Pag, Vidalići i 16 godzinna podróż samochodem, czyli moje wakacje w Chorwacji

Vidalići

Wakacje już dawno minęły, ale ciągle jakoś brakowało czasu by coś napisać o moich kolejnych podróżach. Piszę tutaj również o moich wyprawach więc i tym razem postanowiłem się podzielić z Wami wspomnieniami, tym co warto zobaczyć lub posmakować w miejscach, które odwiedzam, temu w sumie poświęcony jest mój blog. 

Cudowny widok z okna

W tym roku urlop spędziłem w ulubionej przez Polaków Chorwacji. Co można powiedzieć o Chorwacji, to zawsze mamy zagwarantowaną słoneczną pogodę, choć woda jak dla mnie była ciut za zimna. No dobra, jeden dzień lał deszcz i przez jedną noc wiał tak silny wiatr, że nie dało się spać, ale potem nad ranem były tak niesamowite chmury przed wschodem słońca, że o 5 rano poszedłem nad morze robić zdjęcia. Zresztą sami możecie zobaczyć na załączonych zdjęciach, że były cudowne. Naszą destynacją była wyspa Pag, a dokładniej miejscowość Vidalići. Największym problemem jest czasochłonny dojazd, który zajmuje około 12 godzin, ale widoki i lokalne jedzenie, wynagradzają trudy podróży. Można oczywiście wybrać krótszą opcję podróży, czyli  samolot do Zadaru i stamtąd wypożyczyć samochód. Jednak w czasach pandemii najlepszym i najbezpieczniejszym rozwiązaniem jest własne auto. Niestety przez 4-godzinny, nieplanowany postój na granicy węgiersko-chorwackiej w Letenye,  nasza droga wydłużyła się do 16 godzin, czym byliśmy dosyć mocno poirytowani. Wyjechaliśmy z domu w piątek wieczorem więc na granicy byliśmy w sobotę nad ranem i to był największy błąd, zdecydowanie mniejszy ruch jest w ciągu tygodnia, a nie w weekendy. Droga przez Węgry chyba jest najszybszą, a przynajmniej mniej ruchliwą i zakorkowaną trasą. Na wyspę Pag można dostać się promem, jadąc na Rijekę, a następnie malowniczą trasą wzdłuż wybrzeża do Prizny lub przeprawą mostową jadąc drogą E71 na Zadar. Jadąc w tamtą stronę wybraliśmy prom, a wracaliśmy lądem przez Paski Most. Prom odpływał w godzinnych odstępach czasu, a oczekiwanie w kolejce samochodowej w 40-stopniowym upale było nie lada wyzwaniem po tylu godzinach jazdy.

Pag jest kosmiczną wyspą, pełną głazów i kamieni, zwłaszcza od strony stałego lądu. Jadąc od przystani promowej w Žigljen, czujemy się jakbyśmy wylądowali na księżycu. Tylko skały i gruzowiska, nic więcej. Krajobraz zmienia się dopiero od środka wyspy, jest bardziej przyjazny i zielony. Samo Vidalići to mała, typowo turystyczna, urokliwa miejscowość. Nie ma tam nawet sklepu. Tylko apartamenty wypoczynkowe, kilka knajpek i jedna piekarnia. Nie szukaliśmy wielkiego kurortu, ale ciszy i spokoju, więc miejsce było idealnym wyborem. Miejscówkę poleciła nam koleżanka, która od lat tam spędza urlop. Zreszta, czego potrzeba więcej jak masz dobre towarzystwo, cudowną pogodę i doskonałe jedzenie. 

Najbliższym dużym miastem jest Novalja, gdzie znajduje się kilka marketów spożywczych, cała masa drobnych sklepików i restauracji. Droga do Novalji jest bardzo prosta więc bez problemu dojedziemy autem z Vidalići, dojazd zajmuje około 15 minut, a markety znajdują się na obrzeżach miasta. Apartament mieliśmy bezpośrednio nad morzem, więc zejście na plażę nie było problemem. W każdej chwili mogliśmy wrócić do apartamentu. Vidalići, nie jest położone od otwartego morza, ale nad zatoką, więc nie mamy co liczyć na większe fale. Po drugiej stronie zatoki znajduje się Zrce Beach, to taka chorwacka Ibiza. Miejscówka z plażą, barami i dyskotekami oraz miejscami noclegowymi, idealna dla chętnych imprezowych wrażeń i tańca. Tam dyskoteka trwa prawie 24 godziny na dobę, a muzykę a raczej basowe umca umca słychać było u nas do 3 nad ranem. 

W Vidalići można odpocząć i zrelaksować się, ale jeśli chcemy coś więcej zobaczyć polecam wybrać się do Novalji, Pagu, czy Zadaru. Przez pandemię my odwiedziliśmy tylko Novalję i Pag, do Zadaru już się nie udaliśmy, było zbyt dużo zachorować. Tak na marginesie Pag to wyspa, ale i miasto.

Novalja to już znacznie większy kurort turystyczny. W okolicy nadbrzeża jest cała masa restauracji, knajp i sklepików z pamiątkami. Jeśli wybieramy się tam autem, polecam pozostawić samochód na parkingu przy ulicy  Obala Petra Krešimira IV i zrobić sobie spacer promenadą, zatrzymać się na kawę w kafejce na nadbrzeżu, patrzyć w morze i cieszyć chwilą. Kto wybiera się na urlop camperem, może skorzystać z Campingu Straško, nasi znajomi tam nocowali, muszę przyznać, że bardzo dobre warunki.

Most Katine

Zdecydowanie bardziej zabytkowym miastem jest Pag, te wąskie uliczki, kamienne białe chodniki i jasne elewacje, to typowe dla chorwackich starych miast. Uwielbiam ten klimat. Do Pagu dojazd zajmie nam około 40 minut z Vidalići. Miasto Pag znane jest też z pozyskiwania soli z wody morskiej. Można odwiedzić muzeum soli, niestety przez pandemię odpuściliśmy sobie wchodzenie do środka. Jadąc od ulicy Lokunja, proponuję zatrzymać się na jednym z pobliskich parkingów i rozpocząć zwiedzanie miasta na własnych nogach. Niesamowity jest Most Katine, przeniesiony niczym z Wenecji. A te uliczki, co tu dużo mówić po prostu trzeba się w nich zagubić i spokojnie przemierzać jedną po drugiej, niemal każda ma jakiś urokliwy zakątek. Jadąc do Pagu warto się też zatrzymać w punkcie widokowym na górze, skąd rozpościera się cudowna panorama na miasto i zatokę. Zresztą wzdłuż całej drogi z Vidalići do Pagu jest wiele punktów widokowych, w których można zrobić cudowne zdjęcia.

Niestety o Zadarze Wam nic nie napiszę, bo nie odwiedziliśmy tego miasta. Zadar nie znajduje się bezpośrednio na Pagu, ale spędzając wakacje na wyspie możemy tam się wybrać, gdyż nie jest aż tak daleko. 

Tyle udało się nam zobaczyć podczas 10-dniowego pobytu na wyspie Pag. Jest to bez wątpienia idealna chorwacka destynacja na spokojny urlop z dala od zgiełku i tłumu turystów. Kto jednak szuka rozrywkowych wrażeń znajdzie je bez problemu w Zrce Beach, tam impreza trwa cały czas, a po nocy pełnej szaleństw będzie mógł odpocząć nad brzegiem morza.

Owoce morza, caldo verde i pastéis de nata, typowe smaki Porto

Opisałem już Wam moje wspomnienia z pobytu w Porto, to co widzieliśmy, gdzie byliśmy, co warto zobaczyć. Ale Porto nie istnieje bez porto i tej doskonałej kuchni, której możemy tam zasmakować. Porto to wysokoprocentowe wino, wytwarzane z winogron zbieranych w dolinie rzeki Duoro, produkowane w miejscowości Vila Nova de Gaia, która leży nad rzeką Duoro na przeciwległym brzegu rzeki w stosunku do Porto. Do tych magazynów wina najprościej dostać się przez most Ponte Luis, ten niesamowity most, po którym jedzie tramwaj. Magazyny wina ciągną się już od samego brzegu rzeki. Bez wątpienia warto się tam wybrać, jak mamy więcej czasu i zwiedzać te winiarnie, degustując różne rodzaje porto, a jest ich na pewno  kilkanaście jak ruby, dawny, ja próbowałem pink. Wino pyszne ale zdradliwe, jeśli wiecie o czym mówię… My nie mieliśmy czasu przy tak krótkim pobycie na włóczenie się po tych winnych magazynach, ale oczywiście kupiliśmy sobie butelkę i degustowali na plaży w promieniach zachodzącego słońca. 

