Tajemniczy Halifax, urokliwy Lunenburg i niesamowite widoki na Cape Breton, czyli moje wspomnienia z Nowej Szkocji

Nowa Szkocja była ostatnim, no może prawie ostatnim celem naszej podróży po Kanadzie. Na pewno była ostatnim punktem wyprawy po wschodnim wybrzeżu Kanady. Nowa Szkocja jest prowincją kanadyjską obejmującą cały półwysep o tej samej nazwie, wyspę Cape Breton i kilka mniejszych wysepek. Nowa Szkocja jest na tyle atrakcyjną turystycznie prowincją, że warto tam spędzić przynajmniej kilka dni, zwłaszcza w okresie lata i wczesnej jesieni. Największym miastem i stolicą prowincji jest Halifax. Halifax to miasto portowe położone po południowej stronie półwyspu, od strony oceanu. Najciekawszym miejscem Halifaxu w mojej ocenie jest nabrzeże portowe z licznymi barami i restauracjami, miejscem spotkań turystów i mieszkańców miasta oraz wzgórze, na którym znajduje się Cytadela. Spacer promenadą, przy której zlokalizowana jest cała masa restauracji, należy do jednych z przyjemniejszych atrakcji. Możemy oglądać zacumowane w porcie statki oraz uroczą latarnię na wysepce Georges Island. W porcie znajduje się również Discovery Center z licznymi naukowymi ciekawostkami dla najmłodszych. Zaledwie kilka minut spacerem od nabrzeża zlokalizowany jest budynek Urzędu Miasta, przy którym postawiono w kształcie łuku triumfalnego pomnik, poświęcony pamięci tych, którzy zginęli chroniąc Nową Szkocję. Niewielki park, zlokalizowany przy Urzędzie Miasta pozwala na krótki wypoczynek. 

Halifax

Idąc dalej ulicą Carmichael dojdziemy do wzgórza Cytadeli. Ze szczytu wzgórza rozpościera się widok na całą panoramę miasta. U stóp Cytadeli znajduje się zabytkowy budynek z zegarem miejskim.  W kwartale ulic między wzgórzem Cytadeli, a nabrzeżem znajduje się chyba największe nasycenie barów i restauracji, niestety nie należą one do najtańszych. Korzystając z pomocy Tripadvisora trafiliśmy do restauracji Bluenose, przy skrzyżowaniu ulic Hollis i Duke, w której serwują jedne z najlepszych homarów. Popularność restauracji jest na tyle duża, że miejsce należy sobie wcześniej zarezerwować. My weszliśmy tam prosto z ulicy więc miejsc wolnych nie było i musieliśmy sobie zarezerwować stolik. Ponieważ czas oczekiwania wynosił około 40 minut, w międzyczasie zrobiliśmy sobie szybki spacer na wzgórze Cytadeli. Było jeszcze jasno więc udało mi się zrobić kilka zdjęć panoramy miasta, jednak dość zimny wiatr skutecznie nas poganiał nie pozwalając na dłuższy pobyt na wzgórzu.  

Halifax

Z ciekawostek, w Halifaxie na cmentarzach lokalnych pochowana jest największa liczba ofiar tragedii Tytanica. Te stare cmentarze nadają miastu tajemniczo-mroczny charakter, szczególnie po zmroku. Hotel Waverley Inn, w którym mieliśmy zarezerwowany nocleg był urządzony w starym stylu, który przypominał wystrój Tytanica. To też potęgowało nastrój tajemniczości i mroczności, przywołując wspomnienia tamtej tragedii. Tak, czy owak polecam nocleg w tym hotelu. Jest zlokalizowany blisko centrum, posiada własny prywatny parking więc warto tam się zatrzymać.  Halifax był naszą bazą wypadową na południe półwyspu. Po przyjeździe z Nowego Brunszwiku odbyliśmy tylko krótki spacer po mieście, gdyż przyjechaliśmy dość późno, a kolejnego dnia mieliśmy zaplanowaną dość długą wycieczkę. Niestety z uwagi na późną porę nadbrzeżny deptak był wyludniony, ulice też były puste więc pierwsze wrażenie nie było dla mnie imponujące, raczej mroczne, owiane nutą tajemnicy i wspomnieniem tamtej tragedii. 

Lunenburg

Planem na kolejny dzień była wycieczka objazdowa po południowej części półwyspu. Objazd południowej części półwyspu z powrotem do Halifaxu do trasa długości ponad 600 kilometrów. Taki był pierwotny plan, który jednak musiał ulec modyfikacji, ponieważ drogi są wąskie i na większości odcinków jest ograniczenie prędkości do 60 lub 70 km/h. Do tego mieliśmy zaplanowany tylko jeszcze jeden nocleg w Halifaxie, a chcieliśmy pospacerować po mieście jeszcze za dnia. Ostatecznie plan objął objazd południowej części półwyspu przez środek lądu do Parku Narodowego Kejimkujik i powrót tą samą trasą do Halifaxu. Po drodze odwiedziliśmy urokliwe miasteczko Lunenburg, którego zabytkowa, stara część wpisana jest na listę dziedzictwa UNESCO. To miasteczko jest obowiązkowym punktem podczas wycieczki na południe Nowej Szkocji. Warto przespacerować się wąskimi uliczkami w kierunku nabrzeża, które ciągnie się wzdłuż ulicy Bluenose Dr. Praktycznie w każdej restauracji serwowane są homary, które oczekują na klientów w akwariach na wystawach restauracji. Warto usiąść na chwilę na ławeczce nad samą wodą lub w barach, z bezpośrednim widokiem na zatoczkę. Z Lunenburgu pojechaliśmy w kierunku Parku Narodowego Kejimkujik, mijając po drodze miasteczko Mahone Bay, w którym odbywał się festyn na cześć założycieli miasta. To było specyficzne przeżycie, całe miasto było ozdobione lalkami ludzkiego wzrostu, przedstawiającymi różnorodne postacie bajkowe i związane z historią miasta, mnie to bardziej kojarzyło się z Halloween i było bardzo osobliwe. 

Kejimkujik

Park Narodowy Kejimkujik to raj dla pasjonatów pieszych wędrówek, spokojnie można tam spędzić ze dwa dni w całkowitej izolacji od świata zewnętrznego. My zatrzymaliśmy się tam tylko na piknik, nad samym brzegiem jeziora Kejimkujik. Niestety o tej porze roku woda w jeziorze była dość zimna jak dla mnie więc nie odważyłem się nawet na krótką kąpiel. Z parku narodowego wracaliśmy z powrotem tą samą drogą do Halifaxu, szkoda bo okoliczności przyrody sprzyjały dłuższym spacerom, nas jednak nieubłaganie gonił czas. Krótki pobyt w Lunenburgu i Mahone Bay spowodował, że musieliśmy skrócić trasę przejazdu, chcąc jeszcze popołudniu pospacerować po Halifaxie. Czytałem, że miejscowością wartą odwiedzin jest Annopolis, położone po północnej stronie południowej części półwyspu, ale tam już nie dojechaliśmy. Popołudnie spędziliśmy zwiedzając Halifax, ale o atrakcjach tego miasta już Wam napisałem wcześniej.

