Klify i kamieniste plaże Normandii od Le Tréport i Fécamp, po Étretat

Kolejnym celem naszej podróży przez Normandię było Étretat. Jest to niewielkie miasteczko położone nad Kanałem La Manche w środkowej części Normandii. Podróż z Dunkierki do Étretat zajmuje około 4 godzin jazdy samochodem. 

Le Trepot

Po drodze mieliśmy jeszcze zaplanowane zwiedzanie dwóch miejscowości na wybrzeżu Le Tréport i Fécamp. Są to bardzo urokliwe niewielkie miejscowości portowe, dość podobne do siebie. Wzdłuż wybrzeża portowego ciągnie się można powiedzieć promenada spacerowa, przy której znajdują się piękne kamieniczki z restauracjami, kafejkami i piekarniami, umiejscowionymi w części parterowej budynków. Podczas naszego pobytu w Le Tréport odbywał się targ więc to całe nabrzeże było zapełnione straganami, że aż ciężko było się przemieszczać w ogromnym tłumie ludzi, który temu towarzyszył.  

Fecamp

W Fécamp było już znacznie spokojniej. Oba miasteczka są niesamowite zadbane, pełne zieleni, a różnorodność kwiatów na klombach po prostu powala swoim urokiem. Zarówno Le Tréport, jak i Fécamp mają swoje niewielkie plaże, jednak należy pamiętać, że plaże w tej części Normandii są kamieniste. Największe wrażenie robią strome klify ciągnące się na prawo i lewo od plaży w obu miasteczkach. Gorąco polecam odwiedzić te miasteczka, jeśli będziecie planować sobie podróż do Normandii. Nie wątpię, że i Was zauroczą, tak jak i mnie. 

Etretat

Naszym punktem docelowym i miejscem, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg tego dnia, było Étretat. Étretat nie jest miasteczkiem portowym, jak wcześniejsze miejscowości, które odwiedziliśmy. To typowo turystyczna miejscowość bez portu, ale za to chyba z najpiękniejszymi i najpopularniejszymi klifami Normandii. Centrum miasteczka to dosłownie kilka krzyżujących się ulic, po których w ciągu dnia przewijają się tłumy turystów, że aż ciężko przejść. Natomiast po godzinie 19.00, miasto wygląda niemal jak wymarłe. Prawie wszystkie sklepy i duża część restauracji jest już pozamykana, a po ulicach przewijają się już nieliczni o tej porze turyści. 

Największą atrakcją Étretat są jednak klify, które możemy podziwiać z plaży. W dniu przyjazdu podziwialiśmy te klify popołudniową porą i o zachodzie słońca. Wzdłuż krawędzi klifów znajdujących się po obu stronach plaży ciągną się ścieżki spacerowe, skąd możemy podziwiać całą panoramę z góry, a robi ona naprawdę niesamowite wrażenie. Oczywiście my też wybraliśmy się na taki spacer po klifach, a widok z góry był cudowny. Kolejnego dnia o 7.00 rano wybrałem się jeszcze raz sam na spacer po klifach, by porobić zdjęcia o wschodzie słońca. Nie było tych tłumów turystów więc spacer był bardzo przyjemny, a widoki oszałamiające. Należy jednak uważać spacerując, by nie podejść zbyt blisko urwiska by nie skończyło się to wypadkiem. Étretat jest cudowne i urokliwe. Za dnia pełne turystów, a wieczorami i o poranku ciche, puste i melancholijne. Tak kończył się kolejny etap naszej podróży przez Normandię. Tym razem nie udało się skorzystać z rowerów, bo w tych wszystkich miasteczkach tłum turystów był tak duży, że nie dałoby się pojeździć, a szlaki piesze na szczycie klifów i wspinaczka pod górę również nie pozwalały na jazdę rowerem.

Przyrodnicze atrakcje Edynburga

Edynburg, to nie tylko zamek, Trakt Królewski i New Town. To miasta posiada również wiele ciekawych atrakcji przyrodniczych. Jeden dzień pobytu postanowiliśmy więc poświęcić na poznawanie Edynburga od tej strony. Oczywiście wcześniej zaplanowałem miejsca, które chcemy zobaczyć i plan dojazdu do nich. 

Ten dzień zaczęliśmy od Holyrood Park. Jest to wzgórze znajdujące się po południowo-wschodniej stronie miasta. Tak jak wspominałem we wcześniejszych wpisach mieszkaliśmy przy Clerk St, a dokładnie 10 minut spacerem od tego miejsca. Skręcając z Clerk St w lewo, na skrzyżowaniu z E Preston St, już było widać okazałe wzgórze. Z daleka wydaje się mniejsze niż w rzeczywistości. W ciągu kilku minut byliśmy już na ścieżkach spacerowych, prowadzących w różnych kierunkach. My wybraliśmy tę opisaną na mapach jako Salisbury Crags, ciągnie się ona krawędzią wzgórza od strony centrum Edynburga skąd rozciąga się cudowny widok na całą panoramę miasta. Widać stąd zamek, Calton Hill i ruiny Holyrood Abbey, opactwa, o którym pisałem we wcześniejszym wpisie. Nie odwiedziliśmy tych ruin spacerując po centrum, za to teraz mogliśmy je podziwiać z góry. Salisbury Crags ciągnie się wzdłuż niższej części  całego wzgórza. Chętni mogą wejść na wyższą część gdzie znajduje się Arthur’s Seat. Jeśli komuś nie zależy na widokach lub nie chce się wspinać, może odbyć spacer ścieżkami ciągnącymi się między dwoma wzniesieniami  Holyrood Park. Ze wzgórza zeszliśmy w kierunku Queen’s Dr, ulicy przy której rozciągają się wielkie błonia, gdzie można sobie spokojnie urządzić piknik na trawie po trudach wspinaczki na szczyt wzgórza. Po krótkim odpoczynku udaliśmy się w kierunku Meadowbank Sport Centrę, gdzie znajdował się przystanek autobusowy. Idąc między domkami jednorodzinnymi, można przejść przez tunel znajdujący się pod torami, niż iść aż do głównego skrzyżowania.

Kolejnym punktem tego dnia była plaża i morze. Wcześniej, oczywiście sprawdziłem linie autobusowe kursujące w kierunku plaży. Autobusem dojechaliśmy do przystanku Wakefield Avenue, skąd było 3 minuty spacerem do plaży Portobello. No niestety o tej porze roku morze było jeszcze dość zimne, zresztą Morze Północne z natury jest zimne, podobnie jak Bałtyk, ale szeroka plaża idealnie nadaje się do spacerowania. Tego dnia, podobnie, jak i poprzednich dopisywała nam cudowna pogoda. W słońcu na pewno było około 25°C.

Na plaży mogliśmy spędzić pół dnia, jednak zależało mi jednak jeszcze na odwiedzeniu Royal Botanic Garden Edinburgh, a dochodziła już 15.00. Udaliśmy się więc w kierunku przystanku autobusowego przy Portobello High St, skąd dojechaliśmy właśnie w pobliże ogrodu botanicznego. O tej porze roku cudownie kwitną rododendrony więc chciałem je zobaczyć. Niestety przez wyjątkowo ciepła wiosnę na wyspach rododendrony już prawie przekwitły, ale na szczęście udało mi się zrobić kilka zdjęć. Nie było już czasu by spokojnie pospacerować po ogrodzie, gdyż zamykany był o 17.00, a my tam dotarliśmy pół godziny wcześniej, a ogród nie działa to tak, że ci co są w środku mogą jeszcze spokojnie spacerować, tylko o 17.00 chodzi pan i trąbi na trąbce nawołując wszystkich do wyjścia. Tak czy owak atrakcja została zaliczona. Nadmieniam, że wstęp do ogrodu jest bezpłatny. Do domu wróciliśmy już uberem, gdyż całodzienna wycieczka i wyjątkowo mocno grzejące słońce dały się nam we znaki i wszyscy byli już mocno zmęczeni, a kolejnego dnia czekało jeszcze na nas New Town. 

