Miami, miasto z marzeń, gdzie bogactwo idzie w parze z biedotą i nędzą

Kilkudniowy odpoczynek w Miami zakończył nasz pobyt w Stanach Zjednoczonych. Do Miami jechaliśmy z Nashville. Jest to na tyle duża odległość, że po drodze zarezerwowaliśmy sobie nocleg w miejscowości Adel. To był tylko pobyt na odpoczynek i sen więc nic ciekawego nie napiszę Wam o tym mieście. Mogę natomiast polecić całkiem miły i czyściutki motel sieci  Days Inn przy 1204 West Fourth Street. Duży, przyjemny pokój i bardzo miła obsługa. Do Miami udaliśmy się zaraz po śniadaniu by nie tracić dnia, a i tak dojazd zajął około 7 godzin. Do hotelu zawitaliśmy wczesnym popołudniem. Tu upał i wilgotność wróciły do normy, po lekkim, jeśli można tak to nazwać, ochłodzeniu w Memphis i Nashville.

Miami Beach jest miastem należącym do wielkiej aglomeracji Miami. Jest to typowy kurort wypoczynkowy, podobnie jak Panama City Beach czy Pensacola Beach. Miami Beach położone jest na wyspie, w przeciwieństwie do Miami, które leży na części lądowej Florydy.

Miasto tętni życiem przez cały dzień i do późnych godzin nocnych. Tutaj przyjeżdżają odpoczywać i bawić się zwykli turyści i multimilionerzy. Cała aura miejsca, letni klimat, który panuje tam przez cały rok, sprzyjają atmosferze zabawy i odpoczynku. My byliśmy tam w sezonie huraganów, więc deszcz był obowiązkowy każdego popołudnia. Wysokie temperatury sięgające powyżej 30°C oraz znaczna wilgotność o tej porze roku powodują szybkie przemęczenie organizmu, dlatego najlepiej czas spędzać nad oceanem.

Centrum Miami Beach stanowi dzielnica Art Deco, z pięknymi budynkami w tym stylu z lat 20-tych i 30-tych XX wieku. Najpopularniejszą ulicą jest Ocean Drive, gdzie te domy ciągną się na całej jej długości. Część Ocean Drive jest deptakiem zamkniętym dla ruchu kołowego. Tam zabawa trwa cały czas, ale chyba o to tutaj chodzi i wszyscy udają się tam w tym celu. Przy Ocean Drive znajduje się też willa słynnego projektanta mody Gianniego Versace, który został zamordowany przed wejściem do niej. Obecnie jest tam hotel z restauracją. Pomiędzy Ocean Drive, a plażą znajduje się piękny Lummus Park, który jest idealnym miejscem na wypoczynek, czy to od słońca, czy od imprez. Wzdłuż plaży ciągną się mniej lub bardziej luksusowe hotele i apartamentowce, z pięknym widokiem na ocean. My wybraliśmy hotel Axel Beach Miami, blisko zarówno Ocean Drive, jak i plaży, więc lokalizacja optymalna, choć nie przy samej plaży. Niestety w dystrykcie Art Deco jest problem z miejscami parkingowymi. Na szczęście znajduje się tam duży parking wielopiętrowy, przy 16th Street, w bardzo przyzwoitej cenie jak na tę lokalizację, sprawdzony, bezpieczny, polecam.

Miami Beach to nie tylko Ocean Drive, warto również pospacerować innymi ulicami, jak Washington Ave, Collins Ave, uroczą Espanola Way, czy Lincoln Road, takim deptakiem zakupowym, gdzie znajdują się sklepy wszystkich światowych marek modowych i nie tylko. Na ulicach tych niejednokrotnie możemy zobaczyć samochody o jakich większości z nas się nie śniło. Wzdłuż całego wybrzeża oceanu, ciągną się piękne szerokie plaże, gdzie można podziwiać piękne wschody słońca, niestety zachodu słońca tam nie zobaczymy.

Nasz kilkudniowy pobyt w Miami Beach po długich ponad dwóch tygodniach jazdy i prawie 5 tysiącach przejechanych kilometrów przeznaczyliśmy tylko na wypoczynek. Nie planowaliśmy już wycieczek, czy zwiedzania czegokolwiek, po prostu plaża, ocean, spacer i tyle. W tym mieście to wystarcza, bo ono jest stworzone do takiego braku większej aktywności.