Cape Breton

Kolejny dzień obejmował przejazd na wyspę Cape Breton. By zaoszczędzić czas przy powrocie do Quebecu, kolejny nocleg zarezerwowaliśmy na Wyspie Boularderie, by nie wracać już do Halifaxu. Północna część Nowej Szkocji jest cudowna, niesamowita, z bajkowymi panoramami. Wyspa Cape Breton połączona jest z lądem mostem nad kanałem Canso. Jadąc w kierunku północnym dotrzemy do Cape Breton Highlands National Park of Canada. Urokliwa trasa widokowa przez Cape Breton Highlands National Park of Canada należy do najładniejszych tras widokowych Ameryki. Podróż wybrzeżem z którego rozpościera się widok na ocean i klify jest niesamowitą atrakcją. Jadąc trasą Cabot Trail przez park nie wyobrażam sobie by zrezygnować z pieszej wycieczki po Skyline Trail aż do samego klifu, z którego widoki zapierają dech w piersiach. To bez wątpienia obowiązkowy punkt wycieczki w tym parku narodowym. Przejście od parkingu do klifu i z powrotem zajmuje około 1,5 godziny, ale przy słonecznej pogodzie widoki są cudowne, a idąc przez park można spotkać łosia, choć nam niestety nie udało się, a szkoda. Ciekawostką są wydzielone i zamknięte obszary parku z nowymi nasadzeniami otoczone ogrodzeniem, chroniącym młode drzewa przed łosiami. Zataczając koło na trasie Cabot Trail i kierując się w kierunku południowym warto zatrzymać się przy punkcie widokowym Lakies Head. Drewnianym pomostem dojdziemy to samego skalnego wybrzeża, a widoki jak w całym Cape Breton są niesamowite. Wycieczka po północnej części Nowej Szkocji, a dokładniej po wyspie Cape Breton zajęła nam praktycznie cały dzień. Widoki są tak niesamowite, że jazda samochodem nie wydaje się męcząca, a jest przyjemnością samą w sobie. Przed zachodem słońca udało się nam dotrzeć do motelu Travels Inn Victoria County, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg, więc jeszcze mogliśmy się zachwycać zachodem słońca nad cieśniną Great Bras d’Or, siedząc w pokoju z widokiem na okolicę i popijając drinka na zakończenie kolejnego, dość intensywnego dnia. Tak zakończyła się nasza podróż przez Nową Szkocję, następnego dnia czekała nas niesamowicie długa i męcząca trasa do samego Quebecu. O tej miniaturze Francji za oceanem już wkrótce, w kolejnym wpisie, do którego przeczytania już teraz serdecznie zapraszam.

Nowy Brunszwik, czyli czekoladowa rzeka, pomnik największego homara na świecie i największe odpływy w Hopewell Rocks Park.

Jadąc w kierunku wybrzeża kolejnym punktem, a zarazem najbliższym ciekawym miastem po Montrealu na trasie, jest Quebec. My jednak celowo minęliśmy Quebec w drodze do Nowego Brunszwiku i Nowej Szkocji, gdyż pobyt w tej miniaturze francuskiego miasteczka, zaplanowaliśmy w drodze powrotnej do Toronto. Dla nas kolejnym celem podróży było Moncton. Niestety droga do Halifaxu byłaby zbyt męcząca jak na jeden dzień więc najpierw postanowiliśmy się zatrzymać w Nowym Brunszwiku. Tu również znajduje się wiele ciekawych miejsc, którym warto poświęcić chociaż kilka godzin, podróżując po tej części Kanady. Nie mówię tu o całym Nowym Brunszwiku, gdyż dla poznania tej kanadyjskiej prowincji bez wątpienia potrzeba przynajmniej kilku dni, jednak dla nas ważniejszym celem była Nowa Szkocja, stąd piszę o kilku godzinach, a raczej o jednym dniu podróży przez Nowy Brunszwik i tych miejscach, które nam udało się zobaczyć, a należących do jednych z ciekawszych na wschodnim wybrzeżu. Podróż samochodem z Montrealu do Moncton zajmuje około 10 godzin. Samo Moncton nie jest jakąś wielką atrakcją turystyczną, my zaplanowaliśmy tam tylko nocleg. 

Shediac

W odległości około 25 kilometrów znajduje się o wiele ciekawsze Shediac, z największym pomnikiem homara na świecie. No cóż tu ukrywać, Nowy Brunszwik słynie z połowów największych homarów na świecie. Do Shediac trafiliśmy niemal przed zmrokiem. Na szczęście udało nam się jeszcze zrobić kilka zdjęć pod tym homarowym pomnikiem, nim zrobiło się całkiem ciemno. Pomnik znajduje przy wjeździe do Shediac od strony zachodniej, tam gdzie rzeka Scoudouc wpływa do oceanu. W okolicach pomnika znajduje się biuro informacji turystycznej i urocze kolorowe domki, w których znajdują się sklepiki z pamiątkami. Niestety dotarliśmy tam na tyle późno, że wszystko było już pozamykane, a szkoda, bo te domki wyglądały niezwykle bajkowo. Na chwilę jeszcze pojechaliśmy do samego Shediac. Na spacery było już późno, ale samo centrum miasteczka zasługuje bez wątpienia na krótki spacer. Z uwagi iż było już ciemno i dość zimno nie chciało się już nam spacerować, tylko przejechaliśmy autem przez całe Shediac w poszukiwaniu jakiejś homarowej restauracji. Dużo knajpek było już pozamykanych, ale udało się nam trafić do japońskiej restauracji Pink Sushi&Grill Bar in Shediac. Tutaj spróbowałem mojego pierwszego sushi na ciepło i pierwszego homara, choć homara były w tym daniu dosłownie małe kawałeczki. Uwielbiam tradycyjne sushi, ale to też było przepyszne, choć specyficzne bo podane z ciepłym sosem warzywnym. Spokojnie mogę polecić to miejsce, przemiła obsługa i smaczna kuchnia, czego więcej potrzeba i do tego ciekawie urządzone wnętrza. Po pysznej kolacji pojechaliśmy prosto do motelu w Moncton, gdyż plany na kolejny dzień były dość intensywne.

Hopewell Rocks Park

Moncton położone jest nad rzeką Petitcodiac, która wpada do Zatoki Fundy. W tej zatoce możemy obserwować największe odpływy i przypływy na świecie, sięgające kilkunastu metrów. Odpływ i przypływ możemy obserwować nawet w samym Montcon, ale zdecydowanie lepiej wybrać nie nad samą zatokę. Lustro rzeki obniża się o kilka metrów, a woda przybiera brunatnego koloru, od mułu stąd jej druga nazwa Chocolate River. Idealnym miejscem do obserwacji jest przylądek Hopewell. Największy odpływ jest między godziną 10 a 11, w tych godzinach przypadał przynajmniej około 20 września, czyli podczas naszego pobytu w Nowym Brunszwiku. Miejscem gdzie możemy obserwować to zjawisko jest Hopewell Rocks Park. Wstęp na teren parku, jeśli dobrze pamiętam kosztował 10 CAD na osobę. Odpływ i przypływ koniecznie trzeba zobaczyć zarówno z góry klifu, jak i z brzegu. Na sam dół zejdziemy schodami przy Low Tide Canteen. Gdy trwa odpływ możemy spokojnie spacerować między skałami, które podczas przypływu są zalane do wysokości kilku metrów. Po „dnie” zatoki możemy spacerować na odcinku około 1 kilometra, dochodząc do drugiego punktu widokowego przy High Tide Cafe. W tym miejscu jednak nie wejdziemy na górę. Znajduje się tu tylko platforma ratunkowa, w sytuacji kiedy byłoby już za późno na powrót do schodów prowadzących na górę. Możemy się tu ratować ucieczką, aż do kolejnego odpływu. Jeśli ktoś ma na tyle czasu, że może poświęcić cały dzień na Hopewell Rocks, może tu spędzić kilka godzin i obserwować najpierw odpływ, a potem przyglądać się jak stopniowo woda zalewa obszar, który wcześniej oddała lądowi. My nie mieliśmy na tyle czasu więc po spacerze po dnie zatoki pojechaliśmy w dalszą drogę na zachód, by jeszcze coś innego zobaczyć, a wróciliśmy tu już popołudniem, kiedy przypływ był najwyższy. Zobaczenia tego miejsca zarówno podczas przypływu, jak i odpływu robi ogromne wrażenie. Na szczęście to niesamowite zjawisko możemy zaobserwować w ciągu jednego dnia. Bez wątpienia to obowiązkowy punkt na mapie podróży przez Nowy Brunszwik. 

