Tureckie schody i greckie świątynie, czyli perełki sycylijskiej prowincji Agrigento

Na Sycylii spędziliśmy dwa tygodnie. Nie wytrzymałbym tylu dni tylko leniuchując na plaży i objadając się pizzą i innymi smakołykami więc czas odpoczynku przeplataliśmy z wycieczkami po okolicy bliższej i dalszej od Castellamare del Golfo. Najdalszym celem wycieczki była Dolina Świątyń w okolicach Agrigento oraz Scala dei Turchi, czyli Schody Tureckie. Agrigento znajduje się na południu Sycylii, więc praktycznie trzeba było przejechać przez całą wyspę na samo południe. Miejscowość ta położona jest w odległości około 170 kilometrów od Castellamare del Golfo, w zależności którą drogę wybierzemy. Dojazd zajmuje ponad 2 godziny w jedną stronę. Jadąc możemy podziwiać krajobraz centralnej Sycylii, który tworzą głównie plantacje rolnicze lub całe wysuszone przez palące słońce połacie ziemi. Sama jakość dróg nie należy do najlepszych niestety, główne owszem są dobrze utrzymane, ale te lokalne są pełne dziur. 

Naszym pierwszym przystankiem były tzw. Schody Tureckie, do których dojedziemy drogą SP68, zjeżdżając z drogi SS115. Wspomniane schody, to białe, wapienne klify położone na południowym wybrzeżu, wyglądem przypominające tureckie Pamukkale. Nazwa związana jest jednak z historycznymi opowieściami o tureckich piratach, którzy w tym miejscu dostawali się na ląd, stąd nazwa Schody Tureckie (Scala dei Turchi). Obecnie klif ten nie jest dostępny bezpośrednio dla turystów, tylko ogrodzony. Patrząc na zdjęcia w Internecie, kiedyś można było chodzić po niższych tarasach. Zdjęcia można robić z góry z punktów widokowych, które znajdują się przy drodze lub z plaży. Praktycznie najlepiej zaparkować samochód przy drodze w pobliżu tych punktów widokowych, gdyż turystów jest tam bardzo dużo i bliżej plaży ciężko jest znaleźć miejsce. Z okolic tych punktów widokowych jeżdżą małe riksze motorowe, wyglądające jak spotykane w krajach azjatyckich tuk tuki, którymi można zjechać prosto do plaży. Koszt przejazdu za jedną osobę to 2 euro, jest to znacznie lepsze rozwiązanie niż pieszy spacer do plaży. Latem, palące słońce bardzo mocno daje się we znaki, a dodatkowo by zejść na plażę trzeba pokonać chyba około stu drewnianych schodów. Idąc już plażą można dojść do klifu i podziwiać go z dołu, niestety na sam kif nie wejdziemy, gdyż jak wspominałem jest on ogrodzony. Biorąc pod uwagę unikatowość miejsca i ilość odwiedzających turystów, zapewne z tego wynika brak możliwości spacerowania obecnie po tych śnieżnobiałych skałach. Nam wystarczył widok z daleka i możliwość zrobienia zdjęć z perspektywy. Kelner w plażowym barze powiedział nam, że  w tym dniu było wyjątkowo mało ludzi bo wiał mocny wiatr, w przeciwnym razie byłoby tam czarno od turystów. Chłodzące piwo w barze, tradycyjnie zakup pamiątkowych magnesów i wracaliśmy z powrotem na główną drogę do auta. Niestety nie było w pobliżu tych tuk tuków więc pod górę wspinaliśmy się już na własnych nogach, na szczęście nie po schodach, tylko po łagodnym zjeździe dla tych samochodzików. 

Z wybrzeża pojechaliśmy w kierunku Agrigento, a dokładniej do Doliny Świątyń. Dolina Świątyń jest wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO, zajmuje obszar 1800 hektarów. Położona jest na obszarze starożytnego miasta Akragas. Można się tam poczuć jak w starożytnej Grecji, a nie na włoskiej wyspie. Znajdują się tam jedne z najlepiej zachowanych ruin greckich świątyń. Niektóre ze świątyń widać już z drogi dojazdowej, co robi niesamowite wrażenie. W najlepszym stanie jest Świątynia Concordii, która wygląda jak ateński Partenon i Świątynia Hery.  Przy ruinach Świątynii Concordii znajduje się charakterystyczna rzeźba Ikara. Nad morzem wydawało się, że wieje przyjemny wiatr, a tam w słońcu było chyba ze 40 stopni Celsjusza. Do tego wycieczka nasza po tej dolinie przypadała na wczesne godziny popołudniowe, kiedy to temperatury są najwyższe, więc szybkim krokiem, obeszliśmy najciekawsze zachowane ruiny i podążyliśmy w kierunku auta. Na spokojne zwiedzanie polecam zarezerwować około 3 godziny. Wybierając się na zwiedzanie nie zapomnijmy o nakryciu głowy i butelce wody mineralnej, spacer w odkrytym terenie, w tak palącym słońcu, może się skończyć zasłabnięciem. Do Świątynii Concordii prowadzi droga w pełnym słońcu więc w godzinach południowych zwiedzanie całego obiektu jest dużym wyzwaniem wytrzymałościowym. Koszt biletu to 10 EUR za osobę. Bez wątpienia jest to ciekawe miejsce i warte odwiedzenia podczas pobytu na Sycylii.

Sycylia, cytrynowa wyspa…

Sycylia to największa wyspa na Morzu Śródziemnym. Bez wątpienia jest to bardzo ciekawa destynacja wakacyjna, dlatego postanowiłem Wam o niej napisać. Ja tam spędziłem ostatnie wakacje z rodziną i znajomymi i z chęcią wróciłbym tam za jakiś czas. Jest jeszcze wiele zakątków, do których niestety nie zdążyliśmy dotrzeć. W ubiegłym roku sama Madonna spędzała tam swoje urodziny, w tym samym czasie co my byliśmy, ale niestety nie udało się nam Jej spotkać. 

Naszą miejscówką noclegową była miejscowość Castellamare del Golfo. Miasteczko położone na północnym wybrzeżu, na zachód od Palermo. Zasadniczo na wyspę można się dostać samolotem lub promem. Z Polski oczywiście najprostszym rozwiązaniem jest lot na jedno z lotnisk w Palermo lub w Katanii. Z uwagi na miejsce noclegowe, musieliśmy wybrać lot do Palermo. W pobliżu lotniska znajduje się wypożyczalnia samochodów. Oczywiście wynajęliśmy samochód na cały pobyt i w taki sposób zapewniliśmy sobie transport z Palermo do Castellamare del Golfo, mogliśmy również zorganizować kilka wycieczek po okolicy. 

Sam nocleg zarezerwowaliśmy poza Castellamare del Golfo, praktycznie przy plaży Spiaggia. Miejscówka trafiona w punkt, 2 minuty do plaży i pobliskich knajp. Trochę dalej było do samego miasta, bo spacer zajmował około 40 minut w jedną stronę. Do dyspozycji mieliśmy jeden z dwóch apartamentów w domu znajdującym się w bezpośrednim niemal sąsiedztwie plaży, co było wielkim udogodnieniem. Plaża czysta, długa, w miarę szeroka, z licznymi punktami gastronomicznymi i punktami leżakowymi. No niestety po pandemii koszt wypożyczenia dwóch leżaków z parasolką to 20 euro dziennie, ale w sierpniu nie ma szans wysiedzieć na sycylijskiej plaży bez parasola. Woda dość ciepła, choć dla mnie mogłaby być jeszcze cieplejsza. Przy promenadzie spacerowej wzdłuż plaży znajduje się kilka restauracji, w których można bardzo dobrze i w przyzwoitej cenie zjeść. O tym czego smakowaliśmy na Sycylii, napisze wkrótce.

