Kolejne perełki Andaluzji, czyli urokliwe Mijas i lekko snobistyczna Marbella

Jeszcze przed wyjazdem do Hiszpanii zaplanowałem sobie, które miasta będę chciał odwiedzić. Oczywiście czytałem w Internecie co warto zobaczyć, bo Hiszpanii jakoś specjalnie wcześniej nie znałem i nie czytałem o niej wiele, mimo iż mam do niej wielki sentyment wrodzony. Jednym z najbliżej położonych od Torremolinos, a zarazem bardzo urokliwych miasteczek jest Mijas więc ono znalazło się na mojej liście.  Z kolei jeszcze kilka lat temu na Netflix oglądałem serial Toy Boy i jakoś ten południowy klimat Marbelli, bo tam rozgrywała się akcja serialu spowodował, że od tamtego czasu marzyło mi się by odwiedzić kiedyś Marbellę. Widać warto jest marzyć, bo marzenia się spełniają. Oba te miasta zaplanowałem na jednodniowa wycieczkę, gdyż znajdują się dość blisko i można je odwiedzić w ciągu jednego dnia. 

Mijas znajduje się na północ od Torremolinos, w górach więc dzień zaczęliśmy od wycieczki w góry. Dojazd samochodem do Mijas z Torremolinos zajmuje około 40 minut, czyli całkiem blisko. Sama droga jest już malownicza, gdyż wiedzie w kierunku gór. Kiedy dotarliśmy do Mijas, niestety wszystkie parkingi w centrum były już zajęte, a wjazd do ścisłego centrum zamknięty przez policję. Musieliśmy pojechać na pobliski parking, znajdujący się w starym kamieniołomie Cantera El Puerto. Stamtąd kursują bezpłatne autobusy, które dowożą turystów do samego centrum Mijas. Cechą charakterystyczną dla Mijas są jego białe domy, chyba wszystkie są wymalowane na biało. Zwiedzanie Mijas zaczęliśmy od Plaza Virgen de la Peña, to główny plac miasta pełen sklepików, kawiarni i restauracji. Oczywiście zrobiliśmy sobie się tam krótki postój na pyszną kawę. Idąc Av. del Compás doszliśmy do Placu Konstytucji, a następnie dalej Cta. de la Villa doszliśmy do areny walk byków, czyli Plaza de Toros de Mijas. 

Przy arenie znajduje się Park Muralla. Idąc wzdłuż murów okalających park możemy podziwiać panoramę okolicy, która robi niesamowite wrażenie. W dali na horyzoncie widać nawet morze. Jeśli obejdziemy cały park, to na drugim końcu naszym oczom ukazuje się cała panorama Mijas na tle górskich szczytów. Ten kontrast bieli, zieleni i szarości wygląda urokliwie. W parku znajduje się również bardzo ładny kościół Niepokalanego Poczęcia, który polecam zwiedzić w środku jeśli będzie otwarty. Podczas naszego pobytu ołtarz był ozdobiony kwiatami w takiej ilości, że niemal przesłaniały sobą wszystko. 

Do centrum wracaliśmy przez Calle Málaga, deptak z charakterystycznym płóciennym dachem podobnym do tych w Maladze i Torremolinos. Po drodze znajduje się urokliwa Calle de los Caños, pełna różnego rodzaju sklepików. My jednak by zobaczyć coś nowego doszliśmy do samego końca Calle Málaga, aż w okolice Plaza Virgen de la Peña. Ze skrzyżowania Calle de los Caños i Calle Málaga jest skrót wprost do Plaza Virgen de la Peña. To schody, niemal wciśnięte między kamienice, ale mające w sobie ten klimat południa Hiszpanii. Takie magiczne zakątki są cudowne. Niestety przed nami była jeszcze Marbella więc nie mieliśmy więcej czasu by jeszcze spokojnie powłóczyć się tymi wąskimi uliczkami, poza ścisłym centrum, wśród bieli otaczających je kamienic.

Dojazd z Mijas do Marbelli to kolejne 40 minut. W Marbelli zatrzymaliśmy się na podziemnym parkingu przy Avenida del Mar. Znajduje się on pod placem, na którym eksponowane są rzeźby Salvatora Dali. Jest to optymalna lokalizacja, po środku, między plażą, a historyczną częścią miasta. Centrum znajduje się zaraz za Parkiem Alameda. Niesamowite wrażenie robią ceramiczne ławki znajdujące się w parku, wyglądające jak z porcelany i wybrukowane żółtymi płytami parkowe alejki. Jak miniemy park polecam skręcić w Calle de Enrique del Castillio, a dalej w lewo w Calle Padre Francisco Echamendi. 

Po chwili jak skręcimy w prawo w Calle Valdes ujrzymy narożną kamienicę, która wyjęta jak wyjęta z jakiejś bajki o krasnoludkach, po prostu cudowna. Idąc tą wąską ulicą dojdziemy do popularnej Plaza de los Narajnos, otoczonej ze wszystkich stron kawiarniami i sklepikami. Warto się przejść Calle Ancha, która jest pełna restauracji, w środku dnia robiła niesamowite wrażenie, ale wieczorem, pełna ludzi siedzących przy stolikach restauracyjnych, musi mieć magiczny klimat. Równie urokliwa, choć znacznie spokojniejsza jest równoległa Calle Bermeja. Niestety nie udało nam się już zwiedzić hali targowej, gdyż było zbyt późno. Całe zabytkowe centrum Marbelli jest bardzo urokliwe i klimatyczne i na pewno warto poświęcić kilka godzin na spokojny spacer tymi uliczkami, przy okazji robiąc zakupy w okolicznych sklepach. Marbella przyciąga milionerów, więc i sklepy są bardziej eleganckie i droższe. Oczywiście nie musimy nic kupować, już samą przyjemnością jest spacer i odkrywanie cudownych zakątków tego miasta. 

Z centrum przez wspomniany wcześniej park Almeda wróciliśmy na plac przy Av. del Mar. Niestety nie dotarliśmy też do mariny, gdzie podobno cumują luksusowe jachty. Słyszałem, że Marbella to takie hiszpańskie Cannes. Przespacerowaliśmy się jeszcze nadmorską promenadą, gdzie w jednej z okolicznych kawiarni wypiliśmy schłodzone piwo przed powrotem do domu, oczywiście Ci, którzy nie byli tego dnia kierowcami. W ten sposób zobaczyliśmy kolejne miasta na Costa del Sol, a przed nami były jeszcze dwie wycieczki, ale o tym już następnym razem. 

Andaluzja, cudowna kraina na południu Hiszpanii

Od zawsze miałem sentyment do Hiszpanii, zawsze chciałem nauczyć się języka hiszpańskiego i lepiej poznać ten kraj. W Hiszpanii dotychczas udało mi się być jednak dopiero raz, spędzałem tam Sylwestra kilka lat temu w cudownej i urokliwej Walencji. Teraz podczas urlopu udało mi się ponownie tam zawitać. Wspólnie z rodziną i przyjaciółmi spędzałem urlop właśnie w Andaluzji. Tradycyjnie sami zadbaliśmy o przelot i nocleg, a nie rezerwowaliśmy wycieczki w biurze podróży. Tak jest ciekawiej, człowiek nie jest ograniczony do hotelu narzuconego przez biuro podróży. Na bookingu, jak się poszuka, można znaleźć ciekawe miejsce na nocleg w dobrej cenie. Przy tej ilości osób dom był idealnym rozwiązaniem. Naszą miejscówką było Torremolinos, położone kilkanaście kilometrów od Malagi. W Maladze znajduje się dość duże lotnisko więc, przylot z Polski nie jest większym problemem i można wybrać dogodny lot. Nieco ponad 3 godziny lotu i wylatując z Krakowa lądowaliśmy na hiszpańskiej ziemi. Druga połowa sierpnia, a nawet już prawie końcówka była bardzo gorąca w Hiszpanii. Wysiadając z samolotu od razu uderzył nas powiew gorącego powietrza. Już wiedzieliśmy, że znaleźliśmy się na południu Europy. O tym jakie miasta zwiedziłem podczas wakacji w Torremolinos i co tam zobaczyłem, napiszę Wam w kolejnych wpisach, dzisiaj będzie o Torremolinos i najbliższej Maladze. 