Przejdźmy jednak do samej kuchni portugalskiej. Owoce morza są obłędne, tak dobrej sałatki z ośmiornicy nigdy nie jadłem. Nie spotkałem miejsca, w którym by mi coś nie smakowało. Oczywiście restauracje Ribeiry nastawione są głównie na turystów i jest tam trochę drożej niż w innych miejscach, ale równie smacznie. Kto chce jednak zakosztować prawdziwej uczty z owoców morza polecam wycieczkę do Matosinhos, dla mnie to taka dzielnica portowa, ale to odrębna miejscowość, położona obok Porto, do której dojedziemy autobusem linii 500 z samego centrum.  Ten zapach ryb i owoców morza wieczorami roznosi się po całej okolicy, jeśli udamy się na spacer Rua Heróis de França, aż trudno zdecydować się które miejsce wybrać. My pierwszego wieczora trafiliśmy do restauracji O Antonio, jedzenie było tak dobre, że wróciliśmy w to samo miejsce w sobotę. Przemiła obsługa, klimatyczny lokal, a jedzenie doskonałe. Za pierwszym razem jedliśmy owoce morza z ryżem, podawane w rondelkach, coś niesamowitego, danie miało konsystencję zupy, choć jesz tylko owoce morza z ryżem, ale nie sposób było nie pić łyżką tego sosu. Ta esencja smaku oceanu była porażająca, ten płyn w tym daniu był najsmaczniejszy. Może to wyglądało śmiesznie, ale z koleżanką zajadaliśmy się tym sosem, pijąc go wprost z chochli, reszta naszej paczki była bardziej powściągliwa. Kolejnego dnia każdy wybrał już coś innego by spróbować nowych dań. Sałatka z ośmiornicy ze świeżą kolendrą była obłędna, a sposób podania grillowanych krewetek wprawił nas w osłupienie. Wszystko było równie doskonałe, jak pierwszego wieczoru. Tą restaurację możecie wybrać w ciemno, nie zawiedziecie się. Niedzielnego wieczoru, tuż przed wylotem, nie chciało się nam już jechać do portu i kolację zjedliśmy w Ribeirze. Próbowaliśmy caldo verde, czyli zieloną zupę, taki portugalski kapuśniak. 

Typowym daniem kuchni lokalnej jest francesinha, czyli kanapka z chleba tostowego z różnymi rodzajami mięsa, wieprzowiną, mortadelą lub parówkami z dużą ilością sera w sosie pomidorowym, pochodząca właśnie z Porto. Z uwagi na jej popularność warto jest spróbować francesinhę choć raz, więcej razy nie polecam, bo jest bardzo kaloryczna. Porto znane jest również z pastéis de nata, czyli babeczki budyniowej z ciasta francuskiego z kremem budyniowym. Ciastko to kupimy praktycznie w każdej kawiarni. Warto jest wypić kawę i zjeść to ciastko w słynnej Majestic Cafe, tańszym rozwiązaniem będzie zwykła kawiarnia, ale nie będziemy mieli tych wrażeń estetycznych co w Majestic Cafe.

Wycieczka do Porto jest niesamowitym przeżyciem. Połączenie klimatu miasta, bliskości oceanu, doskonałej kuchni pozostawia niezapomniane wspomnienia. Jeśli jeszcze nie byliście tam, koniecznie wybierzcie się. Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze kiedyś tam pojechać, bo w Porto zakochać się można od pierwszego spaceru. 

Ponte Luis, Ribeira, niebieskie azulejos i palmy, czyli niedziela w Porto

Ribeira

Niedziela była trzecim, a zarazem ostatnim dniem naszego pobytu w porto. Spędzaliśmy ją, każdy na swój sposób, niektórzy pojechali na plażę, a inni wybrali zwiedzanie miasta. Uwielbiam opalać się, ale tym postanowiłem na miasto. Pewnie szybko do Porto nie polecę więc postanowiłem jeszcze zobaczyć trochę miasta. Kocham takie włóczenie się po wąskich uliczkach, krótkie przerwy na kawę, czy winko i dalej w drogę. Wychodząc z hotelu tym razem wybraliśmy inną drogę do centrum. Poszliśmy w kierunku stacji metra Trindade, a następnie Rua da Trindade doszliśmy do Urzędu Miasta, czyli Camara Municipal do Porto. Przed urzędem znajduje się wielki plac, czy aleja Avenida Dos Aliados. Spod ratusza rozpościera się widok na cały plac i okoliczne kamienice ciągnące się wzdłuż alei. Idąc do końca placu dojdziemy do Praça da Liberdade, po którego lewym narożniku, przy końcu, idąc od urzędu miasta, znajduje się budynek dworca kolejowego. O tym już Wam ostatnio pisałem. Tutaj jest również kolejny kościół z niebieską fasadą, Igreja de Santo António dos Congregados. 

Ponieważ tędy szliśmy pierwszego dnia na przystanek tramwajowy, z którego odjeżdżaliśmy na plażę, tym razem skręciliśmy w połowie Avenida Dos Aliados w prawo w Rua da Fábrica, by zwiedzić inną część miasta. Rua da Fábrica przechodzi w Rua de Santa Teresa. Skręcając z niej w lewo w Praça de Guilherme Gomes Fernandes, dojdziemy do kolejnego placu Praça de Gomes Teixeira. Przy placu znajduje się kolejny kościół z niebieskimi azulejos na fasadzie, to Igreja do Carmo. Na placu rosną przepiękne wielkie palmy. Czytałem wcześniej, że  palmy i kościół z taką niebieską fasadą to typowe dla Porto obrazki, udało mi się więc zrobić takie ujęcie, na którym była owa palma, a w tle budynek kościoła. Idąc dalej Praça de Parada Leitão mijamy po lewej stronie Muzeum Historii Naturalnej i dochodzimy do Praça de Lisboa. Pełen zieleni plac, z potężnymi drzewami oliwnymi. Chcieliśmy tam w ogródku usiąść na kawę, niestety wszytko było pozamykane, chyba przez obostrzenia. 

Tutaj też znajduje się kościół kleryków, czyli Igreja dos Clérigos, z górującą nad miastem wieżą.  Widać ją chyba niemal z każdego punktu miasta, widok też jest raczej niesamowity, ale niestety odpuściliśmy sobie wejście do środka. Przy Rua de São Filipe de Nery znajduje się charakterystyczny sklep głównie z sardynkami, z popularną zieloną fasadą, znaną z licznych zdjęć, czyli Casa Oriental, oczywiście ja też zrobiłem tu zdjęcie. Idąc Rua da Assunção, kierujemy się w stronę dworca kolejowego. Tą ulicą jedzie też taki stary tramwaj. Idąc dalej Rua dos Clérigos, kierujemy się w stronę dworca kolejowego. Tymi ulicami jedzie też taki stary tramwaj. Przy placu dworcowym, po przeciwnej stronie budynku dworca znajduje się miła kawiarenka, w której udało się nam wreszcie usiąść by wypić kawę i zjeść słynne portugalskie ciastko, oczywiście za mniejszą cenę niż w Majestic Cafe. Niestety nie pamiętam nazwy tej kafejki. Warto się przejść dalej ulicą Rua Das Flores i pobuszować w licznych sklepach z pamiątkami. Uliczka jest deptakiem przeznaczonym tylko dla pieszych. 

Mniej więcej od tego miejsca, aż do rzeki rozciąga się dzielnica Ribeira, pełna starych uroczych kamienic i wąskich uliczek, w których możemy poczuć  klimat miasta. My poszliśmy główną ulicą Avenida Dom Alfonso Henriques, w kierunku mostu Luisa. Po prawej stronie na wzgórzu znajduje się monumentalna katedra  Sé do Porto. Oczywiście nie weszliśmy do środka tylko porobiliśmy zdjęcia z zewnątrz i na panoramę miasta. Widoki są cudowne. Jeśli natomiast zboczymy w lewo od głównej ulicy dojdziemy do kościoła Igreja de Santa Clara. Kościół bogato zdobiony złotem, jeden z najładniejszych w Porto, podczas naszego pobytu znajdował się w renowacji. Avenida Dom Alfonso Henriques, przechodzi na końcu w Avenida Vimara Peres. Z miejsca, gdzie tramwaj wyjeżdża spod ziemi, rozciąga się niesamowity widok na most i drugą stronę rzeki. Tym sposobem doszliśmy do Ponte Luis. Spacer mostem na drugi brzeg rzeki jest obowiązkowy. Panorama Ribeiry i całego Porto z górującą Wieżą Kleryków jest niesamowita. Perspektywa w obu kierunkach rzeki również robi wrażenie. Na drugim brzegu rzeki Duoro znajduje się park oraz miejscowość Vila Nova de Gaia, ośrodek produkcji porto z magazynami, gdzie przechowywane jest winoo. Tutaj można spędzić wiele godzin na degustacjach i odwiedzinach tych winiarni, jednak my nie mieliśmy na to specjalnie czasu. Warto natomiast zatrzymać się na chwilę w parku, tuż przy moście. Z Jardim do Morro cudownie widać całe miasto. My wróciliśmy tam jeszcze wieczorem by podziwiać zachód słońca i tonące w blasku zachodzącego słońca Porto, z którym musieliśmy się w niedzielny wieczór już żegnać. 

Do wieczora pozostało jeszcze kilka godzin, które wykorzystaliśmy dość intensywnie. Tak dla informacji, przy moście znajduje się również stacja kolejki, którą możemy zjechać na dół do promenady Ribeira de Gaia. My jednak wróciliśmy mostem do Ribeiry. Po tej stronie też jest kolejka, którą możemy zjechać na sam dół. My wybraliśmy schody i zejście wąskimi uliczkami, niemal wyjętymi z Paryża, ale to też jest charakterystyczne dla Porto, te wąski, urocze uliczki, choć czasami zaniedbane. Po tej stronie rzeki znajduje się promenada Cais da Ribeira, pełna turystów, mimo czasu pandemii i obostrzeń. Znajduje się tu cała masa restauracji i kafejek, jednak z uwagi na popularność miejsca, lokale te należą do droższych w mieście. Przeszliśmy się promenadą do końca po drodze zatrzymując na schłodzone piwo i słynną kanapkę z Porto, ale o tym jeszcze nie teraz. 