Cape Enrage

W ciągu dnia między odpływem i przypływem udało się nam jeszcze odwiedzić rezerwat przyrody Cape Enrage z malutką latarnią morską na końcu klifu. Widok spod latarni na zatokę robi wrażenie, a latarnia z daleka wygląda jak domek dla lalek. Niestety wjazd na parking jest płatny 6 CAD od osoby, z uwagi iż jest to obszar rezerwatu przyrody. Ciekawostką jest, że przy latarni znajduje się dom, w którym restaurację prowadzi Polak. My jednak postawiliśmy na piknik na świeżym powietrzu, z cudowną panoramą zatoki z latarnią morską w tle. Po krótkim pikniku nad zatoką udaliśmy się z powrotem do Hopewell Rocks, by zobaczyć przypływ. Do Hopewell dotarliśmy około 17-tej, gdyż o tej porze był najwyższy przypływ. Przypływ obserwowaliśmy już z punktów widokowych na szczycie klifu w Hopewell. Oglądając zdjęcia trudno to sobie wyobrazić, ale w rzeczywistości to wygląda niesamowicie. Najpierw spacerujesz między skałami wzdłuż brzegu, a po kilku godzinach nie ma śladu plaży i głazów, a woda sięga kilku metrów zalewając najniższy poziom schodów. 

Hopewell Rocks – high tide

Stąd pojechaliśmy już prosto do Halifaxu, przed nami były jeszcze ponad 3 godziny jazdy. Do Halifaxu dotarliśmy około 21-ej, kiedy było już zupełnie ciemno. Do tego wystrój hotelu, który wybraliśmy, przypominający wnętrze Tytanica, przywołał wspomnienie jednej z największych katastrof morskich w historii. W Halifaxie znajduje się cmentarz ofiar z Tytanica i muzeum poświecone temu transatlantykowi. Żeby Was nie zanudzić jednorazowo zbyt długimi wspomnieniami, dalszą część opowieści o pobycie w Halifaxie, cudownym homarze i podróży po Nowej Szkocji znajdziecie w kolejnym wpisie, do którego już wkrótce zapraszam. Zbyt dużo było ciekawych miejsc w Nowej Szkocji i pisania o tym by umieścić te opowieści w jednym wpisie z odpływami z Hopewell Rocks i pomnikiem gigantycznego homara.

Montreal, miasto położone na wyspie, u stóp wzgórza Mount Royal

Montreal, drugie co do wielkości miasto Kanady, którego nazwa pochodzi od górującego nad miastem wzgórza Mont Royal. Co ciekawe, miasto położone jest na wyspie, na rzece Świętego Wawrzyńca. Montreal był kolejnym punktem na trasie naszej podróży od Toronto do Nowej Szkocji. Montreal jest na tyle ciekawym miastem, że warto mu poświęcić ze dwa lub trzy dni. Nad Rzeką Świętego Wawrzyńca, po wschodniej stronie miasta znajduje się najstarsza część, czyli Old Montreal. Wycieczkę po tej okolicy proponuję rozpocząć od ulicy Bonsecours i kierować się na południe, krążąc po uliczkach tworzących stare miasto. Trwają tam cały czas remonty, ale warto pospacerować tymi uliczkami, które wraz z usytuowanymi wzdłuż nich budynkami tworzą charakterystyczny klimat starówki. Stare miasto jest zamknięte zasadniczo między ulicami Rue de la Commune, Rue Notre-Dame oraz Rue Saint Antoine i to jest najciekawsza zabytkowo część Montrealu. Można tu podziwiać między innymi budynki Urzędu Miasta, czy Katedry Notre-Dame. My do katedry nie weszliśmy gdyż była dosyć duża kolejka turystów. Centralnym punktem starego miasta jest Place Jacques Cartier, to taki ichni rynek, po którym przewijają się tłumy turystów i znajduje się całe mnóstwo restauracji. Niestety, jeśli będziecie chcieli coś zjeść w tej okolicy ostrzegam, że jest dość drogo, choć czasem na wakacjach warto wydać te kilka dolarów więcej i posiedzieć w tak uroczym miejscu, podziwiając okoliczne, piękne kamienice. Warto się przejść ulicą Sait-Paul, jest tam cała masa sklepików z pamiątkami. Uwierzcie mi, włócząc się po tych uliczkach i zaglądając do tych uroczych sklepików nawet nie zorientujecie się, że minęło już kilka godzin. Idąc ulicą Notre-Dame w kierunku zachodnim dojdziemy do downtown, czyli centrum biurowego miasta. Kto zachwyca się drapaczami chmur i nowoczesną architekturą powinien zdecydowanie przespacerować się tam. W bezpośrednim sąsiedztwie downtown znajduje się China Town, do której to dzielnicy prowadzi okazała brama w chińskim stylu z tymi smokami chińskimi i charakterystyczną architekturą. Samo China Town nie jest aż tak imponujące, jak w Toronto. Nawet ten chiński charakter nie narzuca się nam z każdego sklepiku, jak to jest w Toronto. 

Rue Saint Catherine

Montreal, tak jak większość amerykańskich, czy kanadyjskich miast ma też swoją „tęczową dzielnicę”, która ciągnie się wzdłuż wschodniego odcinka ulicy Saint Catherine. W sezonie letnim, część tej ulicy jest zamknięta dla ruchu samochodowego, tworząc deptak dla pieszych. Niesamowita jest wykonana z tysięcy plastikowych kulek tęcza, która rozpościera się nad całą długością deptaka, robi to niesamowite wrażenie. Ciekawym miejscem, zwłaszcza w sezonie letnim jest położony przy Rue Sainte Catherine, Place Emilie-Gamelin. W sezonie letnim znajdują się tam budki z jedzeniem i piciem, porozkładane są stoliki, leżaki, urządzony ogród. Zbudowana jest również scena, na której w godzinach popołudniowych do wieczora odbywają się różne imprezy muzyczne, czasami gra DJ-ej.

Mount Royal

Jedną z największych atrakcji miasta jest jednak wzgórze Mont Royal. Widok ze szczytu na panoramę miasta i samego downtown robi wrażenie. Najprostszym sposobem dostania się na wzgórze jest dojazd do stacji metra Peel i stamtąd spacer na samą górę. Wymaga to trochę wysiłku, ale taki spacer to radość sama w sobie i do tego te widoki z góry ehh… Na szczycie wzgórza znajduje się Mount Royal Chalet, budynek o ciekawej architekturze, w którym ulokowana jest kawiarnia i sklep z pamiątkami, przed budynkiem znajduje się olbrzymi taras, z którego rozpościera się widok na całe miasto. Warto tam spędzić dłuższą chwilę odpoczywając po nieco męczącej wycieczce na szczyt. Powrót ze wzgórza proponuję w kierunku ulicy Av du Parc, zejście w dół jest o wiele prostsze i jest przyjemnością samą w sobie. Idąc od Av du Parc w kierunku stacji metra Mont-Royal mijamy niesamowite kamieniczki w stylu wiktoriańskim, tworzące klimat tej części Montrealu. Po drodze mijaliśmy sklep ogrodniczy, w którym o tej porze roku znajdowało się całe mnóstwo dyń o kształtach, których w Polsce nigdzie nie spotkamy. Samo wzgórze z daleka przypomina trochę Górę Gellerta z Budapesztu.

