Alhambra, perełka architektoniczna, wpisana na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO

Granadę i pałac w Alhambrze zwiedzaliśmy ostatniego dnia pobytu w Torremolinos, niestety kolejnego dnia wracaliśmy już do Polski. Czytając w Internecie ile się stoi w kolejkach do wejścia i jakie mogą być opóźnienia, wejście zarezerwowaliśmy w godzinach przedpołudniowych na 11:00. To była godzina wejścia do pałacu Nazaries, do całego kompleksu możemy wejść w godzinach otwarcia, bez czasowych ograniczeń. Dojazd z Trorremolinos zajmuje ponad 1,5 godziny więc z domu wyjeżdżaliśmy o 8 rano. O 10.00 byliśmy już na miejscu w Alhambrze. Zwiedzanie Granady zaplanowaliśmy na drugą połowę dnia, chyba tak jest najlepiej zorganizować zwiedzanie Alhambry i Granady. 

Zespół pałacowy Alhambry powstał w XIII wieku i jest to jeden z najbardziej znanych symboli arabskiej architektury w Hiszpanii. Do Alhambry można kupić różnego rodzaju bilety, ale obowiązkowy jest wstęp do pałacu Nazaries, znajdującego się w kompleksie. Inne budynki nie robią takiego wrażenia, choć są oczywiście bardzo ładne. Ponieważ na miejsce dotarliśmy na godzinę 10.00 mieliśmy jeszcze godzinę czasu na zwiedzanie ogrodów i Pałacu Karola V, które są po drodze do Pałacu Nazaries.

Od wejścia, w kierunku ogrodów, prowadzi nas urokliwa aleja obsadzona cyprysami, a dalej szpalerem formowanych tui lub też cyprysów. Po drodze możemy zauważyć pozostałości dawnych zabudowań. Pierwszym dużym budynkiem jest Pałac Karola V z charakterystycznym rotundowym dziedzińcem i krużgankami, bardzo surowy w swej architekturze. Perełką i główną atrakcją całego kompleksu pałacowego Alhambry jest Pałac Nazaries. To naprawdę jest perełka architektoniczna. Sztukateria na ścianach i sufitach robi niesamowite wrażenie. Szczegółowość i dokładność poszczególnych detali jest aż trudna do wyobrażenia jak to było zbudowane, a miejmy świadomość, że ten pałac zbudowano kilkaset lat temu.

Warte uwagi są też dziedzińce pałacu Nazaries. W tej części spędziliśmy około 1,5 godziny. Na końcu kompleksu znajduje się Alcazaba, czyli pozostałości dawnej twierdzy, wchodzącej w skład zespołu pałacowego Alhambry. Z murów rozciąga się widok na całą panoramę pobliskiej Granady i okoliczne wzgórza. Żeby spokojnie zwiedzić cały zespół pałacowy i urokliwe ogrody powinniśmy tam jeszcze spędzić ze trzy godziny, ale tyle czasu nie mieliśmy. Kolejnym punktem wycieczki było jeszcze zwiedzanie i zakupy w Granadzie. Bardzo lubię te ozdoby i dekoracje w stylu arabskim więc chciałem jeszcze pochodzić trochę po sklepach z pamiątkami.

W Granadzie zaparkowaliśmy praktycznie w samym centrum, na parkingu podziemnym pod halą targową Mercado de San Agustin. Znów byłem pod wrażeniem, że w takim miejscu między starymi kamienicami potrafiono zbudować wielopoziomowy parking podziemny. Po krótkim odpoczynku przy kawie w pobliskiej kawiarni udaliśmy się w kierunku katedry. Niestety do samego środka już nie weszliśmy. W pobliżu katedry zwiedziliśmy coś w stylu tureckich bazarów, przy Calle Oficios. Jest to kompleks butików z różnego rodzaju asortymentem, rozmieszczonych w parterowej części kilku kamienic znajdujących się w bezpośrednim sąsiedztwie katedry. Ponieważ nie mieliśmy dużo czasu, udaliśmy się jeszcze w kierunku Calle Elvira, ulicy pełnej sklepów z pamiątkami, rękodziełem i restauracji. Do Calle Elvira dochodzi bardzo urokliwa Calle Caldereira Nueva ze sklepikami oferującymi lokalne rękodzieło, zarówno ozdoby, pamiątki, jak i odzież. Jeśli lubicie klimat bazaru tureckiego, spodoba się tam Wam. Dochodziła godzina 16.00, a ostatniego dnia chcieliśmy zjeść pożegnalną kolację w Torremolinos więc po dość udanych zakupach udaliśmy się już w kierunku parkingu. Bez wątpienia w Granadzie jest jeszcze kilka miejsc, które warto zobaczyć, a na co nie starczyło nam już czasu. Żałuję trochę że nie doszliśmy do Carrera del Darro i Plaza de Santa Ana, na zdjęciach street view wyglądają bardzo urokliwie więc jeśli Wy mieli byście więcej czasu koniecznie się tam udajcie. 