Do Torremolinos z lotniska w Maladze można dojechać pociągiem, jednak z bagażami zdecydowanie wygodniejszym środkiem transportu był popularny Uber. Torremolinos to taki typowy turystyczny kurort, jednak noclegi tam już są nieco tańsze niż w Maladze więc jest to naprawdę dobra miejscówka wypadowa zarówno do Malagi, jak i innych urokliwych miast i miasteczek Andaluzji. Szerokie, piaszczyste plaże Torremolinos pozwalają również w pełni poczuć wakacyjny klimat, gdy zdecydujemy się na wypoczynek na plaży, a nie tylko zwiedzanie okolicznych miast. Jeśli zaczniemy zwiedzanie Torremolinos od Plaza Pdte. Adolfo Suarez, możemy się lekko rozczarować. To taka typowo miejska architektura, bloki w stylu lat 80-tych, nic szczególnie specjalnego. Z uwagi iż mieszkaliśmy poza centrum, przy Calle Liszt, od tej strony szliśmy do śródmieścia i starej części Torremolinos. Prawdę mówiąc zdziwiłem się trochę bo myślałem, że centrum będzie znacznie bardziej klimatyczne. 

Wszystko się jednak zmieniło gdy weszliśmy na Plaza Costa del Sol i Calle San Miguel. Od razu dało się poczuć wakacyjny klimat południa Hiszpanii. Niskie hiszpańskie kamienice z restauracjami, barami i dziesiątkami sklepików z pamiątkami.  Calle San Miguel to typowy deptak turystyczny, każdy znajdzie tu coś interesującego. Co ciekawe, nad całym deptakiem rozciągnięty był lekki płócienny dach, chroniący przez palącym słońcem południa w ciągu dnia. Idąc deptakiem mijamy po drodze kolejny interesujący plac, tj. Plaza de la Nogalera. Najlepsze było jednak jeszcze przed nami. 

Calle San Miguel przechodzi dalej w Calle Santos Arcangeles, a następnie Calle Cta. del Tajo. Ta ostatnia to praktycznie kręte kamienne schody, które prowadzą nas do promenady ciągnącej się wzdłuż plaży. Centrum znajduje się na wzniesieniu więc do plaży musimy właśnie zejść po tych schodach, a raczej ulicy, którą tworzą szerokie schody, prowadzące niemal do samej promenady nadmorskiej. Calle Cta. del Tajo mnie zahipnotyzowała, zakochałem się w tym urokliwym zakątku Torremolinos. Wzdłuż ulicy rozlokowane są sklepiki z pamiątkami, lokalnym rękodziełem i cudowne restauracje. Już mógłbym wrócić na wieczorny spacer tą schodową ulicą. Ale Torremolinos to nie tylko ta cudowna starówka, to piękne plaże i szeroka promenada ciągnąca się wzdłuż plaży. Przy promenadzie, jak w każdym takim turystycznym kurorcie oczywiście znajdują się bary, restauracje i różnego rodzaju sklepy z pamiątkami. Torremolinos to idealna mieszanka luzu wakacyjnego oraz tego uroku miasteczek południowej Hiszpanii. Jest to również jedna z najczęściej wybieranych wakacyjnych destynacji dla osób spod znaku LGBTiQ. Tam każdy może się czuć swobodnie i nikt na nikogo dziwnie się nie patrzy i przecież o to chyba chodzi. Kiedyś mogłem spędzać cały dzień na plaży, leżąc w palącym słońcu przez kilka godzin, jednak z wiekiem zmieniają się przyzwyczajenia i teraz o wiele więcej frajdy na wakacjach sprawia mi zwiedzanie nowych nieznanych miejsc. Od początku wiedziałem, że nie spędzę całego wyjazdu tylko na plażach Torremolinos. Pierwszą destynacją wycieczkową była najbliżej położona Malaga. 

Na podbój Malagi wybrałem się pociągiem. Ponieważ w naszej grupie byli też rodzice z małymi dziećmi więc priorytety wypoczynkowe były różne. Do Malagi wybrałem się przed południem razem z Mamą, którą zabrałem też na wakacje. Muszę przyznać, że bardzo dobrze w wieku 80 lat zniosła ten niesamowicie męczący gorąc, któremu mimo braku deszczu towarzyszyła dość duża wilgotność. Dojazd pociągiem z Torremolinos do Malagi zajmuje około 25 minut, a koszt biletu to tylko 2,5 euro. Stacja kolejowa la Colina znajdowała się w miarę blisko naszego domu więc spacerem doszliśmy tam w 20 minut. Pociąg dojeżdża do stacji Malaga C.a, skąd do ścisłego, zabytkowego centrum dojdziemy w 20 minut. Uwielbiam włóczyć się po takich wąskich uliczkach, gdzie za każdym niemal zakrętem można odkryć jeszcze bardziej urokliwe miejsce. 

Pierwszym postojem w Maladze była hala targowa, czyli Mercado Central de Atarazanas. Bogactwo świeżych owoców i warzyw, których nie kupimy w Polsce zachwyca na każdym straganie. Wszelkiego rodzaju owoce morza, przyprawy, oliwki, to trzeba zobaczyć i poczuć wszystkimi zmysłami. Po zwiedzeniu hali targowej i krótkim postoju na kawę udaliśmy się w kierunku katedry. Po drodze mijaliśmy popularny deptak handlowy, czyli Calle Marqués de Larios. Podobnie, jak w Torremolinos nad całym deptakiem rozciągnięty był płócienny, przewiewny dach, chroniący przed słońcem. 

Ogromny, majestatyczny budynek wzbudza podziw i robi duże wrażenie, a otaczające katedrę ogrody jeszcze bardziej dodają jej uroku. Przed frontem katedry znajduje się urokliwa Plaza del Obispo z fontanną po środku i budynkiem Centrum Kultury o przyciągającej wzrok żółtej fasadzie. 

Idąc Calle Sta. Maria i dalej Calle Cister udaliśmy do kolejnego punktu na mojej mapie atrakcji, czyli ruin Teatro Romano de Malaga i położonego na wzgórzu pałacu Alcazaba. Wstęp do obu atrakcji jest płatny. Ruiny Teatro Romano można zobaczyć i sfotografować z dość bliska nie wykupując biletu, tak też i zrobiłem, ale do pałacu już zakupiliśmy bilety. Widok z pałacu położonego na wzgórzu na całe miasto i port robi niesamowite wrażenie. Sam pałac też jest wart zwiedzenia, a bilet jeśli dobrze pamiętam kosztował około 5 euro za osobę więc cena bardzo przyzwoita. Samo zwiedzanie pałacu zajęło około godziny. Na szczęście dzień był trochę pochmurny, więc spacer wzdłuż murów na wzgórzu nie był aż tak męczący. Z Alcazaby widać też charakterystyczną bryłę Plaza de Toros de la Malagueta, czyli areny walk z bykami. To część historii Hiszpanii, jednak to nie rozrywka dla mnie i nie popieram tego. 

Zmęczeni spacerem przez centrum Malagi i zwiedzaniem Alcazaby zrobiliśmy sobie krótki odpoczynek w Parque de Malaga. Można powiedzieć że park oddziela w jakimś sensie miasto od plaży. Spokój tego miejsca i różnorodna roślinność pozwalają naprawdę odpocząć w upalny dzień. Niestety mieliśmy tylko kilka godzin na poznanie głównych atrakcji Malagi więc po 20 minutowym odpoczynku w tej oazie zieleni udaliśmy w kierunku plaży Malagueta. 

Po drodze zrobiłem jeszcze zdjęcia charakterystycznej bryły Centrum Pompidou de Malaga, czyli jedynej poza Paryżem jednostki słynnego paryskiego Centrum Pompidou. Budynek trochę na pierwszy rzut oka przypomina szklaną kostkę Rubika. Od Centrum Pompidou de Malaga do latarni morskiej ciągnie się ekskluzywny pasaż z butikami i restauracjami. 

Moim celem był napis przy słynnej plaży Malagueta. Po zrobieniu zdjęć zrobiliśmy sobie odpoczynek przy promenadzie Maritimo Cdad. de Malilla. Do tego miejsca od stacji kolejowej zrobiliśmy przez cały dzień ponad 4 kilometry, co było dużym wyzwaniem przy temperaturze dochodzącej do 30C. Niestety czekał nas jeszcze powrót do centrum. Po południu dojechała reszta wycieczki i udaliśmy się na wspólny obiad do tapas baru, położonego w pobliżu katedry.  Było idealnie i przepysznie, ale o hiszpańskiej kuchni napiszę Wam w kolejnych wpisach. 