Botanical Garden

Ostatnią atrakcją miasta, która znajdowała się na naszej liście był ogród botaniczny z niesamowitą ekspozycją ogród światła. Do ogrodu botanicznego najlepiej podjechać metrem do stacji Pie-IX i stamtąd spacerem przejść się już do samego ogrodu. My do ogrodu botanicznego udaliśmy się po zmroku, gdyż podczas naszego pobytu trwała wystawa ogród światła, która robi wrażenie dopiero, kiedy zrobi się ciemno. W części chińskiej ogrodu porozmieszczane były zrobione chyba z takiego papieru jak na lampiony rzeźby ludzi i zwierząt oraz bajkowych smoków. Całość robiła niesamowite wrażenie, wyglądało to bajkowo i cudownie. Niestety ogromny tłum ludzi skutecznie utrudniał robienie zdjęć i zaburzał ciszę, która powinna być w ogrodzie, zwłaszcza kiedy robi się już ciemno. Ekspozycja w części japońskiego ogrodu miała zupełnie inny charakter. Tam nie było już tych kolorowych rzeźb z papieru, a dzięki odpowiedniemu podświetleniu, to sama natura tworzyła niesamowite nocne obrazy. W bezpośrednim sąsiedztwie ogrodu botanicznego znajduje się stadion olimpijski, z olimpiady, która odbyła się w Montrealu w 1976 r. Mimo iż to było ponad 40 lat temu, futurystyczna bryła stadionu nadal robi wrażenie.

To tyle, co nam udało się zobaczyć w Montrealu. Te miejsca, które Wam opisałem zapewne należą do jednych z głównych atrakcji miasta, choć nie jedynych. Niestety czas i dalsza droga wyznaczała nam kolejne terminy więc musieliśmy się pożegnać z Montrealem i ruszać dalej w kierunku Halifaxu i Nowej Szkocji. To już była bardzo daleka droga, ale o tym i o Nowej Szkocji, o krainie homara już w kolejnym wpisie. Zapraszam do odwiedzin, już wkrótce dalsze opowieści o atrakcjach wschodniej części Kanady…

Brownie, najbardziej amerykańskie ciasto

Brownie to chyba najbardziej amerykańskie z amerykańskich ciast, o których słyszałem. Przyszedł czas, że sam postanowiłem upiec to ciasto, a że wyszło dobre chciałbym się podzielić z Wami moim przepisem. Oczywiście nie wymyśliłem nowego przepisu, ale wzorowałem się na tych dostępnych w internecie i wybrałem własną recepturę. Podstawę przepisu na brownie stanowią 3 tabliczki gorzkiej czekolady dobrej jakości z dużą ilością kakao, polecam czekoladę gorzką z Wawela, ma więcej zawartości kakao niż wedlowska. Nie używajcie czekolad mlecznych, one nie nadają się do tego ciasta. Dodatkowo potrzeba kostkę masła 200 g, 3 całe jaja,  200 g cukru, 130 g maki, szczyptę soli. W niektórych przepisach podają więcej cukru, ja uważam że 200 g w zupełności wystarczy.

Masło roztapiamy w rondelku na małym ogniu, pilnując by się nie przypaliło, do roztopionego masła dodajemy 3 tabliczki gorzkiej czekolady, mieszając doprowadzamy do roztopienia się czekolady. Musimy jednak pilnować, gdyż chwila nieuwagi i czekolada może się przypalić, dlatego nie trzymajmy cały czas rondelka na ogniu, temperatura rozgrzanego masła zrobi swoje i czekolada się rozpuści. Rozpuszczoną z masłem czekoladę odstawiamy na bok by się lekko przestudziła. Można pozostawić kilka kostek czekolady i później je dodać do zmiksowanej masy przed włożeniem do piekarnika.

W międzyczasie ubijamy mikserem na gładką masę jaja z dodatkiem cukru. W przepisach podają biały drobny cukier, ja użyłem brązowego, no skoro to amerykańskie ciasto to musiał być brązowy i po raz kolejny też takiego użyję, Wam też polecam brązowy cukier do pieczenia brownie. Następnie zmniejszamy obroty miksera, wlewamy do masy jajecznej roztopioną z masłem czekoladę i miksujemy do połączenia. Na koniec dodajemy stopniowo mąkę i szczyptę soli. Miksujemy wszystkie składniki na niskich obrotach do uzyskania gładkiej, jednolitej konsystencji. 

Piekarnik nagrzewamy do 160°C. Do pieczenia wykorzystujemy małą kwadratową brytfankę o wymiarach około 25×25 cm, którą wykładamy papierem do pieczenia. Masę czekoladową wylewamy do brytfanny, równo rozsmarowujemy i pieczemy w temperaturze 160°C przez 30 minut z włączonym termoobiegiem. Przed włożeniem do piekarnika, tak jak wcześniej wspominałem, możemy powciskać do masy pokruszone kawałki czekolady. To już zależy od indywidualnych preferencji, czy całą czekoladę rozpuścimy, czy postawimy kilka kawałków, wtedy po upieczeniu będziemy mieli w cieście takie czekoladowe oczka. Nawet nie sprawdzałem patyczka, czy ciasto jest upieczone. Brownie musi być w środku lekko zakalcowate, to cała magia tego ciasta. Ja piekłem około 35 minut i to było ciut za dużo, po pierwszej próbie w mojej ocenie optymalny czas pieczenia to między 25 a 30 minut nie więcej. Ciasto jest przepyszne, kleiste w środku i takie czekoladowe, po prostu doskonałe. Kto nie próbował jeszcze upiec własnego brownie polecam, to na prawdę prosty przepis na smaczne ciasto. 

Toronto, miasto dla każdego…

Kanada, jedno z państw, w których według międzynarodowych rankingów żyje się najlepiej. Bez wątpienia Kanada to jeden z krajów najbardziej przyjaznych dla ludzi bez względu na rasę, wyznanie, orientację seksualną, czy jakąś inną specyficzną cechę. Tam nikt na nikogo krzywo się nie patrzy, każdy się uśmiecha, jest pomocny, nie ocenia drugiego, za to że wygląda tak, czy inaczej. Kanada to również przepiękny pod względem krajobrazowo-turystycznym kraj. I o tym Wam właśnie chciałem napisać dzisiaj. Prawdę mówiąc opowieści o moim pobycie w Kanadzie nie da się zamknąć w jednym wpisie więc będzie to cykl kilku wspomnień, mam nadzieję pomocnych dla tych, którzy planują spędzić wakacje na wschodnim wybrzeżu Kanady lub zaciekawi tych, którzy lubią podróżować. Tegoroczny urlop spędziłem po rozważeniu kilku destynacji, właśnie w Kanadzie. Było kilka pomysłów na dalszą lub bliższą podróż, ale ostatecznie padło na wyprawę za ocean. Ostatnio w Kanadzie byłem 12 lat temu więc była to podróż po trosze sentymentalna i łatwiejsza w zorganizowaniu.  

Naszą wycieczkę zaczęliśmy od Toronto. Do Toronto przylecieliśmy bezpośrednim lotem z Warszawy. Podróż zajęła ponad 9 godzin i jak to zwykle bywa w tak długich lotach, była trochę męcząca. Do Toronto są bezpośrednie loty z Warszawy lub z przesiadką w Niemczech.

Przed wyprawą do Kanady musimy się zaopatrzyć w eTA to taka elektroniczna autoryzacja, która kosztuje 7 dolarów. To zwykła formalność, którą załatwimy w ciągu kilku godzin.

Nathan Philips Square

Przenieśmy się już jednak za ocean. Toronto to miasto światowego formatu, multikulturowe, pełne kontrastów architektonicznych, kulinarnych i krajobrazowych. Miasto, w którym chce się spędzać czas, mieszkać, żyć. Ale co warto zobaczyć w Toronto i czym można się zachwycić. Trudno w ciągu trzech dni zwiedzić całe miasto, ale najważniejsze i najciekawsze atrakcje z pewnością uda się odwiedzić. Jednym z najpopularniejszych miejsc jest Nathan Philips Square. Tu znajduje się ratusz miejski, Osgoode Hall, oraz fontanna ze słynnym napisem TORONTO 3D. W sezonie odbywają się tam różnorodne eventy, jarmarki, koncerty. Warto to miejsce odwiedzić w ciągu dnia, jak i po zmroku, kiedy napis TORONTO mieni się wszystkimi kolorami tęczy.