W taki sposób kończył się nasz wakacyjny pobyt w Hiszpanii. Wydaje mi się, że dość dużo miast Andaluzji udało nam się zobaczyć, niestety na wszystkie nie byłoby czasu. Czytałem, że Fuengirola i Nerja, położone nad Morzem Śródziemnym są bardzo urokliwe. No cóż mam motywację by tam jeszcze kiedyś wrócić. Mam ogromny sentyment do Hiszpanii, bardzo lubię tę kulturę, architekturę, atmosferę, jaka panuje w tych miasteczkach więc muszę tam za jakiś czas wrócić. 

Z gór nad ocean, czyli śladami Madonny w Rondzie i z wizytą u Jamesa Bonda w Kadyksie

Na kolejną wycieczkę zaplanowana była najdłuższa czasowo i najdalsza trasa. Pierwszym przystankiem była Ronda. Czytałem, że Ronda to miasto uznane za najbardziej romantyczne w Hiszpanii. Położenie Rondy, a zwłaszcza jej starego zabytkowego centrum jest niesamowite, nad brzegami wąwozu El Tajo. Rondę chciałem odwiedzić od momentu, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem teledysk Madonny Take a bow, który był kręcony właśnie w tym mieście. Po raz kolejny udało mi się zrealizować jedno z moich marzeń, które powstało 30 lat temu. Początki miasta sięgają VI w p.n.e. Wydawało mi się, że Ronda to małe miasteczko obejmujące tylko tę najstarszą i najładniejszą część. Okazało się jednak, że jest to dość duże miasto. 

Jak nie mamy dużo czasu, a chcemy zobaczyć najpopularniejsze atrakcje Rondy proponuję zaparkować samochód na podziemnym parkingu pod Plaza del Socorro. To jest praktycznie samo centrum starego miasta. Byłem pod wielkim wrażeniem, że w takim miejscu byli w stanie wybudować parking podziemny. Z Plaza del Socorro przeszliśmy w kierunku Plaza de Toros de la Real Maestranza de Caballería de Ronda, czyli areny walk byków. Idąc ulicą Virgen de la Paz doszliśmy do Plaza España, gdzie zrobiliśmy sobie krótką przerwę na przedpołudniową kawę. 

Z placu było już tylko kilka kroków do największej atrakcji miasta, czyli Puente Nuevo, mostu nad kanionem El Tajo, który łączy dwie części miasta. Wysokość mostu, tj. 98 metrów robi wrażenie, podobnie jak niemal wiszące nad przepaścią kamienice zbudowane na brzegach wąwozu. Idąc za mostem Calle Armiñán i skręcając w prawo w Calle Tenerio dojdziemy do Plaza de Maria Auxiliadora. Ta część miasta jest znacznie spokojniejsza, nie ma już takiego tłumu turystów. Tu znajduje się zejście do punktu widokowego, skąd można zrobić najlepsze zdjęcia mostu, kto jest chętny może dojść pod sam most. Jego monumentalność z dołu robi niesamowite wrażenie. Za wejście na punkt widokowy musimy zapłacić 5 euro, ale w tej cenie mamy też spacer aż pod sam most. Na wejściu zostajemy też wyposażeni w kask, chroniący przed spadającymi kamieniami. Oczywiście musiałem tam pójść i zrobić kilka zdjęć z dołu.