Samo Castellamare del Golfo to bardzo urokliwe miasteczko. W stosunku do plaży Spiaggia, położone na wzgórzu więc spacer do miasta wymagał trochę wysiłku po całodziennym leżakowaniu w palącym słońcu. No, ale nie sposób nie odwiedzić najbliższego miasteczka, tylko spędzić cały czas w jednym miejscu. Dodatkowo w Castellamare był znacznie większy wybór restauracji, co oczywiście skłaniało do spaceru na kolację właśnie tam. Żeby dojść do głównego centrum, a potem do mariny, praktycznie cały czas trzeba się wspinać lekko pod górę mijając liczne bary i restauracje oraz klucząc wśród wąskich urokliwych uliczek. Do samej mariny schodzimy już po szerokich schodach z centrum. Ja uwielbiam klimat takich uliczek, zaułków, schodów i tych niesamowitych zakamarków ukrywających liczne niespodzianki architektoniczne. Urlop spędzaliśmy w okolicach 15-ego sierpnia, czyli święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. W dniach 19-21 sierpnia w Castellamare del Golfo odbywa się święto patronki miasta – La Festa di Maria Santissima del Soccorso. Jest ono bardzo celebrowane i to przez wiele dni. Całe miasto jest udekorowane niemal jak u nas na Boże Narodzenie. 19 sierpnia w piątek o 22 wieczorem przez miasto szła procesja z figurą Matki Boskiej, w muzycznej oprawie z bębnami, coś niesamowitego, a wcześniej jeszcze fajerwerki. W niedzielę na zakończenie święta pokaz fajerwerków jaki udało mi się zobaczyć wieczorem przyćmił rozmachem fajerwerki na 4 lipca w Stanach Zjednoczonych, czy we Francji na dzień Bastylii. To było coś niesamowitego, w życiu nie widziałem takiego nigdzie na świecie. Castellamare del Golfo i jego okolice to bardzo dobra wakacyjna destynacja, pobliskie lotnisko w Palermo sprawia, że transport po przylocie na wyspę, nie należy do bardzo uciążliwych. 

W samym Castellamare polecam przejść się schodami Scalinata Rotary per la Pace, które prowadzą do samej mariny, zwłaszcza wieczorem robią duże wrażenie. Konieczne trzeba zrobić sobie spacer deptakiem Corso Giuseppe Garibaldi, w letni wieczór ciężko się tam przecisnąć między tłumami przechodniów spacerujących we wszystkie strony. Ciekawostką jest, że niektóre restauracje rozkładają swoje stoliki wprost na schodach. Tak jak wspominałem, to miasto położone jest na wzgórzu więc w architekturę ulic wpisane są schody by dostać się z jednego poziomu ulicy na inny. Warto się również wybrać na plac, gdzie stoją stragany z pamiątkami, czy odbywają się festyny. Plac ten położony jest nad samym morzem przy ulicy Marina di Petrolo. Wiele jest miejsc ciekawych w Castellamare del Golfo, warto po prostu zagubić się na kilka godzin w tych uliczkach i spokojnie sobie spacerować po zmroku, od czasu do czasu zatrzymując się na lampkę wina, przy doskonałej pizzy, makaronie lub innych włoskich smakołykach. 

Z ciekawostek opisze Wam jeszcze jedno niesamowite zjawisko. Przez dwa dni wiał wiatr znad Afryki i napłynęło niesamowicie gorące powietrze. To trzeba po prostu przeżyć i doświadczyć samemu takiego gorąca. Spacerujesz późnym wieczorem, a wiatr jest tak gorący, że nie chłodzi ciała, a jeszcze bardziej podgrzewa. Czujesz się tak jakby przed tobą jechał otwarty piekarnik z termoobiegiem i temperaturą ustawioną na 150 stopni Celsjusza, ty sobie spacerujesz, a takie powietrze wieje ci w twarz lub plecy. Wydawałoby się, że wiatr musi chłodzić, a on po prostu jeszcze bardziej ogrzewa powietrze wokół ciebie. To tyle o Castellamare del Golfo. W najbliższym czasie napiszę Wam jeszcze o wycieczkach i o tym co udało się nam zobaczyć na Sycylii, które miejsca warto odwiedzić. Oczywiście będzie też coś o kuchni włoskiej, albo raczej sycylijskiej. Zacząłem w tytule o cytrynach więc muszę się na koniec wytłumaczyć, tak tak cytryny są tam motywem dekoracyjnym w wielu miejscach, w tym na porcelanie, no i do tego schłodzone limonczello, pyszna orzeźwiająca nalewka o smaku cytrynowym, pod warunkiem, że mocno schłodzona.  

Istria truflami stoi, ale nie tylko…

Jedzenie w Chorwacji jest przepyszne, od delikatnych owoców morza po trochę cięższe, jak ćevapčići i pljeskavica. Każdy tam znajdzie coś dla siebie. Dla mnie jednak najlepsze są owoce morza. No i do tego wszystkiego trufle, szczególnie na Istrii niesamowite popularne i są po prostu wszędzie. Dzisiejszy wpis będzie poświęcony właśnie kuchni chorwackiej i temu czego spróbowaliśmy podczas pobytu na Istrii. 

Lido

Umag był naszą miejscówką więc zacznijmy od tej miejscowości. W marinie znajduje się doskonała restauracja Lido Marina Umag. Restauracja z uwagi na swoje położenie serwuje głównie owoce morza. Zresztą w takim miejscu i z takim widokiem, co innego można zjeść. Próbowaliśmy tam, langustynki, prażene lingje, czyli kalmary i crni rižot. Muszle świętego Jakuba też się znalazły na talerzu i małże. Langustynki przepięknie wyglądały, ale niestety mimo iż są przepyszne, nie jest to danie do najedzenia, bo ponad połowę stanowią pancerzyki. W ich przypadku większa jest uczta dla oka i cała ta celebracja posiłku niż sama treść. Oczywiście crni rižot, czyli risotto z atramentem z kałamarnicy i krewetkami, sprawdził się i był to jeden z lepszych jakie próbowałem w Chorwacji. O kalmarach nie wspomnę, bo jestem ich fanem i mógłbym być nieobiektywny, ale były przepyszne. Miejsce zobowiązywało do dań z owocami morza i sprawdziło się w 100%. Restauracja godna polecenia, jeśli się jeszcze kiedyś tam wybiorę bez wątpienia odwiedzę to miejsce. 

Idąc dalej promenadą w stronę centrum mijamy bar Lado. Warto się tam zatrzymać na piwo lub kieliszek wina. Bar położony jest na pomoście z widokiem na całą zatokę, co stwarza niesamowite wrażenie i tworzy specyficzny klimat miejsca.

Oczywiście w samym centrum Umagu też się stołowaliśmy, a dokładnie w jego starej części. Od strony otwartego morza, a nie wspomnianej zatoki znajduje się cały pasaż restauracji, gdzie stoliki ustawione są na samym brzegu morza. Oczywiście królowały kalmary i mule, miejsce przy samym morzu zobowiązuje. Niestety nie pamiętam, która to była dokładnie konoba, nie jestem pewien, czy to nie było Bijeli San Bistro, ale głowy za to nie dam. Tam gdzie my zamówiliśmy obiad było przepysznie, ale prawdę mówiąc rzadko można trafić w Chorwacji na niesmaczne jedzenie, więc jak wybierzecie inną z pobliskich restauracji też nie powinniście się zawieść. 

