Tajemniczy Halifax, urokliwy Lunenburg i niesamowite widoki na Cape Breton, czyli moje wspomnienia z Nowej Szkocji

Nowa Szkocja była ostatnim, no może prawie ostatnim celem naszej podróży po Kanadzie. Na pewno była ostatnim punktem wyprawy po wschodnim wybrzeżu Kanady. Nowa Szkocja jest prowincją kanadyjską obejmującą cały półwysep o tej samej nazwie, wyspę Cape Breton i kilka mniejszych wysepek. Nowa Szkocja jest na tyle atrakcyjną turystycznie prowincją, że warto tam spędzić przynajmniej kilka dni, zwłaszcza w okresie lata i wczesnej jesieni. Największym miastem i stolicą prowincji jest Halifax. Halifax to miasto portowe położone po południowej stronie półwyspu, od strony oceanu. Najciekawszym miejscem Halifaxu w mojej ocenie jest nabrzeże portowe z licznymi barami i restauracjami, miejscem spotkań turystów i mieszkańców miasta oraz wzgórze, na którym znajduje się Cytadela. Spacer promenadą, przy której zlokalizowana jest cała masa restauracji, należy do jednych z przyjemniejszych atrakcji. Możemy oglądać zacumowane w porcie statki oraz uroczą latarnię na wysepce Georges Island. W porcie znajduje się również Discovery Center z licznymi naukowymi ciekawostkami dla najmłodszych. Zaledwie kilka minut spacerem od nabrzeża zlokalizowany jest budynek Urzędu Miasta, przy którym postawiono w kształcie łuku triumfalnego pomnik, poświęcony pamięci tych, którzy zginęli chroniąc Nową Szkocję. Niewielki park, zlokalizowany przy Urzędzie Miasta pozwala na krótki wypoczynek. 

Halifax

Idąc dalej ulicą Carmichael dojdziemy do wzgórza Cytadeli. Ze szczytu wzgórza rozpościera się widok na całą panoramę miasta. U stóp Cytadeli znajduje się zabytkowy budynek z zegarem miejskim.  W kwartale ulic między wzgórzem Cytadeli, a nabrzeżem znajduje się chyba największe nasycenie barów i restauracji, niestety nie należą one do najtańszych. Korzystając z pomocy Tripadvisora trafiliśmy do restauracji Bluenose, przy skrzyżowaniu ulic Hollis i Duke, w której serwują jedne z najlepszych homarów. Popularność restauracji jest na tyle duża, że miejsce należy sobie wcześniej zarezerwować. My weszliśmy tam prosto z ulicy więc miejsc wolnych nie było i musieliśmy sobie zarezerwować stolik. Ponieważ czas oczekiwania wynosił około 40 minut, w międzyczasie zrobiliśmy sobie szybki spacer na wzgórze Cytadeli. Było jeszcze jasno więc udało mi się zrobić kilka zdjęć panoramy miasta, jednak dość zimny wiatr skutecznie nas poganiał nie pozwalając na dłuższy pobyt na wzgórzu.  

Halifax

Z ciekawostek, w Halifaxie na cmentarzach lokalnych pochowana jest największa liczba ofiar tragedii Tytanica. Te stare cmentarze nadają miastu tajemniczo-mroczny charakter, szczególnie po zmroku. Hotel Waverley Inn, w którym mieliśmy zarezerwowany nocleg był urządzony w starym stylu, który przypominał wystrój Tytanica. To też potęgowało nastrój tajemniczości i mroczności, przywołując wspomnienia tamtej tragedii. Tak, czy owak polecam nocleg w tym hotelu. Jest zlokalizowany blisko centrum, posiada własny prywatny parking więc warto tam się zatrzymać.  Halifax był naszą bazą wypadową na południe półwyspu. Po przyjeździe z Nowego Brunszwiku odbyliśmy tylko krótki spacer po mieście, gdyż przyjechaliśmy dość późno, a kolejnego dnia mieliśmy zaplanowaną dość długą wycieczkę. Niestety z uwagi na późną porę nadbrzeżny deptak był wyludniony, ulice też były puste więc pierwsze wrażenie nie było dla mnie imponujące, raczej mroczne, owiane nutą tajemnicy i wspomnieniem tamtej tragedii. 