Kensington Market

Od Nathan Philips Square przejdziemy spacerem w ciągu kilkunastu minut do chińskiej dzielnicy, pełnej drobnych sklepików z różnorodnymi, mniej lub bardziej potrzebnymi drobiazgami i warzywniaków z egzotycznymi warzywami i owocami. Dzielnica ta ciągnie się wzdłuż ulicy Spadina, a stamtąd już kilka kroków do Kensington Market. To magiczny, tajemniczy, specyficzny kwartał ulic pełnych małych sklepików z bibelotami, meblami, awangardową modą, a w koło ten zapach, hmmm chyba każdy wie, o czym myślę. Jest tam masa wszelkiego rodzaju knajpek, restauracyjek, barów, kawiarni dla każdego. Na mnie trochę przytłaczająco działał tłum turystów przemieszczających się od knajpy do knajpy w tych wąskich uliczkach. Powiem nawet, to było po pewnym czasie lekko męczące. Idąc jednak dalej doszliśmy do spokojnej dzielnicy Little Italy. Ta Mała Italia trochę mnie rozczarowała. Myślałem, że będzie tam bardziej włosko, a nie było. Na szczęście trafiliśmy do typowej włoskiej pizzerii, w której serwowali doskonałą pizzę, taką, jakiej próbowałem będąc we Włoszech. Udając się w kierunku północnym warto odwiedzić Casa Loma. To okazały zamek w stylu Harrego Pottera z pięknymi sezonowymi ogrodami. Zamek znajduje się na wzgórzu, z którego widać całą panoramę miasta. Najlepiej dojechać tam metrem do stacji Dupont i stamtąd udać się spacerem w kierunku zamku.

Gooderham Building

Nad samym brzegiem jeziora Ontario rozciąga się nowoczesne downtown pełne przeszklonych drapaczy chmur. W każdym miejscu nowoczesność miesza się z dawną architekturą. To co mnie zadziwiło, to kilkudziesięciopiętrowe apartamentowce. Na wielu ulicach znajdziecie miejsca, gdzie nowoczesne apartamentowce wyrastają niemal ze starych zabytkowych budynków lub stanowią dla nich tło. W bezpośrednim sąsiedztwie downtown znajduje się Old Toronto, to takie ichnie stare miasto, położone w sąsiedztwie St Lawrence Market między ulicami Front i King. Znajdziecie tam niesamowitą fontannę z posągami kotów i psów i ciekawy mural. Zakochani w Nowym Jorku znajdą tam również namiastkę tego miasta w postaci Gooderham Building, to taki kanadyjski mini Flatiron Building. Punktem obowiązkowej wizyty w tej okolicy jest hala targowa St. Lawrence Market. Po przerwie na kawę czy lunch, w jednej z okolicznych restauracji, warto się udać w kierunku ulicy Church. Mniej więcej w środkowej części Church Street znajduje się tęczowa dzielnica. Nikt tam do nikogo nie ma o nic pretensji, każdy żyje sobie tak, jak chce i tak powinno być pod warunkiem, że się innych nie krzywdzi. Zabudowa w stylu wiktoriańskim, tworzy też charakterystyczny klimat do spacerów. Ten typ zabudowy znajdziemy zresztą w wielu punktach miasta.

Będąc w downtown nie sposób nie zauważyć CN Tower, to najbardziej charakterystyczny symbol miasta. Na samą górę możemy wjechać szybkobieżną windą. Na szczycie znajduje się taras widokowy i szklana podłoga. Kto ma lęk wysokości będzie miał problem by postawić tam nawet jeden krok, ale doświadczenie samo w sobie jest niesamowite. Dla miłośników ekstremalnych atrakcji jest dostępny spacer po zewnętrznej części tarasu widokowego. Ja aż tak odważny nie jestem i nie skorzystałem, ale odważni mogą próbować. Z CN Tower rozciąga się niesamowity widok na całą panoramę miasta i jezioro Ontario. Wjazd na wieżę nie należy do najtańszych, około 40 dolarów, ale będąc w Toronto nie sposób nie odwiedzić tego miejsca, w którym całe miasto jest u naszych stóp. W pobliżu CN Tower znajduje się jeszcze Ripley’s Aquarium of Canada i dla miłośników sportu stadion Rogers Centre. 

Toronto Islands

Wartym polecenia w Toronto jest również rejs na jedną z wysp znajdujących się na jeziorze Ontario na wprost downtown. My popłynęliśmy tam późnym popołudniem przed zachodem słońca. Wszyscy turyści pobiegli w głąb wyspy nie wiedzieć czemu, gdyż największą atrakcją przynajmniej dla mnie było usiąść na samym brzegu i napawać się cudowną panoramą downtown, które z minuty na minutę zatapiało się w mroku nocy i jednocześnie skrzyło milionami świateł z kilkudziesięciu drapaczy chmur tworzących downtown. Owszem w ciągu dnia warto jest udać się na plażę od strony jeziora, ale o zmroku najlepiej jest napawać się niesamowitą panoramą miasta.

Idealnym środkiem transportu po Toronto jest metro, miejskie autobusy i tramwaje. Na środki komunikacji miejskiej można kupić jeden wspólny bilet. Całodzienny bilet kosztuje 13 dolarów, a możemy przemieszczać się po całym mieście, co jest bardzo wygodne. 

Rozmach i multikulturowość tego miasta nie pozwoli Wam się nudzić, nawet gdy postanowicie spędzić tu cały tydzień. My spędziliśmy tylko 3 dni, gdyż plan wyjazdu był mocno napięty. Tyle o Toronto, w kolejnych wpisach o Montrealu, francuskim Quebecu i urokliwej Nowej Szkocji. Już wkrótce kolejne wspomnienia i ciekawostki dla podróżujących. Zapraszam….

Wrocław – miasto do zakochania, czyli sentymentalna podróż z krasnalami w tle

Wrocław to jedno z najpiękniejszych, najbardziej urokliwych i najbardziej pociągających polskich miast. Moja historia z tym miastem rozpoczęła się od wyjazdu służbowego w 2004 r. Do dzisiaj pamiętam te osiem tygodni spędzonych w tym cudownym mieście. Minęło piętnaście lat i Wrocław wzbudza we mnie tyle samo emocji co wtedy. Już wtedy to miasto porażało rozmachem, piękną architekturą, wyjątkową atmosferą, której nie da się poczuć w innym mieście i powiewem „świata zachodniego”. Teraz miasto nabrało jeszcze większego rozmachu, przybyło dużo nowoczesnych budynków biurowych, wiele starych kamienic i zaniedbanych ulic w centrum zostało zrewitalizowanych.

Dworzec kolejowy został wyremontowany kilka lat temu i odzyskał dawny blask, a jego okolice uległy diametralnej zmianie. W bezpośrednim sąsiedztwie powstała nowoczesna dzielnica biurowa, w miejscu dawnego dworca PKS powstał nowoczesny na miarę XXI-wieku, z przylegającą do niego futurystyczną galerią handlową. To takie miasto w mieście.  

Kamienice w rynku wyglądają niesamowicie, z charakterystycznymi stożkowatymi fasadami. W sezonie letnim rynek jest szczelnie wypełniony ogródkami restauracyjnymi, przyległymi do kamienic. W tym miejscu można się poczuć jak na wakacjach daleko od domu. Kawiarniane stoliki zachęcają by przysiąść na chwilę, zamówić kawę i oglądać te setki ludzi przemieszczających się we wszystkich kierunkach.