W planie mieliśmy jeszcze zwiedzanie ogrodów przy Super Bock Arena. Najlepiej dojechać tam tym zabytkowym tramwajem z przystanku Infante, którym dojedziemy do plaży. Przy przystanku znajduje się kościół Sw. Franciszka, Igreja Monumento de São Francisco, również bogato zdobiony wewnątrz. Chcąc dostać się do ogrodów, o których wspomniałem, musimy wysiąść na przystanku Alfândega i kierować się ku górze w stronę parku, tymi wąskimi uroczymi uliczkami. Z parkowego wzgórza rozciąga się panoramiczny widok na most Ponte da Arrábida i całą rzeką. Można tu w cieniu drzew odpocząć po całodziennym zwiedzaniu miasta. Bezpośrednio przy wyjściu z parku  przy ulicy Rua de Dom Manuel II znajdował się przystanek autobusowy. Stąd dojechaliśmy do metra Trindade, a następnie spacerkiem już po kilku minutach byliśmy w hotelu. Musieliśmy sobie trochę odpocząć po kilkugodzinnej pieszej wycieczce po mieście. Wieczorem czekał nas jeszcze spacer na most Luisa, do Jardim do Morro, skąd obserwowaliśmy cudowny zachód słońca. Dzień zakończył się kolacją w jednej z restauracji położonych w Ribeirze. Niestety na jazdę do dzielnicy portowej nie było już czasu. Następnego dnia o 5 rano mieliśmy autobus na lotnisko. Wszystko co dobre kończy się szybko. Ale na pocieszenie będzie jeszcze jeden wpis o smakołykach z Porto i jeśli coś mi się jeszcze przypomni, co warto zobaczyć, to też jeszcze napiszę.

Porto, to nie tylko wino, czyli co warto zobaczyć w tym urokliwym mieście

panorama Porto

Porto, kojarzy mi się z wysokoprocentowym słodkim winem o pięknym rubinowym kolorze. Ale Porto to przede wszystkim jedno z dwóch największych miast Portugalii. Malowniczo położone na wzgórzach od strony Oceanu Atlantyckiego, ale nie nad samym oceanem, tylko nad ujściem rzeki Duoro do oceanu. Najbardziej urokliwa  i najpopularniejsza turystycznie część miasta rozciąga się po obu brzegach rzeki. Nad oceanem znajduje się część portowa w miejscowości Matosinhos i urokliwy deptak prowadzący do plaży, w dzielnicy Foz do Douro. 

Porto jest idealnym miastem na wypad weekendowy z Polski, no może taki lekko przedłużony o jeden dzień weekend. Można powiedzieć, że to niemal cud, iż w czasach pandemii mogłem zobaczyć to piękne miasto. Korzystając z dużych promocji na bilety lotnicze  udało nam się kupić przelot w obie strony za nieco ponad 400 złotych od osoby. To na prawdę doskonała cena za lot do Portugalii, gdyż normalnie cena za przelot w jedną stronę wynosiła ponad 800 złotych. Lot w jedną stronę trwa około 3,5 godziny. Wylot z Polski mieliśmy w piątek przed południem, a powrót w poniedziałek z samego rana. Rozwiązanie idealne gdyż mieliśmy dwa pełne dni i całe piątkowe popołudnie pobytu na miejscu. Samo lądowanie jest już dosyć ekscytujące, gdyż samolot schodził do lądowania od strony lądu, przelatując nad samym centrum, więc wszystko idealnie było widać z góry. Jeśli dobrze pamiętam około 14.00 byliśmy już w Porto. Na miejscu przywitało nas piękne słońce i bezchmurne niebo. Z lotniska do centrum jechaliśmy metrem. Przystanek metra znajduje się przy terminalu więc nie musimy się nigdzie specjalnie przemieszczać. Nie mogliśmy kupić kilkudniowego biletu w automacie, co jest idealnym rozwiązaniem na tak krótki pobyt, więc polecam zakup w okienku informacyjnym, które znajduje się w terminalu po drodze do stacji metra. W przeciwnym razie trzeba kupić jednorazowy bilet i potem dokupić sobie już według uznania w centrum miasta. Metro jedzie do centrum około 40 minut. Wysiedliśmy na stacji metra Trindade, gdyż hotel mieliśmy zarezerwowany w pobliżu, dosłownie 10 minut spacerem. Pokój może nie był za duży, ale łóżko wygodne, do tego klimatyzacja, która o tej porze roku nie była konieczna na szczęście i super nowoczesna łazienka. Wyposażenie pokoju skromne, ale wystarczające na tak krótki pobyt. Jeśli jeszcze kiedyś pojadę do Porto, chyba bym wybrał ten sam hotel. Stay Hotel Porto Centro Trindade położony przy Rua de Gonçalo Cristóvão.  Trzeba przejść na drugą stronę stacji i uliczką Travessa de Alferes Malheiro dojdziemy do samego hotelu. Przy hotelu znajduje się charakterystyczna cylindryczna bryła piętrowego parkingu, a przy wejściu do hotelu przystanek autobusowy. Tyle w kwestiach logistyczno transportowych.

Plaże ciągną się aż do portu Leixoes w Matosinhos. Wzdłuż plaży ciągnie się również chodnik, który na odcinkach ma bardziej lub mniej spacerowy charakter. Sam zachód słońca nad oceanem był cudowny, tym bardziej, że wylatując z Polski, pogoda była taka sobie. Lekkie fale i poświata na wodzie, którą dawało słońce chylące się ku zachodowi, po prostu wspaniale. Plaża była zamknięta, ale nam to nie przeszkadzało, usiedliśmy sobie na piasku pod murem w pobliżu latarni morskiej. Do tego schłodzone piwo, oliwki i serek, cóż więcej potrzeba w takim miejscu. Środek pandemii, a my siedzieliśmy na plaży nad oceanem niemal nie do uwierzenia. Takie chwile mogłyby trwać wiecznie. Po zmroku udaliśmy się spacerem w kierunku dzielnicy portowej. Studiując informacje o Porto przed wylotem wyczytałem, że w porcie serwują najlepsze owoce morza, no i nie zawiodłem się, ale o tym czego próbowaliśmy w Porto w kolejnym wpisie dzisiaj skupię się na atrakcjach turystycznych. Mogę tylko powiedzieć że pierwszy wieczór w Porto zakończyliśmy doskonałą kolacją, z owocami morza w roli głównej.

Kolejny dzień przeznaczony był głównie na plażowanie, ale i częściowo na zwiedzanie miasta. Na plażę trzeba dojechać autobusem, a ponieważ przystanek znajdował się w okolicach dworca kolejowego, więc idąc do dworca można było już coś ciekawego zwiedzić. W pobliżu naszego hotelu zaczynał się główny deptak spacerowy, czyli Ulica Świętej Katarzyny. Prawdę mówiąc ulica ta zaczyna się nieco wcześniej, ale formę deptaka dla pieszych ma dopiero od skrzyżowania z Rua Guedes de Azevedo, czyli w pobliżu naszego hotelu. Idą w kierunku rzeki  przy stacji metra Bolhao mijamy Kaplicę Dusz z przepiękną fasadą wykonaną z ręcznie malowanych płytek ceramicznych azulejos w kolorze niebieskim, ten kolor i takie zdobienie kościołów czy kamienic są charakterystyczne dla Porto i spotykamy je co i rusz na fasadach budynków. Jest to jeden z piękniejszych kościołów w Porto, niestety my odpuściliśmy sobie zwiedzanie. Biorąc pod uwagę sytuację pandemiczną by ograniczyć ryzyko zarażenia zrezygnowaliśmy ze zwiedzania zabytków w środku. W tej samej okolicy, przy bocznej ulicy położona jest również miejska Hala Targowa. Niestety podczas naszego pobytu znajdowała się w remoncie i nie można było wejść do środka, czego bardzo żałuję, gdyż kocham te miejskie stare hale targowe. Przy Ulicy Świętej Katarzyny znajduje się również niesamowita kawiarnia Majestic Cafe, obowiązkowy punkt odwiedzin podczas wizyty w Porto. Wnętrze kawiarni jest bardzo zabytkowe i ono najbardziej przyciąga turystów by wejść do środka. Na szczęście o 9 rano było tam jeszcze dosyć pusto więc postanowiliśmy wstąpić na kawę i słynne portugalskie ciastko, oczywiście lekko przepłacając za miejscówkę, ale cóż przynajmniej zrobiliśmy zdjęcia. O ciastku napiszę wkrótce, we wpisie o portugalskiej kuchni.