Życie w Miami, czy Miami Beach nie jest tanie, musimy się z tym liczyć planując tam pobyt wakacyjny. Czasem jednak trzeba przygotować sobie wcześniej pewien budżet, by w miarę spokojnie później korzystać z tego co daje takie miasto. Niestety restauracje nie należą też do najtańszych, ale nam udało się znaleźć cudowne Taco Rico z przepyszną kuchnią meksykańską. Za 11 dolarów obiad na osobę to na prawdę tanio na Miami Beach, a było przepysznie i sycąco, talerz ryżu z pastą z fasoli czerwonej i do tego 3 mini taco z różnym nadzieniem. A na przystawkę ciepłe tacosy, ale to już te trójkątne chipsy, z kilkoma sosami warzywnymi do wyboru.

Miami Beach to destynacja marzeń na wakacyjny wypoczynek. Letni klimat, setki palm wkoło sprawiają, że ma się wrażenie, że wakacje trwają tam cały rok i każdy się tylko bawi lub wypoczywa. Niestety te obrazki radości, zabawy, wielkiego bogactwa skutecznie urealniają widoki nędzy i biedy, które szczególnie w takim miejscu uderzają w oczy. Na ulicach można spotkać dziesiątki bezdomnych, brudnych ludzi, nocujących przy murach kamienic, niekiedy pewnie będących pod wpływem narkotyków. Niestety taka jest Ameryka, piękna, ale niestety i bezwzględna dla niektórych, a po epoce covid tej biedy i pustych sklepów widać coraz więcej również i za oceanem, nie tylko u nas w Polsce. Kto planuje odwiedzić Miami na pewno się nie zawiedzie, choć w mojej ocenie jest wiele ciekawszych miast w Stanach Zjednoczonych, ale bez wątpienia warto również zobaczyć to wszystko o czym Wam pisałem na własne oczy. Takie wspomnienia pozostają na zawsze…

Nowy Orlean, kolorowe miasto pełne kontrastów od Bourbon Street po Tree of life

Nowy Orlean był chyba najważniejszym, a zarazem najciekawszym punktem naszej podróży po południowo wschodniej części Stanów Zjednoczonych. Nowy Orlean to największe miasto stanu Luizjana, położone u ujścia rzeki Missisipi do Zatoki Meksykańskiej. Popularną nazwą Nowego Orleanu jest NOLA, czyli skrót o nazwy miasta i stanu. Miasto zostało założone przez francuskich osadników w XVIII wieku. Najciekawszą częścią miasta jest French Quarter, który rozciąga się od ulicy Canal na południu, po North Rampart na zachodzie, Esplanade Ave na północy i od wschodu po brzeg Missisipi. Centralnym punktem jest park Jackson Square, przy którym znajduje się górująca nad okolicą Bazylika Katedralna Św. Ludwika. Jest to miejsce gdzie lokalni artyści malują i sprzedają swoje obrazy. Najpopularniejszą ulicą miasta jest Bourbon Street, przy której znajduje się cała masa barów i różnego rodzaju knajp. Nowy Orlean jest kolebką jazzu, więc w knajpach przy Bourbon Street, miłośnicy tego gatunku, mogą posłuchać tej muzyki. W wielu barach można natrafić na kapele grające muzykę na żywo. Ulica ta tętni życiem za dnia i w nocy. W nocy jednak tworzy niesamowite wrażenie, kiedy wszystkie bary rozświetlone są neonami, i wszystko wygląda bardzo kolorowo, a we wszystkich kierunkach przemieszczają się tłumy imprezowiczów. Oczywiście warto przespacerować się sąsiednimi ulicami, a nie tylko Bourbon. Przy  większości z nich we French Quarter znajdują się kamienice z charakterystycznymi balkonami, znane z wielu amerykańskich filmów. Ponieważ French Quarter sięga aż brzegu Missisipi warto wybrać się do parku Woldenberg położonego nad brzegiem rzeki. Stamtąd też odbywają się rejsy parowcami po Missisipi. Polecam również przejść się dużą arterią, jaką jest Canal Street, obsadzona wzdłuż szpalerem palm. Zupełnie inny klimat i wrażenia niż na Bourbon Street. Warto też wybrać się na przejażdżkę zabytkowym tramwajem, który jeździ przez Canal Street. Z tego co zauważyłem i co my korzystaliśmy takie stare tramwaje jeżdżą po całym mieście. 

