Paella, owoce morza, kolorowe warzywa i pomarańcze, czyli sekrety kuchni hiszpańskiej

W dzisiejszym wpisie trochę o kuchni hiszpańskiej i o moich kulinarnych wspomnieniach z Walencji. W poprzednim wpisie opisałem Wam moi drodzy Czytelnicy, co warto zobaczyć w Walencji, jakie miejsca są obowiązkowymi punktami do odwiedzenia na mapie tego uroczego miasta. Teraz przyszła pora na kulinarną odsłonę Walencji. Z uwagi, iż w Walencji spędziłem zaledwie dwa i pół dnia, nie miałem wielkich możliwości pełnego posmakowania Hiszpanii. 

Będąc w Hiszpanii oczywiście nie można nie spróbować paelii. W Walencji najsłynniejsza jest paella valenciana czyli z mięsem z królika i kurczaka. Ja jednak postawiłem na owoce morza i wybrałem paellę z takimi właśnie dodatkami. Nasz pierwszy wieczór w Walencji zakończył się w jednej z restauracji znajdujących się na starym mieście. Znajomi zamówili sobie patatas bravas, czyli ziemniaczki pieczone ze sproszkowaną papryką i sosem czosnkowym oraz kalmary, a ja oczywiście paellę. Jednego ziemniaczka skosztowałem, to coś w rodzaju naszych pieczonych ćwiartek, wiadomo pieczony ziemniak nie może nie być pyszny i do tego sos czosnkowy, niebo w gębie. A paella, równie pyszna, serwowana tradycyjnie na patelni z pięknymi krewetkami dumnie spoczywającymi na ryżu zabarwionym szafranem. Do tego kieliszek sangrii, Hiszpania w pełnym wydaniu. I jak nie zakochać się w tej kuchni, sami sobie odpowiedzcie. To był niestety jedyny obiad jaki udało się nam zjeść w restauracji na mieście.

Drugiego dnia sami zrobiliśmy sobie kolację sylwestrową, gdyż znajomi mieszkali w apartamencie z w pełni wyposażonym aneksem kuchennym. Ale żeby ugotować obiad trzeba było najpierw zrobić zakupy. A jak zakupy jedzeniowe, to tylko na jednej z kilku hal targowych, które są w mieście. Ja odwiedziłem dwie, Mercat Central i Mercat de Russafa, oczywiście Mercat Central to najsłynniejsza hala targowa i najpiękniejsza, z uwagi na architekturę budynku. Sklepienie kopuły więczącej budynek wzbudza podziw.

Wizyta w hali targowej to obowiązkowy punkt wycieczek nie tylko smakoszy, ale także zwykłych turystów. Feeria barw, która nas uderza na straganach jest niesamowita. Równiutko poukładane owoce i warzywa mieniące się dziesiątkami kolorów zachęcają, weź i zjedz mnie. Ta intensywność barw i różnorodność darów natury wprawia w zachwyt. Od jabłek, poprzez cytryny, pomarańcze, winogrona, cudowne truskawki po melony i banany. Wybór warzyw jest jeszcze większy. Tak dużych owoców papryki i pomidorów jeszcze nigdzie nie widziałem, a smak i soczystość, ehhh. Na straganach kuszą również charakterystycznymi kształtami szynki. Różnorodność owoców morza także jest oszałamiająca, wszelkiego rodzaju krewetki, langustynki, kalmary w różnych wielkościach i małże Świętego Jakuba. Mijając te wszystkie stoiska, nie można zapomnieć o oliwkach, te biją wszelkie rekordy smaku i wielkości, są po prostu przepyszne. Tyle o wizycie w Mercat Central, po prostu musicie tam zajrzeć. 

Pisząc o kuchni hiszpańskiej, warto wspomnieć również o słynnych hiszpańskich tapas. Niestety nie udało się nam odwiedzić jakiegoś baru, by posiedzieć przy winku i delektować się tymi przekąskami hiszpańskimi. Wybierając się kolejnym razem do Hiszpanii, a może i do samej Walencji nie podaruję sobie przynajmniej jednego wieczoru z tapasami i winem. 

W Walencji jest ogromnie dużo kafejek serwujących pyszną kawę i różnego rodzaju kanapki, czy słodkości. Warto przynajmniej raz w takim miejscu zjeść bez pośpiechu śniadanie, delektując się tymi smakołykami i chłonąć otaczającą atmosferę miasta. Poczytałem trochę o lokalnych zwyczajach nim wyjechałem do Walencji i znalazłem kilka ciekawych miejsc. Niestety, zdążyłem tylko jedno odwiedzić, kawiarnię Dulce de Leche, położoną w dzielnicy Russafa. Wybór kanapek i ciast jest oszałamiający, najchętniej przesiedziałoby się tam cały dzień i spróbowało wszystkiego. Nie możecie będąc w Walencji zapomnieć o tej uroczej kawiarni.

Bez wątpienia ciekawym sposobem obcowania z kuchnią hiszpańską jest również przygotowanie sobie lunchu i zabranie go na plażę. My Nowy Rok praktycznie cały spędziliśmy na plaży. Mieliśmy oliwki, owoce, sery oraz hiszpańską tortillę, czyli gruby omlet z jajek i ziemniaków, niestety zimny, ale to nam nie przeszkadzało, do tego kieliszek wina, no może kilka kieliszków. Chwilo trwaj, chciałoby się powiedzieć. Tęsknię za tym czasem, za tym miastem. Zawsze miałem sentyment do Hiszpanii, a teraz odzywa się we mnie tęsknota za tym krajem. Jestem pewien, że jeszcze tam kiedyś pojadę, przecież tylu smakołyków kuchni hiszpańskiej jeszcze nie spróbowałem.