Spędzając kilka dni w Edynburgu, warto jeden poświęcić na poznawanie przyrody tego miasta. Oprócz wspomnianych miejsc, które opisałem powyżej jest jeszcze wiele innych ciekawych, gdzie można odpoczywać na łonie natury, jak The Meadows, położone w południowej części miasta, czy znajdujące się w centrum Princes Street Gardens z fontanną Ross, skąd rozciąga się widok na wzgórze zamkowe.

Edynburg zauroczył nas. Na pewno przyczyniła się też do tego pogoda, nietypowa jak na Szkocję. Nie było deszczu, wiatru, tylko lazurowe niebo i pełne słońce towarzyszyły nam przez wszystkie dni. Architektura Edynburga zachwycą swoją magią, tych cudownych, kamiennych starych kamienic, urokliwych zakątków, krętych uliczek, a przyroda pozwala odpocząć i zrelaksować się. Bez wątpienia Edynburg należy do tych miast, które warto odwiedzić. Kończąc moje opowieści o tym mieście, mam nadzieję, że komuś może się one przydadzą i wykorzysta je planując swój pobyt w mieście Harrego Pottera i słynnej whisky.

Od Dean Village po Scott Monument, ciekawostki New Town Edynburg

Kolejnego dnia wycieczki po mieście, podziwialiśmy  piękno przyrody Edynburga, ale o tym napisałem Wam w odrębnym wpisie. W niedzielę wybraliśmy się natomiast do dzielnicy New Town. Zaczęliśmy od spaceru po Dean Village. Miejsce to zauroczyło mnie, kiedy zobaczyłem zdjęcia na street view w Internecie. Już wtedy wiedziałem, że też muszę się tam przejść. Do Dean Village dojechaliśmy z naszego mieszkania autobusem, by nie tracić czasu na godzinny spacer w jedną stronę. Od głównej ulicy, czyli Lynedoch Pl, trzeba skręcić w Bells Brae i przejść się Hawthornbank by z mostku podziwiać cudowną panoramę rzeki z ciągnącymi się wzdłuż jej brzegów kamienicami. Miejsce na żywo robi jeszcze większe wrażenia niż na zdjęciach. Po przejściu przez mostek i oczywiście obowiązkowych zdjęciach przeszliśmy ulicą Damside i przez Deans Brae Bridge udaliśmy się szlakiem spacerowym wśród zieleni nad rzeką w stronę Circus Ln.

Circus Ln, to kolejna magiczna uliczka, niczym wyjęta z bajki, zabudowana malutkimi domkami i z cudowną zielenią wkoło. Niestety bardzo trudno jest tam zrobić zdjęcie by nikogo nie było, bo jest to również bardzo popularny punkt  turystyczny. Po krótkiej sesji zdjęciowej udaliśmy się w kierunku kwartału między ulicami Queen, George i Princes. To takie centrum handlowe Edynburga z butikami, popularnymi sklepami sieciowymi i restauracjami.

Przy Princess St znajduje się charakterystyczny Scott Monument, pomnik poświęcony pamięci pisarza sir Waltera Scotta, górujący nad całą okolicą. Polecam też przespacerować się wąską Rose St, chyba najciekawsza uliczka w tym kwartale New Town. Po krótkich zakupach w okolicznych sklepach, przez dworzec kolejowy udaliśmy ponownie w kierunku starego miasta i traktu królewskiego. Tam jeszcze poczyniliśmy ostatnie zakupy w sklepikach z pamiątkami i zjedliśmy nasz ostatni obiad w Edynburgu, oczywiście fish&chips. Niestety nie udało się już odwiedzić wzgórza Calton znajdującego się przy końcu Princess St, z budowlami przypominającymi ruiny greckich świątyń. Po dwóch dość forsownych dniach postanowiliśmy już w wolniejszym tempie zwiedzać miasto. Na szczęście cały czas dopisywała nam pogoda, z cudownym słońcem, błękitnym niebem i niemal letnimi temperaturami, co należy do rzadkości o tej porze roku w Edynburgu. Tego dnia też spacerem, mimo iż bardzo zmęczeni wróciliśmy do naszego mieszkania. 

Mam nadzieję, że trochę przybliżyłem Wam najciekawsze atrakcje Edynburga i miejsca, które koniecznie trzeba odwiedzić. Dla mnie obowiązkowym „must see” Edynburga to trakt królewski z przyległymi ulicami, Dean Village i Circus Ln. Przyznam uczciwie, że oprócz Greyfriars Kirkyard, nie odwiedziliśmy innych miejsc związanych z Harrym Potterem, ale to co zobaczyliśmy pozostanie na zawsze w pamięci. Edynburg, to magiczne i bardzo przyjazne miasto z cudownymi uliczkami, wąskimi zakamarkami i tymi  niesamowitymi kamienicami zbudowanymi z kamienia. Jak będę miał okazję z chęcią wybrałbym się tam ponownie za kilka lat. A Wy nie czekajcie, tylko już planujcie wycieczkę do Edynburga.

Skarby Gór Świętokrzyskich w multimedialnej oprawie

Jest takie przysłowie, w którym znajduje się wiele prawdy, cudze chwalicie, swego nie znacie. Byłem już kilka razy za oceanem, a jeszcze wielu atrakcji ze swoich okolic nie znam. Korzystając z okresu wakacyjnego, kiedy takie miejsca nie są oblegane przez wycieczki szkolne, zabrałem ostatniego lata moją Siostrzenicę w okolice Nowej Słupii w Górach Świętokrzyskich. Chyba mogę powiedzieć, że mieszkam otoczony Górami Świętokrzyskimi, ale wielu ciekawych miejsc znajdujących się w najbliższej okolicy nie poznałem. Region ten znany jest z wydobycia i przetwórstwa rud żelaza, którego początki sięgają jeszcze czasów sprzed naszej ery. Obecnie to już tylko wspomnienie, historia, pozostałości po dawnych miejscach wydobycia i piecach, w których wytapiano rudę. 

Wycieczkę zaczęliśmy w Muzeum Starożytnego Hutnictwa Świętokrzyskiego w Nowej Słupii. Muzeum funkcjonuje od 1960 r., jednak w obecnym kształcie otwarte zostało w 2021 r., zyskując nowoczesny budynek i ciekawą wystawę multimedialną. Dla pasjonatów historii hutnictwa jest to bez wątpienia obowiązkowy punkt odwiedzin podczas pobytu w Górach Świętokrzyskich. Każdy powinien znać historię swojego regionu więc warto było się tam również wybrać by poznać trochę historii regionu, w którym się wychowałem i mieszkam. Oprócz wystawy multimedialnej wyświetlany jest również krótki film o tym jak powstał świat w którym żyjemy i co miało z tym wspólnego żelazo. Takie miejsce obowiązkowo powinny odwiedzać szkolne wycieczki, taka forma nauki byłaby chyba ciekawsza niż zwykła lekcja. Zainteresowanych historią wydobycia i przetwórstwa żelaza, również zachęcam do odwiedzenia tego nowoczesnego muzeum.