Największą perełką turystyczną w mojej ocenie są wysepki na Odrze, do których dotrzemy idąc od Rynku ulicą Odrzańską. Skręcając nad Odrą w prawo w ulicę Grodzką, a następnie w lewo na Most Uniwersytecki dotrzemy na Marinę Topacz, gdzie powstały nowoczesne budynki mieszkalne w stylu holenderskim z restauracjami zlokalizowanymi na poziomie parteru. Warto zatrzymać się w tym miejscu, wypić piwo i podziwiać panoramę okolicy nadbrzeża. Idąc dalej Mostem Uniwersyteckim i Kładką Sodową dojdziemy do Wyspy Słodowej, gdzie można aktywnie spędzać czas na świeżym powietrzu. W bezpośrednim sąsiedztwie jest Wyspa Bielarska, Wyspa Młyńska, Wyspa Piasek i Wyspa Daliowa z niesamowitą metaliczną konstrukcją, nazwaną Nawa. Kiedy byłem we Wrocławiu w 2004 r. wyspy te były jeszcze dość zaniedbane, a teraz zachwycają infrastrukturą spacerowo-wypoczynkową, uwierzcie mi, można tam spędzić cały dzień i się nie znudzić. Przy wyspach przycumowane są barki z pubami i restauracjami, każdy tam znajdzie coś dla siebie. Będąc w tej okolicy nie można zapomnieć o słynnym Ostrowie Tumskim i nie skierować tam kroków. Obecnie Most Tumski jest w remoncie i możemy się tam dostać przez Most Młyński lub Most Pokoju. Ciekawym pomysłem jest labirynt z płyt kamiennych na trawniku w bezpośrednim sąsiedztwie Mostu Tumskiego.

Nowego blasku i życia nabrał też Bulwar nad Odrą, szczególnie od strony centrum w pobliżu Mostu Pokoju. Na nabrzeżu powstały betonowe stopnie, na których można usiąść. Część została piętrowo obsadzona wysoką trawą i można poczuć się zupełnie odizolowanym od innych osób spędzających tam czas.

To, co bez wątpienia było, jest i będzie związane z miastem, to krasnale. Krasnali we Wrocławiu jest dużo, sam nie wiem ile. Spacerując dziś po mieście udało mi się upolować 27 sztuk, ale wydaje mi się, że jest ich trochę więcej.

We Wrocławiu jest jeszcze wiele ciekawych miejsc, wartych odwiedzin, ja napisałem dzisiaj o tych najważniejszych, zlokalizowanych w ścisłym centrum więc jeszcze wrócę tu z wrocławskimi wspomnieniami i opowieściami, zaglądajcie więc systematycznie.

Możecie pomyśleć, że jestem nieobiektywny bo mam wielki sentyment do tego miasta, ale nie sposób nie zakochać się we Wrocławiu i to od pierwszego wejrzenia. Jeśli jeszcze tam nie byliście wybierzcie się choć na weekend, a nie pożałujecie…

Budapeszt w dwa dni, praktyczne wskazówki

Opisałem Wam już najciekawsze miejsca w Budapeszcie, które powinniście zobaczyć w czasie kilkudniowego pobytu w stolicy Węgier. Dzisiaj kilka wskazówek jak ułatwić sobie podróżowanie po mieście, gdzie można się zatrzymać, co warto kupić, czy zjeść. Najpopularniejszym i najszybszym środkiem transportu jest metro. Metro to jest najstarszym w Europie, otwarto je w 1896 r. W Budapeszcie działają 4 linie metra (najstarsza jest żółta M1 z zabytkowymi starodawnymi stacjami), a koszt biletu dobowego jest niewielki, to 1650 forintów, czyli około 24 zł. Z biletu możemy korzystać w metrze, tramwaju, autobusie i trolejbusie w granicach miasta. Najlepszym rozwiązaniem jest więc pozostawienie auta na parkingu hotelowym i przemieszczanie się po mieście z wykorzystaniem publicznych środków transportu. Metrem przemieścicie się zarówno pod Wzgórze Gellerta, w okolice Parlamentu, czy do Placu Bohaterów. Ciekawym doświadczeniem będzie też przejażdżka tramwajem wzdłuż Dunaju. Linia tramwajowa biegnie po obu stronach rzeki, bezpośrednio na nadbrzeżu. Metro działa do 23:30, ale w nocy możemy skorzystać z nocnych autobusów. To chyba wszystko, co powinniście wiedzieć o transporcie miejskim.

Wieczorową porą warto udać się nad Dunaj i posiedzieć tam aż do zmroku, przy lampce wina, delektując wzrok pięknymi zabytkami rozlokowanymi wzdłuż brzegu, które prezentują się niesamowicie zwłaszcza po zmroku, kiedy włączana jest iluminacja budynków Parlamentu, Zamku, czy okolicznych kościołów, podświetlone też są wszystkie mosty. Polecam zatrzymać się w restauracji Andante na lampkę wina, no może dwie, koniecznie wybierając stolik na zewnątrz. Widok z tego miejsca na znajdujący się na przeciwległym brzegu Parlament jest niesamowity, a my możemy sobie wygodnie siedzieć, popijać wino i próbować pysznych serów, które w menu ma ta restauracja, można tam też zamówić i inne przekąski, idealnie nadające się do wina. Najlepsze jednak zdjęcia Parlamentu po zmroku, zrobicie po przejściu jeszcze kilkuset metrów dalej do stacji metra Batthyány. Warto jest zejść nad sam brzeg rzeki, tam nic nam nie zasłoni panoramy, a zdjęcia wyjdą oszałamiająco.

Podświetloną bryłę zamku natomiast najlepiej jest podziwiać z ławek na przeciwległym brzegu rzeki, w bezpośrednim sąsiedztwie mostu łańcuchowego. Jest tam też niewielki bar o nazwie Raqpart z leżakami i stolikami, iście letnia atmosfera panowała w tym miejscu podczas naszego pobytu. Jeśli miniecie most łańcuchowy, idąc w stronę Parlamentu, zrobicie ciekawe zdjęcia łączące w jednym ujęciu cały most, a miedzy jego przęsłami Wzgórze Zamkowe. Ciekawe zdjęcia możecie też zrobić schodząc ze Wzgórza Gellerta z miejsca gdzie znajduje się pomnik Świętego Gellerta, z Parlamentem w tle. To miejsce jednak polecam do zdjęć za dnia, a nie po zmroku.

Tyle o doznaniach artystycznych, jeszcze kilka słów na koniec  o kuchni węgierskiej. Będąc na Węgrzech nie sposób nie spróbować zupy gulaszowej. Jest ona nieco tłuściejsza, rzadsza i ostrzejsza od tych, do której my Polacy jesteśmy przyzwyczajeni, ale jest to obowiązkowy obiad w stolicy Budapesztu. W samym centrum miasta w restauracjach będzie drożej, więc lepiej jest poszukać czegoś jedną, czy dwie przecznice dalej. My trafiliśmy do bistro Why not cafe and bar, położonego nad brzegiem Dunaju było tanio i pysznie, czego więcej potrzeba. Stamtąd udaliśmy się bezpośrednio do hali targowej, obowiązkowego punktu odwiedzin, dla każdego kto nie tylko lubi jeść, ale i gotować. Będąc na Węgrzech nie sposób nie kupić tokaju, chyba najpopularniejszego węgierskiego wina oraz papryki, z której wykorzystania kuchnia węgierska słynie. Świeżą paprykę ciężko może być nam przewieźć, ale warto kupić paprykę sproszkowaną lub suszoną, smak będzie nieporównywalny do tego, który znajdujemy w naszych sklepach. Warto też zaopatrzyć się w paprykowe pasty marki UNIVER, idealnie nadają się jako dodatek do gulaszu, czy zimnych przekąsek. Pasty te możecie już również kupić w Polsce w niektórych sklepach.

Stolica Węgier zauroczyła mnie pięknem zabytków i niesamowitą atmosferą, którą szczególnie można poczuć spacerując brzegiem Dunaju. Iście letnia pogoda, która towarzyszyła nam podczas całego pobytu tylko potęgowała wszystkie wrażenia. Jeśli, tak jak ja, jeszcze nie byliście nigdy w Budapeszcie koniecznie się tam wybierzcie. Niestety droga samochodem z Polski nie należy do najprzyjemniejszych, ale zawsze można wybrać połączenie samolotowe. No cóż, narzekamy na nasze drogi, ale po odwiedzeniu Węgier uwierzcie, nie mamy się czego wstydzić i na co narzekać. Dodatkowo musimy pamiętać o zakupie winiet węgierskiej i słowackiej, koszt to 115 złotych, na przejściu granicznym w Chyżne. Więc, pakujcie walizki i w drogę do Budapesztu, przy najbliższym dłuższym weekendzie.