Walencja, miasto pomarańczy, palm, słońca i nie tylko…

Walencja, trzecie co do wielkości miasto Hiszpanii, położone nad brzegiem Morza Śródziemnego, trochę poniżej Barcelony. Trudno mi je porównywać z Barceloną, czy Madrytem, gdyż pozostałych niestety jeszcze nie odwiedziłem. Mój tegoroczny sylwestrowy wypad ze znajomymi do Walencji był pierwszą wycieczką do Hiszpanii. Nie jest to miasto, tak znane i popularne jak Barcelona, ale to bez wątpienia miasto, w którym się zakochacie i pod którego wrażeniem pozostaniecie na długi czas. Kiedy w Polsce jest środek zimy, tam na drzewach w centrum miasta pomarańcze kuszą turystów do grzechu kradzieży. Drzewka pomarańczowe rosną niemal na każdej ulicy, a na pewno w najbardziej reprezentatywnych punktach i placach miasta oraz wzdłuż deptaków dla pieszych. Na głównych placach, gdzie jest większa przestrzeń spotkacie również dorodne palmy, które dają przyjemny cień w słoneczny dzień, a takich dni jest podobno ponad 300 w roku. Palmy tworzą również niesamowity klimat w okolicach plaży miejskiej. Palmami obsadzone są bulwary ciągnące się wzdłuż plaży oraz ciągi piesze przy hotelach i restauracjach usytuowanych wzdłuż plaży i w okolicach portu. Dla nas Polaków, przyzwyczajonych raczej do krótkiego lata i do długiej jesieni i zimy, które przytłaczają nas ponurą pogodą, brakiem słońca i krótkim dniem, takie okoliczności przyrody będą zaskakujące. Do tego w grudniu słońce zachodzi tam dopiero przed 18, a ciemno robi się pół godziny później więc sami przyrównajcie sobie z tym nasze krótkie i ciemne dni listopada i grudnia. Nie uwierzycie, ale 1-go stycznia opalałem się tam w ciągu dnia na plaży w samych spodenkach. Do morza nie wszedłem, bo było raczej zimne, ale mi wystarczył sam pobyt na plaży, słońce i błękit nieba nieskażony żadnym, nawet najmniejszym obłoczkiem, do tego kieliszek sangrii, oliwki, czego chcieć więcej. 

Jednak nie tylko słońce, plaża, palmy i pomarańcze zachęcają do odwiedzin tego miasta. Zabytkowe centrum Walencji jest na tyle piękne, że warto mu poświęcić kilka dni. Te same miejsca warto jest odwiedzić nie tylko w ciągu dnia, ale również wieczorową porą, kiedy zabytkowe budynki zyskują nocną świetlną iluminację, a tłumy mieszkańców i turystów spędzają czas w licznych restauracjach i zewnętrznych ogródkach piwnych delektując się pysznymi daniami kuchni hiszpańskiej, czy po prostu spędzają czas ze znajomymi przy piwie, lampce wina i lokalnych tapas. To co zwraca uwagę w Walencji to duża ilość placów. Jest ich kilka w mieście i każdy wart jest odwiedzenia, a znajdują się one w bliskiej odległości od siebie. 

Głównym placem Walencji jest Placa de l’Ayuntament – plac przy urzędzie miasta. Plac znajduje się w odległości 3 minut spacerem od dworca kolejowego. Jest to raczej plac spacerowy, gdzie można usiąść na ławeczce w cieniu palm i zrobić sobie przerwę podczas wędrówki po mieście. Niesamowita jest architektura kamienic otaczających plac i samego ratusza. Jak już wspomniałem o dworcu kolejowym, warto przejść się na plac dworcowy, gdyż zbytkowy budynek dworca kolejowego robi niesamowite wrażenie, a obok znajduje się arena walk byków, która z zewnątrz wygląda jak mini koloseum z czasów starożytnych. Niestety była zamknięta wiec nie mogliśmy jej obejrzeć od środka. Stojąc twarzą do ratusza miejskiego w lewo dojdziemy do dworca kolejowego, a w prawo do samego centrum. 

Idąc w prawo od ratusza dojdziemy w ciągu 5 minut do kolejnego niesamowitego miejsca, Placa de la Reina. Plac ten jest bardziej obsadzony zielenią no i pięknymi rosłymi palmami. Wokół placu znajduje się mnóstwo restauracji i kafejek, które rozkładają swoje ogródki letnie wzdłuż kamienic, a w Walencji sezon na nie trwa cały rok. Warto przysiąść w jednym z takich ogródków nawet na godzinę lub dłużej i poczuć atmosferę tego miejsca z jego smakami, palmami i tłumami przemieszczających się ludzi we wszystkie strony. Plac od północy zamyka zabytkowy budynek katedry, której wnętrza w surowym romańskim stylu warte są odwiedzenia. Katedra jednocześnie zamyka od południa kolejny plac – Placa de la Mare de Deu, przy którym znajduje się bazylika Matki Boskiej. Na tym placu również możemy przysiąść na dłuższą chwilę w jednym z ogródków restauracyjnych zlokalizowanych wzdłuż zachodniej ściany placu. Koniecznie zajrzyjcie też do bazyliki, wnętrze wraz z kopułą jest niesamowite.