Lunenburg

Planem na kolejny dzień była wycieczka objazdowa po południowej części półwyspu. Objazd południowej części półwyspu z powrotem do Halifaxu do trasa długości ponad 600 kilometrów. Taki był pierwotny plan, który jednak musiał ulec modyfikacji, ponieważ drogi są wąskie i na większości odcinków jest ograniczenie prędkości do 60 lub 70 km/h. Do tego mieliśmy zaplanowany tylko jeszcze jeden nocleg w Halifaxie, a chcieliśmy pospacerować po mieście jeszcze za dnia. Ostatecznie plan objął objazd południowej części półwyspu przez środek lądu do Parku Narodowego Kejimkujik i powrót tą samą trasą do Halifaxu. Po drodze odwiedziliśmy urokliwe miasteczko Lunenburg, którego zabytkowa, stara część wpisana jest na listę dziedzictwa UNESCO. To miasteczko jest obowiązkowym punktem podczas wycieczki na południe Nowej Szkocji. Warto przespacerować się wąskimi uliczkami w kierunku nabrzeża, które ciągnie się wzdłuż ulicy Bluenose Dr. Praktycznie w każdej restauracji serwowane są homary, które oczekują na klientów w akwariach na wystawach restauracji. Warto usiąść na chwilę na ławeczce nad samą wodą lub w barach, z bezpośrednim widokiem na zatoczkę. Z Lunenburgu pojechaliśmy w kierunku Parku Narodowego Kejimkujik, mijając po drodze miasteczko Mahone Bay, w którym odbywał się festyn na cześć założycieli miasta. To było specyficzne przeżycie, całe miasto było ozdobione lalkami ludzkiego wzrostu, przedstawiającymi różnorodne postacie bajkowe i związane z historią miasta, mnie to bardziej kojarzyło się z Halloween i było bardzo osobliwe. 

Kejimkujik

Park Narodowy Kejimkujik to raj dla pasjonatów pieszych wędrówek, spokojnie można tam spędzić ze dwa dni w całkowitej izolacji od świata zewnętrznego. My zatrzymaliśmy się tam tylko na piknik, nad samym brzegiem jeziora Kejimkujik. Niestety o tej porze roku woda w jeziorze była dość zimna jak dla mnie więc nie odważyłem się nawet na krótką kąpiel. Z parku narodowego wracaliśmy z powrotem tą samą drogą do Halifaxu, szkoda bo okoliczności przyrody sprzyjały dłuższym spacerom, nas jednak nieubłaganie gonił czas. Krótki pobyt w Lunenburgu i Mahone Bay spowodował, że musieliśmy skrócić trasę przejazdu, chcąc jeszcze popołudniu pospacerować po Halifaxie. Czytałem, że miejscowością wartą odwiedzin jest Annopolis, położone po północnej stronie południowej części półwyspu, ale tam już nie dojechaliśmy. Popołudnie spędziliśmy zwiedzając Halifax, ale o atrakcjach tego miasta już Wam napisałem wcześniej.

Cape Breton

Kolejny dzień obejmował przejazd na wyspę Cape Breton. By zaoszczędzić czas przy powrocie do Quebecu, kolejny nocleg zarezerwowaliśmy na Wyspie Boularderie, by nie wracać już do Halifaxu. Północna część Nowej Szkocji jest cudowna, niesamowita, z bajkowymi panoramami. Wyspa Cape Breton połączona jest z lądem mostem nad kanałem Canso. Jadąc w kierunku północnym dotrzemy do Cape Breton Highlands National Park of Canada. Urokliwa trasa widokowa przez Cape Breton Highlands National Park of Canada należy do najładniejszych tras widokowych Ameryki. Podróż wybrzeżem z którego rozpościera się widok na ocean i klify jest niesamowitą atrakcją. Jadąc trasą Cabot Trail przez park nie wyobrażam sobie by zrezygnować z pieszej wycieczki po Skyline Trail aż do samego klifu, z którego widoki zapierają dech w piersiach. To bez wątpienia obowiązkowy punkt wycieczki w tym parku narodowym. Przejście od parkingu do klifu i z powrotem zajmuje około 1,5 godziny, ale przy słonecznej pogodzie widoki są cudowne, a idąc przez park można spotkać łosia, choć nam niestety nie udało się, a szkoda. Ciekawostką są wydzielone i zamknięte obszary parku z nowymi nasadzeniami otoczone ogrodzeniem, chroniącym młode drzewa przed łosiami. Zataczając koło na trasie Cabot Trail i kierując się w kierunku południowym warto zatrzymać się przy punkcie widokowym Lakies Head. Drewnianym pomostem dojdziemy to samego skalnego wybrzeża, a widoki jak w całym Cape Breton są niesamowite. Wycieczka po północnej części Nowej Szkocji, a dokładniej po wyspie Cape Breton zajęła nam praktycznie cały dzień. Widoki są tak niesamowite, że jazda samochodem nie wydaje się męcząca, a jest przyjemnością samą w sobie. Przed zachodem słońca udało się nam dotrzeć do motelu Travels Inn Victoria County, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg, więc jeszcze mogliśmy się zachwycać zachodem słońca nad cieśniną Great Bras d’Or, siedząc w pokoju z widokiem na okolicę i popijając drinka na zakończenie kolejnego, dość intensywnego dnia. Tak zakończyła się nasza podróż przez Nową Szkocję, następnego dnia czekała nas niesamowicie długa i męcząca trasa do samego Quebecu. O tej miniaturze Francji za oceanem już wkrótce, w kolejnym wpisie, do którego przeczytania już teraz serdecznie zapraszam.