Budapeszt – miasto idealne na krótki wyjazd urlopowy

Tegoroczny długi weekend majowy postanowiłem częściowo wykorzystać na odwiedziny tego nieznanego dotąd dla mnie miasta. Była to również moja pierwsza wycieczka na Węgry. Prawdę mówiąc z południa Polski szybciej można dojechać do Budapesztu, niż nad nasz Bałtyk. Prognozy pogody zachęcały jedynie do odwiedzin tej uroczej europejskiej stolicy, niestety w innych miejscach miało padać i być zimno, momentami deszczowo i śnieżnie. Faktycznie pogoda zdała egzamin i miasto też, przy słonecznej, letniej pogodzie prezentowało się niesamowicie i wywarło na mnie ogromne wrażenie.

Co więc warto odwiedzić w Budapeszcie. Turystyczne centrum Budapesztu i największej atrakcje miasta ulokowane są nad Dunajem. Sam Dunaj to potężna rzeka, porównując ją z naszą rodzimą Wisłą i Odrą, Dunaj jest ze trzy razy szerszy niż największe polskie rzeki. Wróćmy jednak do samego miasta. Najbardziej znanym i chyba najbardziej obfotografowanym zabytkiem miasta jest budynek parlamentu węgierskiego. Umieszczony jest on nad samym brzegiem Dunaju w lekkim oddaleniu od centrum, na wschodnim brzegu rzeki. Budynek można zwiedzać w środku, jednak ja nie skorzystałem z tej okazji, a ponadto nie mieliśmy na tyle czasu, gdyż chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej miasta. Bryła budynku jest majstersztykiem architektonicznym, który najokazalej prezentuje się o zmroku, kiedy słońce zajdzie za horyzont i rozbłyśnie nocna iluminacja, w której parlament wygląda jakby był wykuty w złocie. Sam zrobiłem kilkadziesiąt zdjęć o różnych porach dnia i po zmroku, licząc, że następne ujęcie będzie jeszcze lepsze od poprzedniego.

Kolejną atrakcją turystyczną miasta jest Wzgórze Gellerta. Wzgórze znajduje się na przeciwległym brzegu rzeki, nieco niżej na południe od opisywanego wcześniej parlamentu. U podnóża wzgórza znajduje się wykuty w skale kościół, który jest również wart odwiedzin. Wejście od tej strony zajmuje około 20 minut tempem spacerowym. Podejście jest trudniejsze niż od strony Wzgórza Zamkowego, ale za to zajmuje mniej czasu i idąc tym szlakiem można podziwiać niesamowitą panoramę miasta z najbliżej położonym  Mostem Wolności. Następnym razem również wybrałbym to podejście. Na szczycie wzgórza znajduje się Cytadela i Statua Wolności. Widoki na panoramę miasta są urzekające, można tam spędzić kilka godzin wpatrując się w centrum znajdujące się na drugim brzegu rzeki. My jednak nie mieliśmy na tyle czasu i po zrobieniu kolejnych kilkudziesięciu zdjęć udaliśmy się, schodząc ze Wzgórza Gellerta, w kierunku Wzgórza Zamkowego. Na zamek spacerem dojdziemy w ciągu pół godziny.  Podejście na zamek znajdujący się na szczycie wzgórza tarasami ogrodowymi jest chyba najlepszym sposobem na dotarcie na samą górę i zarazem najprzyjemniejszym. Widoki na panoramę miasta są równie piękne jak ze Wzgórza Gellerta, a spacer idealnie zadbanymi tarasami ogrodowymi, jest przyjemnością samą w sobie. Od strony północnej można dostać się na zamek za pomocą kolejki linowej. Jest to może dodatkową atrakcją, ale sama kolejka turystów do kolejki zachęca tylko do spaceru na górę. Niestety nie wszedłem do muzeum znajdującego się w zamku, raz że nie było na tyle czasu, a poza tym chyba wolę oglądać zabytki z zewnątrz, podziwiać niesamowitą architekturę i włóczyć się urokliwymi uliczkami, niż oglądać obrazy, czy inne dzieła sztuki. Na tarasie zamkowym znajduje się niewielka restauracja, można tam zamówić drinka, czy coś zjeść i odpocząć chwilę, po raz kolejny podziwiając panoramę miasta, jeśli uda nam się znaleźć stolik z odpowiednią ekspozycją widokową. Na wzgórzu zamkowym znajduje się również Baszta Rybacka i Kościół Macieja, jednak tam już nie dotarliśmy. To są główne atrakcje miasta zlokalizowane nad Dunajem na obu brzegach rzeki.

Nad rzeką znajdują się liczne knajpki, bary i restauracje, zarówno w kamienicach, jak i na przycumowanych do brzegu barkach. Warto usiąść tu na dłuższą chwilę, zamówić kieliszek wina, jakieś przekąski, chłonąć tę atmosferę miasta i podziwiać niesamowite zabytki, a zwłaszcza podświetloną po zmroku bryłę zamku, czy parlamentu. Ogromne wrażenie sprawiają również mosty, a każdy z nich jest podświetlony po zmroku.

Jednak nie tylko sam okolica Dunaju kusi pięknymi zabytkami. Koniecznie musicie zapuścić się w labirynt uliczek na wschodnim brzegu rzeki. Głównym deptakiem miasta jest ulica Váci. Ulica pełna jest butików najpopularniejszych światowych marek oraz wszelkiego rodzaju restauracji i barów. Miejscem wartym odwiedzin jest bez wątpienia Bazylika św. Stefana, niestety trzeba wykupić bilet wstępu do środka i odstać swoje w kolejce, na co nie mieliśmy tez czasu. Podczas tego pobytu udało się nam natomiast odwiedzić miejską halę targową i zrobić drobne zakupy. Budynek hali jest zabytkowy, a wnętrze robi wrażenie. Warto przejść się alejami ze stoiskami spożywczymi, gdzie króluje papryka w każdym wydaniu, od świeżej, poprzez suszoną, sproszkowaną i w postaci past. Jeśli nawet niczego nie kupicie, niestety ceny na hali są wyższe niż w zwykłym hipermarkecie, polecam zrobić zdjęcia tych niesamowitych produktów. Ciekawym miejscem w centrum jest również Park Erzsébet przy kole młyńskim, gdzie znajduje się duże skupisko barów i restauracyjek.

W odległości kilku stacji metra od centrum znajduje się Plac Bohaterów z charakterystycznym Pomnikiem Tysiąclecia i Park Városliget. Trafiliśmy tam jeszcze w dniu przyjazdu, kiedy odbywał się wielki festyn z okazji święta 1-go maja, tak ten dzień na Węgrzech też jest świętem i dniem wolnym od pracy. Park wypełniony był dziesiątkami straganów z jedzeniem, karuzelami i tłumami mieszkańców oraz turystów. Przez ten ogromny tłum ludzi miejsce straciło na uroku i zniechęcało do dłuższego pobytu. Bez wątpienia jednak warto jest się tam wybrać na spokojny spacer. Znajdujący się w parku Zamek Vajdahunyad wygląda niczym wyjęty z serii filmów o Harrym Potterze.

To są miejsca, które ja odwiedziłem i które Wam polecam z czystym sumieniem. Patrząc z perspektywy czasu na moją wycieczkę do Budapesztu nie wyobrażam sobie pobytu w tym mieście bez odwiedzenia miejsc, które Wam opisałem. Gwarantuję, że podczas dwu lub trzydniowej wycieczki do stolicy Węgier uda się Wam odwiedzić te wszystkie atrakcje. Jest to optymalny plan na przedłużony weekend, w tym jakże urokliwym mieście.