W planie miałem jeszcze dojście do Puente Viejo i powrót do parkingu drugą stroną wąwozu, jednak czas już na to nie pozwolił. Wracając przez Puente Nuevo zrobiłem kilkanaście kolejnych zdjęć panoramy i wąwozu. Do parkingu doszliśmy deptakiem, czyli Calle Virgen de los Remedios, po drodze odwiedzając znajdujące się tam liczne sklepiki z pamiątkami. Ronda, a dokładniej jej zabytkowa część jest bardzo urokliwa, podobnie jak kamienice zawieszone nad kanionem El Tajo. Wieczorem, kiedy zapada zmrok, zapalają się lampy uliczne musi tam być na pewno bardzo romantycznie, niestety nie mieliśmy czasu by przebywać tam do wieczora. Ale nic straconego, może jeszcze kiedyś uda mi się odwiedzić to miasto. Z Rondy udaliśmy się na zachód, prosto nad ocean, czyli do Kadyksu. 

Kadyks znajduje się również w Andaluzji, ale po drugiej stronie Cieśniny Gibraltarskiej, nad Oceanem Atlantyckim. Po hiszpańsku to miasto nazywa się Cádiz i tak wszędzie tam funkcjonuje. Jest to już dość duże miasto portowe ze stocznią , którą mijamy wjeżdżając do zabytkowej części. Wyczytałem, że to najstarsze miasto Hiszpanii. Do miasta wjeżdżamy prze imponujący most wiszący. Największe wrażenie wywarła na mnie bryła katedry z charakterystyczną złotą kopułą, widoczną od strony oceanu i błyszczącą w słońcu. Wnętrze, mimo iż dość surowe, również robi wrażenie. Urokliwy jest sam plac znajdujący się przed katedrą. 

Skręcając w prawo w Calle Pelota doszliśmy do popularnej Plaza de San Juan de Dios, obsadzonej wzdłuż palmami. Klucząc wąskimi uliczkami doszliśmy jeszcze do Plaza de las Flores, czyli placu z targiem kwiatowym. Bardzo urokliwa jest Calle Virgen de la Palma, wąska ulica pełna restauracji, gęsto obsadzona palmami. Niestety w Kadyksie byliśmy w porze sjesty i miasto wyglądało niemal na wymarłe. Mnóstwo sklepów, barów i restauracji było po prostu pozamykane. Ta atmosfera pustki spowodowała, że Kadyks mnie lekko rozczarował, w porównaniu z tym, co dotychczas udało się nam zwiedzić. W Kadyksie niesamowity był za to błękit nieba, jakiego nie widzieliśmy nigdzie wcześniej. Od strony oceanu powietrze nie jest zanieczyszczone piaskiem znad Sahary i niebo jest cudownie błękitne, a zarówno w Maladze, jak i Marbelli cały czas utrzymywała się nad horyzontem specyficzna mgiełka. Z centrum udaliśmy się jeszcze nad ocean, niestety nie doszliśmy do plaży la Caleta tylko przespacerowaliśmy się wzdłuż Avenida Campo del Sur. Szkoda, bo na tej plaży nagrywali sceny do jednej z części filmów o Jamesie Bondzie. Co muszę przyznać, to panorama Kadyksu z bryłą bazyliki na tle oceanu i błękitnego nieba była zachwycająca. Plan na kolejny dzień został zrealizowany, niestety przed nami były prawie trzy godziny drogi powrotnej do Torremolinos. W planie była jeszcze Granada i zwiedzanie pałacu Alhambra, ale o tym w następnym wpisie.

Kolejne perełki Andaluzji, czyli urokliwe Mijas i lekko snobistyczna Marbella

Jeszcze przed wyjazdem do Hiszpanii zaplanowałem sobie, które miasta będę chciał odwiedzić. Oczywiście czytałem w Internecie co warto zobaczyć, bo Hiszpanii jakoś specjalnie wcześniej nie znałem i nie czytałem o niej wiele, mimo iż mam do niej wielki sentyment wrodzony. Jednym z najbliżej położonych od Torremolinos, a zarazem bardzo urokliwych miasteczek jest Mijas więc ono znalazło się na mojej liście.  Z kolei jeszcze kilka lat temu na Netflix oglądałem serial Toy Boy i jakoś ten południowy klimat Marbelli, bo tam rozgrywała się akcja serialu spowodował, że od tamtego czasu marzyło mi się by odwiedzić kiedyś Marbellę. Widać warto jest marzyć, bo marzenia się spełniają. Oba te miasta zaplanowałem na jednodniowa wycieczkę, gdyż znajdują się dość blisko i można je odwiedzić w ciągu jednego dnia. 