W niedalekim sąsiedztwie muzeum znajduje się Park Legend. Z jednego do drugiego miejsca możemy przejść spacerem, przez zaaranżowaną osadę średniowieczną. Park Legend, to rozrywka bardziej dla dzieci niż dla dorosłych, choć jako mieszkaniec świętokrzyskiej krainy z chęcią odwiedziłem to miejsce. W Parku w 11 salach multimedialnych przedstawianych jest 13 legend związanych z regionem świętokrzyskim, m.in. o powstaniu Kielc, Gołoborzy, czy związanych z sabatem czarownic na Łysej Górze. Muszę przyznać, że nie wszystkie były mi znane. Całość jest urządzona w ciekawy i zachęcający do posłuchania opowieści sposób. Na koniec jest możliwość odbycia lotu na wirtualnej miotle, a dokładniej siadamy na ruchomym fotelu kinowym i w trójwymiarowych goglach odbywamy wycieczkę na wirtualnej miotle przez nasz region. W budynku Parku znajduje się mała kawiarnia oraz sklep z pamiątkami.

Tego samego dnia udało się nam jeszcze odwiedzić Harmonię – Świętokrzyską Zagrodę w Hucie Szklanej, która oddalona jest o 12 kilometrów od Parku Legend i opisywanego wcześniej muzeum. Jest to multimedialna ekspozycja, można powiedzieć makieta dawnej świętokrzyskiej wsi, zaaranżowana w budynku, który z zewnątrz przypomina nowoczesną stodołę. Zwiedzanie obiektu odbywa się tylko z przewodnikiem, a wystawa wiedzie nas przez codzienne życie na świętokrzyskiej wsi, którego rytm wyznaczają kolejne pory roku, zaczynając od wiosny, a kończąc na zimie.  Podczas zwiedzania poznajemy losy bohaterów Manii i Władzia, których życie splecione jest z rytmem wyznaczonym przez pory roku. Bardzo ciekawa lekcja historii życia wiejskiego, tradycji, które obecnie często odchodzą w zapomnienie i kultury świętokrzyskiej. 

Muszę przyznać, że byłem pod wrażeniem wszystkich tych miejsc, które odwiedziłem. Obiekty te są bardzo nowoczesne, naszpikowane multimedialnymi nowinkami i są doskonałymi promotorami naszej Ziemi Świętokrzyskiej, jej kultury, historii i bogactw, z których kiedyś słynęła. Jeśli będziecie kiedyś na wycieczce w Górach Świętokrzyskich, koniecznie odwiedźcie te miejsca, nie pożałujecie, serdecznie zapraszam. 

Mały tapas, czy paella z owocami morza, czyli smaki kuchni hiszpańskiej

Opowieści o Hiszpanii, jej urokliwych miastach i miasteczkach, niesamowitych miejscach, które możemy zobaczyć w tych miastach, wspomnień z wakacji spędzonych w Hiszpanii, nie ma bez hiszpańskiej kuchni i jej smakołyków. W Hiszpanii, podobnie jak w innych państwach basenu Morze Śródziemnego istnieje wielka, wspólna, rodzinna celebracja posiłków. Panujący klimat, a zwłaszcza upalne lata, powodują że wszyscy wylegają na miasto i udają się do restauracji dopiero wieczorową porą, po 19.00 najwcześniej. Od wczesnego popołudnia do godziny zwykle 20.00 panuje sjesta i większość restauracji jest w tym oknie czasowym zamknięta. Choć owszem, w tych najbardziej obleganych turystycznie rejonach, znajdziemy restauracje, które będą również i w tych godzinach czynne. W Hiszpanii zasadniczo cieżko trafić na restaurację, gdzie jedzenie byłoby niesmaczne.

Hiszpańska paella i tapasy to chyba jedne z flagowych dań kuchni hiszpańskiej. Paella wywodzi się z Walencji, ale w Andaluzji, prawie w każdej restauracji, w której byliśmy, w menu była paella. Paella to danie z ryżu z owocami morza lub z mięsem. Będąc w Hiszpanii nie można sobie odmówić spróbowania paelli przynajmniej raz, ja chyba jadłem ze 3 razy, no może dwa. Bardzo podobnym daniem do paelli jest juicy rice, to coś pomiędzy włoskim risotto, a zupą rybą. Ma dość rzadką konsystencję, przypominającą zupę i przygotowywane jest z owocami morza, po prostu przepyszne. Jak nazwa mówi to taki soczysty ryż. Pierwszy raz tego dania próbowałem na Gran Canarii i było obłędne. Teraz w jednej z restauracji udało mi się je znaleźć i nie mogłem sobie odmówić, zjadłem nawet podwójną porcję, bo reszta wycieczki pozamawiała inne dania, a juicy rice można było zamówić, podobnie jak paellę na dwie osoby. 

Wspomniałem Wam również o tapasach. To takie małe przekąski serwowane na ciepło lub na zimno. Mogą to być małe porcje owoców morza, np smażonych krewetek, plasterki bagietki z serem i szynką,, czy innymi dodatkami,  ja próbowałem sałatki ziemniaczanej z krewetkami. Bardzo popularne są patatas bravas, czyli smażone kostki ziemniaczane podawane z ostrym sosem, idealne do piwa. Tapasów pewno może być tyle, ile kucharz ma pomysłów na nie. Na pewno warto odwiedzić taki tapas bar i spędzić tam jeden wieczór. Tapasy, jak zamówimy kilka rodzajów, spokojnie możemy potraktować jako danie obiadowe. Jedząc takie 3 lub 4 przekąski uwierzcie mi, najecie się do syta.

Kuchnia hiszpańska to również owoce morza, a więc krewetki, langustynki, kalmary, ośmiornica i różnego rodzaju ryby. Tych morskich specjałów również nie można sobie odmówić spędzając urlop w Hiszpanii. 

To chyba najpopularniejsze dania kuchni hiszpańskiej, których próbowaliśmy i które gorąco polecam Wam spróbować, odwiedzając Hiszpanię. Oczywiście, w tym miejscu nie możemy zapomnieć o hiszpańskich trunkach, z których najbardziej znanym jest Sangria i Sherry. Sangria to napój alkoholowy na bazie czerwonego wina i owoców, raczej niskoprocentowy. Zasadniczo w sklepie kupicie gotową sangrię, do której wystarczy dodać kawałki pomarańczy, no i oczywiście musi być mocno schłodzona. Sherry natomiast to hiszpańskie wino pochodzące z Andaluzji, o podwyższonej zawartości alkoholu. Ja osobiście zdecydowanie wolę sangrię.