Hitem pobytu w Umagu, była jednak inna miejscówka Discoteca Planet& Grill Restaurant. To taki chorwacki fast food, jednak z najwyższej półki, a nie na jakiś zapychacz i na chemii robiony. Šiš ćevapi, mućkalica i zlo burger, przepyszne dania, które rozbawiły nas do łez. Miejsce znajdowało się po drodze do naszego mieszkania. Co tu dużo mówić kalmary, czy krewetki są przepyszne, ale jak jesz obiad o 16.00 to zgłodniejesz do wieczora i w to miejsce trafiliśmy właśnie wieczorową porą. Wkoło cudnie pachniało więc nie zastanawiając się, postanowiliśmy zaspokoić wieczorny głód, a każdy wybrał co innego. Podwójny  šiš ćevap i zlo burger rozłożyły nas na łopatki. Przepyszne, ale tak duże porcje, że nie mogliśmy tego przejeść, a było tak smaczne, że aż żal było to zostawiać. Uśmialiśmy się do łez bo w połowie porcji człowiek miał już dość. Doskonała mięsna kuchnia, dla tych co nie lubią ryb i owoców morza, miejcie tylko na uwadze, że porcje są na prawdę sycące. Tyle o naszych odkryciach kulinarnych w Umagu. 

Konoba Mondo

Jadąc na wycieczkę w głąb Istrii delektowaliśmy się natomiast truflami. Praktycznie w każdym małym miasteczku kupicie, czy to trufle, czy pasty truflowe, oliwę z truflami, a widziałem nawet popcorn truflowy. Podczas wycieczki odwiedziliśmy Grožnjan, Bije, Hum Motovun i Buzet. Obiad jedliśmy w Motovunie. Restaurację wybrałem z mamy Google, bo już byliśmy w drodze powrotnej do domu, jeść się nam bardzo chciało, a nie było czasu na szukanie. W taki sposób trafiliśmy do Konoby Mondo, miejsca po prostu pachnącego truflami. Oczywiście nie mogliśmy zamówić niczego innego, jak makaron z truflami. Na przystawkę dostaliśmy jeszcze wypiekane na miejscu pieczywo i do tego pastę z oliwek z truflami. Makaron wyglądał i smakował obłędnie, a kieliszek białego wina komponował się doskonale w takim zestawieniu. Było idealnie, będąc w Motovunie, polecam odwiedźcie to miejsce, nie zawiedziecie się.

Tak jak wspominałem trudno raczej w Chorwacji trafić na miejsce gdzie jedzenie będzie niedobre. Oczywiście może być idealne lub dobre, ale zawsze będzie smaczne, przynajmniej ja będąc już kilka razy w Chorwacji nigdy się nie zawiodłem na chorwackiej kuchni, to nieodłączny element moich chorwackich podróży, próbowanie nowych smaków, które pozostają w pamięci i stanowią inspirację do własnych eksperymentów kulinarnych. Nie mogłem sobie nie przywieźć z podróży do Istrii słoiczka pasty truflowej i ichniego makaronu. Jeszcze nie przygotowywałem, ale jak zrobię pochwalę się na moim instagramie zdjęciem przygotowanego dania. Smacznych podróży Wam życzę, dokądkolwiek by one nie były…

Umag i północna Istria, czyli Chorwacja na długi weekend

Umag

Północna część Chorwacji, czyli Istria to ciekawa alternatywa na wypad na południe Europy na wydłużony weekend, a nawet na cały tydzień, zwłaszcza przed letnim sezonem, kiedy nie ma jeszcze tłumów turystów. Niestety musimy się liczyć z około 12-godzinną podróżą biorąc pod uwagę przystanki na odpoczynek, kawę czy tankowanie. 

Umag

Nocleg mieliśmy zarezerwowany w mieście Umag w Apartamentach Stella Plava Laguna. To ogromny ośrodek z domkami, w których znajdowały się po dwa lub 4 mieszkania. Dla spragnionych luksusu dostępne były prywatne wille z własnym ogrodem, jacuzzi, znajdujące się niemal nad samym morzem. Z ośrodka do centrum miasta było około 3 kilometrów spacerem promenadą wzdłuż brzegu. Taki spacerek do centrum jest rewelacyjny idąc praktycznie cały czas wzdłuż brzegu morza. Centrum starej części Umagu to Plac Wolności, przy którym znajduje się Kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Na tyłach tego kościoła od strony morza znajduje się niesamowity budynek zbudowany z kamienia, dla mnie wyjęty żywcem z wybrzeża Normandii, uwielbiam taką architekturę. Drugim takim placem centralnym jest plac przy centrum handlowym, ale ja zdecydowanie wolę klimat zabytkowej części Umagu. W północnej części półwyspu istryjskiego jest jednak wiele innych bardziej urokliwych, w mojej ocenie, miasteczek, które praktycznie można zwiedzić w ciągu jednego dnia. My zaplanowaliśmy sobie taki jeden dzień objazdowy dalszy i drugi bliższy. W planie były miejscowości Buje, Grožnjan, Motovun, Buzet, Hum. 

Buje

Pierwszym przystankiem było Buje, najbliżej położone od Umagu. Typowa dla tej części Chorwacji, niewielka miejscowość z wąskimi wybrukowanymi uliczkami, starymi wybudowanymi z kamienia domami, zabytkową wieżą miejską oraz kościołem Św. Marcina z XVI wieku, na którego tyłach znajduje się cmentarz i pozostałości płyt nagrobnych. Miejsce robi niesamowite wrażenie w dzień, a te porośnięte mchem kamienne płyty, wieczorem muszą stwarzać idealną atmosferę do kręcenia horrorów. Na końcu cmentarza znajdują się ruiny muru i jakiegoś budynku, z których roztacza się widok na całą panoramę okolicy. Miasteczko da się obejść spacerem w 40 minut, ciche, spokojne, pozbawione tłumu turystów, jakby czas się tam zatrzymał kilkaset lat temu.

Groznjan

Kolejny na trasie był Grožnjan, zwany miastem artystów. Samochodem nie wjedziemy do centrum, auto trzeba zostawić na parkingu lub na miejscach parkingowych ciągnących się wzdłuż drogi prowadzącej wprost do miasta. Grožnjan jest już znacznie większy niż Buje, tutaj możemy się przejść jeszcze bardziej urokliwymi brukowanymi uliczkami, wzdłuż których ciągną się stare domy z podobnymi fasadami z kamienia i drewnianymi okiennicami. Oczywiście w miasteczku znajduje się cała masa galerii sztuki z różnorodnymi wyrobami rękodzielnictwa. Można powiedzieć, że te drobne galerie zdominowały miasto i wszędzie czuje się klimat artystyczny.  Na uwagę zasługuje loggia wenecka z charakterystycznymi podcieniami. W tym miasteczku na prawdę można się zakochać od pierwszego spaceru. Żeby zobaczyć te wszystkie urokliwe zakątki, najlepiej byłoby spędzić tam cały dzień, my mieliśmy tylko nieco ponad godzinę i trzeba było jechać dalej. Nie ma co więcej opowiadać o tym miasteczku, je trzeba po prostu zobaczyć na własne oczy bo jest cudowne, klimatyczne i zachwycające.