Byward Market i beaver tail, czyli to z czym kojarzy mi się Ottawa

Kolejnym punktem na szlaku naszej podróży przez Kanadę była Ottawa. Ottawa to stolica i czwarte co do wielkości miasto Kanady. Ottawa nie jest aż tak atrakcyjna turystycznie jak Toronto. Jest zdecydowanie innym miastem, spokojniejszym, pozbawionym wielkomiejskiego rozmachu i luźniejszym turystycznie. Prawdę mówiąc, nie ma tam, w mojej ocenie, aż tylu ciekawych atrakcji, ale z uwagi iż to stolica Kanady, warto spędzić tu przynajmniej kilka godzin lub jeden dzień. Nam te kilka godzin w zupełności wystarczyło. 

Dojazd samochodem z Toronto zajmuje około 5 godzin, to nieco ponad 400 km. Nocleg mieliśmy zarezerwowany przy głównej ulicy miasta, Rideau Street,  więc w kierunku Parliament Hill udaliśmy się spacerem. Tak mi się wydaje, że to główna ulica miasta, bo przy niej zlokalizowane są największe sklepy i siedziba Parlamentu. Największą atrakcją miasta są chyba budynki samego Parlamentu i biblioteki Parlamentu, które nieco przypominają londyński Westminster. Niestety podczas naszego pobytu budynki znajdowały się w renowacji i otoczone były wysokim płotem, wkoło porozkładane rusztowania więc nie dało się nawet zrobić fajnych zdjęć. Spacer ograniczył się do wejścia na wzgórze i obejścia wokół budynków Parlamentu.

National Gallery

Ze wzgórza rozciąga się cudowny widok na rzekę Ottawa i położone na przeciwległym brzegu Hull, będące częścią sąsiedniego miasta Gatineau. Widać stąd również imponujący budynek Galerii Narodowej i Muzeum Historii Kanady. Na tyłach budynków Parlamentu, od strony rzeki znajduje się Victoria Tower Bell, dzwon, który pozostał po wieży zniszczonej w pożarze w 1916 r. Po północno-wschodniej stronie wzgórza znajduje się Major’s Hill Park, gdzie warto udać się na spacer. Możemy stąd podziwiać budynki Parlamentu górujące ponad koronami drzew. Parliament Hill i Major’s Hill Park oddziela kanał łączący dwie rzeki Ottawę i Rideau. W sąsiedztwie parku znajduje się imponujący budynek Fairmont Chateau Laurier z początku XX wieku, przypominający zamek z bajki, w którym mieści się 4-gwiazdkowy hotel. Dla miłośników sztuki polecam odwiedziny w Galerii Narodowej i Muzeum Historii Kanady, my tych atrakcji nie zaliczyliśmy, ale czytałem, że warto odwiedzić te miejsca. Niestety nie jestem zwolennikiem odwiedzin muzeów i galerii sztuki, wolę spacerować ulicami i chłonąć atmosferę miasta.

