
Smak Normandii to smak bryzy morskiej i morza. Nie jest to dziwne, gdyż Normandia znajduje się na północnym wybrzeżu Francji. Dokładniej mówiąc to smak różnego rodzaju owoców morza od muli, ostryg, po krewetki, kraby, homary i innego rodzaju morskie skorupiaki. Najpopularniejsze są jednak mule, czyli małże w różnych wydaniach. Ja próbowałem muli z chorizo, curry, sosem serowym lub kremowym na śmietance. Najlepsze były te z curry, które próbowałem w Saint Malo w restauracji Café de l’Ouest oraz z chorizo w Dunkierce nad samym morzem w Face à la Mer.

W tej restauracji w Saint Malo serwowali też takie wielkie talerze z różnymi owocami morza. Wyglądało to niesamowicie, ale nie zaserwowaliśmy sobie takiej przyjemności. Niestety nie odważyłem się też spróbować ostryg, choć znam ich wielbicieli. Teraz chyba trochę żałuję, bo tam nad morzem musiały być najświeższe. W Honfleur w restauracji L’Assiette gourmande spróbowałem natomiast najlepszego chyba jaki dotychczas jadłem makaronu carbonara z owocami morza. Smak był po prostu obłędny, trafiliśmy tam przez przypadek, bo w innych restauracjach nie było już miejsca, opinie też były takie sobie, ale jedzenie było po prostu doskonałe. Jak tak teraz wspominam, to podczas pobytu w Normandii ani razu nie zjadłem na obiad dania mięsnego i nie żałuję tego, bo mogłem delektować się świeżymi owocami morza.

Normandia słynie jeszcze z calvadosa. Jest to taki lokalny alkohol, pochodzący z tego regionu, produkowany z jabłek. Calvadosa próbowałem 20 lat temu, jak spędzałem tu wakacje, doskonale pamiętałem ten cierpko wytrawny smak. Teraz ponownie spróbowałem, ale tylko łyczek, no i nie przekonałem się, to nie mój smak. O wiele lepszy jest cydr, niskoprocentowy jabłkowy gazowany napój alkoholowy. Ma słodki, orzeźwiający smak więc nim można się już podelektować. Z produkcji cydru słynie zarówno Normandia, jak i Bretania.
Francja to również wszelkiego rodzaju sery pleśniowe. Są one obowiązkowym elementem każdego śniadania i warto popróbować ich różnych rodzajów. Nie ma oczywiście francuskiej kuchni, czy śniadania bez bagietki i całej masy innych słodkości jak croissanty, czy pain un chocolate, czyli takie ciastko z czekoladą. Świeża bagietka, odrobina masła i plasterek sera pleśniowego, czego chcieć więcej, no dobrej kawy z mlekiem.

Francuska kuchnia to jeszcze quiche, czyli zapiekanka w formie tarty, ale nie mylcie z tartą, na bazie ciasta kruchego z nadzieniem mięsnym lub warzywnym. Najsłynniejszy jest quiche Lorraine z masą śmietanową i boczkiem. W Honfleur poszliśmy do małej kafejki La Petite Chine na takie śniadanie w stylu francuskim z quiche, croissantem i pyszną kawą.
W Saint Mało spotkaliśmy jeszcze jeden lokalny przysmak, czyli kouign-amann, słodkie okrągłe ciasto maślane. W kilku punktach na starym mieście wypiekali je na bieżąco, a roznoszący się wkoło zapach był niesamowity. Znaleźliśmy również sklep, w którym sprzedawali tylko to ciasto, ale też nie skusiliśmy się. Teraz trochę żałuję, że nie spróbowałem tej lokalnej słodkości, no cóż nie da się wszystkiego popróbować.

Pisząc o słodkościach nie możemy zapomnieć o słynnych crêpe, czyli cieniutkich naleśnikach serwowanych na słodko, zazwyczaj składanych, a nie rolowanych, jak u nas. Na takiego naleśnika się już skusiłem, ale zdecydowanie jestem większym zwolennikiem owoców morza, a nie takich słodkości.
A tak z innych ciekawostek. Co do hoteli polecam wybierać małe butikowe hotele w centrach tych miasteczek, żeby poczuć ich klimat i atmosferę. Owszem usytuowane są one w kamieniczkach, w których zazwyczaj nie ma wind i trzeba taszczyć walizki po schodach do pokoju, ale ma to swój urok. Sprawdzoną miejscówką w Honfleur jest Les Cascades, położony niemal przy porcie, w Étretat – Villa Jade, praktycznie w samym centrum miasteczka, czy urokliwy Le Nautilus w Saint Malo. Co do śniadania to już poddaję indywidualnej decyzji, czy lepiej iść do kawiarni na kawę, a po drodze kupić sobie croissanta lub pani au chocolate, czy wykupić sobie śniadanie w hotelu. My skorzystaliśmy ze śniadania tylko w Saint Malo i to był akurat dobry wybór, a śniadanie osobiście serwował właściciel, zresztą przez cały nasz pobyt był bardzo uprzejmy i pomocny. Ciekawym doświadczeniem jest też nocleg w ichnim odpowiedniku naszej agroturystyki. Jeden nocleg mieliśmy zarezerwowany w dużym wiejskim, zabytkowym domu niedaleko od Barfleur o nazwie Le Chalet Suisse. Dom w wiejskiej spokojnej okolicy, wieczorem cisza i brak świateł miejskich, spacerujące po podwórku koty i kury. Tu też skorzystaliśmy z domowego śniadania, które serwowała właścicielka, warto się tam zatrzymać.
Podróżując przez Francję należy pamiętać, że znaczna część autostrad jest niestety płatna, ale opłat można spokojnie dokonać kartą płatniczą, a na niektórych odcinkach autostrad później sprawdzić sobie w internecie po numerze rejestracyjnym auta i opłacić online. Płatny jest również przejazd przez słynny Pont de Normandie, którym jechaliśmy z Étretat do Honfleur, ale warto przejechać się tym wielkim mostem. W niektórych miastach obowiązuje również strefa tzw. „czystego powietrza” i by wjechać do takich miast potrzebujecie naklejki Crit’Air czyli Certificat qualité de l’air. Zamówiliśmy ją przez internet jeszcze z Polski, ale dotarła do nas już po powrocie. Na szczęście uniknęliśmy mandatów, a właściciel hotelu w Saint Mało powiedział, że wystarczy że się zarejestrowaliśmy na stronie internetowej, jednak nie jest to sprawdzona i pewna informacja.
Tak kończę moje wspomnienia z Normandii i Bretanii. Mam nadzieję, że będą pomocne dla tych którzy trafią na mojego bloga i zainspirują się do własnej wyprawy do północnej Francji. Jest to region wart odwiedzenia, gdzie można zachwycić się urokliwymi małymi miasteczkami, stanąć w miejscach, w których odegrały się ważne wydarzenia II wojny światowej i posmakować doskonałej regionalnej kuchni francuskiej.

































