W dzisiejszym wpisie trochę o kuchni hiszpańskiej i o moich kulinarnych wspomnieniach z Walencji. W poprzednim wpisie opisałem Wam moi drodzy Czytelnicy, co warto zobaczyć w Walencji, jakie miejsca są obowiązkowymi punktami do odwiedzenia na mapie tego uroczego miasta. Teraz przyszła pora na kulinarną odsłonę Walencji. Z uwagi, iż w Walencji spędziłem zaledwie dwa i pół dnia, nie miałem wielkich możliwości pełnego posmakowania Hiszpanii.
Będąc w Hiszpanii oczywiście nie można nie spróbować paelii. W Walencji najsłynniejsza jest paella valenciana czyli z mięsem z królika i kurczaka. Ja jednak postawiłem na owoce morza i wybrałem paellę z takimi właśnie dodatkami. Nasz pierwszy wieczór w Walencji zakończył się w jednej z restauracji znajdujących się na starym mieście. Znajomi zamówili sobie patatas bravas, czyli ziemniaczki pieczone ze sproszkowaną papryką i sosem czosnkowym oraz kalmary, a ja oczywiście paellę. Jednego ziemniaczka skosztowałem, to coś w rodzaju naszych pieczonych ćwiartek, wiadomo pieczony ziemniak nie może nie być pyszny i do tego sos czosnkowy, niebo w gębie. A paella, równie pyszna, serwowana tradycyjnie na patelni z pięknymi krewetkami dumnie spoczywającymi na ryżu zabarwionym szafranem. Do tego kieliszek sangrii, Hiszpania w pełnym wydaniu. I jak nie zakochać się w tej kuchni, sami sobie odpowiedzcie. To był niestety jedyny obiad jaki udało się nam zjeść w restauracji na mieście.
Drugiego dnia sami zrobiliśmy sobie kolację sylwestrową, gdyż znajomi mieszkali w apartamencie z w pełni wyposażonym aneksem kuchennym. Ale żeby ugotować obiad trzeba było najpierw zrobić zakupy. A jak zakupy jedzeniowe, to tylko na jednej z kilku hal targowych, które są w mieście. Ja odwiedziłem dwie, Mercat Central i Mercat de Russafa, oczywiście Mercat Central to najsłynniejsza hala targowa i najpiękniejsza, z uwagi na architekturę budynku. Sklepienie kopuły więczącej budynek wzbudza podziw.
Wizyta w hali targowej to obowiązkowy punkt wycieczek nie tylko smakoszy, ale także zwykłych turystów. Feeria barw, która nas uderza na straganach jest niesamowita. Równiutko poukładane owoce i warzywa mieniące się dziesiątkami kolorów zachęcają, weź i zjedz mnie. Ta intensywność barw i różnorodność darów natury wprawia w zachwyt. Od jabłek, poprzez cytryny, pomarańcze, winogrona, cudowne truskawki po melony i banany. Wybór warzyw jest jeszcze większy. Tak dużych owoców papryki i pomidorów jeszcze nigdzie nie widziałem, a smak i soczystość, ehhh. Na straganach kuszą również charakterystycznymi kształtami szynki. Różnorodność owoców morza także jest oszałamiająca, wszelkiego rodzaju krewetki, langustynki, kalmary w różnych wielkościach i małże Świętego Jakuba. Mijając te wszystkie stoiska, nie można zapomnieć o oliwkach, te biją wszelkie rekordy smaku i wielkości, są po prostu przepyszne. Tyle o wizycie w Mercat Central, po prostu musicie tam zajrzeć.
Pisząc o kuchni hiszpańskiej, warto wspomnieć również o słynnych hiszpańskich tapas. Niestety nie udało się nam odwiedzić jakiegoś baru, by posiedzieć przy winku i delektować się tymi przekąskami hiszpańskimi. Wybierając się kolejnym razem do Hiszpanii, a może i do samej Walencji nie podaruję sobie przynajmniej jednego wieczoru z tapasami i winem.
W Walencji jest ogromnie dużo kafejek serwujących pyszną kawę i różnego rodzaju kanapki, czy słodkości. Warto przynajmniej raz w takim miejscu zjeść bez pośpiechu śniadanie, delektując się tymi smakołykami i chłonąć otaczającą atmosferę miasta. Poczytałem trochę o lokalnych zwyczajach nim wyjechałem do Walencji i znalazłem kilka ciekawych miejsc. Niestety, zdążyłem tylko jedno odwiedzić, kawiarnię Dulce de Leche, położoną w dzielnicy Russafa. Wybór kanapek i ciast jest oszałamiający, najchętniej przesiedziałoby się tam cały dzień i spróbowało wszystkiego. Nie możecie będąc w Walencji zapomnieć o tej uroczej kawiarni.
Bez wątpienia ciekawym sposobem obcowania z kuchnią hiszpańską jest również przygotowanie sobie lunchu i zabranie go na plażę. My Nowy Rok praktycznie cały spędziliśmy na plaży. Mieliśmy oliwki, owoce, sery oraz hiszpańską tortillę, czyli gruby omlet z jajek i ziemniaków, niestety zimny, ale to nam nie przeszkadzało, do tego kieliszek wina, no może kilka kieliszków. Chwilo trwaj, chciałoby się powiedzieć. Tęsknię za tym czasem, za tym miastem. Zawsze miałem sentyment do Hiszpanii, a teraz odzywa się we mnie tęsknota za tym krajem. Jestem pewien, że jeszcze tam kiedyś pojadę, przecież tylu smakołyków kuchni hiszpańskiej jeszcze nie spróbowałem.
















































