Przy rozwidleniu z Ulicą Świętego Ildefonsa znajduje się kolejny kościół o charakterystycznej niebieskiej fasadzie, to Kościół Świętego Ildefonsa. W tym miejscu zakończyliśmy spacer deptakiem i skręciliśmy w Rua de 31 de Janeiro, kierując się w stronę dworca kolejowego, z okolic którego odjeżdżał nasz autobus na plażę. Budynek dworca jest zabytkowy, a jego wnętrza wprawiają w zachwyt. Tu też całe ściany wyłożone są tymi ręcznie malowanymi płytkami w kolorze niebieskim. Warto wejść do środka i zrobić zdjęcia. Ponieważ mieliśmy kilkanaście minut do odjazdu autobusu, chwilę jeszcze przeszliśmy się deptakiem Rua das Flores, gdzie znajduje się całe mnóstwo knajp, restauracji i sklepów z pamiątkami. W to miejsce wróciliśmy dopiero następnego dnia. Autobus jednak szybko przyjechał i resztę dnia spędziliśmy na plaży. Ocean był zimny, ale słońce na tyle mocno grzało, że można było siedzieć tylko w strojach kąpielowych. Na plaży odpoczywaliśmy niemal do zachodu słońca. Tak nam minął kolejny dzień, oczywiście zakończony pyszną kolacją w dzielnicy portowej. O tym, co jeszcze warto zobaczyć w Porto, które miejsca odwiedzić i gdzie można smacznie zjeść już niedługo. Niedzielę spędziliśmy na spacerze po centrum, ale to opiszę Wam w kolejnym wpisie.

Praga na weekend i nie tylko

Pierwszy raz w Pradze byłem 16 lat temu. Od razu spodobało mi się to miasto. Byłem pod dużym wrażeniem, pamiętam wtedy była wczesna jesień, zimne poranki, ale piękne jesienne słońce pozwoliło na całodzienną wycieczki po Pradze. Szybka decyzja pociąg nocny do Pragi z Krakowa i o poranku wysiadaliśmy już na dworcu głównym w Pradze. Tym razem wybrałem się ze znajomymi autem, jest to około 6 godzin jazdy samochodem z Krakowa. Można jechać do przejścia granicznego w Gorzyczkach i wtedy na całej długości drogi jedziemy autostradą. Można też wybrać drogę przez Kłodzko, Duszniki Zdrój i przekraczać granicę w Kudowie, wtedy pojedziemy dłużej po polskiej stronie. Jadąc do Pragi przekraczaliśmy granicę w Kudowie, a wracając w Gorzyczkach. Biorą pod uwagę roboty drogowe przejazd obiema trasami zajmuje podobny czas. 

Brama Prochowa

W Pradze mieliśmy zarezerwowany hotel niemal w samym centrum miasta, dosłownie 5 minut od pieszego deptaku. Polecam IBIS Old Town z parkingiem podziemnym, smaczne śniadania, duży wybór, blisko wszędzie, na krótki wypad miejsce idealne. Z uwagi na panującą epidemię odpuściliśmy sobie wizyty w muzeach, kościołach, czy na zamku królewskim. Jednak miasto samo w sobie jest na tyle urokliwe, że spacerując można wiele zobaczyć i poczuć atmosferę miasta. Hotel znajdował się na ulicy Na Poříčí więc do Bramy Prochowej mieliśmy dosłownie 5 minut spacerem. Prowadzi ona do zabytkowego centrum miasta. Architektura bramy zbudowanej w stylu gotyckim jest charakterystyczna również dla kilku innych zabytkowych obiektów w centrum miasta. Idąc ulicą Celetná dojdziemy do samego Rynku. Tam znajdziemy zbudowany w podobnym stylu Praski Zegar Astronomiczny oraz Kościół Panny Marii przed Tynem. Kościół jest nieco schowany za przednim szeregiem kamienic więc z Rynku widać tylko charakterystyczne wieże. Do rynku od strony Bramy Prochowej dojdziemy też ulicą Štupartská. Zegar Astronomiczny to obowiązkowy punkt na zdjęcie pamiątkowe w centrum. Prawdę mówić ciężko znaleźć moment by było pusto w tym miejscu więc żeby zrobić zdjęcia przy Zegarze pozbawione w tle tłumu turystów polecam spacer porankiem po 7 rano, wtedy jest tam niemal zupełnie pusto i można zrobić ciekawe zdjęcia, pozbawione mistrzów drugiego planu.

Most Karola

Najpopularniejszą atrakcją turystyczną Pragi jest chyba zabytkowy XIV-wieczny Most Karola, który prowadzi w kierunku wzgórza zamkowego na Hradczanach. Architektura bram Mostu Karola po obu stronach Wełtawy jest podobna do wcześniejszych zabytków, o których Wam pisałem. Tam zawsze są tłumy, największe chyba wieczorem, ale jeśli zrobicie sobie spacer o 7 rano jest puściutko, polecam unikniecie tych wielkich tłumów i możecie się cieszyć w ciszy wspaniałą panoramą z zamkiem w tle. Idąc ulicą Mostecká dojdziecie do Kościoła Św. Mikołaja, a stamtąd już dosłownie kilka kroków do zamku. Można iść ulicą Thunovská, ale osobiście polecam Nerudova i Úvoz, trochę dalej, ale można podziwiać zatrzymując się na krótkie przerwy piękną panoramę miasta. 

Katedra Św. Wita

Zamek na Hradczanach to takie mini miasto w mieście, nad którym górują wieże Katedry Św. Wita. Z daleka wydaje się, że te wieże są centralną część zamku. Architektura katedry robi niesamowite wrażenie. Również zbudowana w stylu gotyckim, a cała zewnętrzna sztukateria ozdobna jest wspaniała. Niestety ze względu na panujące uwarunkowania odpuściliśmy sobie zwiedzanie katedry i zamku. Na terenie zamku znajduje się również urokliwa Złota Uliczka, na którą wstęp jest niestety płatny. 16 lat temu można tam było wejść za darmo, teraz już nie. Dobrze, że mam zdjęcie z tamtego okresu. Z wybranych punktów wzgórza zamkowego rozpościerają się niesamowite widoki na piękną panoramę miasta. Najlepsze zdjęcia uzyskamy stojąc na stopniach pomnika Tomasza Masaryka, który znajduje się na placu zamkowym. Muszę stwierdzić, że czułem się tak jakbym był w Budapeszcie. Układ urbanistyczny tych miast jest nieco zbliżony. Stare miasto po jednej stronie rzeki, a zamek po drugiej. 

Ze wzgórza zamkowego dojdziemy spacerem do Letenskiego Parku, fajne rekreacyjne tereny położone w sąsiedztwie wzgórza zamkowego, doskonałe na letni piknik. Kiedyś znajdował się tam największy pomnik Stalina, obecnie w miejscu pomnika znajduje się Praski metronom. 

Zegar Astronomiczny

Jednak zarówno wyprawa na wzgórze zamkowe jak i do wspomnianego parku jest nie lada wyczynem jak na termometrze jest 32°C, a na niebie nie ma ani jednej chmurki. Podczas naszego pobytu na terenie parku funkcjonował otwarty cyrk akrobatyczny, w ciągu dnia akrobaci ćwiczyli do wieczornego pokazu, a my mogliśmy usiąść w cieniu i ochłodzić się czeskim, zimnym piwem. Zorganizowana była tam przestrzeń dla food trucków, gdzie można było coś szybkiego zjeść i czegoś się napić, w tak gorący letni dzień. 

Ciekawym miejscem jest również Stary Cmentarz Żydowski, wyglądający niemal jak z horroru.  Bez wątpienia w Pradze jest też wiele interesujących muzeów jak Muzeum Żydowskie, Muzeum Franza Kafki, Sex Muzeum i wiele innych. W normalnych warunkach pewnie odwiedzilibyśmy te miejsca, teraz jednak nie chcieliśmy ryzykować. Idąc do zamku warto jeszcze po przejściu Mostu Karola zboczyć z głównej ulicy Mostecká i zobaczyć grafitti inspirowane Lenonem, my tam niestety nie dotarliśmy, ciekawa jest też najwęższa w Pradze uliczka, gdzie zamontowano dla przechodniów sygnalizację świetlną bo jest tak wąsko. Jak zejdziemy z Mostu Karola idąc w kierunku zamku to grafitti mamy po lewej stronie, a tę uliczkę na prawo. Warto się też przejść Mostem Manesa, z którego można zrobić ciekawe zdjęcie na Most Karola, który jest przepięknie podświetlony po zmroku. 

W okolicy Mostu Karola udało się nam również zobaczyć na brzegi rzeki rodzinę nutrii, maluchy wyglądały uroczo. 

Plac Wacława

Będąc w Pradze, warto się również udać na spacer na Plac Wacława, to takie praskie Pola Elizejskie. Niestety trwały tam prace remontowe więc wrażenia estetyczne były ograniczone. Od wschodniej strony plac zamyka Budynek Muzeum Narodowego, który góruje nad placem. Szczególnie atrakcyjnie jego architektura prezentuje się z nocną iluminacją. 

Całe zabytkowe centrum Pragi od dworca kolejnego aż po Zamek na Hradczanach można przejść piechotą. W Pradze działa metro podziemne, ale nie ryzykowaliśmy korzystania z publicznych środków komunikacji. Dziennie przechodziliśmy około 15 kilometrów, ale piękna architektura, niesamowita panorama miasta i cudowne letnie słońce wynagradzały trudy pieszych spacerów. 