Będąc w śródmieściu nie sposób nie odwiedzić również Placa Redona. Plac ten mijamy po lewej stronie idąc od Placa de l’Ayuntament do Placa de la Reina ulicą  Sant Vincent Martir. Co ciekawe nie jest to typowy plac, ale podwórko wewnątrz kamienic w kształcie koła. Jeśli nie wiecie o tym placu, praktycznie możecie go minąć nawet nie wiedząc o nim, ale jest to ciekawostka, którą polecam zobaczyć. Wejścia na plac są charakterystyczne, to otwarte bramy w kształcie lekko spłaszczonych łuków. Będąc w Walencji nie można również zapomnieć o charakterystycznych halach targowych, ale o nich i o kuchni hiszpańskiej napiszę w kolejnym wpisie. Dzisiaj tylko o zabytkach i miejscach wartych odwiedzenia. 

W mojej ocenie obowiązkowym punktem podczas wędrówki po mieście jest również muzeum ceramiki. Przyznaję się sam nie byłem w środku, ale z zewnętrz budynek oglądałem zarówno w ciągu dnia, jak i przy nocnej iluminacji. Jest on perełką architektoniczną samą w sobie, którą musicie zobaczyć będąc w Walencji. 

Obiektami, które również udało mi się zobaczyć są dwie gotyckie wieże z XV wieku, będące pozostałością dawnych murów miejskich. Jedna znajduje się od północnej strony centrum, a druga od zachodniej. Klucząc po zabytkowych uliczkach bez problemu do nich traficie. Bez wątpienia obowiązkowym punktem wycieczki powinno być również muzeum nauki i budynek opery, usytuowane przy dawnych korycie rzecznym w pobliżu portu. Mnie niestety nie udało się już tam dojechać, ale oglądając zdjęcia, budynki zachwycają nowoczesną architekturą i wyglądają jak kosmiczne statki wynurzające się z wody. Nie udało mi się również pospacerować dawnym korytem rzecznym, gdzie urządzony jest park miejski z licznymi ścieżkami rowerowymi, spacerowymi i placami zabaw. Co jest charakterystyczne dla Walencji, to dość wysoka zabudowa centrum. Kamienice mają po 5 lub nawet więcej pięter, ale nie przytłacza to specjalnie.

To są miejsca, które warto odwiedzić w Walencji i które osobiście polecam. Żałuję, że nie wszędzie udało mi się być, ale ja spędziłem tam tylko niecałe 3 dni. Spędzając tam tydzień lub więcej na pewno nie będziecie się nudzić, gdyż jestem przekonany, że jest tam jeszcze więcej wspaniałych miejsc do odkrycia i do tego cudowna szeroka plaża miejska. Na pewno jeśli mi tylko czas pozwoli wybiorę się tam jeszcze kiedyś nawet na weekend, ale tyle nawet wystarczy by naładować życiowe baterie tym słońcem i wspaniałą atmosferą miasta. W kolejnym wpisie opisze moje odwiedziny w halach targowych i moje doznania kulinarne z tego uroczego miasta.

Kruchy zawijaniec z orzechami

Uwielbiam to ciasto, a Wy? Jeśli jeszcze nigdy go nie próbowaliście, gorąco polecam jest przepyszne i jest to jedno z moich ulubionych ciast. Przygotowanie jest może i trochę czasochłonne, ale warte zachodu. Na ciasto potrzeba nam 250 g mąki, 125 g masła, 75 g cukru, 1 jajo, opakowanie cukru waniliowego, szczyptę soli. To jest proporcja składników na jedno ciasto. Jeśli chcecie zrobić dwa lub trzy zawijańce to po prostu musicie zagnieść (używając powyższych proporcji na jedną), 3 lub 4 kulki ciasta. Na masę potrzeba dużą miskę mielonych orzechów włoskich, tak wagowo to będzie z 1,5 kg na 3 lub 4 ciasta, 2/3 litra mleka, około 0,5 kg cukru pudru.

Zaczynamy od przygotowania tylu porcji ciasta, ile planujemy upiec zawijańców. Mąkę przesiewamy przez sito, dodajemy szczyptę soli, pokrojone w kostkę masło, cukier, a następnie siekamy nożem. Pamiętajcie masło powinno być zimne, nie prosto z lodówki, ale nie bardzo plastyczne, tak jak pozostanie w temperaturze pokojowej około 15 do 20 minut po wyjęciu z lodówki będzie dobrze. Do wstępnie połączonych składników dodajemy jedno całe jajo i szybko zagniatamy by uzyskać gładkie, nielepiące się ciasto. Zawsze możemy lekko podsypać mąką, jeśli w trakcie wyrabiania będzie się lepiło do stolnicy. Zagniecioną kulkę ciasta wkładamy zawiniętą szczelnie folią spożywczą do lodówki na około 4 godziny. Każdą kulkę ciasta zawijamy oddzielnie. Mając 4 godziny czasu możemy obrać orzechy, jeśli kupiliśmy w łupinach, a następnie zemleć. Jak mamy orzechy zmielone możemy się zabrać za inne ciekawe zajęcia w oczekiwaniu, aż ciasto dobrze się schłodzi. Orzechy łączymy z cukrem i mlekiem na sam koniec. Masa bardzo szybko wchłania mleko i robi się po prostu twarda i trudna w rozsmarowywaniu na cieście więc musimy dodawać więcej mleka.