Na koniec kilka ciekawych lokalizacji, które mogę polecić z czystym sumieniem, bo dania tam są niemal idealne, a i atmosfera miejsc sprzyja miłemu spędzeniu czasu z rodziną, czy znajomymi. Jeśli będziecie w Torremolinos polecam Tapas Bar El Dorado przy Calle del Peligro, bar znajduje się przy tej schodowej ulicy, która mnie zauroczyła, a którą opisywałem Wam w moim pierwszym wpisie wspomnieniowym z wakacji w Andaluzji. Próbowaliśmy tam paelli, była niesamowita. W tej okolicy, ale nieco dalej, przy Calle del Bajondillo znajduje się restauracja Coenvi, też było bardzo smacznie, choć mało miejsca i czasami bywa ograniczony wybór dań. Przy samej nadmorskiej promenadzie położona jest Casa Paco Playa, to tutaj udało mi się znaleźć juicy rice. Dodatkowym atutem restauracji jest położenie, praktycznie na plaży z cudownym widokiem na morze. Przy skrzyżowaniu Avenida de Benyamina i P.º del Colorado znajduje się doskonała pizzeria El Panaro. Wiem wiem, to nie Włochy, ale pizzę i lasagne mają bardzo dobre, a dodatkowo w weekendy gra muzyka na żywo. Odwiedziliśmy jeszcze i inne miejsca w Torremolinos, ale te były najsmaczniejsze. W Maladze spróbowałem tapasów w Casa Lola Strachan przy Calle Strachan, w pobliżu katedry. Tapasy były doskonałe, ale czasem w godzinach szczytu trudno jest tam znaleźć wolny stolik niestety, co świadczy o popularności miejsca. Najlepsze patatas bravas jadłem chyba w El Viajero del Merkao w Kadyksie przy Pl. de la Libertad, w pobliżu Mercado Central.

Mam nadzieję, że nie zanudziły Was te moje wspomnienia, a może ktoś, kto trafi tutaj skorzysta z moich wspomnień, przy planowaniu własnych wakacji i okażą się pomocne w wyborze miejsc, która chciałby odwiedzić i posmakować. 

Alhambra, perełka architektoniczna, wpisana na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO

Granadę i pałac w Alhambrze zwiedzaliśmy ostatniego dnia pobytu w Torremolinos, niestety kolejnego dnia wracaliśmy już do Polski. Czytając w Internecie ile się stoi w kolejkach do wejścia i jakie mogą być opóźnienia, wejście zarezerwowaliśmy w godzinach przedpołudniowych na 11:00. To była godzina wejścia do pałacu Nazaries, do całego kompleksu możemy wejść w godzinach otwarcia, bez czasowych ograniczeń. Dojazd z Trorremolinos zajmuje ponad 1,5 godziny więc z domu wyjeżdżaliśmy o 8 rano. O 10.00 byliśmy już na miejscu w Alhambrze. Zwiedzanie Granady zaplanowaliśmy na drugą połowę dnia, chyba tak jest najlepiej zorganizować zwiedzanie Alhambry i Granady. 

Zespół pałacowy Alhambry powstał w XIII wieku i jest to jeden z najbardziej znanych symboli arabskiej architektury w Hiszpanii. Do Alhambry można kupić różnego rodzaju bilety, ale obowiązkowy jest wstęp do pałacu Nazaries, znajdującego się w kompleksie. Inne budynki nie robią takiego wrażenia, choć są oczywiście bardzo ładne. Ponieważ na miejsce dotarliśmy na godzinę 10.00 mieliśmy jeszcze godzinę czasu na zwiedzanie ogrodów i Pałacu Karola V, które są po drodze do Pałacu Nazaries.

Od wejścia, w kierunku ogrodów, prowadzi nas urokliwa aleja obsadzona cyprysami, a dalej szpalerem formowanych tui lub też cyprysów. Po drodze możemy zauważyć pozostałości dawnych zabudowań. Pierwszym dużym budynkiem jest Pałac Karola V z charakterystycznym rotundowym dziedzińcem i krużgankami, bardzo surowy w swej architekturze. Perełką i główną atrakcją całego kompleksu pałacowego Alhambry jest Pałac Nazaries. To naprawdę jest perełka architektoniczna. Sztukateria na ścianach i sufitach robi niesamowite wrażenie. Szczegółowość i dokładność poszczególnych detali jest aż trudna do wyobrażenia jak to było zbudowane, a miejmy świadomość, że ten pałac zbudowano kilkaset lat temu.

Warte uwagi są też dziedzińce pałacu Nazaries. W tej części spędziliśmy około 1,5 godziny. Na końcu kompleksu znajduje się Alcazaba, czyli pozostałości dawnej twierdzy, wchodzącej w skład zespołu pałacowego Alhambry. Z murów rozciąga się widok na całą panoramę pobliskiej Granady i okoliczne wzgórza. Żeby spokojnie zwiedzić cały zespół pałacowy i urokliwe ogrody powinniśmy tam jeszcze spędzić ze trzy godziny, ale tyle czasu nie mieliśmy. Kolejnym punktem wycieczki było jeszcze zwiedzanie i zakupy w Granadzie. Bardzo lubię te ozdoby i dekoracje w stylu arabskim więc chciałem jeszcze pochodzić trochę po sklepach z pamiątkami.

W Granadzie zaparkowaliśmy praktycznie w samym centrum, na parkingu podziemnym pod halą targową Mercado de San Agustin. Znów byłem pod wrażeniem, że w takim miejscu między starymi kamienicami potrafiono zbudować wielopoziomowy parking podziemny. Po krótkim odpoczynku przy kawie w pobliskiej kawiarni udaliśmy się w kierunku katedry. Niestety do samego środka już nie weszliśmy. W pobliżu katedry zwiedziliśmy coś w stylu tureckich bazarów, przy Calle Oficios. Jest to kompleks butików z różnego rodzaju asortymentem, rozmieszczonych w parterowej części kilku kamienic znajdujących się w bezpośrednim sąsiedztwie katedry. Ponieważ nie mieliśmy dużo czasu, udaliśmy się jeszcze w kierunku Calle Elvira, ulicy pełnej sklepów z pamiątkami, rękodziełem i restauracji. Do Calle Elvira dochodzi bardzo urokliwa Calle Caldereira Nueva ze sklepikami oferującymi lokalne rękodzieło, zarówno ozdoby, pamiątki, jak i odzież. Jeśli lubicie klimat bazaru tureckiego, spodoba się tam Wam. Dochodziła godzina 16.00, a ostatniego dnia chcieliśmy zjeść pożegnalną kolację w Torremolinos więc po dość udanych zakupach udaliśmy się już w kierunku parkingu. Bez wątpienia w Granadzie jest jeszcze kilka miejsc, które warto zobaczyć, a na co nie starczyło nam już czasu. Żałuję trochę że nie doszliśmy do Carrera del Darro i Plaza de Santa Ana, na zdjęciach street view wyglądają bardzo urokliwie więc jeśli Wy mieli byście więcej czasu koniecznie się tam udajcie. 

W taki sposób kończył się nasz wakacyjny pobyt w Hiszpanii. Wydaje mi się, że dość dużo miast Andaluzji udało nam się zobaczyć, niestety na wszystkie nie byłoby czasu. Czytałem, że Fuengirola i Nerja, położone nad Morzem Śródziemnym są bardzo urokliwe. No cóż mam motywację by tam jeszcze kiedyś wrócić. Mam ogromny sentyment do Hiszpanii, bardzo lubię tę kulturę, architekturę, atmosferę, jaka panuje w tych miasteczkach więc muszę tam za jakiś czas wrócić. 

Z gór nad ocean, czyli śladami Madonny w Rondzie i z wizytą u Jamesa Bonda w Kadyksie

Na kolejną wycieczkę zaplanowana była najdłuższa czasowo i najdalsza trasa. Pierwszym przystankiem była Ronda. Czytałem, że Ronda to miasto uznane za najbardziej romantyczne w Hiszpanii. Położenie Rondy, a zwłaszcza jej starego zabytkowego centrum jest niesamowite, nad brzegami wąwozu El Tajo. Rondę chciałem odwiedzić od momentu, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem teledysk Madonny Take a bow, który był kręcony właśnie w tym mieście. Po raz kolejny udało mi się zrealizować jedno z moich marzeń, które powstało 30 lat temu. Początki miasta sięgają VI w p.n.e. Wydawało mi się, że Ronda to małe miasteczko obejmujące tylko tę najstarszą i najładniejszą część. Okazało się jednak, że jest to dość duże miasto. 