Buzet

Jadąc dalej mijaliśmy malowniczo położony na wzgórzu Motovun. Ponieważ przed nami były jeszcze dalej położone miejscowości, Motovun odwiedziliśmy dopiero w drodze powrotnej. Następnym przystankiem był natomiast Buzet. Kolejna urokliwa miejscowość o podobnej architekturze co poprzednie. Auto najlepiej pozostawić na parkingu przy cmentarzu i udać się spokojnie spacerem na starówkę, znacznie więcej zobaczymy niż wjeżdżając samochodem do centrum. Wąskie uliczki, kamienne domy, kolorowe fasady, drewniane okiennice, styl łączący w sobie wpływy włoskie. My mieliśmy tylko czas na szybki spacer, przeszliśmy przez zabytkową Bramę Miejską do centrum miasteczka i zobaczyliśmy miejską dzwonnicę oraz kościół parafialny pw. św. Marii Magdaleny.

Hum

Najdalej oddalonym od Umagu celem naszej wycieczki był Hum, czyli najmniejsze miasto świata, wpisane do Księgi Rekordów Guinessa. Fakt tam są tylko dwie uliczki. Jest jeszcze oczywiście kilka sklepików z lokalnymi produktami, czy pamiątkami. Najciekawszym zabytkiem jest Brama Miejska, przez którą się wchodzi do miasteczka. Jest to jedyne miasteczko, do którego trzeba zapłacić wstęp. Przed wspomnianą bramą znajduje się parking, a opłata pobierana jest przy wjeździe. Trochę to dziwne, ale jak nie odwiedzić najmniejszego miasta świata, będąc na Istrii. 

Motovun

Wracając do Umagu pojechaliśmy do Motovuna. Tutaj nie proponuję wjeżdżać do samego miasteczka, chyba nawet jest zakaz wjazdu dla turystów, ale nie jestem pewien. My zatrzymaliśmy się na parkingu, który się ciągnął wzdłuż ulicy Vladimira Gortana i stamtąd udaliśmy się spacerem do centrum. Ponieważ Motovun położony jest na szczycie wzgórza z murów rozciąga się widok na całą panoramę okolicy. Oczywiście te wąskie uliczki i stare domy zachwycają tak jak we wcześniej odwiedzonych miasteczkach. Tu też zjedliśmy przepyszny makaron z truflami, ale o smakach Istrii będzie w kolejnym wpisie.

Kolejnego dnia mieliśmy już znacznie krótszą wycieczkę. Pojechaliśmy w okolice Šterny i Čepića. Zobaczyliśmy tam istryjską pustynię o księżycowym krajobrazie. Niesamowity widok, po środku lasu hałdy takiej skamieniałej popękanej ziemi, pozbawione roślinności, a twarde jak skała, w sumie nie wiem z czego to było. Jeszcze większe wrażenie zrobił Wodospad Butori. Nie widać go z daleka, praktycznie znajduje się w zagłębieniu poniżej poziomu okolicy, jakby w dole, ale szmaragdowa woda w połączeniu z soczystą zielenią drzew stwarza bajkowe wrażenie. Cudowne niepozorne miejsce bez wątpienia warte zobaczenia.

Istria jest piękna. Czy można się w niej zakochać? W tych urokliwych miasteczkach o charakterystycznej architekturze chyba tak. Mnie zaczarował Motovun i Grožnjan i chętnie bym się tam jeszcze wybrał. Kto planuje urlop na Istrii beż wątpienia powinien odwiedzić te miasteczka, a na pewno pozostanie pod ich urokiem i zapragnie tam kiedyś powrócić…

Sałatka a’la niemiecka

Wydaje mi się, że wersji sałatki niemieckiej, czy jak inni mówią szwabskiej jest pewnie kilkanaście, dlatego też napisałem w tytule a’la, żeby mi ktoś nie zarzucił, że podaję niewłaściwy przepis. Zasadniczo jej składnikiem są ziemniaki, mortadela, ser żółty i majonez, no i ogórki. Ja oczywiście czytając te różne przepisy stworzyłem swoją wersję, wyszła pysznie, przynajmniej mnie i moim gościom smakowała. Do mojej wersji potrzeba 40 dag mortadeli podwędzanej, ma wyraźniejszy smak niż taka zwykła parzona, 40 dag sera żółtego, 6 do 8 ogórków konserwowych, ocet jabłkowy, majonez (ostrzejszy Kielecki będzie najlepiej pasował). 

Wszystkie składniki kroimy w paski równej długości i grubości. Myślę, że tak 5 cm długości i 0,5 cm szerokości będzie idealne. Oczywiście tak na oko, bo przecież nie korzystam z takiej dokładności przynajmniej przy przygotowywaniu sałatek. Proponuję najpierw przemieszać wszystko bez dodatku majonezu, ewentualnie z octem jabłkowym. Octu wystarczą ze dwie łyżki, nie więcej. Po prostu na sucho składniki się łatwiej przemieszają, potem będzie trudniej. Do przemieszanych składników dodajemy kilka łyżek majonezu, sól i pieprz do smaku. Ser i mortadela są dość suche więc ze 4 łyżki majonezu trzeba dodać. Sałatka jest bardzo dobra w smaku, lekko octowa, ale przy serze żółtym i mortadeli, to nawet pasuje, do tego octowości nadają również ogórki konserwowe. Ja już nie dodawałem ziemniaków, jak to jest w niektórych przepisach. Znalazłem również, że zamiast ogórków konserwowych dodaje się kiszone i dolewa trochę tej wody spod ogórków. Może tej wersji kiedyś spróbuję, ale ziemniaków nie będę dodawać. 

Trzeba przyznać że sałatka jest dość ciężka kalorycznie, ale w smaku przepyszna i chce się ją jeść i jeść. Ja też dbam o kondycję fizyczną i dobrą formę, ale jak systematycznie dbamy o aktywność sportową i niezbyt często pozwalamy sobie na takie przekąski, to wszystko jest dozwolone. W końcu takie przyjemności później nas motywują do ćwiczeń ;). Oto kolejny prosty i do tego tani przepis na moim blogu, kto chce spróbować gorąco polecam. Wierzę, że Wam też posmakuje.

Sałatka ziemniaczana z boczkiem

To chyba jedna z najprostszych i najsmaczniejszych sałatek jakie ostatnio jadłem. Spróbowałem jej na spotkaniu u znajomych i zakochałem się w tym smaku od pierwszego kęsa. Oczywiście sam już ją robiłem dwa razy. Jest obłędnie smaczna i prosta w wykonaniu. Do sałatki potrzeba 2 kg ziemniaków sałatkowych, 40 dag boczku, 4 lub 5 łodyg selera naciowego, majonez, sól i pieprz do smaku, ja jeszcze dodaję suszone oregano. 