Schłodzone ciasto wyjmujemy z lodówki na 10 do 15 minut przed rozwałkowywaniem, by lekko zmiękło. Przygotowujemy foremki „keksówki” standardowej długości 40 centymetrów, które wykładamy papierem do pieczenia. Teraz jest czas na dokończenie masy orzechowej, do orzechów najpierw przesiewamy cukier puder i mieszamy by orzechy połączyły się z cukrem, a następnie dodajemy mleko do uzyskania konsystencji łatwej w smarowaniu, ale nie za rzadkiej. Pamiętajcie najpierw mieszamy suche składniki, w przeciwnym razie cukier puder się nam zbryli i będzie ciężko zmieszać go z masą mokrą. Na rozwałkowany blat ciasta rozsmarowujemy masę orzechową pozostawiając wzdłuż brzegów po około centymetrze ciasta na sklejenie. Całość zawijamy jak roladę zawijając boki i końcowy brzeg. Ja lekko smaruję wodą brzegi by ciasto lepiej się skleiło. Tak uformowane ciasto najlepiej jest wturlać do foremki sklejeniem do dołu, gdyż jest dość ciężkie i przy przenoszeniu może pęknąć. Wierzch ciasta smarujemy wodą przed włożeniem do piekarnika. Ciasto pieczemy w temperaturze 170°C przez pół godziny z włączonym termoobiegiem i dolną blachą, a następnie kolejne pół godziny (może już nie całe, by nie spiec ciasta za mocno) w temperaturze 180°C już tylko z samym termoobiegiem. By ciasto było upieczone potrzeba tak 50 minut do godziny maksymalnie, w zależności od zdolności grzejnych piekarnika. Sam przepis jak widzicie jest prosty, choć czasochłonny z uwagi na chłodzenie ciasta. Warto jednak tyle czekać, gdyż ciasto smakuje obłędnie. Z wierzchu możemy je posypać cukrem pudrem. Próbujcie, smakujcie…

Mykonos, grecka wyspa inna niż wszystkie…

Wycieczki na Mykonos nie planowaliśmy długo, praktycznie zdecydowaliśmy się na nią dwa dni przed powrotem do domu. Na Naxos niemal każde biuro podróży oferuje wycieczki na niedaleką wyspę Mykonos. Koszt wycieczki zależy od dnia, który wybierzemy. Z tego co pamiętam najtańsze rejsy były w poniedziałki i środy. Rejs na Mykonos trwa około 2 godzin. Po drodze były dwa przystanki na Paros i Delos. Niestety zdecydowaliśmy się na wycieczkę jednodniową więc nie udało się nam zwiedzić całej wyspy i plaż na południu, które słyną z imprezowego charakteru. Do powrotnego rejsu mieliśmy nieco ponad 4 godziny wiec zdecydowaliśmy się na spokojną wycieczkę po głównym mieście wyspy, czyli Mykonos. Sam rejs na wyspę był dość ciężki dla niektórych pasażerów. Duże fale bujały statkiem na wszystkie strony, co u niektórych powodowało problemy żołądkowe. Po dwóch godzinach silnego kołysania dotarliśmy do wyspy. Na szczęście statek zacumował w starym porcie więc do samego centrum mieliśmy kilka minut piechotą.

Niestety z nowego portu droga spacerem zajęłaby około 40 minut. Nie zdecydowaliśmy się na wypożyczenie skutera więc żwawym krokiem ruszyliśmy w kierunku centrum i tzw. Małej Wenecji. Idąc wzdłuż wybrzeża dotarliśmy do pierwszych kawiarni i restauracji. Jako, że wypływaliśmy dość wcześnie nie było dużo czasu na śniadanie i poranną kawę więc zatrzymaliśmy się w jednej z nadbrzeżnych kawiarni na cappuccino. Cudowne chwile spędzone na obserwowaniu morza, przypływających statków i przemieszczających się we wszystkie strony turystów. Po półgodzinnym odpoczynku ruszyliśmy dalej wzdłuż wybrzeża. Minęliśmy po drodze grecki kościół prawosławny, przy którym wszyscy zatrzymywali się by zrobić sobie zdjęcie. To prawda, ten kościół wyglądał oryginalnie i warto było się zatrzymać przy nim by zrobić kilka zdjęć.

Idąc dalej dotarliśmy do Małej Wenecji. Jest to uroczy zakątek wypełniony restauracjami, które znajdują się na samym brzegu morza. Przy większych falach, siedząc przy stoliku, mamy szansę zaliczyć niewielki prysznic, który tworzą fale rozbijające się o nadbrzeże. Tam zatrzymaliśmy się na piwo. Co prawda było dość drogie, 7 eur za 0,3 litra ale warte było widoku, który rozpościerał się przed nami. Na horyzoncie widniały, charakterystyczne dla Mykonos wiatraki, a raczej rząd sześciu wiatraków położonych w bliskiej odległości. To jeden z obowiązkowych punktów do odwiedzenia podczas pobytu na wyspie. O wschodzie lub o zachodzie słońca zdjęcia tych wiatraków muszą być niesamowite. My mogliśmy podziwiać te wiatraki jednak tylko w samo południe. Zauroczeni widokami, po kolejnej przerwie ruszyliśmy w kierunku owych wiatraków idąc dalej wzdłuż nabrzeża i unikając wodnego prysznica, który serwowało morze. Niestety zrobienie zdjęcia samym wiatrakom graniczyło z cudem więc korzystając z okazji pstrykałem fotki, wtedy gdy turystów było najmniej. Po obowiązkowej sesji fotograficznej udaliśmy się już na spacer wąskimi uliczkami. Miasto jest niezwykle urokliwe, a biel ścian i błękit okiennic oraz drzwi królują na każdym kroku. Na Mykonos zrobimy nawet zakupy w butiku znanej światowej marki LOUIS VUITTON. Spacerując przez miasto zatrzymaliśmy się na kolejne piwo i kolejny krótki odpoczynek. Musimy sobie zarezerwować przynajmniej ze dwie godziny by zwiedzić chociaż część miasta. Na obiad wybraliśmy tawernę Nico’s, spróbowałem tam makaronu z ośmiornicą, która była niesamowicie miękka  i delikatna, zbliżona w smaku do kurczaka, ale o niebo lepsza. Idealnie przygotowana, bez kszty gumowatości czy twardości. Wracając po obiedzie na statek zaopatrzyliśmy się jeszcze w obowiązkowe pamiątki w postaci magnesów i kubków.