Jak nie mamy dużo czasu, a chcemy zobaczyć najpopularniejsze atrakcje Rondy proponuję zaparkować samochód na podziemnym parkingu pod Plaza del Socorro. To jest praktycznie samo centrum starego miasta. Byłem pod wielkim wrażeniem, że w takim miejscu byli w stanie wybudować parking podziemny. Z Plaza del Socorro przeszliśmy w kierunku Plaza de Toros de la Real Maestranza de Caballería de Ronda, czyli areny walk byków. Idąc ulicą Virgen de la Paz doszliśmy do Plaza España, gdzie zrobiliśmy sobie krótką przerwę na przedpołudniową kawę. 

Z placu było już tylko kilka kroków do największej atrakcji miasta, czyli Puente Nuevo, mostu nad kanionem El Tajo, który łączy dwie części miasta. Wysokość mostu, tj. 98 metrów robi wrażenie, podobnie jak niemal wiszące nad przepaścią kamienice zbudowane na brzegach wąwozu. Idąc za mostem Calle Armiñán i skręcając w prawo w Calle Tenerio dojdziemy do Plaza de Maria Auxiliadora. Ta część miasta jest znacznie spokojniejsza, nie ma już takiego tłumu turystów. Tu znajduje się zejście do punktu widokowego, skąd można zrobić najlepsze zdjęcia mostu, kto jest chętny może dojść pod sam most. Jego monumentalność z dołu robi niesamowite wrażenie. Za wejście na punkt widokowy musimy zapłacić 5 euro, ale w tej cenie mamy też spacer aż pod sam most. Na wejściu zostajemy też wyposażeni w kask, chroniący przed spadającymi kamieniami. Oczywiście musiałem tam pójść i zrobić kilka zdjęć z dołu.

W planie miałem jeszcze dojście do Puente Viejo i powrót do parkingu drugą stroną wąwozu, jednak czas już na to nie pozwolił. Wracając przez Puente Nuevo zrobiłem kilkanaście kolejnych zdjęć panoramy i wąwozu. Do parkingu doszliśmy deptakiem, czyli Calle Virgen de los Remedios, po drodze odwiedzając znajdujące się tam liczne sklepiki z pamiątkami. Ronda, a dokładniej jej zabytkowa część jest bardzo urokliwa, podobnie jak kamienice zawieszone nad kanionem El Tajo. Wieczorem, kiedy zapada zmrok, zapalają się lampy uliczne musi tam być na pewno bardzo romantycznie, niestety nie mieliśmy czasu by przebywać tam do wieczora. Ale nic straconego, może jeszcze kiedyś uda mi się odwiedzić to miasto. Z Rondy udaliśmy się na zachód, prosto nad ocean, czyli do Kadyksu. 

Kadyks znajduje się również w Andaluzji, ale po drugiej stronie Cieśniny Gibraltarskiej, nad Oceanem Atlantyckim. Po hiszpańsku to miasto nazywa się Cádiz i tak wszędzie tam funkcjonuje. Jest to już dość duże miasto portowe ze stocznią , którą mijamy wjeżdżając do zabytkowej części. Wyczytałem, że to najstarsze miasto Hiszpanii. Do miasta wjeżdżamy prze imponujący most wiszący. Największe wrażenie wywarła na mnie bryła katedry z charakterystyczną złotą kopułą, widoczną od strony oceanu i błyszczącą w słońcu. Wnętrze, mimo iż dość surowe, również robi wrażenie. Urokliwy jest sam plac znajdujący się przed katedrą. 

Skręcając w prawo w Calle Pelota doszliśmy do popularnej Plaza de San Juan de Dios, obsadzonej wzdłuż palmami. Klucząc wąskimi uliczkami doszliśmy jeszcze do Plaza de las Flores, czyli placu z targiem kwiatowym. Bardzo urokliwa jest Calle Virgen de la Palma, wąska ulica pełna restauracji, gęsto obsadzona palmami. Niestety w Kadyksie byliśmy w porze sjesty i miasto wyglądało niemal na wymarłe. Mnóstwo sklepów, barów i restauracji było po prostu pozamykane. Ta atmosfera pustki spowodowała, że Kadyks mnie lekko rozczarował, w porównaniu z tym, co dotychczas udało się nam zwiedzić. W Kadyksie niesamowity był za to błękit nieba, jakiego nie widzieliśmy nigdzie wcześniej. Od strony oceanu powietrze nie jest zanieczyszczone piaskiem znad Sahary i niebo jest cudownie błękitne, a zarówno w Maladze, jak i Marbelli cały czas utrzymywała się nad horyzontem specyficzna mgiełka. Z centrum udaliśmy się jeszcze nad ocean, niestety nie doszliśmy do plaży la Caleta tylko przespacerowaliśmy się wzdłuż Avenida Campo del Sur. Szkoda, bo na tej plaży nagrywali sceny do jednej z części filmów o Jamesie Bondzie. Co muszę przyznać, to panorama Kadyksu z bryłą bazyliki na tle oceanu i błękitnego nieba była zachwycająca. Plan na kolejny dzień został zrealizowany, niestety przed nami były prawie trzy godziny drogi powrotnej do Torremolinos. W planie była jeszcze Granada i zwiedzanie pałacu Alhambra, ale o tym w następnym wpisie.

Kolejne perełki Andaluzji, czyli urokliwe Mijas i lekko snobistyczna Marbella

Jeszcze przed wyjazdem do Hiszpanii zaplanowałem sobie, które miasta będę chciał odwiedzić. Oczywiście czytałem w Internecie co warto zobaczyć, bo Hiszpanii jakoś specjalnie wcześniej nie znałem i nie czytałem o niej wiele, mimo iż mam do niej wielki sentyment wrodzony. Jednym z najbliżej położonych od Torremolinos, a zarazem bardzo urokliwych miasteczek jest Mijas więc ono znalazło się na mojej liście.  Z kolei jeszcze kilka lat temu na Netflix oglądałem serial Toy Boy i jakoś ten południowy klimat Marbelli, bo tam rozgrywała się akcja serialu spowodował, że od tamtego czasu marzyło mi się by odwiedzić kiedyś Marbellę. Widać warto jest marzyć, bo marzenia się spełniają. Oba te miasta zaplanowałem na jednodniowa wycieczkę, gdyż znajdują się dość blisko i można je odwiedzić w ciągu jednego dnia. 

Mijas znajduje się na północ od Torremolinos, w górach więc dzień zaczęliśmy od wycieczki w góry. Dojazd samochodem do Mijas z Torremolinos zajmuje około 40 minut, czyli całkiem blisko. Sama droga jest już malownicza, gdyż wiedzie w kierunku gór. Kiedy dotarliśmy do Mijas, niestety wszystkie parkingi w centrum były już zajęte, a wjazd do ścisłego centrum zamknięty przez policję. Musieliśmy pojechać na pobliski parking, znajdujący się w starym kamieniołomie Cantera El Puerto. Stamtąd kursują bezpłatne autobusy, które dowożą turystów do samego centrum Mijas. Cechą charakterystyczną dla Mijas są jego białe domy, chyba wszystkie są wymalowane na biało. Zwiedzanie Mijas zaczęliśmy od Plaza Virgen de la Peña, to główny plac miasta pełen sklepików, kawiarni i restauracji. Oczywiście zrobiliśmy sobie się tam krótki postój na pyszną kawę. Idąc Av. del Compás doszliśmy do Placu Konstytucji, a następnie dalej Cta. de la Villa doszliśmy do areny walk byków, czyli Plaza de Toros de Mijas. 