Ziemniaki obieramy i gotujemy około pół godziny, a następnie studzimy. Musimy pilnować by się nie rozgotowały, bo potem nie pokroimy ich w kostkę. W międzyczasie możemy sobie przygotować boczek i selera. Boczek kroimy w małą kostkę i dobrze wysmażamy, no oczywiście pamiętając by nie wyszedł zbyt spieczony bo będzie za twardy, a nie chodzi nam o twarde skwarki. Selera kroimy w cieniutki talarki, jeśli łodygi są dość szerokie możemy je najpierw przeciąć wzdłuż na pół i dopiero kroić w cieniutkie talarki.  Dobrze wystudzone ziemniaki kroimy w średniej wielkości kostkę. Ciepłe ziemniaki będzie trudno kroić i mogą się po prostu kruszyć. Następnie mieszamy ze sobą wszystkie składniki czyli ziemniaki, selera i boczek na sucho, z dodatkiem pieprzu i oregano. Łatwiej jest wymieszać po prostu ze sobą wszystkie składniki nim dodamy majonez. Róbmy to jednak ostrożnie by ziemniaki się nam nie rozpadły. Do przemieszanych składników dodajemy kilka łyżek majonezu. Ja użyłem ostrzejszy majonez kielecki i łagodniejszy babuni, dobrze jest połączyć majonez ostrzejszy z  łagodniejszym, wtedy smak sałatki będzie lepszy. Prawda jakie proste, a jak spróbujecie, sami zobaczycie jaka pyszna jest ta sałatka,, polecam…

Pag, Vidalići i 16 godzinna podróż samochodem, czyli moje wakacje w Chorwacji

Vidalići

Wakacje już dawno minęły, ale ciągle jakoś brakowało czasu by coś napisać o moich kolejnych podróżach. Piszę tutaj również o moich wyprawach więc i tym razem postanowiłem się podzielić z Wami wspomnieniami, tym co warto zobaczyć lub posmakować w miejscach, które odwiedzam, temu w sumie poświęcony jest mój blog. 

Cudowny widok z okna

W tym roku urlop spędziłem w ulubionej przez Polaków Chorwacji. Co można powiedzieć o Chorwacji, to zawsze mamy zagwarantowaną słoneczną pogodę, choć woda jak dla mnie była ciut za zimna. No dobra, jeden dzień lał deszcz i przez jedną noc wiał tak silny wiatr, że nie dało się spać, ale potem nad ranem były tak niesamowite chmury przed wschodem słońca, że o 5 rano poszedłem nad morze robić zdjęcia. Zresztą sami możecie zobaczyć na załączonych zdjęciach, że były cudowne. Naszą destynacją była wyspa Pag, a dokładniej miejscowość Vidalići. Największym problemem jest czasochłonny dojazd, który zajmuje około 12 godzin, ale widoki i lokalne jedzenie, wynagradzają trudy podróży. Można oczywiście wybrać krótszą opcję podróży, czyli  samolot do Zadaru i stamtąd wypożyczyć samochód. Jednak w czasach pandemii najlepszym i najbezpieczniejszym rozwiązaniem jest własne auto. Niestety przez 4-godzinny, nieplanowany postój na granicy węgiersko-chorwackiej w Letenye,  nasza droga wydłużyła się do 16 godzin, czym byliśmy dosyć mocno poirytowani. Wyjechaliśmy z domu w piątek wieczorem więc na granicy byliśmy w sobotę nad ranem i to był największy błąd, zdecydowanie mniejszy ruch jest w ciągu tygodnia, a nie w weekendy. Droga przez Węgry chyba jest najszybszą, a przynajmniej mniej ruchliwą i zakorkowaną trasą. Na wyspę Pag można dostać się promem, jadąc na Rijekę, a następnie malowniczą trasą wzdłuż wybrzeża do Prizny lub przeprawą mostową jadąc drogą E71 na Zadar. Jadąc w tamtą stronę wybraliśmy prom, a wracaliśmy lądem przez Paski Most. Prom odpływał w godzinnych odstępach czasu, a oczekiwanie w kolejce samochodowej w 40-stopniowym upale było nie lada wyzwaniem po tylu godzinach jazdy.

Pag jest kosmiczną wyspą, pełną głazów i kamieni, zwłaszcza od strony stałego lądu. Jadąc od przystani promowej w Žigljen, czujemy się jakbyśmy wylądowali na księżycu. Tylko skały i gruzowiska, nic więcej. Krajobraz zmienia się dopiero od środka wyspy, jest bardziej przyjazny i zielony. Samo Vidalići to mała, typowo turystyczna, urokliwa miejscowość. Nie ma tam nawet sklepu. Tylko apartamenty wypoczynkowe, kilka knajpek i jedna piekarnia. Nie szukaliśmy wielkiego kurortu, ale ciszy i spokoju, więc miejsce było idealnym wyborem. Miejscówkę poleciła nam koleżanka, która od lat tam spędza urlop. Zreszta, czego potrzeba więcej jak masz dobre towarzystwo, cudowną pogodę i doskonałe jedzenie. 

Najbliższym dużym miastem jest Novalja, gdzie znajduje się kilka marketów spożywczych, cała masa drobnych sklepików i restauracji. Droga do Novalji jest bardzo prosta więc bez problemu dojedziemy autem z Vidalići, dojazd zajmuje około 15 minut, a markety znajdują się na obrzeżach miasta. Apartament mieliśmy bezpośrednio nad morzem, więc zejście na plażę nie było problemem. W każdej chwili mogliśmy wrócić do apartamentu. Vidalići, nie jest położone od otwartego morza, ale nad zatoką, więc nie mamy co liczyć na większe fale. Po drugiej stronie zatoki znajduje się Zrce Beach, to taka chorwacka Ibiza. Miejscówka z plażą, barami i dyskotekami oraz miejscami noclegowymi, idealna dla chętnych imprezowych wrażeń i tańca. Tam dyskoteka trwa prawie 24 godziny na dobę, a muzykę a raczej basowe umca umca słychać było u nas do 3 nad ranem. 

W Vidalići można odpocząć i zrelaksować się, ale jeśli chcemy coś więcej zobaczyć polecam wybrać się do Novalji, Pagu, czy Zadaru. Przez pandemię my odwiedziliśmy tylko Novalję i Pag, do Zadaru już się nie udaliśmy, było zbyt dużo zachorować. Tak na marginesie Pag to wyspa, ale i miasto.

Novalja to już znacznie większy kurort turystyczny. W okolicy nadbrzeża jest cała masa restauracji, knajp i sklepików z pamiątkami. Jeśli wybieramy się tam autem, polecam pozostawić samochód na parkingu przy ulicy  Obala Petra Krešimira IV i zrobić sobie spacer promenadą, zatrzymać się na kawę w kafejce na nadbrzeżu, patrzyć w morze i cieszyć chwilą. Kto wybiera się na urlop camperem, może skorzystać z Campingu Straško, nasi znajomi tam nocowali, muszę przyznać, że bardzo dobre warunki.

Most Katine

Zdecydowanie bardziej zabytkowym miastem jest Pag, te wąskie uliczki, kamienne białe chodniki i jasne elewacje, to typowe dla chorwackich starych miast. Uwielbiam ten klimat. Do Pagu dojazd zajmie nam około 40 minut z Vidalići. Miasto Pag znane jest też z pozyskiwania soli z wody morskiej. Można odwiedzić muzeum soli, niestety przez pandemię odpuściliśmy sobie wchodzenie do środka. Jadąc od ulicy Lokunja, proponuję zatrzymać się na jednym z pobliskich parkingów i rozpocząć zwiedzanie miasta na własnych nogach. Niesamowity jest Most Katine, przeniesiony niczym z Wenecji. A te uliczki, co tu dużo mówić po prostu trzeba się w nich zagubić i spokojnie przemierzać jedną po drugiej, niemal każda ma jakiś urokliwy zakątek. Jadąc do Pagu warto się też zatrzymać w punkcie widokowym na górze, skąd rozpościera się cudowna panorama na miasto i zatokę. Zresztą wzdłuż całej drogi z Vidalići do Pagu jest wiele punktów widokowych, w których można zrobić cudowne zdjęcia.