Mijas znajduje się na północ od Torremolinos, w górach więc dzień zaczęliśmy od wycieczki w góry. Dojazd samochodem do Mijas z Torremolinos zajmuje około 40 minut, czyli całkiem blisko. Sama droga jest już malownicza, gdyż wiedzie w kierunku gór. Kiedy dotarliśmy do Mijas, niestety wszystkie parkingi w centrum były już zajęte, a wjazd do ścisłego centrum zamknięty przez policję. Musieliśmy pojechać na pobliski parking, znajdujący się w starym kamieniołomie Cantera El Puerto. Stamtąd kursują bezpłatne autobusy, które dowożą turystów do samego centrum Mijas. Cechą charakterystyczną dla Mijas są jego białe domy, chyba wszystkie są wymalowane na biało. Zwiedzanie Mijas zaczęliśmy od Plaza Virgen de la Peña, to główny plac miasta pełen sklepików, kawiarni i restauracji. Oczywiście zrobiliśmy sobie się tam krótki postój na pyszną kawę. Idąc Av. del Compás doszliśmy do Placu Konstytucji, a następnie dalej Cta. de la Villa doszliśmy do areny walk byków, czyli Plaza de Toros de Mijas. 

Przy arenie znajduje się Park Muralla. Idąc wzdłuż murów okalających park możemy podziwiać panoramę okolicy, która robi niesamowite wrażenie. W dali na horyzoncie widać nawet morze. Jeśli obejdziemy cały park, to na drugim końcu naszym oczom ukazuje się cała panorama Mijas na tle górskich szczytów. Ten kontrast bieli, zieleni i szarości wygląda urokliwie. W parku znajduje się również bardzo ładny kościół Niepokalanego Poczęcia, który polecam zwiedzić w środku jeśli będzie otwarty. Podczas naszego pobytu ołtarz był ozdobiony kwiatami w takiej ilości, że niemal przesłaniały sobą wszystko. 

Do centrum wracaliśmy przez Calle Málaga, deptak z charakterystycznym płóciennym dachem podobnym do tych w Maladze i Torremolinos. Po drodze znajduje się urokliwa Calle de los Caños, pełna różnego rodzaju sklepików. My jednak by zobaczyć coś nowego doszliśmy do samego końca Calle Málaga, aż w okolice Plaza Virgen de la Peña. Ze skrzyżowania Calle de los Caños i Calle Málaga jest skrót wprost do Plaza Virgen de la Peña. To schody, niemal wciśnięte między kamienice, ale mające w sobie ten klimat południa Hiszpanii. Takie magiczne zakątki są cudowne. Niestety przed nami była jeszcze Marbella więc nie mieliśmy więcej czasu by jeszcze spokojnie powłóczyć się tymi wąskimi uliczkami, poza ścisłym centrum, wśród bieli otaczających je kamienic.

Dojazd z Mijas do Marbelli to kolejne 40 minut. W Marbelli zatrzymaliśmy się na podziemnym parkingu przy Avenida del Mar. Znajduje się on pod placem, na którym eksponowane są rzeźby Salvatora Dali. Jest to optymalna lokalizacja, po środku, między plażą, a historyczną częścią miasta. Centrum znajduje się zaraz za Parkiem Alameda. Niesamowite wrażenie robią ceramiczne ławki znajdujące się w parku, wyglądające jak z porcelany i wybrukowane żółtymi płytami parkowe alejki. Jak miniemy park polecam skręcić w Calle de Enrique del Castillio, a dalej w lewo w Calle Padre Francisco Echamendi. 