Powoli zapadał zmierzch, na ulicach włączyły się latarnie, a deptak, o którym pisałem wcześniej nabrał zupełnie innego wyrazu, sam nie wiem, w której wersji bardziej mi się podobał, za dnia, czy o zmroku. Po całym dniu pełnym wrażeń zdecydowaliśmy już na powrót Uberem do domu. Wycieczka powrotna pociągiem chyba byłaby już zbyt męcząca dla wszystkich. Cieszę się że udało mi się odwiedzić główne atrakcje Malagi, które można zobaczyć w jeden dzień i zrealizować cały plan, który opracowałem. Czytając ten wpis może ktoś skorzysta z moich pomysłów przy planowaniu własnych wakacji na Costa del Sol. Przede mną były kolejne wycieczki, nowe nieodkryte jeszcze miasta, ale o tym już wkrótce w następnych wpisach. 

Paris mon amour, czyli Paryż na weekend cz. 3

Chyba nie da się nienawidzić Paryża, ale zdaję sobie sprawę, że można go nie lubić za tłumy turystów, które są tam o każdej chyba porze roku. Ja w tym mieście zakochałem się od pierwszego razu kiedy tam byłem, chyba ze 25 lat temu i nie przeszkadzają mi te tłumy ludzi. Bardzo dobrze czuję się w tym mieście i swobodnie potrafię poruszać się po centrum. Nikt tam na drugiego nie patrzy krzywym okiem, nie ocenia za wygląd, strój, czy orientację seksualną. Jak byś się dziwnie nie ubrał, w Paryżu będziesz stylowy i nikt się nie będzie z Ciebie śmiał. Nikogo też nie zdziwi dwóch mężczyzn spacerujących ze sobą, trzymając się za ręce. Magii Paryżowi dodają setki małych kawiarenek, gdzie można usiąść przy stolikach wystawionych na zewnątrz i oglądać tłumy ludzi przemieszczające się we wszystkich kierunkach.

Trzeci dzień pobytu w Paryżu poświeciliśmy właśnie na spokojne spacerowanie po centrum, bez pośpiechu i pogoni za kolejną atrakcją. Oczywiście w Paryżu, jako jednej ze światowych stolic mody, nie mogło się obyć bez wizyty w sklepach z odzieżą, ale większe zakupy już sobie podarowaliśmy. Dla tych z zasobnym portfelem, oczywistym wyborem są Pola Elizejskie z flagowymi sklepami światowych marek modowych, dla tych mniej zamożnych polecam przejść się Rue de Rivoli od Hotel de Ville w kierunku Muzeum Louvre. Znajduje się tam cała masa sklepów odzieżowych i obuwniczych. Nie doszliśmy aż do Louvre’u, tylko skręciliśmy w Rue des Dechargeurs i doszliśmy do wielkiego centrum handlowego Wesfield Forum des Halles. Wizytę w galerii handlowej odpuściliśmy sobie i udali w kierunku łuku tryumfalnego Porte Saint-Denis na skrzyżowaniu Rue St Denis i Boulevard St Denis. Praktycznie cały ten kwartał ulic, który przeszliśmy od Rue de Rivoli do Porte Saint-Denis pełen jest różnego rodzaju sklepów modowych. Oczywiście nie mogliśmy sobie odpuścić codziennego rytuału, czyli postoju na kawę w jednej z uroczych kawiarni, które mijaliśmy po drodze. Zatrzymaliśmy się w Cafe Etienne, przy skrzyżowaniu Rue Pierre Lescot i Rue Etienne Marcel. Uwierzcie mi siedząc tak przy kawie naprawdę można naoglądać się ciekawie wystylizowanych ludzi. Po krótkiej przerwie udaliśmy się Rue St Denis i wyszliśmy wprost na ten łuk tryumfalny, o którym wcześniej już wspomniałem. Rue St Denis to typowy deptak turystyczny, jednak nie wyłączony z ruchu samochodowego. Za łukiem tryumfalnym przechodzi on w Rue du Faubourg Saint-Denis. W tej części znajduje się masa restauracji z kuchniami z całego świata. Dla nas to nie była jeszcze pora na obiad więc kontynuowaliśmy nasz spacer. Niestety nadeszły ciemne deszczowe chmury i zmuszeni zostaliśmy do krótkiego przystanku przy piwie w restauracji Le Mondial. 

Ponieważ nigdzie nie spieszyliśmy się, nawet nie zauważyliśmy jak minęła 14.00. Deszcz ciągle kropił więc z pobliskiej stacji metra Chateau d’Eau dojechaliśmy do stacji Saint Michel Notre-Dame. Po drugiej stronie Sekwany, o dziwo, świeciło słońce i nie spadła ani kropla deszczu. W tej okolicy chcieliśmy zjeść pożegnalny obiad. O smakach Francji, a zwłaszcza Paryża napisze wam w kolejnym, ostatnim wpisie dotyczącym naszego pobytu w Paryżu. Przed obiadem odbyliśmy jeszcze krótki rajd po sklepach z pamiątkami. W tej okolicy tych sklepików jest najwięcej, polecam również spacer Rue d’Arcole, położonej na wyspie, ta ulica odchodzi od placu z Katedrą Notre-Dame, tam też jest cała masa tych sklepików z magnesami, koszulkami, plecakami i innego rodzaju souvenirami. Każdy zakupił jakieś pamiątki do domu. Ja tym razem dałem sobie spokój z magnesami, bo z Paryża już dwa wiszą na mojej lodówce, a naprawdę nie ma już na niej miejsca na kolejne. Zakończyło się na zakupie ciekawej koszulki z witrażem Katedry Notre-Dame. 

To jest właśnie cudowne w Paryżu, że jadąc tam nigdzie nie musisz się spieszyć. Cieszysz się kawą spokojnie wypitą w przytulnej kafejce, zachwycasz niesamowitymi kamienicami, oglądasz mijających cię ludzi. Są tacy, którzy muszą zobaczyć Mona Lisę w Muzeum Louvre. Ja będąc w Paryżu muszę zobaczyć migoczącą po zmroku Wieżę Eiffela, wypić kawę i chłonąć to miasto, spacerując po urokliwych uliczkach. Każdemu polecam taki sposób zwiedzania tego niesamowitego miasta, oczywiście czasem, trzeba zejść pod ziemię i pokonać dłuższy kawałek metrem, to idealny środek transportu, w połączeniu ze spacerem. Byłem bardzo zadowolony, że po kilku latach udało mi się ponownie odwiedzić to miasto. Tych którzy nie byli, a przeczytają te wspomnienia z Paryża, mam nadzieję, że zachęcę do odwiedzin.

Miami, miasto z marzeń, gdzie bogactwo idzie w parze z biedotą i nędzą

Kilkudniowy odpoczynek w Miami zakończył nasz pobyt w Stanach Zjednoczonych. Do Miami jechaliśmy z Nashville. Jest to na tyle duża odległość, że po drodze zarezerwowaliśmy sobie nocleg w miejscowości Adel. To był tylko pobyt na odpoczynek i sen więc nic ciekawego nie napiszę Wam o tym mieście. Mogę natomiast polecić całkiem miły i czyściutki motel sieci  Days Inn przy 1204 West Fourth Street. Duży, przyjemny pokój i bardzo miła obsługa. Do Miami udaliśmy się zaraz po śniadaniu by nie tracić dnia, a i tak dojazd zajął około 7 godzin. Do hotelu zawitaliśmy wczesnym popołudniem. Tu upał i wilgotność wróciły do normy, po lekkim, jeśli można tak to nazwać, ochłodzeniu w Memphis i Nashville.

Miami Beach jest miastem należącym do wielkiej aglomeracji Miami. Jest to typowy kurort wypoczynkowy, podobnie jak Panama City Beach czy Pensacola Beach. Miami Beach położone jest na wyspie, w przeciwieństwie do Miami, które leży na części lądowej Florydy.

Miasto tętni życiem przez cały dzień i do późnych godzin nocnych. Tutaj przyjeżdżają odpoczywać i bawić się zwykli turyści i multimilionerzy. Cała aura miejsca, letni klimat, który panuje tam przez cały rok, sprzyjają atmosferze zabawy i odpoczynku. My byliśmy tam w sezonie huraganów, więc deszcz był obowiązkowy każdego popołudnia. Wysokie temperatury sięgające powyżej 30°C oraz znaczna wilgotność o tej porze roku powodują szybkie przemęczenie organizmu, dlatego najlepiej czas spędzać nad oceanem.