Niestety o Zadarze Wam nic nie napiszę, bo nie odwiedziliśmy tego miasta. Zadar nie znajduje się bezpośrednio na Pagu, ale spędzając wakacje na wyspie możemy tam się wybrać, gdyż nie jest aż tak daleko. 

Tyle udało się nam zobaczyć podczas 10-dniowego pobytu na wyspie Pag. Jest to bez wątpienia idealna chorwacka destynacja na spokojny urlop z dala od zgiełku i tłumu turystów. Kto jednak szuka rozrywkowych wrażeń znajdzie je bez problemu w Zrce Beach, tam impreza trwa cały czas, a po nocy pełnej szaleństw będzie mógł odpocząć nad brzegiem morza.

Owoce morza, caldo verde i pastéis de nata, typowe smaki Porto

Opisałem już Wam moje wspomnienia z pobytu w Porto, to co widzieliśmy, gdzie byliśmy, co warto zobaczyć. Ale Porto nie istnieje bez porto i tej doskonałej kuchni, której możemy tam zasmakować. Porto to wysokoprocentowe wino, wytwarzane z winogron zbieranych w dolinie rzeki Duoro, produkowane w miejscowości Vila Nova de Gaia, która leży nad rzeką Duoro na przeciwległym brzegu rzeki w stosunku do Porto. Do tych magazynów wina najprościej dostać się przez most Ponte Luis, ten niesamowity most, po którym jedzie tramwaj. Magazyny wina ciągną się już od samego brzegu rzeki. Bez wątpienia warto się tam wybrać, jak mamy więcej czasu i zwiedzać te winiarnie, degustując różne rodzaje porto, a jest ich na pewno  kilkanaście jak ruby, dawny, ja próbowałem pink. Wino pyszne ale zdradliwe, jeśli wiecie o czym mówię… My nie mieliśmy czasu przy tak krótkim pobycie na włóczenie się po tych winnych magazynach, ale oczywiście kupiliśmy sobie butelkę i degustowali na plaży w promieniach zachodzącego słońca. 

Przejdźmy jednak do samej kuchni portugalskiej. Owoce morza są obłędne, tak dobrej sałatki z ośmiornicy nigdy nie jadłem. Nie spotkałem miejsca, w którym by mi coś nie smakowało. Oczywiście restauracje Ribeiry nastawione są głównie na turystów i jest tam trochę drożej niż w innych miejscach, ale równie smacznie. Kto chce jednak zakosztować prawdziwej uczty z owoców morza polecam wycieczkę do Matosinhos, dla mnie to taka dzielnica portowa, ale to odrębna miejscowość, położona obok Porto, do której dojedziemy autobusem linii 500 z samego centrum.  Ten zapach ryb i owoców morza wieczorami roznosi się po całej okolicy, jeśli udamy się na spacer Rua Heróis de França, aż trudno zdecydować się które miejsce wybrać. My pierwszego wieczora trafiliśmy do restauracji O Antonio, jedzenie było tak dobre, że wróciliśmy w to samo miejsce w sobotę. Przemiła obsługa, klimatyczny lokal, a jedzenie doskonałe. Za pierwszym razem jedliśmy owoce morza z ryżem, podawane w rondelkach, coś niesamowitego, danie miało konsystencję zupy, choć jesz tylko owoce morza z ryżem, ale nie sposób było nie pić łyżką tego sosu. Ta esencja smaku oceanu była porażająca, ten płyn w tym daniu był najsmaczniejszy. Może to wyglądało śmiesznie, ale z koleżanką zajadaliśmy się tym sosem, pijąc go wprost z chochli, reszta naszej paczki była bardziej powściągliwa. Kolejnego dnia każdy wybrał już coś innego by spróbować nowych dań. Sałatka z ośmiornicy ze świeżą kolendrą była obłędna, a sposób podania grillowanych krewetek wprawił nas w osłupienie. Wszystko było równie doskonałe, jak pierwszego wieczoru. Tą restaurację możecie wybrać w ciemno, nie zawiedziecie się. Niedzielnego wieczoru, tuż przed wylotem, nie chciało się nam już jechać do portu i kolację zjedliśmy w Ribeirze. Próbowaliśmy caldo verde, czyli zieloną zupę, taki portugalski kapuśniak. 

Typowym daniem kuchni lokalnej jest francesinha, czyli kanapka z chleba tostowego z różnymi rodzajami mięsa, wieprzowiną, mortadelą lub parówkami z dużą ilością sera w sosie pomidorowym, pochodząca właśnie z Porto. Z uwagi na jej popularność warto jest spróbować francesinhę choć raz, więcej razy nie polecam, bo jest bardzo kaloryczna. Porto znane jest również z pastéis de nata, czyli babeczki budyniowej z ciasta francuskiego z kremem budyniowym. Ciastko to kupimy praktycznie w każdej kawiarni. Warto jest wypić kawę i zjeść to ciastko w słynnej Majestic Cafe, tańszym rozwiązaniem będzie zwykła kawiarnia, ale nie będziemy mieli tych wrażeń estetycznych co w Majestic Cafe.

Wycieczka do Porto jest niesamowitym przeżyciem. Połączenie klimatu miasta, bliskości oceanu, doskonałej kuchni pozostawia niezapomniane wspomnienia. Jeśli jeszcze nie byliście tam, koniecznie wybierzcie się. Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze kiedyś tam pojechać, bo w Porto zakochać się można od pierwszego spaceru. 

Ponte Luis, Ribeira, niebieskie azulejos i palmy, czyli niedziela w Porto

Ribeira

Niedziela była trzecim, a zarazem ostatnim dniem naszego pobytu w porto. Spędzaliśmy ją, każdy na swój sposób, niektórzy pojechali na plażę, a inni wybrali zwiedzanie miasta. Uwielbiam opalać się, ale tym postanowiłem na miasto. Pewnie szybko do Porto nie polecę więc postanowiłem jeszcze zobaczyć trochę miasta. Kocham takie włóczenie się po wąskich uliczkach, krótkie przerwy na kawę, czy winko i dalej w drogę. Wychodząc z hotelu tym razem wybraliśmy inną drogę do centrum. Poszliśmy w kierunku stacji metra Trindade, a następnie Rua da Trindade doszliśmy do Urzędu Miasta, czyli Camara Municipal do Porto. Przed urzędem znajduje się wielki plac, czy aleja Avenida Dos Aliados. Spod ratusza rozpościera się widok na cały plac i okoliczne kamienice ciągnące się wzdłuż alei. Idąc do końca placu dojdziemy do Praça da Liberdade, po którego lewym narożniku, przy końcu, idąc od urzędu miasta, znajduje się budynek dworca kolejowego. O tym już Wam ostatnio pisałem. Tutaj jest również kolejny kościół z niebieską fasadą, Igreja de Santo António dos Congregados. 

Ponieważ tędy szliśmy pierwszego dnia na przystanek tramwajowy, z którego odjeżdżaliśmy na plażę, tym razem skręciliśmy w połowie Avenida Dos Aliados w prawo w Rua da Fábrica, by zwiedzić inną część miasta. Rua da Fábrica przechodzi w Rua de Santa Teresa. Skręcając z niej w lewo w Praça de Guilherme Gomes Fernandes, dojdziemy do kolejnego placu Praça de Gomes Teixeira. Przy placu znajduje się kolejny kościół z niebieskimi azulejos na fasadzie, to Igreja do Carmo. Na placu rosną przepiękne wielkie palmy. Czytałem wcześniej, że  palmy i kościół z taką niebieską fasadą to typowe dla Porto obrazki, udało mi się więc zrobić takie ujęcie, na którym była owa palma, a w tle budynek kościoła. Idąc dalej Praça de Parada Leitão mijamy po lewej stronie Muzeum Historii Naturalnej i dochodzimy do Praça de Lisboa. Pełen zieleni plac, z potężnymi drzewami oliwnymi. Chcieliśmy tam w ogródku usiąść na kawę, niestety wszytko było pozamykane, chyba przez obostrzenia. 