W kolejnym wpisie umieszczę jeszcze kilka praktycznych informacji, użytecznych podczas krótkiej indywidualnej wycieczki do Budapesztu. Ja na przygotowanie  i pozyskanie odpowiednich informacji miałem tylko jeden wieczór, ale sam wyjazd mogę ocenić jako w pełni udany i pozwalający poczuć atmosferę miasta. Chciałbym, by odwiedzając Budapeszt, również i Wy mogli odkryć wszystkie uroki i poczuć tę niesamowitą atmosferę, którą mnie udało się w pełni zasmakować…

Mazurek makowy z czekoladowym ganache

Mazurek, to jeden ze słodkich symboli Wielkanocy. Nigdy nie piekłem tego ciasta, więc przyszła pora by sprawdzić się w tym przepisie. Wybrałem mazurek makowy z polewą czekoladową. Na kruche ciasto potrzeba 250 gram mąki, 125 gram masła, 75 gram cukru, jedno jajo, cukier waniliowy, szczyptę soli. Na masę makową 80 dag maku (może być kilogram), 2/3 szklanki cukru, pół szklanki orzechów włoskich, pół szklanki rodzynek, 6 jaj, łyżkę mąki ziemniaczanej, jedno jabłko. Na polewę dwie tabliczki czekolady gorzkiej oraz kilka łyżek śmietanki 30%.

Zaczynamy od przygotowania spodu. Mąkę, cukier, szczyptę soli siekamy ze schłodzonym masłem, następnie dodajemy jedno jajo po czym szybko zagniatamy ciasto. Kruche ciasto musi się dobrze schłodzić więc zawijamy je w folię spożywczą i wkładamy do lodówki na około 4 godziny.  

Masę makową możemy przygotować sami lub skorzystać z gotowej masy z puszki. Jeśli sami przygotowujemy masę, najpierw musimy mak sparzyć we wrzątku, najlepiej zrobić to dzień wcześniej. W tym celu zalewamy mak wrzątkiem i pozostawiamy na kilka godzin. Wody powinno być znacznie więcej, gdyż w ten sposób zanieczyszczenia pozostaną nam na powierzchni, a mak opadnie na dno garnka. Wystudzony i odsączony mak mielimy w maszynce do mięsa razem z orzechami włoskimi. Żółtka ucieramy z cukrem na puszysty kogel-mogel, a z białek przygotowujemy pianę. Najpierw do zmielonego maku dodajemy mąkę (możemy też dodać kaszę mannę zamiast mąki) i mieszamy by składniki się połączyły. Następnie masę dodajemy do przygotowanego już kogla-mogla, kolejno rodzynki, starte na tarce o grubych oczkach jabłko i wszystko miksujemy na niskich obrotach. Na koniec łączymy z pianą z białek, po dodaniu piany masę już lekko mieszamy łyżką by piana bardzo nie opadła. Jeśli korzystamy z gotowej masy makowej z puszki, dodajmy mniej cukru do żółtek, bo sama masa jest już dość słodka. Mak dodajemy do ubitych z cukrem żółtek, następnie mąkę, rodzynki i starte jabłko i miksujemy na niskich obrotach mieszadłem do ciast. Na koniec dodajemy pianę i mieszamy już tylko łyżką.

Schłodzone ciasto rozwałkowujemy i wykładamy nim dno i boki brytfanny. Na wierzch kładziemy papier do pieczenia i wysypujemy ziarna fasoli, by ciasto nam nie pofalowało się podczas podpiekania. Ciasto podpiekamy w temperaturze 200°C przez 10 minut z włączonym termoobiegiem. Następnie wykładamy na ciasto masę makową i pieczemy jeszcze 45 minut w temperaturze 175°C z włączoną dolną blachą i termoobiegiem. Można oczywiście od razu na surowe ciasto wykładać masę makową, wtedy smarujemy wcześniej ciasto białkiem, wytworzy się warstwa izolująca i ciasto nie nasiąknie bardzo od masy i nie zrobi się za miękkie. Ja tym razem od razu dałem masę na ciasto bez podpiekania.

Upieczone i wystudzone ciasto pokrywamy polewą czekoladową. Czekoladę rozpuszczamy w misce na parze, do rozpuszczonej czekolady dodajemy kilka łyżek śmietanki. Tak przygotowaną masę rozsmarowujemy na wierzchu naszego mazurka. Do ozdoby możemy wykorzystać płatki migdałów i kawałki orzechów oraz wiórki kokosowe, ewentualnie inne gotowe ozdoby cukiernicze.  Pamiętajcie czekolada po dodaniu śmietanki bardzo szybko zmienia konsystencję i gęstnieje, ale wtedy można dodać więcej śmietanki, by masa wróciła do kremowej rozsmarowywalnej konsystencji. Musimy jednak dość energicznie mieszać by nie powstały czekoladowe grudki.

Faworki, czyli chrust, smak karnawałowej rozpusty

Karnawał trwa w najlepsze, do tłustego czwartku pozostał jeszcze prawie miesiąc. W tym roku jest to wyjątkowo długi okres, bo Wielkanoc wypada w końcu kwietnia. Trzeba się więc cieszyć i korzystać z uroków zabaw karnawałowych. Na domowej prywatce ze znajomymi ważne są również przekąski. Dziś podam Wam przepis na typowe karnawałowe słodkości, czyli faworki. Na jedną porcję potrzeba 200 g mąki, 3 żółtka, łyżkę czystego spirytusu, szczyptę soli,3 łyżki kwaśnej gęstej śmietany, łyżeczkę cukru waniliowego. Z takiej porcji otrzymamy około 30 do 40 faworków, w zależności jak grubo będziemy rozwałkowywali ciasto. Na większą ilość proporcje musimy odpowiednio zwiększyć.

Mąkę przesiewamy przez sito, dodajemy sól i rozmieszane z cukrem waniliowym żółtka. Gdy żółtka połączą się z mąką, powinniśmy uzyskać coś podobnego do kruszonki, dodajemy śmietanę i zaczynamy wyrabiać ciasto. Pamiętajmy by w trakcie wyrabiania dodać łyżkę spirytusu. Spirytus powoduje, że ciasto nie będzie tak chłonęło tłuszczu w czasie smażenia, a faworki nie wyjdą bardzo tłuste, lecz chrupiące. Ciasto wyrabiamy aż będzie gładkie i plastyczne, a następnie zawijamy w ściereczkę tak na 10 minut by chwilę odpoczęło, będzie się wtedy mniej kleić podczas rozwałkowywania. 

W szerokim płaskim rondlu roztapiamy smalec, karnawał pozwala na lekką rozpustę więc nie miejmy wyrzutów sumienia z powodu wyższej kaloryczności. Niestety na oleju to nie będzie ten smak więc nawet tym dbającym o linię polecam smalec.  Ciasto dzielimy na porcje i rozwałkowujemy dość cienki placek. Możemy w czasie wałkowania lekko podsypać mąką by ciasto nie kleiło się do stolnicy, ale nie za dużo, bo później mąka się będzie szybko spalać w gorącym tłuszczu. Tak rozwałkowane ciasto tniemy w paski szerokości około 3 centymetrów i długości 10 centymetrów. Nie polecam szerszych, gdyż faworki wyjdą po prostu za szerokie i nie ładne, dłuższe zawsze mogą być. Każdy pasek nacinamy wzdłuż po środku nożem i przewijamy przez środek jeden brzeg ciasta.

Tak przygotowane faworki smażymy na jasno złoty kolor. Po wyjęciu z rondla proponuję je odsączyć z nadmiaru tłuszczu na papierowym ręczniku. Ciepły jeszcze chrust posypujemy cukrem pudrem. Ot i cała filozofia przepisu, smacznego… Chyba nie znam nikogo, kto by nie lubił faworków.