Mykonos jest całkiem inna w porównaniu z pozostałymi wyspami greckimi. Ilości turystów nie da się porównać z Naxos, czy Paros. Innym rytmem też toczy się życie na Mykonos. Wyspa ta nazywana jest grecką Ibizą i znana jest ze swojego imprezowego charakteru. Niestety nie udało nam się zobaczyć tego oblicza wyspy, z uwagi na ograniczony czas pobytu. Nie udało się nam też spotkać żadnego celebryty, ani światowego formatu gwiazdy. Tak, tak wyspa jest również znana z tego, że jest celem wyjazdów wakacyjnych wielu znanych gwiazd świata rozrywki. Wybierając się na Mykonos warto też zaopatrzyć się w większy zapas gotówki, gdyż jedzenie jest tam droższe, a poza tym cała masa różnego asortymentu butików kusi na każdym kroku do zakupów.

Cieszę się, że odwiedziłem Mykonos nawet na te kilka godzin. Bez wątpienia jest to wyspa, której warto poświecić znacznie więcej czasu. Kto szuka spokoju i ciszy podczas wyjazdu wakacyjnego, to tego tam nie znajdzie. Ktoś zaś lubi gdy cały czas coś się wkoło dzieje będzie zadowolony spędzając urlop na Mykonos. Ja sam z chęcią wybrałbym się tam jeszcze raz, by oprócz ponownej wycieczki po mieście odwiedzić również plaże położone na południu wyspy.

Palcem po Naxos, czyli co warto zobaczyć na tej grackiej wyspie

Czas na kolejne wakacyjne wspomnienia z Naxos. Wyspa Naxos jest na tyle mała, że spędzając tam kilkanaście dni nie sposób jest siedzieć tylko w jednym miejscu, odwiedzając najbliższą plażę i nie wybrać się na wycieczkę autem, czy skuterem po wyspie. Jest kilka miejsc, które bez wątpienia warto odwiedzić. My zaplanowaliśmy dwie wycieczki. Jedna trasa obejmowała wyjazd do lasu cedrowego. Las ten znajduje się na południowo-zachodnim krańcu wyspy w Alyko. Jadąc wzdłuż zachodniego wybrzeża dojedziemy samochodem na sam koniec półwyspu. Mieszkaliśmy w Stelidzie więc była to jedyna właściwa droga na południe wyspy.  Nad samym morzem znajdują się ruiny, a raczej niedokończona budowa jakiegoś wielkiego ośrodka wypoczynkowego, tak mi się wydaje, ale nie jestem pewien po czym pozostały te ruiny. Trochę to przypomina też pozostałości po powojennych bunkrach. Atrakcją miejsca są oryginalne graffiti, które możemy podziwiać w środku ruin. Wzdłuż wybrzeży półwyspu Alyko ciągną się urokliwe zatoczki z lazurową wodą, w których można się schłodzić w trakcie wycieczki do lasu cedrowego.

Wracając z powrotem na północ wyspy warto zatrzymać się na jednej z kilku urokliwych plaż, które mijamy po drodze, takich jak Mikri Vigla, Plaka, Agia Anna, czy Agios Prokopios. Pisałem o nich w poprzednim wpisie. My na dłuższy wypoczynek, tym razem,  zatrzymaliśmy się na Mikri Vigla. Przy plaży znajduje się nieduża knajpka, w której serwują doskonałe frytki z lokalnych ziemniaków i wielkie porcje tzatziki. Naxos słynie z ziemniaków. Kierując się dalej na północ nie sposób nie zatrzymać się przy północnej części Mikri Vigla, usytuowanej za półwyspem, jadąc od południowej strony wyspy, gdzie znajduje się szkoła kite-surferów. Widoki są niesamowite, a my zatrzymaliśmy się tam dwukrotnie, jadąc na południe i wracając przed zachodem słońca. Tak jak pisałem w poprzednim wpisie, atmosfera do zdjęć jest o wiele lepsza w godzinach przedpołudniowych.