Byward Market

Kierując się w lewo od Parliament Hill, dojdziemy spacerem w ciągu kilkunastu minut do Byward Market. To takie turystyczne centrum Ottawy, w którym przewijają się tłumy turystów, aż do późnego wieczora. W centralnym punkcie znajduje się budynek hali targowej, niestety nim tam dotarliśmy budynek był już zamknięty, szkoda, bo uwielbiam spacery po takich miejscach. Musiałem więc zadowolić się spacerem po okolicznych uliczkach, które tworzą niesamowitą atmosferę tej okolicy. Warto się przejść ulicami George i William, są bardzo urokliwe. Po przeciwnej stronie hali targowej znajduje się klimatyczny budynek pubu irlandzkiego Aulde Dubliner & Pour House. Hala była zamknięta więc zasiedliśmy w piwnym ogródku przy pubie, pijąc piwo i obserwując przewijające się w we wszystkich kierunkach potoki ludzi. Trzeba przyznać, że do zmroku jest tam dość tłoczno. Będąc na Byward Market nie mogłem sobie odmówić lokalnej specjalności, czyli ogonów bobra. Bez obaw, to nie prawdziwe bobrze ogony, tylko placki z ciasta jak na pączki, smażone na głębokim oleju i podawane na słodko lub wytrawnie, a swoim kształtem przypominające ogon bobra, stąd taka nazwa. Mały bar Beaver Tails znajduje się przy skrzyżowaniu, zaraz obok hali targowej. To mała czerwona budka, na pewno ją zauważycie będąc w tym miejscu. 

Ottawa będzie mi się kojarzyła właśnie z Byward Market i Parliament Hill. Dla tych miejsc warto było się tu zatrzymać w drodze z Toronto w kierunku wybrzeża i spędzić sympatyczne popołudnie, delektując się piwem i próbując lokalnego smakołyku w kształcie ogona bobra.

Z Ottawy udaliśmy się do Montrealu. W porównaniu z Ottawą i Toronto, Montreal jest znacznie bardziej francuski. W końcu znajduje się we francuskiej prowincji Kanady, czyli Quebecu. O Montrealu będzie już w kolejnym wpisie, jest to zbyt duże miasto by zamknąć je w jednym wpisie z Ottawą. Zapraszam więc wkrótce na kolejne kanadyjskie wspomnienia i ciekawostki.

Ciasto jogurtowe z rabarbarem

Ciasto jogurtowe jest idealne na każdą porę roku. Przepis i przygotowanie jest tak proste, że ciasto to zagościło u mnie na stałe. Teraz w porze letniej, kiedy mamy dużo świeżych owoców naprawdę wyczarować wiele wariacji na temat tego ciasta. Przepis na samo ciasto już Wam podawałem, ale przypomnę jeszcze raz. Do przygotowania ciasta potrzeba 1 kubek jogurtu naturalnego (ja używam marki Zott 370 g), 1 kubek oleju, ¾ kubeczka cukru, 2,5 kubka mąki, 4 jaja, 1 łyżeczkę proszku do pieczenia, 1 łyżeczkę sody oczyszczonej i jedno opakowanie cukru waniliowego. Dodatkowo w tej wersji minimum 4 łodygi rabarbaru, jak dacie więcej ciasto będzie wilgotniejsze. Do odmierzenia proporcji wykorzystujecie kubek po jogurcie.

Rabarbar obieramy obieraczką do warzyw z zewnętrznych włókien i kroimy w kostkę średniej wielkości. Jogurt, jaja i olej łączymy mieszając trzepaczką. Nie korzystamy z miksera by ciasto było lekkie i puszyste. Następnie do mokrych składników dodajemy cukier, cukier waniliowy oraz rabarbar. Na koniec dajemy suche składniki, czyli przesianą mąkę, proszek do pieczenia i sodę oczyszczoną, a całość mieszamy już łyżką. Tak wymieszane składniki przełożyłem na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Używam standardowej, prostokątnej blachy. Ciasto piekłem w temperaturze 150°C z włączoną dolną blachą i termoobiegiem przez 25 minut, a następnie przez kolejne 20 minut w temperaturze 175°C. Ciasto jest upieczone jeśli przejdzie test suchego patyczka, czyli sprawdzamy wbijając patyczek w ciasto pod koniec pieczenia. Powinien być tłustawy, ale nie mokry, wtedy nasze ciasto jest upieczone. Ciasto wyszło puszyste i wilgotne.