Przy arenie znajduje się Park Muralla. Idąc wzdłuż murów okalających park możemy podziwiać panoramę okolicy, która robi niesamowite wrażenie. W dali na horyzoncie widać nawet morze. Jeśli obejdziemy cały park, to na drugim końcu naszym oczom ukazuje się cała panorama Mijas na tle górskich szczytów. Ten kontrast bieli, zieleni i szarości wygląda urokliwie. W parku znajduje się również bardzo ładny kościół Niepokalanego Poczęcia, który polecam zwiedzić w środku jeśli będzie otwarty. Podczas naszego pobytu ołtarz był ozdobiony kwiatami w takiej ilości, że niemal przesłaniały sobą wszystko. 

Do centrum wracaliśmy przez Calle Málaga, deptak z charakterystycznym płóciennym dachem podobnym do tych w Maladze i Torremolinos. Po drodze znajduje się urokliwa Calle de los Caños, pełna różnego rodzaju sklepików. My jednak by zobaczyć coś nowego doszliśmy do samego końca Calle Málaga, aż w okolice Plaza Virgen de la Peña. Ze skrzyżowania Calle de los Caños i Calle Málaga jest skrót wprost do Plaza Virgen de la Peña. To schody, niemal wciśnięte między kamienice, ale mające w sobie ten klimat południa Hiszpanii. Takie magiczne zakątki są cudowne. Niestety przed nami była jeszcze Marbella więc nie mieliśmy więcej czasu by jeszcze spokojnie powłóczyć się tymi wąskimi uliczkami, poza ścisłym centrum, wśród bieli otaczających je kamienic.

Dojazd z Mijas do Marbelli to kolejne 40 minut. W Marbelli zatrzymaliśmy się na podziemnym parkingu przy Avenida del Mar. Znajduje się on pod placem, na którym eksponowane są rzeźby Salvatora Dali. Jest to optymalna lokalizacja, po środku, między plażą, a historyczną częścią miasta. Centrum znajduje się zaraz za Parkiem Alameda. Niesamowite wrażenie robią ceramiczne ławki znajdujące się w parku, wyglądające jak z porcelany i wybrukowane żółtymi płytami parkowe alejki. Jak miniemy park polecam skręcić w Calle de Enrique del Castillio, a dalej w lewo w Calle Padre Francisco Echamendi. 

Po chwili jak skręcimy w prawo w Calle Valdes ujrzymy narożną kamienicę, która wyjęta jak wyjęta z jakiejś bajki o krasnoludkach, po prostu cudowna. Idąc tą wąską ulicą dojdziemy do popularnej Plaza de los Narajnos, otoczonej ze wszystkich stron kawiarniami i sklepikami. Warto się przejść Calle Ancha, która jest pełna restauracji, w środku dnia robiła niesamowite wrażenie, ale wieczorem, pełna ludzi siedzących przy stolikach restauracyjnych, musi mieć magiczny klimat. Równie urokliwa, choć znacznie spokojniejsza jest równoległa Calle Bermeja. Niestety nie udało nam się już zwiedzić hali targowej, gdyż było zbyt późno. Całe zabytkowe centrum Marbelli jest bardzo urokliwe i klimatyczne i na pewno warto poświęcić kilka godzin na spokojny spacer tymi uliczkami, przy okazji robiąc zakupy w okolicznych sklepach. Marbella przyciąga milionerów, więc i sklepy są bardziej eleganckie i droższe. Oczywiście nie musimy nic kupować, już samą przyjemnością jest spacer i odkrywanie cudownych zakątków tego miasta. 

Z centrum przez wspomniany wcześniej park Almeda wróciliśmy na plac przy Av. del Mar. Niestety nie dotarliśmy też do mariny, gdzie podobno cumują luksusowe jachty. Słyszałem, że Marbella to takie hiszpańskie Cannes. Przespacerowaliśmy się jeszcze nadmorską promenadą, gdzie w jednej z okolicznych kawiarni wypiliśmy schłodzone piwo przed powrotem do domu, oczywiście Ci, którzy nie byli tego dnia kierowcami. W ten sposób zobaczyliśmy kolejne miasta na Costa del Sol, a przed nami były jeszcze dwie wycieczki, ale o tym już następnym razem. 

Andaluzja, cudowna kraina na południu Hiszpanii

Od zawsze miałem sentyment do Hiszpanii, zawsze chciałem nauczyć się języka hiszpańskiego i lepiej poznać ten kraj. W Hiszpanii dotychczas udało mi się być jednak dopiero raz, spędzałem tam Sylwestra kilka lat temu w cudownej i urokliwej Walencji. Teraz podczas urlopu udało mi się ponownie tam zawitać. Wspólnie z rodziną i przyjaciółmi spędzałem urlop właśnie w Andaluzji. Tradycyjnie sami zadbaliśmy o przelot i nocleg, a nie rezerwowaliśmy wycieczki w biurze podróży. Tak jest ciekawiej, człowiek nie jest ograniczony do hotelu narzuconego przez biuro podróży. Na bookingu, jak się poszuka, można znaleźć ciekawe miejsce na nocleg w dobrej cenie. Przy tej ilości osób dom był idealnym rozwiązaniem. Naszą miejscówką było Torremolinos, położone kilkanaście kilometrów od Malagi. W Maladze znajduje się dość duże lotnisko więc, przylot z Polski nie jest większym problemem i można wybrać dogodny lot. Nieco ponad 3 godziny lotu i wylatując z Krakowa lądowaliśmy na hiszpańskiej ziemi. Druga połowa sierpnia, a nawet już prawie końcówka była bardzo gorąca w Hiszpanii. Wysiadając z samolotu od razu uderzył nas powiew gorącego powietrza. Już wiedzieliśmy, że znaleźliśmy się na południu Europy. O tym jakie miasta zwiedziłem podczas wakacji w Torremolinos i co tam zobaczyłem, napiszę Wam w kolejnych wpisach, dzisiaj będzie o Torremolinos i najbliższej Maladze. 

Do Torremolinos z lotniska w Maladze można dojechać pociągiem, jednak z bagażami zdecydowanie wygodniejszym środkiem transportu był popularny Uber. Torremolinos to taki typowy turystyczny kurort, jednak noclegi tam już są nieco tańsze niż w Maladze więc jest to naprawdę dobra miejscówka wypadowa zarówno do Malagi, jak i innych urokliwych miast i miasteczek Andaluzji. Szerokie, piaszczyste plaże Torremolinos pozwalają również w pełni poczuć wakacyjny klimat, gdy zdecydujemy się na wypoczynek na plaży, a nie tylko zwiedzanie okolicznych miast. Jeśli zaczniemy zwiedzanie Torremolinos od Plaza Pdte. Adolfo Suarez, możemy się lekko rozczarować. To taka typowo miejska architektura, bloki w stylu lat 80-tych, nic szczególnie specjalnego. Z uwagi iż mieszkaliśmy poza centrum, przy Calle Liszt, od tej strony szliśmy do śródmieścia i starej części Torremolinos. Prawdę mówiąc zdziwiłem się trochę bo myślałem, że centrum będzie znacznie bardziej klimatyczne. 