Sezon na śliwki trwa w najlepsze więc postanowiłem przygotować ciasto jogurtowe z tymi owocami. Jogurtowe ciasto kubeczkowe to jedno z najprostszych ciast, z którym każdy nawet niedoświadczony kucharz może się zmierzyć. Tym razem zmieniłem odrobinę proporcje, co wyszło na dobre. Do tej wersji potrzeba 1 kubek jogurtu naturalnego (ja użyłem marki Zott 370 g), 1 kubek oleju, ¾ kubeczka cukru, 2,5 kubka mąki, 4 jaja, 1 łyżeczkę proszku do pieczenia, 1 łyżeczkę sody oczyszczonej i jedno opakowanie cukru waniliowego. Kiedy ostatnio robiłem to ciasto wykorzystałem tylko proszek do pieczenia i 3 kubki mąki. Tamten przepis znajdziecie we wcześniejszych wpisach. Do odmierzenia proporcji wykorzystujecie kubek po jogurcie.
Jogurt, jaja i olej łączymy mieszając trzepaczką. Nie korzystamy z miksera by ciasto było lekkie i puszyste. Następnie do mokrych składników dodajemy cukier, cukier waniliowy, przesianą mąkę, proszek do pieczenia i sodę oczyszczoną, a całość mieszamy łyżką. Z uwagi na mniejszą ilość mąki, ciasto nie wyszło tak gęste jak ostatnio. Tak wymieszane składniki przełożyłem na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Użyłem standardowej, prostokątnej blachy, a nie mniejszej kwadratowej. Na wierzchu ciasta ułożyłem połówki śliwek, przecięciem do góry, lekko je wcisnąłem w ciasto i posypałem brązowym cukrem. Tym razem zmieniłem też trochę sposób pieczenia. Ciasto pieczemy w temperaturze 175°C z włączoną tylko dolną blachą przez 25 minut, a następnie z dolną blachą i termoobiegiem przez kolejne 20 minut. Ciasto jest upieczone jeśli przejdzie test suchego patyczka, czyli sprawdzamy wbijając patyczek w ciasto pod koniec pieczenia. Powinien być tłustawy, ale nie mokry, wtedy nasze ciasto jest upieczone. Tym razem ciasto wyszło mi bardziej puszyste i wilgotniejsze. Dodanie sody oczyszczonej, użycie mniejszej ilości mąki i zmiana sposobu pieczenia zrobiły swoje.
Dawno nie robiłem tego dania z hinduskiej kuchni. Jest dosyć oryginalne i świeże w smaku więc stanowi ciekawą alternatywę w codziennym gotowaniu. Do mojej wersji potrzeba po jednym filecie z kurczaka na osobę, kubeczek jogurtu naturalnego, kubeczek śmietany 18%, jedno opakowanie przyprawy curry, czubatą łyżkę mąki, dwie łyżki płatków migdałowych, sok z połowy cytryny, sól. Filety z kurczaka obieramy z błon i kroimy w kostkę. Mąkę mieszamy z całym opakowaniem curry, a następnie w tej mieszance obtaczamy kawałki kurczaka. Ja po prostu wsypuję, wymieszaną z curry, mąkę do miski z pokrojonym kurczakiem i mieszam, dopóki wszystkie kawałki mięsa nie obtoczą się w mieszance. Tak przygotowane mięso odstawiam na dwie godziny.
Kurczaka obsmażamy na mocno rozgrzanej patelni z dodatkiem kilku łyżek oleju, na tyle by nie był surowy w środku, doprawiamy solą do smaku. Następnie podlewamy mięso wywarem rosołowym na 3 filety z kurczaka wystarczy ¾ szklanki wywaru, w razie potrzeby zawsze możemy później jeszcze dodać odrobinę, jakby całość wyszła za gęsta. Mięso dusimy około 3 minut i kolejno dodajemy 3 łyżki jogurtu i tyle samo łyżek śmietany. Pamiętajcie jednak by wcześniej śmietanę zahartować w innym naczyniu z odrobiną gorącego sosu, śmietana dodana bezpośrednio na gorącą patelnię może się zważyć i dostaniemy rozwarstwiony sos. O jogurt nie musimy się martwić. Na koniec dodajemy sok z cytryny, to też musimy robić stopniowo, gdyż kwas soku może nam ściąć sos i zważyć zawartą w nim śmietanę. Całość dusimy jeszcze 5 minut by wszystkie smaki się połączyły, a sos nabrał kremowej, gęstej konsystencji. Po zdjęciu patelni z ognia dodajemy posiekaną kolendrę i całość mieszamy. W ten sposób kolendra nie straci aromatu i zielonego koloru, który jest doskonałym kontrastem do żółtego koloru dania. Po nałożeniu kormy na talerze posypujemy ją uprażonymi płatkami migdałowymi. Kormę zaserwowałem z surówką z białej kapusty, na którą podałem Wam przepis w poprzednim wpisie i z kaszotto z kaszy pęczak. Wydaje mi się, że lepiej pasowałaby kasza kus kus lub ryż, ale by dopasować się do gustów gości wykorzystałem tym razem pęczak. 