Po chwili jak skręcimy w prawo w Calle Valdes ujrzymy narożną kamienicę, która wyjęta jak wyjęta z jakiejś bajki o krasnoludkach, po prostu cudowna. Idąc tą wąską ulicą dojdziemy do popularnej Plaza de los Narajnos, otoczonej ze wszystkich stron kawiarniami i sklepikami. Warto się przejść Calle Ancha, która jest pełna restauracji, w środku dnia robiła niesamowite wrażenie, ale wieczorem, pełna ludzi siedzących przy stolikach restauracyjnych, musi mieć magiczny klimat. Równie urokliwa, choć znacznie spokojniejsza jest równoległa Calle Bermeja. Niestety nie udało nam się już zwiedzić hali targowej, gdyż było zbyt późno. Całe zabytkowe centrum Marbelli jest bardzo urokliwe i klimatyczne i na pewno warto poświęcić kilka godzin na spokojny spacer tymi uliczkami, przy okazji robiąc zakupy w okolicznych sklepach. Marbella przyciąga milionerów, więc i sklepy są bardziej eleganckie i droższe. Oczywiście nie musimy nic kupować, już samą przyjemnością jest spacer i odkrywanie cudownych zakątków tego miasta. 

Z centrum przez wspomniany wcześniej park Almeda wróciliśmy na plac przy Av. del Mar. Niestety nie dotarliśmy też do mariny, gdzie podobno cumują luksusowe jachty. Słyszałem, że Marbella to takie hiszpańskie Cannes. Przespacerowaliśmy się jeszcze nadmorską promenadą, gdzie w jednej z okolicznych kawiarni wypiliśmy schłodzone piwo przed powrotem do domu, oczywiście Ci, którzy nie byli tego dnia kierowcami. W ten sposób zobaczyliśmy kolejne miasta na Costa del Sol, a przed nami były jeszcze dwie wycieczki, ale o tym już następnym razem. 

Andaluzja, cudowna kraina na południu Hiszpanii

Od zawsze miałem sentyment do Hiszpanii, zawsze chciałem nauczyć się języka hiszpańskiego i lepiej poznać ten kraj. W Hiszpanii dotychczas udało mi się być jednak dopiero raz, spędzałem tam Sylwestra kilka lat temu w cudownej i urokliwej Walencji. Teraz podczas urlopu udało mi się ponownie tam zawitać. Wspólnie z rodziną i przyjaciółmi spędzałem urlop właśnie w Andaluzji. Tradycyjnie sami zadbaliśmy o przelot i nocleg, a nie rezerwowaliśmy wycieczki w biurze podróży. Tak jest ciekawiej, człowiek nie jest ograniczony do hotelu narzuconego przez biuro podróży. Na bookingu, jak się poszuka, można znaleźć ciekawe miejsce na nocleg w dobrej cenie. Przy tej ilości osób dom był idealnym rozwiązaniem. Naszą miejscówką było Torremolinos, położone kilkanaście kilometrów od Malagi. W Maladze znajduje się dość duże lotnisko więc, przylot z Polski nie jest większym problemem i można wybrać dogodny lot. Nieco ponad 3 godziny lotu i wylatując z Krakowa lądowaliśmy na hiszpańskiej ziemi. Druga połowa sierpnia, a nawet już prawie końcówka była bardzo gorąca w Hiszpanii. Wysiadając z samolotu od razu uderzył nas powiew gorącego powietrza. Już wiedzieliśmy, że znaleźliśmy się na południu Europy. O tym jakie miasta zwiedziłem podczas wakacji w Torremolinos i co tam zobaczyłem, napiszę Wam w kolejnych wpisach, dzisiaj będzie o Torremolinos i najbliższej Maladze. 

Do Torremolinos z lotniska w Maladze można dojechać pociągiem, jednak z bagażami zdecydowanie wygodniejszym środkiem transportu był popularny Uber. Torremolinos to taki typowy turystyczny kurort, jednak noclegi tam już są nieco tańsze niż w Maladze więc jest to naprawdę dobra miejscówka wypadowa zarówno do Malagi, jak i innych urokliwych miast i miasteczek Andaluzji. Szerokie, piaszczyste plaże Torremolinos pozwalają również w pełni poczuć wakacyjny klimat, gdy zdecydujemy się na wypoczynek na plaży, a nie tylko zwiedzanie okolicznych miast. Jeśli zaczniemy zwiedzanie Torremolinos od Plaza Pdte. Adolfo Suarez, możemy się lekko rozczarować. To taka typowo miejska architektura, bloki w stylu lat 80-tych, nic szczególnie specjalnego. Z uwagi iż mieszkaliśmy poza centrum, przy Calle Liszt, od tej strony szliśmy do śródmieścia i starej części Torremolinos. Prawdę mówiąc zdziwiłem się trochę bo myślałem, że centrum będzie znacznie bardziej klimatyczne. 