Kolejna wycieczka skierowała nas na północno-wschodni kraniec wyspy i do części centralnej, zataczając krąg by wrócić do domu w Stelidzie. Ta wycieczka była dość męcząca, niestety większość czasu spędza się w samochodzie, a droga nie jest łatwa, kręta, wąska i prowadzi przez góry. Za to widoki jakie możemy zobaczyć wynagradzają cały ten trud. Panoramy wyspy z zarysem morza na horyzoncie zapierają dech w piersiach i to nie jest przesada, czy jakieś koloryzowanie z mojej strony. Pierwszym celem tej wycieczki było Apollonas, gdzie znajdują się jedna z rzeźb olbrzymów, tzw. kouros. Samo Apollonas jest urokliwym miasteczkiem, gdzie w samym centrum, nad niewielką plażą ulokowanych jest kilkanaście knajpek i restauracji. Warto jest zatrzymać się tam na chwilę na kawę i poobserwować w spokoju morze. Stamtąd pojechaliśmy do samego środka wyspy, a kolejnym przystankiem było urokliwe Apiranthos. Jest to stare, historyczne miasteczko, gdzie niemal wszystko zbudowane jest z marmuru, domy, ulice i schody. Apiranthos jest wyjątkowe samo w sobie. Mimo iż żar lał się z nieba wybraliśmy się na spacer po starej części miasta. Nie jest to łatwa wycieczka, gdyż schody są wszędzie, prowadzą nas albo pod górę, albo w dół. Nie wyobrażam sobie by ktoś będąc w Apiranthos nie odbył takiej wycieczki przez miasto. Ten otaczający nas ze wszystkich stron marmur, działający oślepiająco w promieniach słonecznych robi duże wrażenie. Niedaleko Apiranthos, po drodze w kierunku Chora Naxos znajduje się magiczne, jedyne w swoim rodzaju miejsce. To restauracja Rotonda, położona nad przepaścią z niesamowitą panoramą na środkową część wyspy aż po morze. Tak, tak na horyzoncie widać zarys morza gdyż wyspa jest nieduża. Widoki z tarasu restauracji zapierają dech w piersiach. Posiłek w takim miejscu jest wydarzeniem samym w sobie. Amatorzy fotografii poczują się tam jak w raju. W pobliżu restauracji znajduje się stary młyn, warto podejść bliżej i zrobić kilka ciekawych zdjęć. Te młyny są charakterystyczne dla greckich wysp. Wracając jeszcze do restauracji, dania, których próbowaliśmy były przepyszne, doskonałe risotto z grzybami i truflami, talerz mięs dla dwojga, czy mięso a’la gulasz. Niestety odpuściliśmy sobie jaskinię Zeusa, ale po Rotondzie nie spodziewałem się już czegoś bardziej spektakularnego, a niestety czas nas gonił już do domu. Powrót do Stelidy był nadspodziewanie szybki, z tego co pamiętam w niecałą godzinę byliśmy już w Chora Naxos.

Ze zorganizowanych samodzielnie wypraw pozostała jeszcze wycieczka na Mykonos, ale o tym w kolejnym wpisie, soon…

 

 

 

Naxos, mała grecka wyspa, kierunek na letni wypoczynek

Dawno nie umieszczałem wspomnień z moich dalszych, czy bliższych podróży. Ostatnio jakoś koncentrowałem się na przepisach kulinarnych, a na szersze opowieści nawet nie było czasu. Jednak w końcu nadszedł i ten dzień. Tegoroczne wakacje spędziłem ze znajomymi na greckiej wyspie Naxos. Wyspa ma do zaoferowania głownie ciekawe, urokliwe i szerokie plaże oraz lazurowe morze. My spędzaliśmy urlop w części wyspy zwanej Stelida. Dom, który wynajmowaliśmy położony był w odległości 10 minut jazdy autobusem od centrum głównego miasta Naxos Chora. Niestety gorsza był droga do przystanku autobusowego, która zajmowała około 20 minut spacerem. Dom wynajmowaliśmy w ośrodku Country Villas. Sam domek czysty, w pełni wyposażona kuchnia, kilka sypialni w zależności od wariantu, dostęp do basenu znajdującego się na terenie ośrodka. Jedyny minus stanowiła odległość od plaży i przystanku autobusowego, a raczej nie odległość, a sama droga, którą trzeba było pokonać, a częściowo prowadziła ona po prostu przez łąki i nieużytki, których przejście po zmroku nie należało do najprzyjemniejszych. Jeśli ktoś wypożyczy sobie samochód to wybór tego ośrodka jest bardzo dobrym pomysłem. Ale wracając już do samej wyspy.

Najbliżej była położona plaża Agios Prokopios. Plaża idealna, szeroka, z drobnym piaskiem oraz w miarę płytkie morze, w którym mogą zażywać kąpieli nawet ci, którzy nie umieją pływać, strefa płytka jest wystarczająco szeroka. W pobliżu plaży znajduje się samo centrum Agios Prokopios, gdzie liczne restauracje oferują doskonałe dania kuchni greckiej i nie tylko. Bez wątpienia godne polecenia i sprawdzone są Tawerna Perama, gdzie spróbowałem doskonałego, faszerowanego warzywami i serkiem kalmara. Na uwagę zasługuje również restauracja Gianoulis, przed którą wieczorową porą zawsze ustawiały się kolejki, tam degustowałem, z tego co pamiętam, klopsiki w sosie. Odwiedziliśmy również włosko-grecką restaurację La Trattoria, dwa razy zamówiłem tam lasagne z warzywami, porcja była ogromna, ledwo do przejedzenia dla mnie, ale doskonała w smaku, pizza też była niemal jak z Włoch. Dla zwolenników kuchni wegetariańskiej polecam pomidory faszerowane ryżem z warzywami, lub faszerowaną cukinię, choć ta zawierała już dodatek mięsa, dania których próbowaliśmy w restauracji Anesis Spiros, położonej niemal przy samej plaży.

Ciekawe plaże ciągną się głównie wzdłuż zachodniego wybrzeża wyspy. Zaraz za Agios Prokopios jest Agia Anna i potem długa Plaka Beach i dalej na południe Mikri Vigla Beach. Wszędzie dostępne są leżaki z parasolami, lepszej lub gorszej jakości w cenie od 10 eur za zestaw. Na Plaka zarezerwowaliśmy sobie ogromny parasol na 4 osoby w cenie 18 eur, przy czym w tej cenie mogliśmy zamawiać napoje z przyległej knajpki, wtedy parasol wychodził za darmo. Wszystkie plaże doskonałe są na wypoczynek zarówno dla par, jak i rodzin z dziećmi. Ciekawostką jest fakt, że na Agios Prokopios jest kawałek plaży gdzie zwolennicy naturyzmu bez problemu mogą w poczuciu pełnej swobody mogą zażywać kąpieli słonecznych i wodnych. Z kolejnych ciekawostek, przy północnej części plaży Mikri Vigla znajduje się szkoła kite-surferów. Miejsce niesamowite, niemal bajkowe, kiedy oglądasz te dziesiątki spadochronów wirujących na tle błękitnego nieba. Mógłbym tam przesiedzieć cały dzień, gapiąc się na te olbrzymie hmm… kolorowe motyle, które sprawiają wrażenie, że czujesz się jak na Hawajach. Pierwszy raz w życiu widziałem takie coś i na pewno zapamiętam na zawsze. Będąc na Naxos musicie podjechać w to miejsce, w godzinach przedpołudniowych światło i efekt jest najlepszy, a można tam zrobić bajkowe zdjęcia.