Centrum Miami Beach stanowi dzielnica Art Deco, z pięknymi budynkami w tym stylu z lat 20-tych i 30-tych XX wieku. Najpopularniejszą ulicą jest Ocean Drive, gdzie te domy ciągną się na całej jej długości. Część Ocean Drive jest deptakiem zamkniętym dla ruchu kołowego. Tam zabawa trwa cały czas, ale chyba o to tutaj chodzi i wszyscy udają się tam w tym celu. Przy Ocean Drive znajduje się też willa słynnego projektanta mody Gianniego Versace, który został zamordowany przed wejściem do niej. Obecnie jest tam hotel z restauracją. Pomiędzy Ocean Drive, a plażą znajduje się piękny Lummus Park, który jest idealnym miejscem na wypoczynek, czy to od słońca, czy od imprez. Wzdłuż plaży ciągną się mniej lub bardziej luksusowe hotele i apartamentowce, z pięknym widokiem na ocean. My wybraliśmy hotel Axel Beach Miami, blisko zarówno Ocean Drive, jak i plaży, więc lokalizacja optymalna, choć nie przy samej plaży. Niestety w dystrykcie Art Deco jest problem z miejscami parkingowymi. Na szczęście znajduje się tam duży parking wielopiętrowy, przy 16th Street, w bardzo przyzwoitej cenie jak na tę lokalizację, sprawdzony, bezpieczny, polecam.

Miami Beach to nie tylko Ocean Drive, warto również pospacerować innymi ulicami, jak Washington Ave, Collins Ave, uroczą Espanola Way, czy Lincoln Road, takim deptakiem zakupowym, gdzie znajdują się sklepy wszystkich światowych marek modowych i nie tylko. Na ulicach tych niejednokrotnie możemy zobaczyć samochody o jakich większości z nas się nie śniło. Wzdłuż całego wybrzeża oceanu, ciągną się piękne szerokie plaże, gdzie można podziwiać piękne wschody słońca, niestety zachodu słońca tam nie zobaczymy.

Nasz kilkudniowy pobyt w Miami Beach po długich ponad dwóch tygodniach jazdy i prawie 5 tysiącach przejechanych kilometrów przeznaczyliśmy tylko na wypoczynek. Nie planowaliśmy już wycieczek, czy zwiedzania czegokolwiek, po prostu plaża, ocean, spacer i tyle. W tym mieście to wystarcza, bo ono jest stworzone do takiego braku większej aktywności.

Życie w Miami, czy Miami Beach nie jest tanie, musimy się z tym liczyć planując tam pobyt wakacyjny. Czasem jednak trzeba przygotować sobie wcześniej pewien budżet, by w miarę spokojnie później korzystać z tego co daje takie miasto. Niestety restauracje nie należą też do najtańszych, ale nam udało się znaleźć cudowne Taco Rico z przepyszną kuchnią meksykańską. Za 11 dolarów obiad na osobę to na prawdę tanio na Miami Beach, a było przepysznie i sycąco, talerz ryżu z pastą z fasoli czerwonej i do tego 3 mini taco z różnym nadzieniem. A na przystawkę ciepłe tacosy, ale to już te trójkątne chipsy, z kilkoma sosami warzywnymi do wyboru.

Miami Beach to destynacja marzeń na wakacyjny wypoczynek. Letni klimat, setki palm wkoło sprawiają, że ma się wrażenie, że wakacje trwają tam cały rok i każdy się tylko bawi lub wypoczywa. Niestety te obrazki radości, zabawy, wielkiego bogactwa skutecznie urealniają widoki nędzy i biedy, które szczególnie w takim miejscu uderzają w oczy. Na ulicach można spotkać dziesiątki bezdomnych, brudnych ludzi, nocujących przy murach kamienic, niekiedy pewnie będących pod wpływem narkotyków. Niestety taka jest Ameryka, piękna, ale niestety i bezwzględna dla niektórych, a po epoce covid tej biedy i pustych sklepów widać coraz więcej również i za oceanem, nie tylko u nas w Polsce. Kto planuje odwiedzić Miami na pewno się nie zawiedzie, choć w mojej ocenie jest wiele ciekawszych miast w Stanach Zjednoczonych, ale bez wątpienia warto również zobaczyć to wszystko o czym Wam pisałem na własne oczy. Takie wspomnienia pozostają na zawsze…

Nashville, miasto tętniące muzyką i życiem

Nashville było przedostatnim zaplanowanym punktem naszej podróży. Podobnie, jak w innych dużych miastach spędziliśmy tam dwa dni. Wybierając jeden nocleg trudniej byłoby cokolwiek zobaczyć. Nashville to stolica stanu Tennessee, położone jest nad rzeką Cumberland. Miasto to nazywane jest stolicą muzyki country. Do Nashville przyjechaliśmy z Memphis. Oba miasta to kolebki różnych stylów muzycznych, także mieliśmy bezpośrednie porównanie. Droga z Memphis do Nashville zajmuje około 4 godzin jazdy samochodem więc nie jest to aż tak daleko, jeśli zaplanujemy odwiedzić oba miasta.

Nashville jest miastem muzyki, co daje odczuć się na każdym kroku. Na przeciwko Walk of Fame Park, przy Demonbreun Street znajduje się imponujący gmach Country Music Hall of Fame and Museum, z fasadą wyglądającą jak gigantyczna klawiatura fortepianu. Zaraz obok znajduje się Music City Center. My postanowiliśmy tylko odwiedzić Country Music Hall of Fame and Museum. Nowoczesne, multimedialne muzeum robi ogromne wrażenie. W środku zgromadzono setki pamiątek po mniej i bardziej znanych gwiazdach muzyki country. Jest tam również słynny pozłacany cadillac Elvisa Presleya. Miłośnik muzyki country bez wątpienia spędzi w tym miejscu wiele godzin. Przy wyjściu wrażenie robi ogromna ściana z setkami złotych i platynowych płyt gwiazd tego gatunku muzyki. Jest też tam sala z Galerią Sław Muzyki Country. I ciekawostka w Country Music Hall of Fame and Museum znajduje się również centrum edukacyjne Taylor Swift.

Przecznicę dalej w stronę downtown ciągnie się słynna ulica Broadway, gdzie impreza trwa od rana do wieczora. Jest to niesamowite, kiedy idziesz w południe przez miasto, a wkoło dobiega tak głośna muzyka jakby był środek sobotniej nocy, a to kolejny dzień tygodnia tylko. Ulica Broadway pełna jest barów, gdzie grana jest muzyka na żywo, restauracji i sklepów z różnego rodzaju pamiątkami. Wyczytałem w internecie, że te bary nazywają się honky tonky. Tam na prawdę muzyka gra przez cały dzień na okrągło. Chyba na każdym zrobi to wrażenie, gdy w tle masz przeszklone wysokościowce downtown, a wokół niskie kamienice starej zabudowy, a w każdej z nich bar lub restauracja. O zmroku ulica rozbłyska setkami świateł neonów, będących reklamami tych wszystkich przybytków muzycznej rozrywki, a setki turystów i miłośników muzyki przepływają we wszystkich kierunkach. Ulica nie jest zamknięta dla ruchu kołowego, jak to było w przypadku Beale Street w Memphis. 

Warto jest też wybrać się na spacer mostem Johna Seigenthalera, z którego rozpościera się widok na całą panoramę Nashville. Szczególnie efektownie panorama miasta prezentuje się po zmroku, kiedy wszystkie budynki rozświetlone są tysiącami świateł, wygląda to bajecznie. Udało się nam odbyć spacer tym mostem po zmroku. Będąc w centrum nie mogłem tam nie dojść, wiedziałem, że zdjęcia będą niesamowite.

Drugiego dnia pobytu w Nashville odwiedziliśmy jeszcze replikę ateńskiego Partenonu, w rzeczywistym rozmiarze. Budynek Partenonu znajduje się w Parku Stulecia, położonym na południowy-zachód od centrum. Miejsce idealne dla tych, którzy chcą odpocząć od zgiełku Broadway Street. W środku znajduje się muzeum sztuki,  którego niestety nie odwiedziliśmy.

Uczciwie przyznam, że nie jestem miłośnikiem muzyki country, ale Nashville zrobiło na mnie niesamowite wrażenie. Jest to miasto pełne życia i radości, gdzie muzyka wyznacza rytm dnia. Wszędzie widać dziesiątki turystów, nie tylko na głównej ulicy, jak to było w przypadku Memphis. Jest to drugie miasto po Nowym Orleanie, które najbardziej zapamiętam z tego pobytu w Stanach Zjednoczonych. Niestety, motel jaki wybraliśmy na pobyt w Nashville był bardzo złej jakości i praktycznie nie powinien być oferowany jako miejsce noclegowe, ale o złych rzeczach nie chcę pisać. Dobrze sprawdzajcie opinie, choć nie zawsze mogą one oddać rzeczywistość, na jaką natraficie po otwarciu drzwi motelowego pokoju. W Nashville zakończyliśmy etap zwiedzania tej części Ameryki. Przed nami była jeszcze droga powrotna droga do Miami i kilkudniowy odpoczynek na plaży nad oceanem, przed powrotem do Polski. 