Tutaj też znajduje się kościół kleryków, czyli Igreja dos Clérigos, z górującą nad miastem wieżą.  Widać ją chyba niemal z każdego punktu miasta, widok też jest raczej niesamowity, ale niestety odpuściliśmy sobie wejście do środka. Przy Rua de São Filipe de Nery znajduje się charakterystyczny sklep głównie z sardynkami, z popularną zieloną fasadą, znaną z licznych zdjęć, czyli Casa Oriental, oczywiście ja też zrobiłem tu zdjęcie. Idąc Rua da Assunção, kierujemy się w stronę dworca kolejowego. Tą ulicą jedzie też taki stary tramwaj. Idąc dalej Rua dos Clérigos, kierujemy się w stronę dworca kolejowego. Tymi ulicami jedzie też taki stary tramwaj. Przy placu dworcowym, po przeciwnej stronie budynku dworca znajduje się miła kawiarenka, w której udało się nam wreszcie usiąść by wypić kawę i zjeść słynne portugalskie ciastko, oczywiście za mniejszą cenę niż w Majestic Cafe. Niestety nie pamiętam nazwy tej kafejki. Warto się przejść dalej ulicą Rua Das Flores i pobuszować w licznych sklepach z pamiątkami. Uliczka jest deptakiem przeznaczonym tylko dla pieszych. 

Mniej więcej od tego miejsca, aż do rzeki rozciąga się dzielnica Ribeira, pełna starych uroczych kamienic i wąskich uliczek, w których możemy poczuć  klimat miasta. My poszliśmy główną ulicą Avenida Dom Alfonso Henriques, w kierunku mostu Luisa. Po prawej stronie na wzgórzu znajduje się monumentalna katedra  Sé do Porto. Oczywiście nie weszliśmy do środka tylko porobiliśmy zdjęcia z zewnątrz i na panoramę miasta. Widoki są cudowne. Jeśli natomiast zboczymy w lewo od głównej ulicy dojdziemy do kościoła Igreja de Santa Clara. Kościół bogato zdobiony złotem, jeden z najładniejszych w Porto, podczas naszego pobytu znajdował się w renowacji. Avenida Dom Alfonso Henriques, przechodzi na końcu w Avenida Vimara Peres. Z miejsca, gdzie tramwaj wyjeżdża spod ziemi, rozciąga się niesamowity widok na most i drugą stronę rzeki. Tym sposobem doszliśmy do Ponte Luis. Spacer mostem na drugi brzeg rzeki jest obowiązkowy. Panorama Ribeiry i całego Porto z górującą Wieżą Kleryków jest niesamowita. Perspektywa w obu kierunkach rzeki również robi wrażenie. Na drugim brzegu rzeki Duoro znajduje się park oraz miejscowość Vila Nova de Gaia, ośrodek produkcji porto z magazynami, gdzie przechowywane jest winoo. Tutaj można spędzić wiele godzin na degustacjach i odwiedzinach tych winiarni, jednak my nie mieliśmy na to specjalnie czasu. Warto natomiast zatrzymać się na chwilę w parku, tuż przy moście. Z Jardim do Morro cudownie widać całe miasto. My wróciliśmy tam jeszcze wieczorem by podziwiać zachód słońca i tonące w blasku zachodzącego słońca Porto, z którym musieliśmy się w niedzielny wieczór już żegnać. 

Do wieczora pozostało jeszcze kilka godzin, które wykorzystaliśmy dość intensywnie. Tak dla informacji, przy moście znajduje się również stacja kolejki, którą możemy zjechać na dół do promenady Ribeira de Gaia. My jednak wróciliśmy mostem do Ribeiry. Po tej stronie też jest kolejka, którą możemy zjechać na sam dół. My wybraliśmy schody i zejście wąskimi uliczkami, niemal wyjętymi z Paryża, ale to też jest charakterystyczne dla Porto, te wąski, urocze uliczki, choć czasami zaniedbane. Po tej stronie rzeki znajduje się promenada Cais da Ribeira, pełna turystów, mimo czasu pandemii i obostrzeń. Znajduje się tu cała masa restauracji i kafejek, jednak z uwagi na popularność miejsca, lokale te należą do droższych w mieście. Przeszliśmy się promenadą do końca po drodze zatrzymując na schłodzone piwo i słynną kanapkę z Porto, ale o tym jeszcze nie teraz. 

W planie mieliśmy jeszcze zwiedzanie ogrodów przy Super Bock Arena. Najlepiej dojechać tam tym zabytkowym tramwajem z przystanku Infante, którym dojedziemy do plaży. Przy przystanku znajduje się kościół Sw. Franciszka, Igreja Monumento de São Francisco, również bogato zdobiony wewnątrz. Chcąc dostać się do ogrodów, o których wspomniałem, musimy wysiąść na przystanku Alfândega i kierować się ku górze w stronę parku, tymi wąskimi uroczymi uliczkami. Z parkowego wzgórza rozciąga się panoramiczny widok na most Ponte da Arrábida i całą rzeką. Można tu w cieniu drzew odpocząć po całodziennym zwiedzaniu miasta. Bezpośrednio przy wyjściu z parku  przy ulicy Rua de Dom Manuel II znajdował się przystanek autobusowy. Stąd dojechaliśmy do metra Trindade, a następnie spacerkiem już po kilku minutach byliśmy w hotelu. Musieliśmy sobie trochę odpocząć po kilkugodzinnej pieszej wycieczce po mieście. Wieczorem czekał nas jeszcze spacer na most Luisa, do Jardim do Morro, skąd obserwowaliśmy cudowny zachód słońca. Dzień zakończył się kolacją w jednej z restauracji położonych w Ribeirze. Niestety na jazdę do dzielnicy portowej nie było już czasu. Następnego dnia o 5 rano mieliśmy autobus na lotnisko. Wszystko co dobre kończy się szybko. Ale na pocieszenie będzie jeszcze jeden wpis o smakołykach z Porto i jeśli coś mi się jeszcze przypomni, co warto zobaczyć, to też jeszcze napiszę.

Porto, to nie tylko wino, czyli co warto zobaczyć w tym urokliwym mieście

panorama Porto

Porto, kojarzy mi się z wysokoprocentowym słodkim winem o pięknym rubinowym kolorze. Ale Porto to przede wszystkim jedno z dwóch największych miast Portugalii. Malowniczo położone na wzgórzach od strony Oceanu Atlantyckiego, ale nie nad samym oceanem, tylko nad ujściem rzeki Duoro do oceanu. Najbardziej urokliwa  i najpopularniejsza turystycznie część miasta rozciąga się po obu brzegach rzeki. Nad oceanem znajduje się część portowa w miejscowości Matosinhos i urokliwy deptak prowadzący do plaży, w dzielnicy Foz do Douro. 