Na koniec jeszcze kilka słów o kuchni czeskiej. Niestety Czesi nie należą do mistrzów gotowania. Ich kuchnia jest raczej prosta i lekko tłusta, ale raz na jakiś czas można spróbować wyprażanego sera, obowiązkowo z sosem tatarskim, knedlików czeskich, czy zupy gulaszowej.  To z czego Czesi są natomiast znani to piwo, któremu nie można się oprzeć będąc w stolicy Czech. Jest to obowiązkowy napój do każdego posiłku, bo jak będąc w Czechach nie napić się czeskiego piwa.

W Pradze spędziliśmy niecałe dwa dni. Czy to dużo czy mało, jak na takie miasto, chyba trochę za mało, ale w warunkach pandemii wystarczyło, jeśli się nie zwiedza zabytków w środku. To piękne miasto, położone około 170 kilometrów od granicy polsko-czeskiej należy do najurokliwszych stolic europejskich. Mam nadzieję, że nie minie kolejne 16 lat nim zawitam tam po raz kolejny. Jeśli jeszcze nie odwiedziliście stolicy naszych południowych sąsiadów, gorąco polecam, warto tam spędzić nawet jeden dzień…

Goran Karan, Plaża Bačvice i co łączy Split z Grą o Tron, czyli ciekawostki ze Splitu i okolic

W ostatniej relacji opisałem Wam moje wspomnienia ze spacerów po cudownych zaułkach najstarszej części Splitu.

Ale Split to nie tylko promenada i urokliwa starówka. Na południowy – wschód od starówki i promenady, za stacją kolejową i dworcem autobusowym, ograniczona ulicą Šetalište Petra Preradovića znajduje się Plaża Bačvice. Cudowne miejsce, gdzie można wypocząć, poopalać się, popływać. Niestety piasek na plaży nie jest złocisty, tylko szaro – bury. Woda jest jednak błękitna i przezroczysta, jak w całej Chorwacji. Jak ktoś nie lubi wygrzewać się w słońcu na piasku, może sobie usiąść na jednej z ławeczek poustawianych wzdłuż deptaku ciągnącego się po zachodniej stronie Bačvic, w kierunku Parku Pomoraca. Z tej promenady jest też możliwe zejście bezpośrednio do morza. Park Pomoraca położony jest w stosunku do plaży na wzgórzu, na klifie. Aby tam się dostać musimy się cofnąć do ulicy Šetalište Petra Preradovića, przejść mostem Bačvice nad torami i już jesteśmy w parku. Z parku rozpościera się cudowny widok na morze, plażę i port, a na horyzoncie rysują się kontury wyspy Brač. Owszem, jest krótsza droga do parku prosto z plaży, ale trochę niebezpieczna, musimy przecisnąć się między ogradzającą wzgórze siatką, uważając by nie spaść na dół, jest tam dosyć wąsko więc jakbyście wybierali tę drogę, to uważajcie. No ja wybrałem tą droge, ale do plaży wracałem już przez most i od strony ulicy.

Park Pomoraca

O tej porze roku w parku panowała cisza i spokój, zero innych turystów, tylko słońce, szum morza, ja i te piękne widoki. Niestety pozostała cześć wycieczki została na plaży. Można usiąść na ławce z widokiem na morze i korzystać z promieni słonecznych napawając się tym pięknym widokiem i ciszą. Z góry można zrobić fajne zdjęcia portu oraz plaży Bačvice. Najlepsze zdjęcia plaży można zrobić z pozostałości ruin na skraju wzgórza, natomiast portu z zachodniej części parku.

W kierunku wschodnim od Bačvic, w kolejnej zatoczce znajduje się Plaża Ovčice, a następnie Plaża Firule. Nie jest to daleko, a idąc nadmorskim chodnikiem, czy promenadą, w sumie nie wiem jak to nazwać, możemy przejść kolejno od jednej plaży do drugiej i następnej  i wrócić z powrotem do Bačvic. Przy plażach znajdują się liczne bary i restauracje, które o tej porze roku były w większości zamknięte, ale w sezonie wszystko jest czynne, a tłumy turystów przewijają się we wszystkich kierunkach. Ja jednak wolę ten spokój i ciszę, które tam panują o tej porze roku, choć muszę przyznać, że z uwagi na idealną pogodę i piękne słońce nie brakowało spacerowiczów. 

Ciekawostką jest, że w niedzielne przedpołudnia na plaży Bačvice, można spotkać znanego chorwackiego piosenkarza Gorana Karana, grającego w piłkę. Posłuchajcie sobie Jego piosenek, są cudowne w chorwackim klimacie. „Ruzo moja bila” totalnie rozkleja człowieka, zawsze mam ciarki słuchając tej piosenki. Tyle o tej części Splitu i Plaży Baćvice.

Plaża Za Pse

Na zachód od Splitu znajduje się Park Šuma Marjan, z cudownymi miejscami, czyli  Plażą Za Pse i Kasjuni. Jest tam charakterystyczny cypel wychodzący w morze, na którym rosną palmy, co stwarza wrażenie klimatu rodem niemal z Hawajów. Jedyną bolączką chorwackich plaż jest brak piasku, tylko drobne kamyczki, na których ciężko się wygodnie ułożyć, po prostu trzeba mieć leżak i tyle. Woda jednak w każdym miejscu jest błękitna. Plażę Kasjuni odwiedziliśmy w Nowy Rok, panowała tam cisza i spokój, przez połowę dnia praktycznie byliśmy tam sami, co jakiś czas przebiegał tylko ktoś trenujący jogging, a dopiero po południu zaczęli się pojawiać inni spacerowicze. Do plaży Kasjuni można dojechać miejskim autobusem z przystanku znajdującego się na zachodnim końcu Splitskiej Rivy, przy Placu dr. Franje Tudmana (przystanek Sv. Frane). Przejazd zajmuje około 15 minut. Te miejsca w okolicach Splitu udało mi się zobaczyć spędzając te kilka dni w tym cudownym mieście.

Wracając do samego Splitu, nie napisałem Wam jeszcze o jednym ciekawym miejscu na starówce, do którego trafiłem przez przypadek. Jest do Brązowa Brama, a raczej jej podziemia, którymi przejdziemy do ulicy Iza Vestibula. W odrestaurowanych podziemiach urządzony jest pasaż z pamiątkami, przypominający mi krakowskie Sukiennice. Nie są to zamknięte sklepiki, ale pojedyncze stragany sąsiadujące ze sobą, całość na noc zamykana jest kratami od strony wejść, półkoliste sklepienia posiadają ciekawą iluminację, która dodatkowo nadaje klimatu temu miejscu. Jest to miejsce warte odwiedzin, stąd to uzupełnienie poprzedniego wpisu o starówce.

Złoty Róg

Ponieważ moi przyjaciele już wiele lat temu zakochali się w Chorwacji i jej klimacie, i co roku spędzają tu wakacje więc odwiedziliśmy jeszcze jedno miejsce. Odbyliśmy wycieczkę promem na sąsiednią wyspę Brač, gdzie rokrocznie spędzają letni urlop. Śmieję się, że powinni tam kupić dom letniskowy, byłoby kogo odwiedzać. Wyspa, podobnie jak reszta Chorwacji ma swój urok i wiele ciekawych miejsc do odwiedzenia. Podróż promem trwa niecałą godzinę. O tej porze roku nie było problemu z kupnem biletów, w szczycie sezonu też można kupić bilety na prom bez problemu, ale z tego co mówili moi przyjaciele wszędzie są ogromne korki i możemy nie zabrać się na prom, o godzinie na którą planowaliśmy przeprawę. Z Brača pochodzi ten biały kamień, o którym już Wam pisałem. Na wyspie znajduje się również należąca do najładniejszych na świecie Plaża Złoty Róg. My widzieliśmy ją tylko z góry, po prostu nie było na tyle czasu by objechać całą wyspę i zdążyć na popołudniowy prom powrotny. Warto odbyć spacer portową promenadą w Supetarze. Udało się nam również dojechać do Pučišćy, która słynie z tradycji rzeźbiarskich, znajduje się tam szkoła rzeźbiarska, w której ręcznie wykonywane są cuda z tego białego kamienia. Podobno kamień ten był wykorzystany do budowy Białego Domu w Waszyngtonie. W Postirze znajduje się z kolei fabryka Sardina, w której warto zrobić większy zapas tuńczyka w oliwie lub sardynek, wyroby te są naprawdę przepyszne. Oczywiście odwiedziliśmy również i kwaterę, w której moi przyjaciele spędzają letni urlop. Takim sposobem, bogatsi w kolejne wspomnienia i chorwackie smakołyki późnym popołudniem wracaliśmy z powrotem do Splitu. Tyle udało mi się zobaczyć zaledwie w ciągu 3 dni, mało jak na te miejsca, a zarazem bardzo dużo.

Na koniec jeszcze kilka praktycznych rad przed wyjazdem do Splitu. Bez wątpienia spędzenie sylwestra w Splicie jest doskonałym pomysłem, fakt droga w te i z powrotem zajmuje praktycznie 24 godziny, ale wyjazd jest wart takiego poświęcenia, zwłaszcza jak mamy kierowców, którzy mogą się w trakcie podróży zamieniać przy prowadzeniu auta. Pogoda jest idealna jak na tę porę roku, słońce, czyste niebo i temperatura w granicach 13 do 15°C, a może się i zdarzyć około  20°C. Owszem wieczorem trzeba mieć grubszą kurtkę, szalik i rękawiczki, ale taki chłód jest niestraszny. Jednak Split polecam nie tylko na Sylwestra, ale i na wakacje, dłuższy lub krótszy urlop.