Od podboju kosmosu, po kowbojów z dzikiego zachodu, czyli co oferuje Teksas odwiedzającym go turystom

Po pobycie w Nowym Orleanie nadszedł czas na podróż przez Teksas. Teksas to drugi co do wielkości amerykański stan. Wyczytałem, że kiedyś ten stan był niezależnym państwem, symbolem tego jest samotna gwiazda na stanowej fladze. Stan ten bezpośrednio sąsiaduje z Meksykiem i podobnie jak na Florydzie, bardzo dużo mieszkańców posługuje się tam językiem hiszpańskim. 

Podróż przez Teksas zaczęliśmy w Houston. Jest to jedno z dwóch największych miast stanu. Droga z Nowego Orleanu do Houston zajmuje około 6 godzin jazdy samochodem. W Houston mieliśmy zarezerwowane dwa noclegi. Prawie, w każdym mieście, w którym zatrzymywaliśmy się, rezerwowaliśmy po dwa noclegi. Biorąc pod uwagę odległości między poszczególnymi miastami, nie sposób tylko jednego dnia przebywać w jednym miejscu, jest to fizycznie nie możliwe, jeśli chcemy poznać najważniejsze atrakcje. W Houston naszym celem było Nasa Space Center, czyli Centrum Lotów Kosmicznych NASA. Centrum robi niesamowite wrażenie. Z daleka wita nas już wielki jumbo jet z zamontowanym na kadłubie promem kosmicznym. W taki sposób promy te były transportowane z Kalifornii, gdzie były produkowane, do Houston, skąd odbywał się start. Oczywiście zarówno do samolotu, jak i promu możemy wejść w ramach odwiedzin w NASA Space Center. Ośrodek jest gratką dla miłośników kosmosu i wszystkich wydarzeń związanych z podbojem kosmosu. Ja nie jestem miłośnikiem tej tematyki, ale wszystko zrobiło na mnie niesamowite wrażenie. Całe Centrum jest bardzo multimedialne i urządzone z wielkim rozmachem, naprawdę można wiele się dowiedzieć o historii podboju kosmosu, jak wygląda życie podczas takich wypraw, eksponowane są również oryginalne elementy sond kosmicznych, czy promów, a nawet kapsuła, w której wracali kosmonauci na ziemię. Miejsce zdecydowanie warte odwiedzenia, a na spokojne zwiedzanie trzeba poświęcić kilka godzin. Oczywiście by nie było niespodzianek bilety mieliśmy zarezerwowane już wcześniej przed wylotem z Polski, wykupiliśmy opcję z Mission Control Tour. Opcja ta oprócz zwiedzania wszystkich wystaw zawiera transport do NASA Mission Control Center, gdzie możemy oglądać centrum nawigacyjne, z którego kontrolowano pierwszy lot na Księżyc. W ramach prezentacji odtworzone zostały tamte historyczne minuty i rozmowa z kosmonautami, a widzowie mogą oglądać pomieszczenie z sali dla gości, gdzie kiedyś zasiadały ważne osobistości podczas obserwacji pierwszego lądowania człowieka na Księżycu.

Będąc w Houston, odbyliśmy również krótką wycieczkę do downtown, jednak niesamowity upał, skutecznie ograniczył nasz czas pobytu w centrum miasta. Downtown podobne jak w innych miastach, pełne przeszklonych drapaczy chmur, wśród których znajdowały się dwie lub trzy uliczki z zachowanymi starymi zabytkowymi budynkami, tworząc specyficzny klimat wśród górujących nad nimi nowoczesnymi biurowcami. Wracając do motelu spędziliśmy jeszcze kilka godzin w ogromnym centrum handlowym Baybrook Mall, miłośnicy zakupów bez wątpienia poczują się tam jak w siódmym niebie. Przyznam się, że trochę dolarów też tam zostawiłem, ale nie sposób nie zrobić jakiś zakupów odzieżowych za oceanem. W centrum tym znajduje się również kilka doskonałych restauracji. My skusiliśmy się na kolację w The Rouxpour, spróbowałem tam gumbo, popularnego dania kuchni kreolskiej i muszę przyznać, że było genialne w smaku. Gumbo to taki gulasz z owocami morza, kiełbasą, ewentualnie kurczakiem, z dodatkiem warzyw i ryżu, coś pysznego. Restauracja nie należała do najtańszych, ale warto było tam zjeść smaczną kolację, po kilku godzinach biegania po sklepach.

Kolejnym punktem naszej wycieczki było Dallas. Podróż z Houston do Dallas zajmuje około 4 godzin. Dallas to drugie z największych miast stanu Teksas, obok Houston. Przeczytałem, że w Dallas-Fort Worth znajduje się największy pod względem powierzchni port lotniczy na świecie. Oczywiście głównym punktem wycieczki było miejsce zabójstwa Prezydenta Johna F. Kennedy’ego przy Dealey Plaza.  Na Commerce Street, na asfalcie, w miejscu gdzie strzały dosięgły Prezydenta znajdują się nakreślone duże X. Zdjęcie można zrobić w ciągu kilkudziesięciu sekund, kiedy światła sygnalizacji blokują ruch samochodowy na ulicy i jezdnia jest pusta. Można zwiedzić również miejsce, w pobliskiej bibliotece, z którego padły śmiertelne strzały. Obecnie znajduje się tam The Sixth Floor Museum. Podobno wszystko zachowano tam w takim układzie i stanie, jak z dnia zamachu. My niestety muzeum już nie zwiedziliśmy. W okolicy znajdują się również pomniki upamiętniające tamto smutne wydarzenie. Z Dealey Plaza przespacerowaliśmy się jeszcze do downtown, gdzie znajduje się m.in. siedziba AT&T. W pobliżu downtown przy Young Street znajduje się Pioneer Plaza z niesamowitą rzeźbą kilkudziesięciu posągów długorogiego bydła naturalnych rozmiarów. Jest to lokalna rasa bydła charakterystyczna dla Teksasu z niesamowicie długimi prostymi rogami. Jakby ktoś chciał poczytać w internecie to pod hasłem longhorn cattle. Taka przestrzenna rzeźba naturalnych rozmiarów robi wrażenie. W downtown, przy Main Street z pobliskiego skweru spogląda na nas gigantycznych rozmiarów oko, też warto zobaczyć tę rzeźbę na żywo. Miłośnikom street food’u polecam odwiedzić jeszcze Dallas Farmers Market, gdzie możemy posmakować dań różnych kuchni lub kupić lokalne produkty rolnicze.

Drugi dzień przeznaczony na Dallas spędziliśmy w pobliskim Fort Worth, a dokładnie w Fort Worth Stockyards. To taki dziki zachód w miniaturze. Jest to miejsce dawnej giełdy bydła. Obecnie cały kompleks ma przeznaczenie typowo komercyjne, nastawione na turystów. Dwukrotnie w ciągu dnia o 11:30 i 16:00 odbywa się przemarsz tego długorogiego bydła przez Exchange Ave od Stockyards Station do Rodeo Plaza. Wzdłuż Exchange Ave znajduje się cała masa sklepików z pamiątkami, kowbojskimi butami oraz barów i restauracji. Pobyt w tym miejscu jest na pewno ciekawym doświadczeniem, przenoszącym nas w dawne czasy kowbojów. W piątki wieczorem odbywa się tam rodeo. Ponieważ byliśmy tam właśnie w piątek, jeszcze wcześniej kupiliśmy sobie bilety na rodeo. Będąc w Teksasie, trudno nie zaliczyć takiej atrakcji. Cały pokaz jest bardzo skomercjalizowany i pewnie ma niewiele wspólnego z typowym rodeo z dawnych czasów. Oczywiście odbywają się pokazy ujeżdżania byków, ogierów, zawody konne z przeszkodami, czy łapanie cielaków na lasso. Po tym doświadczeniu z rodeo na żywo uczciwie muszę przyznać, że jeśli jeszcze kiedyś będę w Stanach Zjednoczonych na pewno nie wybiorę się po raz kolejny na rodeo. Po prostu szkoda mi  wystraszonych zwierząt, zwłaszcza tych małych cielaków, uciekających w popłochu, przed łapiącym ich na lasso jeźdźcem. Do tego nagłośnienie, jak na koncercie mega gwiazdy, co bez wątpienia nie służy słuchowi zwierząt, które mają znacznie bardziej wyczulony słuch niż ludzie. To nie dla mnie. Tak zakończyliśmy nas pobyt w Teksasie, kolejnego dnia czekała nas prawie 8 godzina podróż do stolicy bluesa, czyli Memphis i kolejny stan Tennessee.