Dodatek rabarbaru powoduje, że ciasto jest naprawdę wilgotne i lekkie, a kwaskowaty posmak zapewnia wrażenie orzeźwienia i nie powoduje, że ciasto wydaje się ciężkie. Próbujcie swoje wersje ciasta jogurtowego, gorąco zachęcam i wymyślajcie własne owocowe dodatki…

W królestwie rododendronów

Na przełom maja i czerwca przypada w Polsce sezon kwitnienia rododendronów. Trwa on około 3 tygodni. Rododendrony to jedne z najpiękniej kwitnących krzewów późnej wiosny. Mnie najbardziej kojarzą się one z Anglią, gdyż tam pierwszy raz się nimi zachwyciłem, a wysokość krzewów obsypanych kwiatami dochodziła do 2 metrów. Chociaż rododendron pochodzi z Azji, bardzo dobrze rośnie w naszych warunkach klimatycznych. Jest rośliną mrozoodporną, przy dużych mrozach liście zwijają się niemal w rurki i zwisają całkowicie w dół. W sezonie nawet po przekwitnięciu tworzą ciekawą ozdobę ogrodu, choć znacznie mniej dekoracyjną. Najokazalej prezentują się całe pokryte kwiatami. Niestety w naszym klimacie, jeśli wiosna jest bardzo ciepła i temperatury sięgają 25°C, kwiaty szybko przekwitają i opadają. Po prostu nie lubią zbyt wysokich temperatur. Przy umiarkowanie wilgotnej wiośnie i temperaturach poniżej 20°C będą kwitły znacznie dłużej.

Rododendrony nie są roślinami ciężkimi w uprawie, wymagają kwaśnego podłoża, jak iglaki i rośliny wrzosowate i umiarkowanej wilgotności. Lepiej rosą w miejscach półcienistych, ale z dostępem do słońca niż w pełnym słońcu. Polecam również podsypanie krzewów korą, nada kwaśności podłożu i zapobiega wyrastaniu chwastów. Po przekwitnięciu ja usuwam zwiędnięte kwiatostany, przez uszczykiwanie podstawy kwiatostanu na poziomie, z którego wyrastają nowe przyrosty, pozostawiając właśnie te młode przyrosty. Późnym latem, jeśli się zbytnio rozkrzewią możemy dokonać niewielkiego cięcia tegorocznych odrostów. Zwracajmy jednak uwagę, które gałązki wycinamy. Rododendron jeszcze w danym roku wytwarza na szczytach pędów pąki kwiatowe na kolejny rok, te bardziej pękate są kwiatowe, a z wydłużonych wyrosną tylko liście. Takie są podstawy uprawy rododendronów. Jeśli mamy trochę miejsca w ogrodzie, warto posadzić przynajmniej jeden krzew, a wiosną będzie cieszył oczy niesamowitymi kwiatami.

Budapeszt w dwa dni, praktyczne wskazówki

Opisałem Wam już najciekawsze miejsca w Budapeszcie, które powinniście zobaczyć w czasie kilkudniowego pobytu w stolicy Węgier. Dzisiaj kilka wskazówek jak ułatwić sobie podróżowanie po mieście, gdzie można się zatrzymać, co warto kupić, czy zjeść. Najpopularniejszym i najszybszym środkiem transportu jest metro. Metro to jest najstarszym w Europie, otwarto je w 1896 r. W Budapeszcie działają 4 linie metra (najstarsza jest żółta M1 z zabytkowymi starodawnymi stacjami), a koszt biletu dobowego jest niewielki, to 1650 forintów, czyli około 24 zł. Z biletu możemy korzystać w metrze, tramwaju, autobusie i trolejbusie w granicach miasta. Najlepszym rozwiązaniem jest więc pozostawienie auta na parkingu hotelowym i przemieszczanie się po mieście z wykorzystaniem publicznych środków transportu. Metrem przemieścicie się zarówno pod Wzgórze Gellerta, w okolice Parlamentu, czy do Placu Bohaterów. Ciekawym doświadczeniem będzie też przejażdżka tramwajem wzdłuż Dunaju. Linia tramwajowa biegnie po obu stronach rzeki, bezpośrednio na nadbrzeżu. Metro działa do 23:30, ale w nocy możemy skorzystać z nocnych autobusów. To chyba wszystko, co powinniście wiedzieć o transporcie miejskim.