Wszystko się jednak zmieniło gdy weszliśmy na Plaza Costa del Sol i Calle San Miguel. Od razu dało się poczuć wakacyjny klimat południa Hiszpanii. Niskie hiszpańskie kamienice z restauracjami, barami i dziesiątkami sklepików z pamiątkami.  Calle San Miguel to typowy deptak turystyczny, każdy znajdzie tu coś interesującego. Co ciekawe, nad całym deptakiem rozciągnięty był lekki płócienny dach, chroniący przez palącym słońcem południa w ciągu dnia. Idąc deptakiem mijamy po drodze kolejny interesujący plac, tj. Plaza de la Nogalera. Najlepsze było jednak jeszcze przed nami. 

Calle San Miguel przechodzi dalej w Calle Santos Arcangeles, a następnie Calle Cta. del Tajo. Ta ostatnia to praktycznie kręte kamienne schody, które prowadzą nas do promenady ciągnącej się wzdłuż plaży. Centrum znajduje się na wzniesieniu więc do plaży musimy właśnie zejść po tych schodach, a raczej ulicy, którą tworzą szerokie schody, prowadzące niemal do samej promenady nadmorskiej. Calle Cta. del Tajo mnie zahipnotyzowała, zakochałem się w tym urokliwym zakątku Torremolinos. Wzdłuż ulicy rozlokowane są sklepiki z pamiątkami, lokalnym rękodziełem i cudowne restauracje. Już mógłbym wrócić na wieczorny spacer tą schodową ulicą. Ale Torremolinos to nie tylko ta cudowna starówka, to piękne plaże i szeroka promenada ciągnąca się wzdłuż plaży. Przy promenadzie, jak w każdym takim turystycznym kurorcie oczywiście znajdują się bary, restauracje i różnego rodzaju sklepy z pamiątkami. Torremolinos to idealna mieszanka luzu wakacyjnego oraz tego uroku miasteczek południowej Hiszpanii. Jest to również jedna z najczęściej wybieranych wakacyjnych destynacji dla osób spod znaku LGBTiQ. Tam każdy może się czuć swobodnie i nikt na nikogo dziwnie się nie patrzy i przecież o to chyba chodzi. Kiedyś mogłem spędzać cały dzień na plaży, leżąc w palącym słońcu przez kilka godzin, jednak z wiekiem zmieniają się przyzwyczajenia i teraz o wiele więcej frajdy na wakacjach sprawia mi zwiedzanie nowych nieznanych miejsc. Od początku wiedziałem, że nie spędzę całego wyjazdu tylko na plażach Torremolinos. Pierwszą destynacją wycieczkową była najbliżej położona Malaga. 

Na podbój Malagi wybrałem się pociągiem. Ponieważ w naszej grupie byli też rodzice z małymi dziećmi więc priorytety wypoczynkowe były różne. Do Malagi wybrałem się przed południem razem z Mamą, którą zabrałem też na wakacje. Muszę przyznać, że bardzo dobrze w wieku 80 lat zniosła ten niesamowicie męczący gorąc, któremu mimo braku deszczu towarzyszyła dość duża wilgotność. Dojazd pociągiem z Torremolinos do Malagi zajmuje około 25 minut, a koszt biletu to tylko 2,5 euro. Stacja kolejowa la Colina znajdowała się w miarę blisko naszego domu więc spacerem doszliśmy tam w 20 minut. Pociąg dojeżdża do stacji Malaga C.a, skąd do ścisłego, zabytkowego centrum dojdziemy w 20 minut. Uwielbiam włóczyć się po takich wąskich uliczkach, gdzie za każdym niemal zakrętem można odkryć jeszcze bardziej urokliwe miejsce. 

Pierwszym postojem w Maladze była hala targowa, czyli Mercado Central de Atarazanas. Bogactwo świeżych owoców i warzyw, których nie kupimy w Polsce zachwyca na każdym straganie. Wszelkiego rodzaju owoce morza, przyprawy, oliwki, to trzeba zobaczyć i poczuć wszystkimi zmysłami. Po zwiedzeniu hali targowej i krótkim postoju na kawę udaliśmy się w kierunku katedry. Po drodze mijaliśmy popularny deptak handlowy, czyli Calle Marqués de Larios. Podobnie, jak w Torremolinos nad całym deptakiem rozciągnięty był płócienny, przewiewny dach, chroniący przed słońcem. 

