitem pobytu w Umagu, była jednak inna miejscówka Discoteca Planet& Grill Restaurant. To taki chorwacki fast food, jednak z najwyższej półki, a nie na jakiś zapychacz i na chemii robiony. Šiš ćevapi, mućkalica i zlo burger, przepyszne dania, które rozbawiły nas do łez. Miejsce znajdowało się po drodze do naszego mieszkania. Co tu dużo mówić kalmary, czy krewetki są przepyszne, ale jak jesz obiad o 16.00 to zgłodniejesz do wieczora i w to miejsce trafiliśmy właśnie wieczorową porą. Wkoło cudnie pachniało więc nie zastanawiając się, postanowiliśmy zaspokoić wieczorny głód, a każdy wybrał co innego. Podwójny  šiš ćevap i zlo burger rozłożyły nas na łopatki. Przepyszne, ale tak duże porcje, że nie mogliśmy tego przejeść, a było tak smaczne, że aż żal było to zostawiać. Uśmialiśmy się do łez bo w połowie porcji człowiek miał już dość. Doskonała mięsna kuchnia, dla tych co nie lubią ryb i owoców morza, miejcie tylko na uwadze, że porcje są na prawdę sycące. Tyle o naszych odkryciach kulinarnych w Umagu. 

Konoba Mondo

Jadąc na wycieczkę w głąb Istrii delektowaliśmy się natomiast truflami. Praktycznie w każdym małym miasteczku kupicie, czy to trufle, czy pasty truflowe, oliwę z truflami, a widziałem nawet popcorn truflowy. Podczas wycieczki odwiedziliśmy Grožnjan, Bije, Hum Motovun i Buzet. Obiad jedliśmy w Motovunie. Restaurację wybrałem z mamy Google, bo już byliśmy w drodze powrotnej do domu, jeść się nam bardzo chciało, a nie było czasu na szukanie. W taki sposób trafiliśmy do Konoby Mondo, miejsca po prostu pachnącego truflami. Oczywiście nie mogliśmy zamówić niczego innego, jak makaron z truflami. Na przystawkę dostaliśmy jeszcze wypiekane na miejscu pieczywo i do tego pastę z oliwek z truflami. Makaron wyglądał i smakował obłędnie, a kieliszek białego wina komponował się doskonale w takim zestawieniu. Było idealnie, będąc w Motovunie, polecam odwiedźcie to miejsce, nie zawiedziecie się.

Tak jak wspominałem trudno raczej w Chorwacji trafić na miejsce gdzie jedzenie będzie niedobre. Oczywiście może być idealne lub dobre, ale zawsze będzie smaczne, przynajmniej ja będąc już kilka razy w Chorwacji nigdy się nie zawiodłem na chorwackiej kuchni, to nieodłączny element moich chorwackich podróży, próbowanie nowych smaków, które pozostają w pamięci i stanowią inspirację do własnych eksperymentów kulinarnych. Nie mogłem sobie nie przywieźć z podróży do Istrii słoiczka pasty truflowej i ichniego makaronu. Jeszcze nie przygotowywałem, ale jak zrobię pochwalę się na moim instagramie zdjęciem przygotowanego dania. Smacznych podróży Wam życzę, dokądkolwiek by one nie były…