Wieczorową porą warto udać się nad Dunaj i posiedzieć tam aż do zmroku, przy lampce wina, delektując wzrok pięknymi zabytkami rozlokowanymi wzdłuż brzegu, które prezentują się niesamowicie zwłaszcza po zmroku, kiedy włączana jest iluminacja budynków Parlamentu, Zamku, czy okolicznych kościołów, podświetlone też są wszystkie mosty. Polecam zatrzymać się w restauracji Andante na lampkę wina, no może dwie, koniecznie wybierając stolik na zewnątrz. Widok z tego miejsca na znajdujący się na przeciwległym brzegu Parlament jest niesamowity, a my możemy sobie wygodnie siedzieć, popijać wino i próbować pysznych serów, które w menu ma ta restauracja, można tam też zamówić i inne przekąski, idealnie nadające się do wina. Najlepsze jednak zdjęcia Parlamentu po zmroku, zrobicie po przejściu jeszcze kilkuset metrów dalej do stacji metra Batthyány. Warto jest zejść nad sam brzeg rzeki, tam nic nam nie zasłoni panoramy, a zdjęcia wyjdą oszałamiająco.

Podświetloną bryłę zamku natomiast najlepiej jest podziwiać z ławek na przeciwległym brzegu rzeki, w bezpośrednim sąsiedztwie mostu łańcuchowego. Jest tam też niewielki bar o nazwie Raqpart z leżakami i stolikami, iście letnia atmosfera panowała w tym miejscu podczas naszego pobytu. Jeśli miniecie most łańcuchowy, idąc w stronę Parlamentu, zrobicie ciekawe zdjęcia łączące w jednym ujęciu cały most, a miedzy jego przęsłami Wzgórze Zamkowe. Ciekawe zdjęcia możecie też zrobić schodząc ze Wzgórza Gellerta z miejsca gdzie znajduje się pomnik Świętego Gellerta, z Parlamentem w tle. To miejsce jednak polecam do zdjęć za dnia, a nie po zmroku.

Tyle o doznaniach artystycznych, jeszcze kilka słów na koniec  o kuchni węgierskiej. Będąc na Węgrzech nie sposób nie spróbować zupy gulaszowej. Jest ona nieco tłuściejsza, rzadsza i ostrzejsza od tych, do której my Polacy jesteśmy przyzwyczajeni, ale jest to obowiązkowy obiad w stolicy Budapesztu. W samym centrum miasta w restauracjach będzie drożej, więc lepiej jest poszukać czegoś jedną, czy dwie przecznice dalej. My trafiliśmy do bistro Why not cafe and bar, położonego nad brzegiem Dunaju było tanio i pysznie, czego więcej potrzeba. Stamtąd udaliśmy się bezpośrednio do hali targowej, obowiązkowego punktu odwiedzin, dla każdego kto nie tylko lubi jeść, ale i gotować. Będąc na Węgrzech nie sposób nie kupić tokaju, chyba najpopularniejszego węgierskiego wina oraz papryki, z której wykorzystania kuchnia węgierska słynie. Świeżą paprykę ciężko może być nam przewieźć, ale warto kupić paprykę sproszkowaną lub suszoną, smak będzie nieporównywalny do tego, który znajdujemy w naszych sklepach. Warto też zaopatrzyć się w paprykowe pasty marki UNIVER, idealnie nadają się jako dodatek do gulaszu, czy zimnych przekąsek. Pasty te możecie już również kupić w Polsce w niektórych sklepach.

Stolica Węgier zauroczyła mnie pięknem zabytków i niesamowitą atmosferą, którą szczególnie można poczuć spacerując brzegiem Dunaju. Iście letnia pogoda, która towarzyszyła nam podczas całego pobytu tylko potęgowała wszystkie wrażenia. Jeśli, tak jak ja, jeszcze nie byliście nigdy w Budapeszcie koniecznie się tam wybierzcie. Niestety droga samochodem z Polski nie należy do najprzyjemniejszych, ale zawsze można wybrać połączenie samolotowe. No cóż, narzekamy na nasze drogi, ale po odwiedzeniu Węgier uwierzcie, nie mamy się czego wstydzić i na co narzekać. Dodatkowo musimy pamiętać o zakupie winiet węgierskiej i słowackiej, koszt to 115 złotych, na przejściu granicznym w Chyżne. Więc, pakujcie walizki i w drogę do Budapesztu, przy najbliższym dłuższym weekendzie.

Wesołych Świąt

Zdrowych, spokojnych, pogodnych Świąt Wielkanocnych

pełnych samych radosnych chwil, w gronie najbliższych

dla wszystkich odwiedzających.