Ogromny, majestatyczny budynek wzbudza podziw i robi duże wrażenie, a otaczające katedrę ogrody jeszcze bardziej dodają jej uroku. Przed frontem katedry znajduje się urokliwa Plaza del Obispo z fontanną po środku i budynkiem Centrum Kultury o przyciągającej wzrok żółtej fasadzie. 

Idąc Calle Sta. Maria i dalej Calle Cister udaliśmy do kolejnego punktu na mojej mapie atrakcji, czyli ruin Teatro Romano de Malaga i położonego na wzgórzu pałacu Alcazaba. Wstęp do obu atrakcji jest płatny. Ruiny Teatro Romano można zobaczyć i sfotografować z dość bliska nie wykupując biletu, tak też i zrobiłem, ale do pałacu już zakupiliśmy bilety. Widok z pałacu położonego na wzgórzu na całe miasto i port robi niesamowite wrażenie. Sam pałac też jest wart zwiedzenia, a bilet jeśli dobrze pamiętam kosztował około 5 euro za osobę więc cena bardzo przyzwoita. Samo zwiedzanie pałacu zajęło około godziny. Na szczęście dzień był trochę pochmurny, więc spacer wzdłuż murów na wzgórzu nie był aż tak męczący. Z Alcazaby widać też charakterystyczną bryłę Plaza de Toros de la Malagueta, czyli areny walk z bykami. To część historii Hiszpanii, jednak to nie rozrywka dla mnie i nie popieram tego. 

Zmęczeni spacerem przez centrum Malagi i zwiedzaniem Alcazaby zrobiliśmy sobie krótki odpoczynek w Parque de Malaga. Można powiedzieć że park oddziela w jakimś sensie miasto od plaży. Spokój tego miejsca i różnorodna roślinność pozwalają naprawdę odpocząć w upalny dzień. Niestety mieliśmy tylko kilka godzin na poznanie głównych atrakcji Malagi więc po 20 minutowym odpoczynku w tej oazie zieleni udaliśmy w kierunku plaży Malagueta. 

Po drodze zrobiłem jeszcze zdjęcia charakterystycznej bryły Centrum Pompidou de Malaga, czyli jedynej poza Paryżem jednostki słynnego paryskiego Centrum Pompidou. Budynek trochę na pierwszy rzut oka przypomina szklaną kostkę Rubika. Od Centrum Pompidou de Malaga do latarni morskiej ciągnie się ekskluzywny pasaż z butikami i restauracjami. 

Moim celem był napis przy słynnej plaży Malagueta. Po zrobieniu zdjęć zrobiliśmy sobie odpoczynek przy promenadzie Maritimo Cdad. de Malilla. Do tego miejsca od stacji kolejowej zrobiliśmy przez cały dzień ponad 4 kilometry, co było dużym wyzwaniem przy temperaturze dochodzącej do 30C. Niestety czekał nas jeszcze powrót do centrum. Po południu dojechała reszta wycieczki i udaliśmy się na wspólny obiad do tapas baru, położonego w pobliżu katedry.  Było idealnie i przepysznie, ale o hiszpańskiej kuchni napiszę Wam w kolejnych wpisach. 

Powoli zapadał zmierzch, na ulicach włączyły się latarnie, a deptak, o którym pisałem wcześniej nabrał zupełnie innego wyrazu, sam nie wiem, w której wersji bardziej mi się podobał, za dnia, czy o zmroku. Po całym dniu pełnym wrażeń zdecydowaliśmy już na powrót Uberem do domu. Wycieczka powrotna pociągiem chyba byłaby już zbyt męcząca dla wszystkich. Cieszę się że udało mi się odwiedzić główne atrakcje Malagi, które można zobaczyć w jeden dzień i zrealizować cały plan, który opracowałem. Czytając ten wpis może ktoś skorzysta z moich pomysłów przy planowaniu własnych wakacji na Costa del Sol. Przede mną były kolejne wycieczki, nowe nieodkryte jeszcze miasta, ale o tym już wkrótce w następnych wpisach.