Wszystko się jednak zmieniło gdy weszliśmy na Plaza Costa del Sol i Calle San Miguel. Od razu dało się poczuć wakacyjny klimat południa Hiszpanii. Niskie hiszpańskie kamienice z restauracjami, barami i dziesiątkami sklepików z pamiątkami.  Calle San Miguel to typowy deptak turystyczny, każdy znajdzie tu coś interesującego. Co ciekawe, nad całym deptakiem rozciągnięty był lekki płócienny dach, chroniący przez palącym słońcem południa w ciągu dnia. Idąc deptakiem mijamy po drodze kolejny interesujący plac, tj. Plaza de la Nogalera. Najlepsze było jednak jeszcze przed nami. 

Calle San Miguel przechodzi dalej w Calle Santos Arcangeles, a następnie Calle Cta. del Tajo. Ta ostatnia to praktycznie kręte kamienne schody, które prowadzą nas do promenady ciągnącej się wzdłuż plaży. Centrum znajduje się na wzniesieniu więc do plaży musimy właśnie zejść po tych schodach, a raczej ulicy, którą tworzą szerokie schody, prowadzące niemal do samej promenady nadmorskiej. Calle Cta. del Tajo mnie zahipnotyzowała, zakochałem się w tym urokliwym zakątku Torremolinos. Wzdłuż ulicy rozlokowane są sklepiki z pamiątkami, lokalnym rękodziełem i cudowne restauracje. Już mógłbym wrócić na wieczorny spacer tą schodową ulicą. Ale Torremolinos to nie tylko ta cudowna starówka, to piękne plaże i szeroka promenada ciągnąca się wzdłuż plaży. Przy promenadzie, jak w każdym takim turystycznym kurorcie oczywiście znajdują się bary, restauracje i różnego rodzaju sklepy z pamiątkami. Torremolinos to idealna mieszanka luzu wakacyjnego oraz tego uroku miasteczek południowej Hiszpanii. Jest to również jedna z najczęściej wybieranych wakacyjnych destynacji dla osób spod znaku LGBTiQ. Tam każdy może się czuć swobodnie i nikt na nikogo dziwnie się nie patrzy i przecież o to chyba chodzi. Kiedyś mogłem spędzać cały dzień na plaży, leżąc w palącym słońcu przez kilka godzin, jednak z wiekiem zmieniają się przyzwyczajenia i teraz o wiele więcej frajdy na wakacjach sprawia mi zwiedzanie nowych nieznanych miejsc. Od początku wiedziałem, że nie spędzę całego wyjazdu tylko na plażach Torremolinos. Pierwszą destynacją wycieczkową była najbliżej położona Malaga. 

Na podbój Malagi wybrałem się pociągiem. Ponieważ w naszej grupie byli też rodzice z małymi dziećmi więc priorytety wypoczynkowe były różne. Do Malagi wybrałem się przed południem razem z Mamą, którą zabrałem też na wakacje. Muszę przyznać, że bardzo dobrze w wieku 80 lat zniosła ten niesamowicie męczący gorąc, któremu mimo braku deszczu towarzyszyła dość duża wilgotność. Dojazd pociągiem z Torremolinos do Malagi zajmuje około 25 minut, a koszt biletu to tylko 2,5 euro. Stacja kolejowa la Colina znajdowała się w miarę blisko naszego domu więc spacerem doszliśmy tam w 20 minut. Pociąg dojeżdża do stacji Malaga C.a, skąd do ścisłego, zabytkowego centrum dojdziemy w 20 minut. Uwielbiam włóczyć się po takich wąskich uliczkach, gdzie za każdym niemal zakrętem można odkryć jeszcze bardziej urokliwe miejsce. 

Pierwszym postojem w Maladze była hala targowa, czyli Mercado Central de Atarazanas. Bogactwo świeżych owoców i warzyw, których nie kupimy w Polsce zachwyca na każdym straganie. Wszelkiego rodzaju owoce morza, przyprawy, oliwki, to trzeba zobaczyć i poczuć wszystkimi zmysłami. Po zwiedzeniu hali targowej i krótkim postoju na kawę udaliśmy się w kierunku katedry. Po drodze mijaliśmy popularny deptak handlowy, czyli Calle Marqués de Larios. Podobnie, jak w Torremolinos nad całym deptakiem rozciągnięty był płócienny, przewiewny dach, chroniący przed słońcem. 

Ogromny, majestatyczny budynek wzbudza podziw i robi duże wrażenie, a otaczające katedrę ogrody jeszcze bardziej dodają jej uroku. Przed frontem katedry znajduje się urokliwa Plaza del Obispo z fontanną po środku i budynkiem Centrum Kultury o przyciągającej wzrok żółtej fasadzie. 

Idąc Calle Sta. Maria i dalej Calle Cister udaliśmy do kolejnego punktu na mojej mapie atrakcji, czyli ruin Teatro Romano de Malaga i położonego na wzgórzu pałacu Alcazaba. Wstęp do obu atrakcji jest płatny. Ruiny Teatro Romano można zobaczyć i sfotografować z dość bliska nie wykupując biletu, tak też i zrobiłem, ale do pałacu już zakupiliśmy bilety. Widok z pałacu położonego na wzgórzu na całe miasto i port robi niesamowite wrażenie. Sam pałac też jest wart zwiedzenia, a bilet jeśli dobrze pamiętam kosztował około 5 euro za osobę więc cena bardzo przyzwoita. Samo zwiedzanie pałacu zajęło około godziny. Na szczęście dzień był trochę pochmurny, więc spacer wzdłuż murów na wzgórzu nie był aż tak męczący. Z Alcazaby widać też charakterystyczną bryłę Plaza de Toros de la Malagueta, czyli areny walk z bykami. To część historii Hiszpanii, jednak to nie rozrywka dla mnie i nie popieram tego. 

Zmęczeni spacerem przez centrum Malagi i zwiedzaniem Alcazaby zrobiliśmy sobie krótki odpoczynek w Parque de Malaga. Można powiedzieć że park oddziela w jakimś sensie miasto od plaży. Spokój tego miejsca i różnorodna roślinność pozwalają naprawdę odpocząć w upalny dzień. Niestety mieliśmy tylko kilka godzin na poznanie głównych atrakcji Malagi więc po 20 minutowym odpoczynku w tej oazie zieleni udaliśmy w kierunku plaży Malagueta. 

Po drodze zrobiłem jeszcze zdjęcia charakterystycznej bryły Centrum Pompidou de Malaga, czyli jedynej poza Paryżem jednostki słynnego paryskiego Centrum Pompidou. Budynek trochę na pierwszy rzut oka przypomina szklaną kostkę Rubika. Od Centrum Pompidou de Malaga do latarni morskiej ciągnie się ekskluzywny pasaż z butikami i restauracjami. 

Moim celem był napis przy słynnej plaży Malagueta. Po zrobieniu zdjęć zrobiliśmy sobie odpoczynek przy promenadzie Maritimo Cdad. de Malilla. Do tego miejsca od stacji kolejowej zrobiliśmy przez cały dzień ponad 4 kilometry, co było dużym wyzwaniem przy temperaturze dochodzącej do 30C. Niestety czekał nas jeszcze powrót do centrum. Po południu dojechała reszta wycieczki i udaliśmy się na wspólny obiad do tapas baru, położonego w pobliżu katedry.  Było idealnie i przepysznie, ale o hiszpańskiej kuchni napiszę Wam w kolejnych wpisach. 