Już wkrótce nowe wpisy i nowe przepisy!!!

Zaszufladkowano do kategorii Ogólne

Zaćmienie księżyca

Wczoraj mogliśmy podziwiać niesamowite i trwające ponad godzinę zaćmienie księżyca, które zdarza się raz na kilkadziesiąt lat, a takie jak to chyba następne będzie za ponad 100 lat. Kto nie widział, zapraszam do oglądania zdjęć.

Polskie złoto, czyli piękne pola rzepaku

Kto chce zrobić niesamowite ujęcia kwitnących pól rzepaku powinien  najbliższych dniach wybrać się na wycieczkę za miasto. Ja tak zrobiłem ostatnio w długi majowy weekend. Słońce dopisywało, a rzepak obecnie kwitnie w pełnej okazałości, jeszcze z tydzień i zacznie przekwitać i nie uda się Wam zrobić fajnych zdjęć. Wybierzcie się więc na wycieczkę w ciągu najbliższych dni jeśli lubicie fotografować i podziwiać te piękne złote łany. Dla mnie to takie polskie złoto, to naprawdę wygląda niesamowicie jak jedziesz samochodem czy rowerem, a wkoło masz tylko żółte może milionów małych kwiatuszków. Ja postanowiłem się z Wami podzielić moimi zdjęciami, które udało mi się zrobić w okolicach Krakowa.

Zaszufladkowano do kategorii Ogólne

Wesołego Alleluja!!!

Zdrowych, bo to najważniejsze,

spokojnych i optymistycznych,

pełnych radosnych chwil w gronie Rodziny, Przyjaciół i bliskich,

wolnych od codziennej pogoni za nie wiadomo czym,

po prostu udanych!!!!

Świąt Wielkiej Nocy

Zaszufladkowano do kategorii Ogólne

Zapinaj pasy w taksówce

Ponieważ na tym blogu piszę o różnych smakach życia i otaczającego nas świata, nie tylko o tych związanych z kulinariami i miejscami, które warto odwiedzić ze względu na smaczne jedzenie, nie tylko o tych dotyczących moich pasji jakimi są gotowanie i podróże, ale też o smakach życia związanych z emocjami i naszymi doświadczeniami, dlatego postanowiłem umieścić ten wpis.

Mój przyjaciel Jasiek, na facebook’u, zorganizował społeczną akcję #zapinajpasywtaksówce, która zakończy się czerwcowym koncertem w centrum EXPO w Łodzi. Sprawa niby banalna, ale jednak bardzo ważna i praktycznie dotykająca każdego z nas. On, jadąc taksówką, mimo zapiętych pasów nie miał tyle szczęścia, skończyło się kilkudniowym pobytem na oddziale SOR i blizną, która pozostanie. Z drugiej strony miał to szczęście, że żyje i powrócił do pełni zdrowia, choć traumatyczne wspomnienia, będą z Nim na zawsze. Teraz organizuje społeczną akcję w Łodzi, której celem jest zwrócenie uwagi na tak prozaiczną sprawę, jaką jest zapinanie pasów w taksówce, a jednocześnie tak ważną dla naszego życia, zdrowia i bezpieczeństwa.

Ile razy, czy to jadąc na dworzec, czy wracając z pracy albo ze spotkania ze znajomymi, czasem po kilku piwach lub drinkach, nawet nie zastanawiamy się nad tym by zapiąć pasy w taksówce, zwłaszcza siedząc na tylnym siedzeniu. Przecież nic nam się nie może stać… Żyjemy w przeświadczeniu, że taksówki nie mogą uczestniczyć w wypadkach samochodowych i zawsze bezpiecznie dowiozą nas do domu. Problem zaczyna się gdy dochodzi do wypadku. Potłuczenia, złamania, skutkujące wielomiesięczną rehabilitacją, traumatyczne wspomnienia, a wystarczy wsiadając do taksówki, zapiąć pasy by znacząco ograniczyć te skutki wypadków. Życie jest skarbem danym nam raz, dlatego dbajmy o nie zawsze i wszędzie, drugiego już nie dostaniemy… Odwiedźcie facebook’a i dołączcie do akcji #zapinajpasywtaksówce, ale, co najważniejsze, zapinajcie pasy jeżdżąc taksówkami, byście zawsze bezpiecznie wracali do domu, a nie okazało się, że to ostatnia podróż, która Wam była dana od losu…