Tak na zakończenie, Teksas to taki niemal odrębny kraj w USA. Wśród mieszkańców widać ten lokalny patriotyzm. W motelach, w których zatrzymywaliśmy się, nawet formy gofrownicy miały kształt Teksasu, więc na śniadanie można było zjeść gofra w kształcie tego amerykańskiego stanu. Bez wątpienia symbolem kojarzącym mi się z Teksasem będą kowbojki. W Fort Worth Stockyards jest to niemal obowiązkowy element garderoby. Chyba tu też obowiązują jedne z najmniej restrykcyjnych przepisów w USA co do posiadania, czy zakupu broni. Jest to również stan większy powierzchniowo od prawie wszystkich europejskich krajów. O północny Teksas zahacza również słynna aleja tornad, ale w te rejony z uwagi na ograniczenia czasowe już nie dotarliśmy. Podróżując przez Amerykę, warto poznać i taki stan, jakim jest Teksas.

Nowy Orlean, kolorowe miasto pełne kontrastów od Bourbon Street po Tree of life

Nowy Orlean był chyba najważniejszym, a zarazem najciekawszym punktem naszej podróży po południowo wschodniej części Stanów Zjednoczonych. Nowy Orlean to największe miasto stanu Luizjana, położone u ujścia rzeki Missisipi do Zatoki Meksykańskiej. Popularną nazwą Nowego Orleanu jest NOLA, czyli skrót o nazwy miasta i stanu. Miasto zostało założone przez francuskich osadników w XVIII wieku. Najciekawszą częścią miasta jest French Quarter, który rozciąga się od ulicy Canal na południu, po North Rampart na zachodzie, Esplanade Ave na północy i od wschodu po brzeg Missisipi. Centralnym punktem jest park Jackson Square, przy którym znajduje się górująca nad okolicą Bazylika Katedralna Św. Ludwika. Jest to miejsce gdzie lokalni artyści malują i sprzedają swoje obrazy. Najpopularniejszą ulicą miasta jest Bourbon Street, przy której znajduje się cała masa barów i różnego rodzaju knajp. Nowy Orlean jest kolebką jazzu, więc w knajpach przy Bourbon Street, miłośnicy tego gatunku, mogą posłuchać tej muzyki. W wielu barach można natrafić na kapele grające muzykę na żywo. Ulica ta tętni życiem za dnia i w nocy. W nocy jednak tworzy niesamowite wrażenie, kiedy wszystkie bary rozświetlone są neonami, i wszystko wygląda bardzo kolorowo, a we wszystkich kierunkach przemieszczają się tłumy imprezowiczów. Oczywiście warto przespacerować się sąsiednimi ulicami, a nie tylko Bourbon. Przy  większości z nich we French Quarter znajdują się kamienice z charakterystycznymi balkonami, znane z wielu amerykańskich filmów. Ponieważ French Quarter sięga aż brzegu Missisipi warto wybrać się do parku Woldenberg położonego nad brzegiem rzeki. Stamtąd też odbywają się rejsy parowcami po Missisipi. Polecam również przejść się dużą arterią, jaką jest Canal Street, obsadzona wzdłuż szpalerem palm. Zupełnie inny klimat i wrażenia niż na Bourbon Street. Warto też wybrać się na przejażdżkę zabytkowym tramwajem, który jeździ przez Canal Street. Z tego co zauważyłem i co my korzystaliśmy takie stare tramwaje jeżdżą po całym mieście. 

Miejscem wartym odwiedzenia w Nowym Orleanie jest także dzielnica Garden District, położona w południowej części miasta, między ulicami St Charles Ave, Toledano, Magazine i Jackson Ave. Jest to spokojna dzielnica z eleganckimi domami z XVIII wieku, gdzie w przeszłości osiedlali się najzamożniejsi mieszkańcy, stąd jej bardzo elegancki charakter. W Garden District znajduje się też znany cmentarz Lafayette, niestety obecnie zamknięty dla turystów, zdjęcia można tylko zrobić przez ogrodzenie. Charakterystyczne dla tego cmentarza są grobowce w kształcie mini domków, co wynikało z ochrony przez wymywaniem trumien z ziemnych grobów w przypadku powodzi. Spacer, pomimo iż dzielnica jest bardzo spokojna, pełna zieleni i urzekająca tymi eleganckimi domami, nie należał do najprzyjemniejszych, gdyż temperatura znacząco przekraczała 30°C, a do tego przy wysokiej wilgotności  taka pogoda była niesamowicie męcząca.

Nowy Orlean, to nie tylko zabytkowe dzielnice z pięknymi kamienicami, to również przepiękne parki miejskie z potężnymi starymi, majestatycznymi dębami, które robią niesamowite wrażenie i drzewami, z których zwisają całe tony mchu luizjańskiego, czyli oplątwy brodaczkowej, która dodają tym majestatycznym drzewom bajkowego charakteru. My odwiedziliśmy znajdujący się w południowej części miasta Audubon Park, ze słynnym dębem Tree of life, którego wiek oceniany jest miedzy 100, a 500 lat. Byliśmy też w City Park w północnej części miasta z urokliwą Oak Grove, gdzie rośnie kilkanaście równie leciwych i potężnych dębów. Do obu parków można dojechać takim starym tramwajem z samego centrum miasta, do City Park z Canal Street, a do Audubon Park z St Charles Ave. W parkach można również spotkać dużo różnego rodzaju ptactwa. Jednak niezapomniane wrażenie pozostawiają te dęby i zwisający z drzew mech luizjański.

Hotel mieliśmy zarezerwowany w samym centrum miasta, Best Western między Common a Canal Street więc do przystanków tramwajowych, a także do zabytkowego French Quarter i Bourbon Street mieliśmy bardzo blisko.

Na koniec jeszcze kilka ciekawostek o NOLA. Nowy Orlean słynie z Mardi Gras, czyli karnawału, opowieści o wampirach, voodoo i nawiedzonych domów. Organizowane są nawet dla turystów voodoo lub ghost tours, my jednak nie skorzystaliśmy z takiej atrakcji. W Garden District spotkaliśmy się również z masą koralików porozwieszanych na drzewach wzdłuż St Charles Ave. Historia tych koralików związana jest z karnawałem, zostały one ustanowione przez króla karnawału w 1872 r. Koraliki te zrzucane są z balkonów podczas parad karnawałowych i rozdawane na ulicach. Kiedyś te koraliki wykonywane były ze szkła, niestety teraz to już zwyczajny plastik.

Nowy Orlean mocno ucierpiał w 2005 r. podczas huraganu Katrina, z tego co czytałem nadal są w mieście obszary zniszczone i jeszcze nie odbudowane po powodzi, która nawiedziła miasto w wyniku huraganu. My podczas dwudniowego pobytu nie trafiliśmy na takie miejsca. Nowy Orlean jest miejscem magicznym, owianym tajemnicą, z cudownymi kamienicami we French Quarter i roznoszącym się nad Bourbon Street zapachem trawki. Jest to bez wątpienia jedno z amerykańskich miast, które warto odwiedzić i poznać podróżując do Stanów Zjednoczonych.

Węgierska przygoda nad Balatonem i wieczorny rejs po Dunaju

Tegoroczny długi weekend majowy spędzałem z rodziną i znajomymi na Węgrzech, a dokładnie nad Balatonem. Układ dni wolnych powodował, że można było spokojnie odpocząć z dala od domu. Pierwotnie miała być Chorwacja, ale ostatecznie padło na Węgry. Na Węgry z południa Polski można dojechać w niecałe 7 godzin więc jest to całkiem przyzwoity czas, porównując powiedzmy z wyprawą nad Bałtyk do Kołobrzegu. Do tego o tej porze roku na Węgrzech już jest gwarantowana przyjemna, ciepła, wiosenna pogoda, ale jeszcze bez upałów, no i piękna zieleń. Niestety u nas z weekendem majowym bywa różnie i nie raz już były w tych dniach przymrozki, a i kwiaty wiosenne też się rozwijają ciut później w Polsce. Wyjeżdżaliśmy w sobotę rano z Krakowa, więc przyjazd na miejsce przewidywaliśmy około 15.00.