Miejscem wartym odwiedzenia w Nowym Orleanie jest także dzielnica Garden District, położona w południowej części miasta, między ulicami St Charles Ave, Toledano, Magazine i Jackson Ave. Jest to spokojna dzielnica z eleganckimi domami z XVIII wieku, gdzie w przeszłości osiedlali się najzamożniejsi mieszkańcy, stąd jej bardzo elegancki charakter. W Garden District znajduje się też znany cmentarz Lafayette, niestety obecnie zamknięty dla turystów, zdjęcia można tylko zrobić przez ogrodzenie. Charakterystyczne dla tego cmentarza są grobowce w kształcie mini domków, co wynikało z ochrony przez wymywaniem trumien z ziemnych grobów w przypadku powodzi. Spacer, pomimo iż dzielnica jest bardzo spokojna, pełna zieleni i urzekająca tymi eleganckimi domami, nie należał do najprzyjemniejszych, gdyż temperatura znacząco przekraczała 30°C, a do tego przy wysokiej wilgotności  taka pogoda była niesamowicie męcząca.

Nowy Orlean, to nie tylko zabytkowe dzielnice z pięknymi kamienicami, to również przepiękne parki miejskie z potężnymi starymi, majestatycznymi dębami, które robią niesamowite wrażenie i drzewami, z których zwisają całe tony mchu luizjańskiego, czyli oplątwy brodaczkowej, która dodają tym majestatycznym drzewom bajkowego charakteru. My odwiedziliśmy znajdujący się w południowej części miasta Audubon Park, ze słynnym dębem Tree of life, którego wiek oceniany jest miedzy 100, a 500 lat. Byliśmy też w City Park w północnej części miasta z urokliwą Oak Grove, gdzie rośnie kilkanaście równie leciwych i potężnych dębów. Do obu parków można dojechać takim starym tramwajem z samego centrum miasta, do City Park z Canal Street, a do Audubon Park z St Charles Ave. W parkach można również spotkać dużo różnego rodzaju ptactwa. Jednak niezapomniane wrażenie pozostawiają te dęby i zwisający z drzew mech luizjański.

Hotel mieliśmy zarezerwowany w samym centrum miasta, Best Western między Common a Canal Street więc do przystanków tramwajowych, a także do zabytkowego French Quarter i Bourbon Street mieliśmy bardzo blisko.

Na koniec jeszcze kilka ciekawostek o NOLA. Nowy Orlean słynie z Mardi Gras, czyli karnawału, opowieści o wampirach, voodoo i nawiedzonych domów. Organizowane są nawet dla turystów voodoo lub ghost tours, my jednak nie skorzystaliśmy z takiej atrakcji. W Garden District spotkaliśmy się również z masą koralików porozwieszanych na drzewach wzdłuż St Charles Ave. Historia tych koralików związana jest z karnawałem, zostały one ustanowione przez króla karnawału w 1872 r. Koraliki te zrzucane są z balkonów podczas parad karnawałowych i rozdawane na ulicach. Kiedyś te koraliki wykonywane były ze szkła, niestety teraz to już zwyczajny plastik.

Nowy Orlean mocno ucierpiał w 2005 r. podczas huraganu Katrina, z tego co czytałem nadal są w mieście obszary zniszczone i jeszcze nie odbudowane po powodzi, która nawiedziła miasto w wyniku huraganu. My podczas dwudniowego pobytu nie trafiliśmy na takie miejsca. Nowy Orlean jest miejscem magicznym, owianym tajemnicą, z cudownymi kamienicami we French Quarter i roznoszącym się nad Bourbon Street zapachem trawki. Jest to bez wątpienia jedno z amerykańskich miast, które warto odwiedzić i poznać podróżując do Stanów Zjednoczonych.