W większości miejsc musimy płacić gotówką, Chorwaci nie lubią obsługi bezgotówkowej, choć coraz częściej dostępne są płatności kartowe. Na szczęście bankomaty dostępne są praktycznie na każdej ulicy więc o wypłatę pieniędzy nie musimy się martwić. 

Maslina

W restauracjach nie zawiedziemy się na jedzeniu, wiadomo natomiast, że przy promenadzie jest najdrożej, warto poszukać mniejszej restauracji w tych wąskich uliczkach, a na pewno będzie przepysznie, no i taniej. My przez przypadek znaleźliśmy Pizzerię Maslina, w której stołowaliśmy się aż trzy razy. Restauracja nie znajduje się bezpośrednio przy deptaku Marmontova, ale jest lekko ukryta między murami i za wąskim przejściem najpierw po schodkach, a później wzdłuż muru między kamienicami. W godzinach szczytu, bez rezerwacji, ciężko jest tam o stolik, no cóż jedzenie serwowane tam jest doskonałe. Punktem orientacyjnym jest placyk przy deptaku Marmontova, przy domu towarowym, w którym znajduje się ZARA, a restauracja znajduje się w głębi placu po prawej stronie, po schodkach w górę.

Muzeum Gry o Tron

Z innych ciekawostek, w okolicach Splitu były kręcone zdjęcia do Gry o Tron, a w samym Splicie przy ulicy Nelipica znajduje się Muzeum Gry o Tron i sklep z gadżetami z filmu.

Kto zgłodnieje po nocnych eskapadach po Splicie, polecam do północy czynna jest piekarnia przy ulicy Zagrebačka po przeciwnej stronie bazaru, w pobliżu przystanku autobusowego, a druga po sąsiedzku, z tego co kojarzę jest otwarta przez całą dobę. To dobre rozwiązanie by szybko zaspokoić głód w nocy. Zakupy polecam robić w supermarketach sieci Konzum, kupicie tam wszystko w przystępnych cenach.

To chciałem Wam napisać o Splicie, nie sposób się w nim nie zakochać nawet, będąc tam w grudniu. Piękne miasto, tajemnicze uliczki z ruinami, doskonałe jedzenie, cudowna atmosfera śródziemnomorska, palmy, słońce, mili ludzie. Czego więcej potrzeba do wypoczynku. Wybierzcie się tam choć raz, a sami się przekonacie, że będziecie chcieli tam jeszcze wrócić i to nie raz. Udanych podróży Drodzy Czytelnicy…

Split, cudowna perełka na chorwackim wybrzeżu

Już dawno miałem opisać moje wspomnienia z pobytu w Splicie, ale jakoś brakowało czasu. Teraz jest go więcej, również i u mnie więc postanowiłem się z Wami podzielić moimi wspomnieniami i ciekawostkami, z których może ktoś kiedyś skorzysta, wybierając się do Splitu, jak ta cała obecnie zwariowana sytuacja się unormuje, bo naprawdę warto. Może ktoś, siedząc teraz na przymusowej kwarantannie w domu też usiądzie i poczyta o moich podróżach, uciekając w ten sposób od tych negatywnych informacji zewsząd nas otaczających.

Split to taka w mojej ocenie chorwacka Nicea, przynajmniej tak mi się kojarzy przez nadmorską Rivę, choć w Nicei nigdy nie byłem. Do Splitu możemy dojechać z południa Polski samochodem w ciągu około 12 godzin. My w Splicie postanowiliśmy wspólnie ze znajomymi spędzić ostatniego Sylwestra. Ponieważ Sylwester wypadał we wtorek w drogę wyruszyliśmy z samego rana w sobotę, by wieczorem cieszyć się już spacerem po Splitskiej Rivie. Wyjeżdżaliśmy o 6 rano z Krakowa, a około godziny 19.00 byliśmy już w Splicie. 

Nocleg mieliśmy zarezerwowany na ulicy Radunica, w odległości 10 minut spacerem od centrum i promenady. Super apartament w jednej ze starych kamienic, coś niesamowitego i do tego tak blisko najważniejszych atrakcji. Te kamieniczki, chodniki wyłożone białym kamieniem z Brača, który wygląda jak marmur, tworzą niesamowity klimat starego miasta, który ja uwielbiam. Idąc ulicą Radunica wychodziliśmy wprost na bazar znajdujący się przy skrzyżowaniu ulic Zagrebačka i Poljana kreza Trpimira. Można tam było kupić świeże owoce i warzywa, pieczywo i inne lokalne przysmaki, a także odzież. 

Przechodząc wskroś przez bazar wychodzi się wprost na Srebrną Bramę, przez którą idąc dalej widzimy fragmenty ruin Pałacu Dioklecjana, natomiast idąc ulicą wzdłuż bazaru, w kierunku południowo-zachodnim, dojdziemy do nadmorskiej promenady, która robi nawet o tej porze roku niesamowite wrażenie, ale o tym trochę później.

Srebrna Brama

Wracając do Pałacu Dioklecjana, a raczej jego ruin, co tu dużo mówić, magia tego miejsca jest niesamowita. Była to rezydencja zbudowana przez cesarza Dioklecjana, w której miał osiąść po abdykacji zaplanowanej na 305 r. Cztery bramy wyznaczają granice dawnego pałacu, czyli Brama Srebrna, Złota, Brązowa i Żelazna. Już pozostałości Srebrnej Bramy, te surowe mury pozbawione okien, robią niesamowite wrażenie. Ruiny, częściowo zachowane kawałki murów i ścian pozbawione okien, masa różnych zakamarków, które odkrywamy za każdym kolejnym rogiem, wszędzie biały kamień na chodnikach, ten powiew tajemniczości odczuwa się spacerując w tych miejscach. Latem miejsca te są pełne turystów, ale zimą można spokojnie zwiedzać wszystkie zakamarki, nie czując na sobie oddechu innych turystów. Opuszczając ruiny, płynnie przechodzimy w dalszą części starówki, która jest jednym wielkim labiryntem wąskich i węższych uliczek, w których można się zagubić na kilka godzin. Wychodząc przez Żelazną Bramę wyjdziemy wprost na Plac Ludzi lub inaczej nazywany Pjaca, pełen restauracji i przyległych do nich ogródków, w których możemy na chwilę przysiąść przy zimnym piwie lub spróbować smakołyków chorwackiej kuchni. Przy placu znajduje się budynek Urzędu Miasta, tu też odbywają się liczne miejskie imprezy. Można powiedzieć, że ruiny przeplatają się z kamienicami, bo teren, który zajmował pałac był dość rozległy. Ruiny sąsiadują z kamienicami, w których zamieszkują mieszkańcy, a także znajdują się liczne sklepy z pamiątkami i nie tylko, restauracje oraz apartamenty pod wynajem dla turystów. Spacerując po zmroku można poczuć lekki dreszczyk emocji, mając wrażenie, że się zagubiło, ale bez obaw, krążąc po tych zakamarkach wąskich uliczek w końcu trafimy do miejsc, które już odwiedziliśmy i znajdziemy wyjście w stronę promenady, czy znajomych nam ruin pałacu, choć może się zdarzyć, że trafimy w ślepą uliczkę i będziemy musieli się cofać, szukając innej drogi.

Warto zatrzymać się przy Katedrze Św. Dujma, Placu Peristil, będącym centralnym placem pałacu. Spacerując pośród ruin dotarłem, nie wiem jak, do niesamowitego miejsca, z którego widok rozpościera się na całą Rivę. Patrząc z zewnątrz, od strony promenady, to w pozostałości muru po pałacowego widzimy trzy takie same zakratowane okna. W sezonie znajdują się tam stoliki jednej z okolicznych restauracji, ale miejsce jest niesamowite. Puste, pozbawione ludzi ruiny z oknami, przez które wdzierało się słońce do środka i ta cisza. To po prostu trzeba zobaczyć i znaleźć się w takim miejscu by czuć ten powiew tajemniczości i magii miejsca.

Ulica Marmontova

Głównym deptakiem jest ulica Marmontova, której wylot zaczyna się w zachodnim końcu Splitskiej Rivy. Można powiedzieć, że ulica ta zamyka zasadniczo stare miasto od zachodniej strony. Przy ulicy znajduje sie charakterystyczna fontanna, którą widzicie na zdjęciu obok. Do ulicy Marmontova, za pierzeją kamienic przylega Plac Republiki, który architekturą otaczających go kamienic przypomina nieco Plac Świętego Marka z Wenecji. Owszem, dalej też mamy te urokliwe uliczki, ale najciekawsze zakamarki znajdują się w części do tego deptaku. Od północy starówkę zamyka ulica Sinjska i Park Josipa Jurija Strossmayera. Przy parku znajduje się pokaźnych rozmiarów pomnik Biskupa Grzegorza z Ninu. Według legendy dotknięcie dużego palca lewej stopy posągu ma zapewnić zdrowie i szczęście. Nie mogłem nie zaryzykować i potarłem palucha, podobnie, jak i reszta moich przyjaciół. W uliczkach parku było o tej porze roku zorganizowane lodowisko, bardzo ciekawy pomysł, z którego przykład powinny brać polskie miasta.