Nocowaliśmy w miasteczku Balatonfüred położonym nad samym Balatonem, na północnym brzegu. Jest to uroczy kurort turystyczny, o tej porze roku jeszcze nie w pełni tętniący życiem, z masą cudownej zieleni i kwiatów, ścieżek rowerowych i przystanią dla statków. Sam nocleg zarezerwowaliśmy w ośrodku Balatontourist Füred Camping&Bungalows. Jest to pole campingowe z domkami oraz parcelami, na których można zatrzymać się camperem, rozbić namiot i podłączyć do mediów. Ośrodek jest dość rozległy i ma bezpośredni dostęp do linii brzegowej jeziora. Domki, w których mieszkaliśmy może nie były luksusowe, ale zawierały dwie małe sypialnie, aneks kuchenny z pokojem dziennym i łazienkę. Przed domkiem był zadaszony taras, gdzie można było spędzać czas na wolnym powietrzu. Czego więcej potrzeba, gdy za oknem jest ciepło i świeci piękne słońce, a większość czasu spędza się na spacerach i wycieczkach po okolicy. Niestety przed sezonem, nie było jeszcze zamontowanych schodków do jeziora. Nad Balatonem nie ma typowej plaży i zejście z brzegu do wody na terenie ośrodka jest po schodkach montowanych na sezon letni. Na terenie ośrodka znajduje się plac zabaw, w sezonie otwarte też są mini delikatesy, a całość jest ogrodzona, samochód można zaparkować zaraz obok domku. 

Balatonfüred mnie zauroczyło. Z naszego ośrodka do centrum prowadził deptak połączony ze ścieżką rowerową, obsadzony niesamowitą ilością kwiatów i różnorodnych krzewów. Podczas naszego pobytu wszędzie kwitły tulipany w setkach kolorów i inne kwiaty, których u nas raczej się nie spotyka, ze względu na zimniejszy klimat. Po około kilometrze deptak przechodzi w promenadę z restauracjami, kafejkami i sklepikami z pamiątkami. Idąc tą promenadą dojdziemy do przystani, z której odpływają statki turystyczne i prywatne łodzie. Przy przystani znajduje się pomnik kapitana promu i rybaka. Cały deptak ciągnie się jeszcze dalej do ulicy Deák Ferenc. Balatonfüred jest idealnym miejscem na wiosenny wypoczynek, gdy jeszcze nie ma tylu turystów, w sezonie bez wątpienia tysiące urlopowiczów otaczają nas z każdej strony. 

Mieszkając w Balatonfüred koniecznie trzeba odwiedzić pobliskie Tihany. To cudowne, urokliwe miasteczko położone na półwyspie o tej samej nazwie. Tihany położone jest na wzniesieniu więc rozciąga się z niego widok na całą panoramę Balatonu. W mojej ocenie to taki węgierski Kazimierz Dolny. Miasteczko jest pełne wąskich uliczek, domków z cudownymi ogródkami, nad którym góruje XI wieczny klasztor benedyktynów. Żeby poczuć atmosferę Tihany trzeba poświęcić kilka godzin i dać się zagubić w tych uroczych zakątkach. Nie bójcie się to malutkie miasteczko więc łatwo się odnajdziecie. Półwysep słynie z uprawy lawendy, którą można znaleźć w każdym sklepiku, to taka węgierska Toskania. Obowiązkowym punktem wycieczki w Tihany jest dom papryki, to kamienica położona przy głównej ulicy, cała ozdobiona strąkami czerwonej papryki. W środku znajduje się sklep z lokalnymi wyrobami, niestety nie można robić zdjęć, ale mnie się jakoś ukradkiem udało. Z Tihany można przeprawić się promem na drugi brzeg Balatonu do Szántód, co też uczyniliśmy, oczywiście zabierając samochód. Do naszej bazy noclegowej w Balatonfüred wróciliśmy, robiąc sobie wycieczkę wokół jeziora. Po drodze odwiedziliśmy jeszcze Siófok z charakterystyczną zabytkową wieżą ciśnień. Nic jednak interesującego nie znaleźliśmy w  tej miejscowości więc wypiliśmy kawę i ruszyliśmy w dalszą drogę. Dla miłośników wycieczek rowerowych dodam, że cały Balaton wkoło można objechać na rowerze.

Przedostatniego, czyli czwartego, dnia pobytu na Węgrzech pojechaliśmy jeszcze do Budapesztu i ostatni nocleg mieliśmy już tam zarezerwowany w hotelu. Do Polski wracaliśmy prosto z Budapesztu. W Budapeszcie byłem pierwszy raz podczas pandemii. Budapeszt to duże miasto położone na obu brzegach Dunaju, z przepięknym zabytkowym centrum, górującym nad miastem wzgórzem zamkowym i charakterystyczną bryłą węgierskiego parlamentu, budynku urzekającego architekturą, zwłaszcza po zmroku, kiedy jest włączona iluminacja. Z uwagi iż do dyspozycji mieliśmy tylko jedno popołudnie i wieczór, następnego dnia wracaliśmy już do Polski, nie udało się nam wiele zobaczyć. Pospacerowaliśmy trochę po centrum, doszliśmy do Bazyliki Św. Stefana i nad Dunaj, gdzie z brzegu rozciągał się widok na wzgórze zamkowe oraz Górę Gellerta. Na wieczór zarezerwowaliśmy sobie rejs statkiem wycieczkowym po Dunaju. Niestety wieczorem padał deszcz więc część rejsu spędziliśmy pod pokładem oglądając tylko z okien statku panoramę nadbrzeża. Na pokładzie grała orkiestra na żywo, w sumie specyficzny, ale ciekawy klimacik. Grali najbardziej popularne melodie z krajów, których turyści byli na pokładzie. Gdy już się ściemniło i przestało padać, wyszliśmy na pokład i mogliśmy zrobić kilka zdjęć cudownie podświetlonego zamku oraz budynku parlamentu. Tak zakończyła się nasza majowa węgierska przygoda. Zarówno Balaton, jak i Budapeszt to doskonałe destynacje z Polski na majówkowy wiosenny wypoczynek. Jeśli chcecie dokładnie zwiedzić cudowne miasto, jakim jest Budapeszt, polecam przynajmniej 3-dniowy pobyt. Jednak, by choć na chwilę oderwać się od codzienności wystarczy te kilka dni, spędzonych w tak urokliwych miejscach.

Erice, San Vito Lo Capo, czyli jedna z najpiękniejszych plaż Europy i słynne Palermo

Spędzając urlop na Sycylii w okolicy Castellamare del Golfo oprócz wycieczki na południe wyspy do Agrigento i Scala di Turchi zrobiliśmy sobie jeszcze wycieczkę do Erice, plaży w San Vito Lo Capo i oczywiście Palermo. 

Erice to bardzo urokliwe miasteczko, położone w północno zachodniej części Sycylii, w prowincji Trapani na górze Eryks. Początki miasta sięgają V w p.n.e. Sam wjazd do Erice jest już bardzo ekscytujący, ponieważ miasteczko położone jest na szczycie góry, a dojazd prowadzi wąskimi, krętymi serpentynami. Jak już wjedziemy na szczyt z góry rozpościera się widok na przepiękną panoramę całej okolicy. Najlepiej zaparkować auto na parkingu miejskim na końcu ulicy Viale Conte Pepoli. Stamtąd mamy blisko do zamku Castello di Venere oraz zabytkowego centrum. Idąc z parkingu do zamku, można podziwiać z murów cudowną panoramę i pobliskie Trapani. Z kolei z Castello del Bálio rozciąga się widok na północ w kierunki San Vito Lo Capo. Erice ma klimat, który kocham, wąskie uliczki, stara zabudowa, ja mogę łazić godzinami po takich miasteczkach. W Erice byliśmy w samo południe więc trzeba było się chować w cieniu przed palącym południowym słońcem. Ponieważ mieliśmy kolejne miejsca do odwiedzenia w planie więc po spacerze tymi urokliwymi uliczkami, zakupieniu pamiątkowych magnesów, pojechaliśmy w kierunku Trapani.

Trapani to stolica prowincji o tej samej nazwie i jednocześnie dość duże miasto położone nad samym morzem. Z Trapani prowadzi kolejka linowa do Erice. Zauważyliśmy ją dopiero jak zjeżdżaliśmy z Erice do Trapani. W Trapani natrafiliśmy na porę sjesty, więc prawie wszystko było pozamykane, do tego z nieba lał się niesamowity żar, potęgowany jeszcze przez mury kamienic, które dodatkowo oddawały swoje ciepło. Samo Trapani nie zrobiło na mnie większego wrażenia. Gdybym wiedział o tym wcześniej, wolałbym jeszcze spędzić na spokojnie te dodatkowe półtorej godziny w uroczym Erice.