Porto jest idealnym miastem na wypad weekendowy z Polski, no może taki lekko przedłużony o jeden dzień weekend. Można powiedzieć, że to niemal cud, iż w czasach pandemii mogłem zobaczyć to piękne miasto. Korzystając z dużych promocji na bilety lotnicze  udało nam się kupić przelot w obie strony za nieco ponad 400 złotych od osoby. To na prawdę doskonała cena za lot do Portugalii, gdyż normalnie cena za przelot w jedną stronę wynosiła ponad 800 złotych. Lot w jedną stronę trwa około 3,5 godziny. Wylot z Polski mieliśmy w piątek przed południem, a powrót w poniedziałek z samego rana. Rozwiązanie idealne gdyż mieliśmy dwa pełne dni i całe piątkowe popołudnie pobytu na miejscu. Samo lądowanie jest już dosyć ekscytujące, gdyż samolot schodził do lądowania od strony lądu, przelatując nad samym centrum, więc wszystko idealnie było widać z góry. Jeśli dobrze pamiętam około 14.00 byliśmy już w Porto. Na miejscu przywitało nas piękne słońce i bezchmurne niebo. Z lotniska do centrum jechaliśmy metrem. Przystanek metra znajduje się przy terminalu więc nie musimy się nigdzie specjalnie przemieszczać. Nie mogliśmy kupić kilkudniowego biletu w automacie, co jest idealnym rozwiązaniem na tak krótki pobyt, więc polecam zakup w okienku informacyjnym, które znajduje się w terminalu po drodze do stacji metra. W przeciwnym razie trzeba kupić jednorazowy bilet i potem dokupić sobie już według uznania w centrum miasta. Metro jedzie do centrum około 40 minut. Wysiedliśmy na stacji metra Trindade, gdyż hotel mieliśmy zarezerwowany w pobliżu, dosłownie 10 minut spacerem. Pokój może nie był za duży, ale łóżko wygodne, do tego klimatyzacja, która o tej porze roku nie była konieczna na szczęście i super nowoczesna łazienka. Wyposażenie pokoju skromne, ale wystarczające na tak krótki pobyt. Jeśli jeszcze kiedyś pojadę do Porto, chyba bym wybrał ten sam hotel. Stay Hotel Porto Centro Trindade położony przy Rua de Gonçalo Cristóvão.  Trzeba przejść na drugą stronę stacji i uliczką Travessa de Alferes Malheiro dojdziemy do samego hotelu. Przy hotelu znajduje się charakterystyczna cylindryczna bryła piętrowego parkingu, a przy wejściu do hotelu przystanek autobusowy. Tyle w kwestiach logistyczno transportowych.

Plaże ciągną się aż do portu Leixoes w Matosinhos. Wzdłuż plaży ciągnie się również chodnik, który na odcinkach ma bardziej lub mniej spacerowy charakter. Sam zachód słońca nad oceanem był cudowny, tym bardziej, że wylatując z Polski, pogoda była taka sobie. Lekkie fale i poświata na wodzie, którą dawało słońce chylące się ku zachodowi, po prostu wspaniale. Plaża była zamknięta, ale nam to nie przeszkadzało, usiedliśmy sobie na piasku pod murem w pobliżu latarni morskiej. Do tego schłodzone piwo, oliwki i serek, cóż więcej potrzeba w takim miejscu. Środek pandemii, a my siedzieliśmy na plaży nad oceanem niemal nie do uwierzenia. Takie chwile mogłyby trwać wiecznie. Po zmroku udaliśmy się spacerem w kierunku dzielnicy portowej. Studiując informacje o Porto przed wylotem wyczytałem, że w porcie serwują najlepsze owoce morza, no i nie zawiodłem się, ale o tym czego próbowaliśmy w Porto w kolejnym wpisie dzisiaj skupię się na atrakcjach turystycznych. Mogę tylko powiedzieć że pierwszy wieczór w Porto zakończyliśmy doskonałą kolacją, z owocami morza w roli głównej.

Kolejny dzień przeznaczony był głównie na plażowanie, ale i częściowo na zwiedzanie miasta. Na plażę trzeba dojechać autobusem, a ponieważ przystanek znajdował się w okolicach dworca kolejowego, więc idąc do dworca można było już coś ciekawego zwiedzić. W pobliżu naszego hotelu zaczynał się główny deptak spacerowy, czyli Ulica Świętej Katarzyny. Prawdę mówiąc ulica ta zaczyna się nieco wcześniej, ale formę deptaka dla pieszych ma dopiero od skrzyżowania z Rua Guedes de Azevedo, czyli w pobliżu naszego hotelu. Idą w kierunku rzeki  przy stacji metra Bolhao mijamy Kaplicę Dusz z przepiękną fasadą wykonaną z ręcznie malowanych płytek ceramicznych azulejos w kolorze niebieskim, ten kolor i takie zdobienie kościołów czy kamienic są charakterystyczne dla Porto i spotykamy je co i rusz na fasadach budynków. Jest to jeden z piękniejszych kościołów w Porto, niestety my odpuściliśmy sobie zwiedzanie. Biorąc pod uwagę sytuację pandemiczną by ograniczyć ryzyko zarażenia zrezygnowaliśmy ze zwiedzania zabytków w środku. W tej samej okolicy, przy bocznej ulicy położona jest również miejska Hala Targowa. Niestety podczas naszego pobytu znajdowała się w remoncie i nie można było wejść do środka, czego bardzo żałuję, gdyż kocham te miejskie stare hale targowe. Przy Ulicy Świętej Katarzyny znajduje się również niesamowita kawiarnia Majestic Cafe, obowiązkowy punkt odwiedzin podczas wizyty w Porto. Wnętrze kawiarni jest bardzo zabytkowe i ono najbardziej przyciąga turystów by wejść do środka. Na szczęście o 9 rano było tam jeszcze dosyć pusto więc postanowiliśmy wstąpić na kawę i słynne portugalskie ciastko, oczywiście lekko przepłacając za miejscówkę, ale cóż przynajmniej zrobiliśmy zdjęcia. O ciastku napiszę wkrótce, we wpisie o portugalskiej kuchni.

Przy rozwidleniu z Ulicą Świętego Ildefonsa znajduje się kolejny kościół o charakterystycznej niebieskiej fasadzie, to Kościół Świętego Ildefonsa. W tym miejscu zakończyliśmy spacer deptakiem i skręciliśmy w Rua de 31 de Janeiro, kierując się w stronę dworca kolejowego, z okolic którego odjeżdżał nasz autobus na plażę. Budynek dworca jest zabytkowy, a jego wnętrza wprawiają w zachwyt. Tu też całe ściany wyłożone są tymi ręcznie malowanymi płytkami w kolorze niebieskim. Warto wejść do środka i zrobić zdjęcia. Ponieważ mieliśmy kilkanaście minut do odjazdu autobusu, chwilę jeszcze przeszliśmy się deptakiem Rua das Flores, gdzie znajduje się całe mnóstwo knajp, restauracji i sklepów z pamiątkami. W to miejsce wróciliśmy dopiero następnego dnia. Autobus jednak szybko przyjechał i resztę dnia spędziliśmy na plaży. Ocean był zimny, ale słońce na tyle mocno grzało, że można było siedzieć tylko w strojach kąpielowych. Na plaży odpoczywaliśmy niemal do zachodu słońca. Tak nam minął kolejny dzień, oczywiście zakończony pyszną kolacją w dzielnicy portowej. O tym, co jeszcze warto zobaczyć w Porto, które miejsca odwiedzić i gdzie można smacznie zjeść już niedługo. Niedzielę spędziliśmy na spacerze po centrum, ale to opiszę Wam w kolejnym wpisie.