Największym miastem wyspy jest Chora Naxos, odwiedziliśmy je trzykrotnie. Jest to jednocześnie główne miasto portowe, do którego dopływają promy z lądu i innych wysp. Największą atrakcją miasta jest Portara, czyli ruiny starożytnej greckiej świątyni, położone na cyplu przy samym porcie. Polecam odwiedzić to miejsce o zachodzie słońca, choć wtedy tłumy są niesamowite, każdy czeka na idealne zdjęcie w promieniach zachodzącego słońca. Niesamowita jest również starówka, polecam odwiedzić przynajmniej dwukrotnie, raz za dnia, a raz po zmroku, kiedy wszystko jest już pooświetlane. Wrażenia są niesamowite, do tego te malowane w sposób specyficzny dla Naxos chodniki. Kręte uliczki, tworzą labirynty w których naprawdę na dłuższą chwilę można się zagubić, ale spokojnie, zawsze w końcu znajdziemy właściwe dojście w okolice portu. Warto zwiedzić te tajemnicze zakamarki, odkrywające niesamowite urocze miejsca. Warto również usiąść w jednym z restauracyjnych ogródków umieszczonych przy promenadzie ciągnącej się wzdłuż portowego wybrzeża, wypić piwo, czy drinka i ze spokojem oglądać przemieszczające się tłumy turystów, czy przypływające i odpływające promy oraz statki.

Co do praktycznych rad przed wyjazdem w Agios Prokopios jest jeden duży sklep spożywczy. Duży supermarket Spar jest po drodze autobusem do Chora Naxos, tam kupicie wszystko. I jeszcze jedna sprawa, my z lądu płynęliśmy promem na Naxos. Droga zajmuje jednak ponad 5 godzin, mniej lub bardziej wygodnym promem w zależności od ceny. Jest to trochę uciążliwe i męczące, ale za to możemy po drodze podziwiać miasta portowe, w których promy się zatrzymują. Trafiliśmy jeszcze na strajk marynarzy w Grecji podczas naszego pobytu więc zaliczyliśmy dodatkowe atrakcje, związane ze zmianą rezerwacji rejsu powrotnego, ale na szczęście udało nam się wrócić na czas na samolot z Aten do Polski. Inną opcją jest przelot z Aten na Naxos. Tak, tak, na Naxos jest niewielkie lotnisko, jednak ta opcja, mimo iż krótsza czasowo, jest droższa niż przeprawa promowa. Tak wyglądał nasz pobyt na Naxos. Zaliczyliśmy jeszcze dwie wycieczki samochodowe po wyspie i rejs na Mykonos, ale o tym w kolejnym wpisie, już niedługo…

Cukiniowe spaghetti

Jakiś czas temu kupiłem sobie taki specjalny nożyk do obierania i krojenia z różnymi końcówkami, choć z wyglądu przypomina raczej obieraczkę do warzyw niż nóż. Po kilku miesiącach leżakowania w szufladzie, przyszła pora na pierwsze i zapewne nie ostatnie, z tego co widzę, użycie tego przyboru kuchennego.

Na obiad przygotowywałem pieczone mięso od szynki więc jakiś dodatek warzywny musiał być. Zasadniczo lubię cukinię no i postanowiłem pójść w tym kierunku. Pomyślałem o tym urządzeniu i wyczarowałem spaghetti cukiniowe. Praktycznie obieraczka ta kroi cukinię od razu w nitki więc jest wygodnie. Prawdę mówiąc nie wiem jakim innym narzędziem kuchennym dałoby się taki efekt uzyskać, ale pewnie jest sporo różnych szatkownic, które kroją warzywa w podobny sposób. Problem zaczyna się gdy dochodzimy do środka z nasionami. Robiąc grillowane plastry z cukinii wykorzystamy całość warzywa. W tym przypadku niestety środek z nasionami odpada, gdyż zwyczajnie nie da się nasion pokroić. Ale z pozostałej części miąższu wyszły mi dość udane jak na pierwszy raz nitki. Cukiniowy makaron usmażyłem, tuż przed podaniem, na oliwie, dosłownie przez 3 minuty by cukinia pozostała lekko chrupka, dodałem tylko sól, pieprz i oregano. Oregano zauważyłem doskonale komponuje się ze smakiem cukinii. Cukiniowe spaghetti idealnie sprawdziło się jako dodatek do pieczonego mięsa oraz klasycznego kaszotto. Warto próbować, widząc jak prosto da się wyczarować kulinarne niespodzianki. Teraz wiem, że makaron z cukinii nie raz jeszcze zagości w podawanych przeze mnie daniach.

