
Tak jak już kiedyś pisałem do Hiszpanii mam ogromny sentyment. Ta kultura, muzyka latynoska, hiszpańska, smaki hiszpańskie są mi bardzo bliskie. Nie wiem jak to nazwać, ale tak pod skórą czuję, że ten kraj jest mi niesamowicie bliski, podobnie jak Francja, czy Chorwacja. Od jakiegoś czasu organizuję wspólnie ze znajomymi i z moją Mamą takie wiosenne citybreaki. Tak na kilka dni przed sezonem byliśmy już w Paryżu, Edynburgu, nad Balatonem. Hiszpania jest zawsze u mnie na celowniku więc w tym roku zdecydowaliśmy się na Barcelonę. W maju, po szaleństwie długiego weekendu zaplanowaliśmy kilkudniowy pobyt w tym cudownym mieście. W Barcelonie byliśmy w środę przed południem więc do dyspozycji mieliśmy większą połowę dnia i kolejne cztery pełne dni, bo lot powrotny przypadał w poniedziałek do południa. Mieszkanie wynajęliśmy niemal w samym centrum w pobliżu stacji metra Tetuan więc wszędzie było blisko na nogach. Takie było zresztą założenie by mieć blisko wszędzie tym bardziej, że moja Mama jest 80+ i kolega też wziął Mamę w podobnym wieku.

Ponieważ na takich wycieczkach lubię mieć wszystko zaplanowane, pierwszego dnia po przylocie wybrałem najbliższą trasę, czyli spokojny spacer w kierunku dzielnicy gotyckiej. Po dotarciu z lotniska do mieszkania, lekkim odpoczynku i rozpakowaniu wybraliśmy się na pierwsze zwiedzanie miasta. Z naszego mieszkania udaliśmy się w kierunku południowym do Łuku Triumfalnego, który był wybudowany w 1888 r., jako główne wejście na wystawę EXPO. Nie poszliśmy dalej prosto przez szeroką obsadzona palmami Passeig de Lluís Companys w kierunku Parku Ciutadela, tylko skręciliśmy przed łukiem w prawo i następnie w boczną uliczkę Carrer del Rec Comtal, która z kolei przechodzi w Carrer de Sant Pere Més Baix, mającą już charakter deptaka dla pieszych bez ruchu samochodowego.

Po drodze zrobiliśmy sobie krótkie odbicie z głównej trasy skręcając w prawo w Carrer de Verdaguer i Callís. Tym sposobem doszliśmy pod Pałac Muzyki Katalońskiej, budynek o niesamowitej architekturze, który niestety obejrzeliśmy tylko z zewnątrz. Vis a vis pałacu znajdował się polecany bar tapas, stąd też wynikało nasze odbicie od zaplanowanej wcześniej trasy. Każdy był zmęczony i spragniony po locie oraz dotychczasowym spacerze więc postanowiliśmy sobie zrobić krótką przerwę. O miejscach gdzie testowaliśmy hiszpańskie smaki napiszę jednak dopiero w jednym z kolejnych wpisów, o tym barze też. Po smacznym posiłku wróciliśmy na Carrer de Sant Pere Més Baix, którą dojdziemy do reprezentacyjnej arterii Via Laietana. Uwielbiam takie wąskie uliczki więc trasę zaplanowałem tak by nie iść szerokimi alejami, tylko kluczyć właśnie takimi wąskimi uliczkami.

Po przecięciu Via Laietana poszliśmy Carrer del Dr. Joaquim Pou w kierunku Katedry św. Eulalii, kolejnego punktu na naszej trasie. Niestety wejście do środka kosztowało około 20 euro więc szybko popatrzyłem w Internecie jak ona wygląda w środku, a ponieważ nie była aż tak imponująca jak sobie wyobrażałem, odpuściliśmy zwiedzanie wnętrz tylko porobiliśmy zdjęcia z zewnątrz i udaliśmy dalej urokliwą Carrer del Bisbe. Na dziedzińcu katedralnym żyje stado 13 gęsi, co jest związane z miejskim kultem świętej Eulalii, której poświęcona jest katedra, ale tego stada też nie widzieliśmy. Z zewnątrz bryła katedry wygląda niesamowicie imponująco i tym musieliśmy się zadowolić. Nad wspomnianą wcześniej Carrer del Bisbe znajduje się gotycki Pont del Bisbe łączący dwie kamienice, który musiałem zobaczyć. Na końcu uliczka przechodzi w Placa de Sant Jaume. Skręcając z najbliższego rogu placu w Carrer del Call, a następnie w Carrer dels Banys Nous i ponownie klucząc wąskimi uliczkami dotarliśmy do Placa Reial, gdzie czekał na nas zasłużony dzban sangrii.

Placa Reial to chyba jeden z urokliwszych placów miejskich z cudownymi palmami i podcieniami znajdującymi się w parterowej części kamienic otaczających plac, gdzie rozlokowane są liczne restauracje i kawiarnie. Po prawie godzinnej przerwie udaliśmy się w kierunku La Rambli, a docelowo Rambla de Mar, czyli przedłużenia najsłynniejszego barcelońskiego deptaka do samego morza. Na liście punktów do zobaczenia tego dnia miałem jeszcze Pasaż Bacardi, który łączy Placa Reial z La Ramblą, ale niestety praktycznie wszystkie punkty handlowe były już w nim pozamykane więc miejsce nie wyglądało tak urokliwie bo było po prostu puste.

Przez Pasaż Bacardi wychodzi się wprost na deptak La Rambla. Niestety trwał tam jeszcze cały czas remont więc dużo miejsc było ogrodzonych czy rozkopanych, co spowodowało, że ten słynny deptak nie wywarł na mnie wielkiego wrażenia. Planowałem jeszcze zwiedzanie wnętrza jednego z okolicznych sklepików, a mianowicie Ale-Hop, ale tam również trwał remont i nic się nie dało zobaczyć, a środku znajduje się niesamowity zdobiony na wpół szklany sufit. Zwieńczeniem La Rambli już nad morzem jest pomnik Kolumba wskazującego ręką w kierunku Ameryki. Tuż za pomnikiem po przejściu na drugą stronę ulicy zaczyna się Rambla de Mar, czyli kontynuacja słynnej La Rambli w formie drewnianego mosto-deptaka prowadzącego do centrum handlowego Maremagnum i do portu. To był ostatni punkt zwiedzania tego dnia. Stamtąd idąc przez port, Placa de L’lctieno doszliśmy do Placa de Pau Vila i z przystanku autobusowego dojechaliśmy prawie pod nasze mieszkanie. Byliśmy już zbyt zmęczeni po podróży samolotem i kilkugodzinnym spacerze przez miasto by jeszcze pieszo wracać do domu. W planach na kolejne dni mieliśmy wycieczkę śladami najsłynniejszego hiszpańskiego architekta, czyli Gaudiego, parki miejskie, plażowanie, ale o tym już w kolejnych wpisach wkrótce.






































































































