Zwieńczeniem całodziennej wycieczki była wizyta na jednej z najpiękniejszych plaż Europy w San Vito Lo Capo. Plaża położona jest w zatoczce i od strony wschodniej wieńczy ją niemal wyrastająca z morza ogromna góra, robi to niesamowite wrażanie i nadaje całego uroku temu miejscu. Owszem sama plaża z całym tym otoczniem może być uznana za jedną z najpiękniejszych, ale to przyciąga do niej tysiące urlopowiczów. My byliśmy około 18.00 i było jeszcze dość tłoczno, nawet nie chcę myślec co tam się działo w ciągu dnia, chyba człowiek leżał na człowieku. Dla mnie zdecydowanie za gęsto i osobiście na dłuższy wypoczynek polecam Spiaggia Plaja, ale oczywiście San Vito Lo Capo również warto odwiedzić choć na parę godzin spędzając wakacje na Sycylii.

Odwiedziny Palermo to była kolejna wycieczka. Początki Palermo sięgają VIII w p.n.e. Na pewno trzeba się przespacerować ulicą Via Maqueda. Znajdują się przy niej piękne, zabytkowe kamienice, choć wiele z nich wymaga natychmiastowej restauracji, bo są bardzo zniszczone. Przy ulicy na Piazza Giuseppe Verdi znajduje się imponujący budynek Teatro Massiomo Vittorio Emanuele di Palermo. Można sobie usiąść w jednej z pobliskich kafejek i rozkoszować się pysznym cappuccino z canolli, obserwując tłumy turystów płynące we wszystkie strony. Skrzyżowanie wspomnianej Via Maqueda z Via Vittoria Emanuele otaczają cztery barokowe pałace z przepięknymi fasadami, to też jest miejsce warte zobaczenia. Zaledwie kilka kroków dalej znajduje się Piazza Pretoria ze słynną Fontanną Pretoria, a następnie Piazza Bellini, przy której znajdują się kościoły trzech wyznań. Niestety nie byliśmy w środku żadnego z nich, choć z tego co czytałem przynajmniej kościół Santa Maria dell Ammiragilo jest wart odwiedzenia. Idąc od Teatro Massiomo, jeśli dojdziemy do skrzyżowania Via Maqueda z Via Vittoria Emanuele i skręcimy w prawo dojdziemy do przepięknego architektonicznie budynku Katedry Palermo. Budynek z zewnątrz jest bardzo imponujący, w środku też nie byliśmy niestety.

Ciekawym i niesamowitym miejscem są Katakumby Kapucyńskie, położone na zachód od centrum, około 2 kilometry spacerem. Miejsce mroczne, specyficzne, mistyczne pod klasztorem Kapucynów. Znajduje się tam około 8 tysięcy mumii z okresu od XVI wieku do 1920 r., wszystkie wyeksponowane na ścianach piwnic. Rzadko takie miejsca się widzi, ale chyba przynajmniej raz warto takie coś zobaczyć.

Te miejsca udało się nam zobaczyć w Palermo. Niestety oprócz katakumb nie zwiedziliśmy w środku żadnych kościołów, choć pewnie kilka wartych było wejścia do środka, tak jak wcześniej wspominałem. Tego dnia upał był niesamowity więc już spacer uliczkami miasta w tym gorącu był wystarczającym wyzwaniem. Żeby spokojnie wszystko zobaczyć trzeba by na Palermo poświęcić ze dwa dni. No cóż, może jeszcze kiedyś odwiedzę Sycylię to odrobię zaległości w zwiedzaniu nieodkrytych miejsc. Miasto jest urokliwe, pełne zabytkowej architektury, jednak bardzo zaśmiecone, jak i cała Sycylia, a szkoda bo to piękna wyspa będąca doskonałą destynacją na wakacyjny wypoczynek.

Tureckie schody i greckie świątynie, czyli perełki sycylijskiej prowincji Agrigento

Na Sycylii spędziliśmy dwa tygodnie. Nie wytrzymałbym tylu dni tylko leniuchując na plaży i objadając się pizzą i innymi smakołykami więc czas odpoczynku przeplataliśmy z wycieczkami po okolicy bliższej i dalszej od Castellamare del Golfo. Najdalszym celem wycieczki była Dolina Świątyń w okolicach Agrigento oraz Scala dei Turchi, czyli Schody Tureckie. Agrigento znajduje się na południu Sycylii, więc praktycznie trzeba było przejechać przez całą wyspę na samo południe. Miejscowość ta położona jest w odległości około 170 kilometrów od Castellamare del Golfo, w zależności którą drogę wybierzemy. Dojazd zajmuje ponad 2 godziny w jedną stronę. Jadąc możemy podziwiać krajobraz centralnej Sycylii, który tworzą głównie plantacje rolnicze lub całe wysuszone przez palące słońce połacie ziemi. Sama jakość dróg nie należy do najlepszych niestety, główne owszem są dobrze utrzymane, ale te lokalne są pełne dziur. 

Naszym pierwszym przystankiem były tzw. Schody Tureckie, do których dojedziemy drogą SP68, zjeżdżając z drogi SS115. Wspomniane schody, to białe, wapienne klify położone na południowym wybrzeżu, wyglądem przypominające tureckie Pamukkale. Nazwa związana jest jednak z historycznymi opowieściami o tureckich piratach, którzy w tym miejscu dostawali się na ląd, stąd nazwa Schody Tureckie (Scala dei Turchi). Obecnie klif ten nie jest dostępny bezpośrednio dla turystów, tylko ogrodzony. Patrząc na zdjęcia w Internecie, kiedyś można było chodzić po niższych tarasach. Zdjęcia można robić z góry z punktów widokowych, które znajdują się przy drodze lub z plaży. Praktycznie najlepiej zaparkować samochód przy drodze w pobliżu tych punktów widokowych, gdyż turystów jest tam bardzo dużo i bliżej plaży ciężko jest znaleźć miejsce. Z okolic tych punktów widokowych jeżdżą małe riksze motorowe, wyglądające jak spotykane w krajach azjatyckich tuk tuki, którymi można zjechać prosto do plaży. Koszt przejazdu za jedną osobę to 2 euro, jest to znacznie lepsze rozwiązanie niż pieszy spacer do plaży. Latem, palące słońce bardzo mocno daje się we znaki, a dodatkowo by zejść na plażę trzeba pokonać chyba około stu drewnianych schodów. Idąc już plażą można dojść do klifu i podziwiać go z dołu, niestety na sam kif nie wejdziemy, gdyż jak wspominałem jest on ogrodzony. Biorąc pod uwagę unikatowość miejsca i ilość odwiedzających turystów, zapewne z tego wynika brak możliwości spacerowania obecnie po tych śnieżnobiałych skałach. Nam wystarczył widok z daleka i możliwość zrobienia zdjęć z perspektywy. Kelner w plażowym barze powiedział nam, że  w tym dniu było wyjątkowo mało ludzi bo wiał mocny wiatr, w przeciwnym razie byłoby tam czarno od turystów. Chłodzące piwo w barze, tradycyjnie zakup pamiątkowych magnesów i wracaliśmy z powrotem na główną drogę do auta. Niestety nie było w pobliżu tych tuk tuków więc pod górę wspinaliśmy się już na własnych nogach, na szczęście nie po schodach, tylko po łagodnym zjeździe dla tych samochodzików. 

Z wybrzeża pojechaliśmy w kierunku Agrigento, a dokładniej do Doliny Świątyń. Dolina Świątyń jest wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO, zajmuje obszar 1800 hektarów. Położona jest na obszarze starożytnego miasta Akragas. Można się tam poczuć jak w starożytnej Grecji, a nie na włoskiej wyspie. Znajdują się tam jedne z najlepiej zachowanych ruin greckich świątyń. Niektóre ze świątyń widać już z drogi dojazdowej, co robi niesamowite wrażenie. W najlepszym stanie jest Świątynia Concordii, która wygląda jak ateński Partenon i Świątynia Hery.  Przy ruinach Świątynii Concordii znajduje się charakterystyczna rzeźba Ikara. Nad morzem wydawało się, że wieje przyjemny wiatr, a tam w słońcu było chyba ze 40 stopni Celsjusza. Do tego wycieczka nasza po tej dolinie przypadała na wczesne godziny popołudniowe, kiedy to temperatury są najwyższe, więc szybkim krokiem, obeszliśmy najciekawsze zachowane ruiny i podążyliśmy w kierunku auta. Na spokojne zwiedzanie polecam zarezerwować około 3 godziny. Wybierając się na zwiedzanie nie zapomnijmy o nakryciu głowy i butelce wody mineralnej, spacer w odkrytym terenie, w tak palącym słońcu, może się skończyć zasłabnięciem. Do Świątynii Concordii prowadzi droga w pełnym słońcu więc w godzinach południowych zwiedzanie całego obiektu jest dużym wyzwaniem wytrzymałościowym. Koszt biletu to 10 EUR za osobę. Bez wątpienia jest to ciekawe miejsce i warte odwiedzenia podczas pobytu na Sycylii.