Ciasto jogurtowe ze śliwkami

Sezon na śliwki trwa w najlepsze więc postanowiłem przygotować ciasto jogurtowe z tymi owocami. Jogurtowe ciasto kubeczkowe to jedno z najprostszych ciast, z którym każdy nawet niedoświadczony kucharz może się zmierzyć. Tym razem zmieniłem odrobinę proporcje, co wyszło na dobre. Do tej wersji potrzeba 1 kubek jogurtu naturalnego (ja użyłem marki Zott 370 g), 1 kubek oleju, ¾ kubeczka cukru, 2,5 kubka mąki, 4 jaja, 1 łyżeczkę proszku do pieczenia, 1 łyżeczkę sody oczyszczonej i jedno opakowanie cukru waniliowego. Kiedy ostatnio robiłem to ciasto wykorzystałem tylko proszek do pieczenia i 3 kubki mąki. Tamten przepis znajdziecie we wcześniejszych wpisach. Do odmierzenia proporcji wykorzystujecie kubek po jogurcie.

Jogurt, jaja i olej łączymy mieszając trzepaczką. Nie korzystamy z miksera by ciasto było lekkie i puszyste. Następnie do mokrych składników dodajemy cukier, cukier waniliowy, przesianą mąkę, proszek do pieczenia i sodę oczyszczoną, a całość mieszamy łyżką. Z uwagi na mniejszą ilość mąki, ciasto nie wyszło tak gęste jak ostatnio. Tak wymieszane składniki przełożyłem na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Użyłem standardowej, prostokątnej blachy, a nie mniejszej kwadratowej. Na wierzchu ciasta ułożyłem połówki śliwek, przecięciem do góry, lekko je wcisnąłem w ciasto i posypałem brązowym cukrem. Tym razem zmieniłem też trochę sposób pieczenia. Ciasto pieczemy w temperaturze 175°C z włączoną tylko dolną blachą przez 25 minut, a następnie z dolną blachą i termoobiegiem przez kolejne 20 minut. Ciasto jest upieczone jeśli przejdzie test suchego patyczka, czyli sprawdzamy wbijając patyczek w ciasto pod koniec pieczenia. Powinien być tłustawy, ale nie mokry, wtedy nasze ciasto jest upieczone. Tym razem ciasto wyszło mi bardziej puszyste i wilgotniejsze. Dodanie sody oczyszczonej, użycie mniejszej ilości mąki i zmiana sposobu pieczenia zrobiły swoje.

Prawda jaki prosty przepis. Spróbujcie, polecam, a zobaczycie, że nie raz upieczecie to przepyszne ciasto. Ze śliwkami smakuje obłędnie i do tego jeszcze trochę posypane cukrem pudrem. Ehh… już mi ślinka cieknie.

Korma z kurczaka

Dawno nie robiłem tego dania z hinduskiej kuchni. Jest dosyć oryginalne i świeże w smaku więc stanowi ciekawą alternatywę w codziennym gotowaniu. Do mojej wersji potrzeba po jednym filecie z kurczaka na osobę, kubeczek jogurtu naturalnego, kubeczek śmietany 18%, jedno opakowanie przyprawy curry, czubatą łyżkę mąki, dwie łyżki płatków migdałowych, sok z połowy cytryny, sól. Filety z kurczaka obieramy z błon i kroimy w kostkę. Mąkę mieszamy z całym opakowaniem curry, a następnie w tej mieszance obtaczamy kawałki kurczaka. Ja po prostu wsypuję, wymieszaną z curry, mąkę do miski z pokrojonym kurczakiem i mieszam, dopóki wszystkie kawałki mięsa nie obtoczą się w mieszance. Tak przygotowane mięso odstawiam na dwie godziny.

Kurczaka obsmażamy na mocno rozgrzanej patelni z dodatkiem kilku łyżek oleju, na tyle by nie był surowy w środku, doprawiamy solą do smaku. Następnie podlewamy mięso wywarem rosołowym na 3 filety z kurczaka wystarczy ¾ szklanki wywaru, w razie potrzeby zawsze możemy później jeszcze dodać odrobinę, jakby całość wyszła za gęsta. Mięso dusimy około 3 minut i kolejno dodajemy 3 łyżki jogurtu i tyle samo łyżek śmietany. Pamiętajcie jednak by wcześniej śmietanę zahartować w innym naczyniu z odrobiną gorącego sosu, śmietana dodana bezpośrednio na gorącą patelnię może się zważyć i dostaniemy rozwarstwiony sos. O jogurt nie musimy się martwić. Na koniec dodajemy sok z cytryny, to też musimy robić stopniowo, gdyż kwas soku może nam ściąć sos i zważyć zawartą w nim śmietanę. Całość dusimy jeszcze 5 minut by wszystkie smaki się połączyły, a sos nabrał kremowej, gęstej konsystencji. Po zdjęciu patelni z ognia dodajemy posiekaną kolendrę i całość mieszamy. W ten sposób kolendra nie straci aromatu i zielonego koloru, który jest doskonałym kontrastem do żółtego koloru dania. Po nałożeniu kormy na talerze posypujemy ją uprażonymi płatkami migdałowymi. Kormę zaserwowałem z surówką z białej kapusty, na którą podałem Wam przepis w poprzednim wpisie i z kaszotto z kaszy pęczak. Wydaje mi się, że lepiej pasowałaby kasza kus kus lub ryż, ale by dopasować się do gustów gości wykorzystałem tym razem pęczak.

Smacznego, to doskonałe, lekkie danie, o kwaskowatym posmaku i mocnym aromacie kolendry. Jeśli przygotowujecie porcje z większej ilości filetów, musicie proporcjonalnie dodać więcej jogurtu i śmietany. Nie żałujcie też kolendry gdyż ma doskonały, świeży aromat.

Zaćmienie księżyca

Wczoraj mogliśmy podziwiać niesamowite i trwające ponad godzinę zaćmienie księżyca, które zdarza się raz na kilkadziesiąt lat, a takie jak to chyba następne będzie za ponad 100 lat. Kto nie widział, zapraszam do oglądania zdjęć.