Splitska Riva

Tyle o starówce. Od południowej strony najstarszą część Splitu zamyka Riva Splitska, promenada, która dla mnie wygląda jak z lazurowego wybrzeża. Cudowny deptak nad brzegiem morza, obsadzony palmami, z pasem niskiej zieleni od strony morza. Wśród tej zieleni ustawione są ławki, gdzie możemy usiąść i napawać się widokiem morza, zachodem słońca, czy tych niesamowitych ruin. W ciągnących się wzdłuż promenady kamienicach, wbudowanych w pozostałości Pałacu Dioklecjana, znajdują się liczne restauracje oferujące doskonałe jedzenie. Nie sposób się nie zakochać w tej promenadzie. Palmy, słońce, niebieska woda, czego więcej potrzeba i to 30 grudnia, kiedy w Polsce śnieg i mróz. 

Przed każdą z restauracji znajduje się ogródek piwny, gdzie można wypić drinka, zjeść obiad, czy kolację. Od pierwszego dnia adwentu do 6 stycznia przy promenadzie rozstawiona jest scena, poustawiane budki z grzanym winem i różnymi smakołykami, a każdego wieczoru rozbrzmiewa muzyka i odbywają się koncerty. Coś niesamowitego, o czym w Polsce nam się nawet nie śniło. Okres, w którym ludzie wspólnie spędzają czas, cieszą się. Wiem, wiem, klimat chorwackiego wybrzeża sprzyja takiej organizacji życia miejskiego, ale nawet ta organizacja lodowiska, te budki, przy których spotykają się ludzie to coś niezwykłego. U nas tylko w największych miastach, coś się próbuje organizować, ale tylko w ramach jarmarku świątecznego, a tam radość i zabawa trwa od początku grudnia do pierwszych dni stycznia. Powinniśmy korzystać z takich przykładów organizacji około świątecznego życia miejskiego, a nie tylko zamykać się na religijny aspekt przeżywania świąt Bożego Narodzenia.

To jest Split, w którym ja się zakochałem, cudowny, uroczy, tajemniczy i mający w sobie to coś, co przyciąga. Na pewno chciałbym jeszcze tam kiedyś wrócić i jeśli tylko będę mógł bez wątpienia wrócę. Chyba trochę się rozpisałem, ale to i tak niedużo, o tak cudownym mieście. W kolejnym wpisie podam jeszcze przydatne i praktyczne informacje, które możecie wykorzystać wybierając się do Splitu, będzie jeszcze o innych ciekawych miejscach, ale już nie w samym centrum miasta, o doskonałej kuchni, a może jeszcze mi się coś ciekawego przypomni, to też o tym napiszę. I przepraszam tych, którzy znają chorwacki język, gdyż mogły się pojawić błędy w oryginalnych nazwach miejsc lub ulic, niestety nie znam chorwackiego i wspomagałem się w tym zakresie informacjami z Internetu.

Risotto z krewetkami

Uwielbiam risotto, zasadniczo lubię proste dania kuchni włoskiej i śródziemnomorskiej, a po moim ostatnim pobycie w Splicie, przygotowanie risotto chodziło za mną cały czas. Ponieważ Chorwacja ma dostęp do morza więc ryby i wszelkiego rodzaju owoce morza są tam świeże i oferowane praktycznie w każdej restauracji. Wspomnienie tego wyjazdu skłoniło mnie właśnie do przygotowania risotto z krewetkami i podzielenia się z Wami moim przepisem. 

Do risotto, w porcji na dwie osoby, potrzeba będzie 250 gram ryżu arborio, około 30 krewetek, 3 łyżki świeżo tartego parmezanu, 3/4 litra wywaru warzywnego, łyżkę masła, dwa ząbki czosnku, mielone chili. 

Nie kupowałem mrożonych krewetek, tylko gotowane, w pancerzykach. Krewetki obieramy z pancerzyka, odrywamy głowę, nóżki, oczyszczamy z jelita. Z pancerzyków i główek przygotowałem esencjonalny wywar. By ryż ugotował się do miękkości, na porcję dla dwóch osób potrzeba około 3/4 litra wywaru. Dlatego też resztki z krewetek, na których przygotowywałem wywar zalałem minimalną ilością wody i gotowałem około 20 minut. Wywar musimy przecedzić przez sito by drobne resztki nie chrzęściły nam później w zębach. Do krewetkowego wywaru dodałem jeszcze warzywną kostkę rosołową, gdyż sam w sobie byłby zbyt mało esencjonalny. Zasadniczo tylko używam wywaru warzywnego, ale dla podkreślenia smaku krewetek pomyślałem, że wzmocnienie smaku wywarem z pancerzyków będzie dobrym pomysłem.

Ryż chwilę obsmażamy na gorącym oleju, a następnie podlewamy stopniowo wywarem i gotujemy na minimalnym ogniu aż do miękkości. Szybkie gotowanie spowoduje, że ciecz wyparuje, a ryż i tak będzie twardy. Niektórzy dodają też podczas gotowania ryżu białe wino, ja, jak mam akurat w domu to też dodaję, a jak nie mam to nie, ale specjalnej różnicy w smaku nie zauważam. Do standardowego risotto nie dodaję czosnku, ale tym razem, z uwagi iż czosnek doskonale pasuje do krewetek, w trakcie gotowania ryżu wycisnąłem 2 ząbki czosnku i dodałem trochę chili dla podostrzenia smaku. Tak 5 minut przed końcem gotowania dodajemy do ryżu krewetki. Ponieważ są już ugotowane wystarczą im 3-4 minuty by nabrały temperatury, dłuższe poddawanie ich obróbce cieplnej spowoduje, że staną się gumowate. 

Pamiętajmy by risotto nie wyszło nam za suche, musi mieć umiarkowanie rzadką, kremową konsystencję. Gdy ryż jest już miękki dodajemy łyżeczkę masła, starty parmezan i pozostawiamy na wolnym ogniu do rozpuszczenia sera, cały czas mieszając. Risotto uzyska idealną, kremową konsystencję.

Może będę w tym momencie trochę nieskromny, ale uważam, że risotto udaje mi się zasadniczo za każdym razem, czy to klasyczne, czy bardziej w polskim wydaniu z niestandardowymi dodatkami. Teraz postawiłem na dodatek krewetkowy i wyszło równie pysznie. Polecam gorąco, uwierzcie, przygotowanie risotto nie jest trudne, choć wymaga odrobiny cierpliwości i stania przy patelni by się nie przypaliło. Jest to bardzo proste, a jednocześnie eleganckie, no i przepyszne danie.

Quebec, miniatura Francji w Kanadzie i niesamowite kolory liści

Quebec był ostatnim punktem podróży po Kanadzie przed wylotem z Toronto do Polski. Prawdę mówiąc nasz pobyt w tej kanadyjskiej prowincji ograniczył się do pobytu w samym mieście Quebec i wycieczkach po okolicy. Quebec pozostawiliśmy sobie na koniec ze względu na wybarwienia liści. Właśnie w okolicach miasta Quebec przypadał szczytowy okres wybarwień liści, podczas naszego pobytu w Kanadzie. Nad oceanem ten okres z uwagi na mikroklimat przypada jeszcze później niestety. Miasto Quebec jest taką miniaturą francuskiego miasteczka przeniesioną za ocean, zwłaszcza jego stara część. Spacerując po tych urokliwych wąskich uliczkach starówki możemy poczuć się jak w jakimś starym francuskim miasteczku. Quebec City położone jest nad Rzeką Św. Wawrzyńca. Charakterystycznym punktem orientacyjnym jest zamek Frontenac, w którym obecnie funkcjonuje luksusowy hotel. Całe stare miasto znajduje się na północ i północny-wschód od tego zamku, w trójkącie, który zaznaczają łączące się w tym miejscu rzeki Saint-Charles i Św. Wawrzyńca. Uwielbiam klimat takich uliczek ze starymi kamieniczkami, sklepikami z pamiątkami i klimatycznymi knajpkami i restauracjami. 

Place Royale

Ciekawym miejscem jest Place Royale, z tymi niesamowitymi kamieniczkami, wyglądającymi jak żywcem wyjęte ze średniowiecza, tylko wymuskanymi, nowiutkimi. Nie wiem dokładnie, czy po rewitalizacji, czy wybudowane na nowo w takim stylu, ale dla mnie są cudowne. Idąc od Place Royale w lewo, przez Rue Notre-Dame, a następnie Rue du Sault-au-Matelot dojdziemy do ciekawej fontanny La Vivriere. Cała stara część miasta Quebec ma taki właśnie niesamowity, historyczny klimat. Z kolei schody łączące ulice Cote de la Montagne i Rue Sous le Fort, wyglądają jak wyjęte z dzielnicy Mont Marte w Paryżu i wstawione na kanadyjskiej ziemi. Na stare miasto warto wybrać się za dnia, kiedy jest jeszcze jasno by pooglądać te urokliwe kamieniczki i niesamowite murale znajdujące się w tej części miasta. Wyobrażam sobie, że spacer tymi wąskimi uliczkami po zmroku też musi być niesamowitym przeżyciem, kiedy te wszystkie sklepiki i knajpki są roziskrzone od świateł i ozdób.