Powoli zapadał zmierzch, na ulicach włączyły się latarnie, a deptak, o którym pisałem wcześniej nabrał zupełnie innego wyrazu, sam nie wiem, w której wersji bardziej mi się podobał, za dnia, czy o zmroku. Po całym dniu pełnym wrażeń zdecydowaliśmy już na powrót Uberem do domu. Wycieczka powrotna pociągiem chyba byłaby już zbyt męcząca dla wszystkich. Cieszę się że udało mi się odwiedzić główne atrakcje Malagi, które można zobaczyć w jeden dzień i zrealizować cały plan, który opracowałem. Czytając ten wpis może ktoś skorzysta z moich pomysłów przy planowaniu własnych wakacji na Costa del Sol. Przede mną były kolejne wycieczki, nowe nieodkryte jeszcze miasta, ale o tym już wkrótce w następnych wpisach. 

Pain au chocolat, doskonała kawa i serowe fondue, czyli moje smaki z Paryża

Kuchnia francuska słynie ze swojej wykwintności więc postanowiłem kulinarnemu aspektowi naszej wycieczki do Paryża poświęcić odrębny wpis. Zacznijmy od śniadania. Śniadanie na francuskiej ziemi nie mogło się obyć bez świeżej bagietki, serów, kawy, no i oczywiście świeżego pain au chocolat. Ponieważ wynajmowaliśmy mieszkanie, sami musieliśmy zadbać o śniadanie więc codziennym, porannym rytuałem był spacer do pobliskiej piekarni po świeżą bagietkę i właśnie te przepyszne pain au chocolat. To byłby grzech kupować pieczywo dzień wcześniej, by z rana się nie zrywać do sklepu. Oczywiście Francja to croissanty, ja jednak wolę te bułeczki z ciasta francuskiego z czekoladą. Są po prostu idealne w smaku i doskonałe do porannej kawy. Piekarnię można spotkać prawie na każdej ulicy w Paryżu. Ja znalazłem dwie w pobliżu naszego mieszkania i Centrum Pompidou, piekarnio-cukiernię Aut Delices de Beaubourg, przy skrzyżowaniu Rue du Renard i Rue Pierre au Lard i drugą Artisan Boulanger przy Rue Rambuteau. Jeśli spędzacie niedzielę w Paryżu, to miejcie na uwadze, że nie każda piekarnia jest w niedzielę otwarta. Po wejściu do takiej piekarni raczej trudno wyjść z pustymi rękoma, tak te wszystkie słodkości kuszą klientów.

Kolejnym punktem dnia były postoje na kawę podczas zwiedzania Paryża. Prawdę mówiąc jaką kawiarnię nie wybierzecie, będzie miło i klimatycznie. Nie powinniście też trafić na niedobrą kawę. To chyba jest niemożliwe w Paryżu. Odwiedzając Montmartre polecam usiąść na kawę w restauracji Le Ronsard, znajdującej się na wlocie Rue de Steinkerque na plac, u podnóża Bazyliki Sacre-Coeur. Tak jak pisałem we wcześniejszych wpisach, przed restauracją znajdują się stoliki, a widok przy kawie na bazylikę jest jedyny w swoim rodzaju i niezapomniany. Innych kawiarni wam chyba nie będę polecać, ale w tej jednej musicie się zatrzymać zwiedzając Montmartre.

Ponieważ byliśmy trzy pełne dni w Paryżu, a nie gotowaliśmy w mieszkaniu więc przetestowaliśmy trzy miejsca, a raczej restauracje w ramach posiłków obiadowych. W każdej jedzenie było bardzo smaczne. W okolicy, w której mieszkaliśmy, przy Rue de Archives, na odcinku między Rue de la Verrerie, a Rue Sainte-Croix de la Bretonnerie znajduje się kilkanaście restauracji. My wybraliśmy Le Ju’ z charakterystycznymi tęczowymi parasolkami rozwieszonymi nad stolikami. Próbowaliśmy hamburgera, makaronu z borowikami, doskonałej zupy francuskiej i sałatki Cesar, która może nie była oryginalną sałatką Cesar, ale smakowała przepysznie. Wszystkie dania były bardzo smaczne i miejsce bez wątpienia warte jest polecenia, tym bardziej, że wszyscy klienci tam są równi i mile widziani.

Niedzielę spędzaliśmy na Montmartre więc tam postanowiliśmy zjeść obiad. Oczywiście wypiliśmy doskonałą kawę  w restauracji z widokiem na Bazylikę Sacre-Coeur. Z innych ciekawostek, jeśli w restauracji Au Clarion des Chasseurs, przy wlocie na Place du Tertre od strony Bazyliki Sacre-Coeur zamówicie duże piwo, nie zdziwcie się jak dostaniecie litrowy kufel, tak tak, my też byliśmy zdziwieni.

Na obiad zatrzymaliśmy się w restauracji Le Pain Quotidien Lepic, przy skrzyżowaniu ulic Rue Lepic i Rue des Abbesses. Ponieważ w menu było boeuf bourguignon, nie mogłem tego dania nie spróbować, będąc we Francji. Pozostałe towarzystwo próbowało jagnięciny, kurczaka i wołowiny. Jedzenie również i tym razem było bardzo smaczne.

Ostatni dzień był obiadowym ukoronowaniem pobytu w Paryżu. Jeśli ktoś szuka ciekawych smaków bez wątpienia powinien udać się w okolice Katedry Notre-Dame, po drugiej stronie Sekwany w kwartał między ulicami Bd Saint-Michel, Bd Saint-Germain, Rue Saint-Jacques i Quad Saint-Michel. To miejsce zaskakuje mnie za każdym razem ilością i różnorodnością znajdujących się tam restauracji. W planie mieliśmy spróbować fondue więc wybraliśmy typową francuską restaurację, La Luge przy Rue Saint-Severin. To był strzał w przysłowiową dziesiątkę. Zamówiliśmy dwa rodzaje fondue serowe i mięsne. Dostaliśmy dwa kociołki jeden z roztopionym serem i drugi z olejem. Kawałeczki świeżej bagietki zatopione w topiącym się serze smakowały wyśmienicie, a mięso wołowe, które każdy mógł sobie sam usmażyć było doskonałe. Dostaliśmy również małą zapiekankę ziemniaczaną, półmisek francuskich wędlin i młode, gotowane ziemniaki. Ilość na cztery osoby była ledwo do przejedzenia, wędliny poprosiliśmy zapakować na wynos, dzięki czemu mieliśmy na zakończenie kolację we francuskim stylu hahaha… Biorąc pod uwagę ilość jedzenia jaką dostaliśmy i wybraną miejscówkę, cena była naprawdę zadowalająca. Jeśli chcecie spróbować dobrego fondue wybierzcie to miejsce, a nie pożałujecie.

Kuchnia francuska jest bardzo dobra, może nie należy do moich ulubionych, ale to, czego spróbowaliśmy w Paryżu było przepyszne, a momentami doskonałe. Zresztą widzicie na załączonych zdjęciach, że wszystko wygląda smakowicie. Tak właśnie najlepiej poznaje się Paryż, nie tylko poprzez zabytki, ale obserwując ludzi na ulicach, degustując kawę w uroczej kawiarence, czy jedząc obiad w miłym towarzystwie, w jednej z setek restauracji znajdujących się  w tym cudownym mieście.