Punktem wartym odwiedzin w mieście Quebec jest jeszcze Rue Saint-Jean, ulica pełna kawiarni, barów i restauracji, bardzo urokliwie wyglądająca po zmroku i ulica Grande Allee E na odcinku między Rue de Senezergues i Rue d’Artigny również pełna pubów i barów. 

Tyle udało się nam zobaczyć w samym mieście Quebec. Miasto jest w mojej ocenie doskonale skomunikowane. My mieliśmy zarezerwowany nocleg w hotelu Le Voyageur de Quebec. W pobliżu hotelu znajduje się duży market spożywczy i bardzo dobra pizzeria 2 Freres. W odległości 5 minut spacerem od hotelu mieliśmy przystanek, z którego odjeżdżał autobus do samego centrum. Poruszanie się po starym mieście samochodem jest dość uciążliwe, gdyż ciężko jest znaleźć miejsce do zaparkowania, więc lepiej zostawić samochód na parkingu hotelowym i udać się do centrum autobusem, a autobusy kursują dosłownie co kilkanaście minut. 

Parc régional du Massif du Sud

Kolejny dzień przeznaczony był na wycieczkę po okolicy i napawanie się tymi niesamowitymi kolorami, które w tym czasie osiągają kanadyjskie klony. Nie wiem, czy to kwestia mikroklimatu, czy odmiany, ale nasze polskie klony nigdy nie mają liści o takich kolorach. Ta cała feeria odcieni czerwonego od rdzawego, przez ceglasty, aż do ciemnobordowego robi niesamowite wrażenie. My wybraliśmy się do Park Regional du Massif du Sud. Wzgórza obrośnięte lasami klonowymi, które w tym czasie mieniły się żółcią, złotem i wszelkiego rodzaju odcieniami czerwieni zapierały dech w piersiach. Zdjęcia nie są w stanie oddać tej całej palety kolorów. Spod budynku siedziby Parku, w którym znajdują się sale wystawowe z ekspozycjami o tematyce przyrodniczej, udaliśmy się szlakiem pieszym na szczyt wzgórza do punktu widokowego, znajdującego się po drugiej stronie drogi. Idąc lasem nie widać jednak tych wszystkich barw. Po prostu liście na drzewach od dołu aż tak się nie wybarwiają, a te niesamowite kolory są na liściach z najwyższych gałęzi, do których dociera słońce. Ciekawostką była farma klonowa, czyli cała sieć instalacji do zbioru syropu klonowego z drzew. Najlepsze kolory można było obserwować w lasach, w okolicach stacji narciarskiej Massif du Sud. Zresztą cała trasa z Quebecu do Massif du Sud była niesamowicie urokliwa, z uwagi na te wybarwienia liści w lasach, przez które jechaliśmy po drodze. 

Wracając do Quebecu podjechaliśmy jeszcze do stacji narciarskiej na Mont Sainte-Anne, która znajduje się po drugiej stronie miasta. Tu też kolory liści wprawiały w zachwyt, jednak gęsta mgła tworzyła zdecydowane odcięcie na wysokości połowy wzgórza. Między Mont Sainte-Anne, a miastem Quebec możemy jeszcze podziwiać potężny wodospad Montmorency. Niestety nie zatrzymaliśmy się już tam, tylko zrobiliśmy zdjęcia z samochodu. Byliśmy lekko przeziębieni, pogoda nie zachęcała do spaceru, a do tego za wjazd na parking trzeba by znów zapłacić pewnie około 20 dolarów. 

W taki oto sposób zatoczyliśmy krąg, który rozpoczęliśmy kreślić wyruszając z Toronto na wschodnie wybrzeże do Nowej Szkocji. Kanada jest bardzo urokliwa, szczególnie jesienią. Z sentymentem piszę te wspomnienia, gdyż od razu przypominają mi się konkretne miejsca i sytuacje, które zapadają w pamięci na zawsze. Kto jeszcze nie był w Kanadzie powinien odwiedzić ten piękny kraj. Nie jest to może najtańsza wycieczka, ale przynajmniej raz w życiu warto się wybrać do Kanady. Mam nadzieję, że te moje opowieści zaciekawią miłośników podróżowania i odkrywania nowych, ciekawych miejsc. Może posłużą komuś za podstawę do opracowania własnego planu wyprawy za ocean i okażą się pomocne.

Wigilijne uszka z grzybami

Barszcz czerwony z uszkami to chyba najbardziej tradycyjne i podstawowe danie na polskim, wigilijnym stole. Dziś chciałbym Wam podać przetestowany na żywo przepis na uszka z grzybami. Ameryki w tym zakresie nie odkryję, bo nasze babcie od dziesiątek lat robiły i doskonaliły ten przepis. W Internecie krążą różne wersje, z dodatkiem masła, oliwy, z jajkiem, z wodą gorącą lub zimną. Moja Mama zawsze robi ciasto na uszka z dodatkiem masła i jednego jaja, było ono dobre, ale w mojej ocenie ciut za twarde po ugotowaniu. Podając Wam ten przepis, ja sam osobiście przetestowałem przepis Magdy Gesler. Dla mnie to już zostanie poniższy przepis, jako uszka według Magdy Gesler. Skoro jednak przepis się sprawdził warto go promować i polecać innym, mniej lub bardziej doświadczonym kucharzom. 

Na przygotowanie około 170 uszek potrzeba 80 dag mąki, sól i wodę przegotowaną w temperaturze pokojowej. Sam wątpiłem w brak jajka lub jakiejkolwiek odrobiny tłuszczu, ale ciasto bez tych dodatków wyszło idealne. Do farszu potrzeba około 1 kilograma namoczonych grzybów – prawdziwków i podgrzybków, piszę namoczonych, bo suche są znacznie lżejsze więc łatwiej mi ocenić proporcje już po wadze namoczonych. Dodatkowo 1 dużą cebulę, 1 żółtko, 1/3 kostki masła, sól i pieprz do smaku.

Grzyby moczymy dzień wcześniej, a następnie gotujemy w wodzie, w której się moczyły. Wodę z gotowania możemy później wykorzystać przygotowując bigos lub kapustę z grzybami. Wystudzone, ugotowane grzyby mielimy w maszynce do mięsa lub drobno siekamy, dodajemy sól i pieprz do smaku oraz pokrojoną w drobną kostkę i zeszkloną na maśle cebulkę. Na koniec dodajemy żółtko i mieszamy do połączenia wszystkich składników. W przepisie Magdy Gesler nie ma żółtka, ale ja zawsze muszę coś po swojemu zrobić więc taka moja własna drobna inicjatywa w tym zakresie.Tak przygotowaną masę wkładamy do lodówki by się dobrze schłodziła. Łatwiej nam później będzie nakładać porcje na ciasto i dzięki temu farsz po ugotowaniu powinien zachować soczystość. 

Czas teraz na przygotowanie ciasta. Mąkę przesiewamy przez sito, dodajemy sól i stopniowo wodę, zarabiając ciasto do środka. Wody dajemy tyle, ile wchłonie mąka. Jest jedna zasada, ciasto nie może być za rzadkie, gdyż w przeciwnym razie będzie się nam lepiło do stolnicy i rąk, ani za twarde. Przyznam się nieskromnie, że mnie za pierwszym razem udało się uzyskać pożądaną konsystencję. Ciasto wyszło idealnie plastyczne i elastyczne. Tak przygotowane ciasto wkładamy pod nagrzany garnek i trzymamy pod nim aż do wystygnięcia garnka. Tak było w przepisie Pani Magdy, ale też zwróciłem na to uwagę i w innych przepisach podawanych w sieci. Temperatura wpływa na gluten zawarty w mące i uzyskuje się lepszą strukturę ciasta do rozwałkowywania.

Następnie ciasto dzielimy na porcje i rozwałkowujemy dość cienko, podsypując lekko mąką by ciasto nie przykleiło się nam do stolnicy, w przeciwnym razie trzeba je będzie od nowa rozwałkowywać. Ciasto kroimy w kwadraty o boku około 4 cm. Idealne są malutkie, niemal biżuteryjne uszka, ja jednak nie mam tyle cierpliwości do lepienia takich miniaturek. Na każdy kwadrat nadkładamy porcję farszu i zlepiamy najpierw w formie trójkątnego pieroga, a następnie zawijamy i sklejamy dwa końce, uzyskując kształt uszka. Tak przygotowane uszka gotujemy w osolonej wodzie około 3 do 4 minut od wypłynięcia. I oto cały sekret przepisu na idealne uszka. Jeśli przygotowujemy uszka kilka dni wcześniej przed Wigilią zamrażamy je w formie surowej bez obgotowywania.

Spokojnie polecam ten przepis, ciasto wychodzi idealnie gładkie, plastyczne o właściwej konsystencji. Jeśli by za pierwszym razem Wam nie wyszło, tzn. było za rzadkie, nie zrażajcie się, z czasem dojdziecie do ideału, mnie na szczęście udało się to za pierwszym razem. Domowe uszka z grzybami są najlepsze.