Śledzie z cebulką i jabłkiem w śmietanie

Takie śledzie kupimy praktycznie w każdym sklepie spożywczym, czy to na wagę, czy zapakowane. Jednak nie ma to jak śledzie własnej domowej roboty. Są mniej octowe, bez polepszaczy smaku więc o wiele zdrowsze. Do mojego przepisu potrzeba jedno opakowanie śledzi, polecam śledzie a’la Matias z Lisnera są chyba najlepsze, ja kupuję duże opakowanie 750 g, jeśli dobrze pamiętam, wychodzą wtedy dwa słoiki litrowe, 3 duże cebule i dwa jabłka, duży kubek śmietany 18%, u mnie tradycyjnie z Piatnicy i kilka łyżek majonezu Kieleckiego. 

Cebulę obieramy, kroimy w piórka i następnie sparzamy. Są dwa sposoby, można przelać na sitku wrzącą wodą, albo wrzucić ją na około pół minuty do wrzącej wody, oczywiście po zdjęciu z palnika by dalej się nie gotowała, następnie odcedzić i pozostawić na sitku do wystudzenia. Stosując drugi sposób cebula będzie miększa i delikatniejsza w smaku, ja osobiście wolę wrzucić na wrzątek. Jabłka obieramy i kroimy w drobną kostkę. Teraz pora na śledzia, niektórzy moczą w mleku lub płuczą by był mniej słony. Mnie osobiście taki smak bardzo odpowiada więc tylko pozbywam się nadmiaru oleju. Śledzia kroimy w paski szerokości 2 centymetrów. Mamy przygotowane wszystkie składniki, no oczywiście jeszcze musimy wymieszać śmietanę z dwoma łyżkami majonezu. Tak przygotowane składniki wkładamy warstwami do słoików i przelewamy masą śmietanowo majonezową, czyli śledź, cebulka, jabłka, śmietana i tak to wyczerpania składników, zakończyć musimy śmietaną. Tak jak napisałem na początku, z tych proporcji wyjdą dwa słoiki litrowe bez problemu, może nawet ciut więcej. 

Przygotowane słoiki zakręcamy i wstawiamy do lodówki, po kilku godzinach musimy je przemieszać, aby śmietana z majonezem dotarły do każdego zakamarka słoika. By smaki dobrze przeszły wzajemnie polecam przygotowanie śledzi minimum jeden dzień przed planowanym podaniem, mogą być również dwa dni. Tak przygotowane śledzie poleżą w lodówce spokojnie około 5 do 6 dni. Proste, smaczne, sprawdzą się na każdym przyjęciu, na imprezach ostatkowych, ale również i w Wielkim Poście, do którego coraz bliżej, kiedy chcemy trochę ograniczyć smakołyki. Choć muszę przyznać, że dla mnie te śledzie są smakołykiem 🙂

Sałatka ziemniaczana z boczkiem

To chyba jedna z najprostszych i najsmaczniejszych sałatek jakie ostatnio jadłem. Spróbowałem jej na spotkaniu u znajomych i zakochałem się w tym smaku od pierwszego kęsa. Oczywiście sam już ją robiłem dwa razy. Jest obłędnie smaczna i prosta w wykonaniu. Do sałatki potrzeba 2 kg ziemniaków sałatkowych, 40 dag boczku, 4 lub 5 łodyg selera naciowego, majonez, sól i pieprz do smaku, ja jeszcze dodaję suszone oregano. 

Ziemniaki obieramy i gotujemy około pół godziny, a następnie studzimy. Musimy pilnować by się nie rozgotowały, bo potem nie pokroimy ich w kostkę. W międzyczasie możemy sobie przygotować boczek i selera. Boczek kroimy w małą kostkę i dobrze wysmażamy, no oczywiście pamiętając by nie wyszedł zbyt spieczony bo będzie za twardy, a nie chodzi nam o twarde skwarki. Selera kroimy w cieniutki talarki, jeśli łodygi są dość szerokie możemy je najpierw przeciąć wzdłuż na pół i dopiero kroić w cieniutkie talarki.  Dobrze wystudzone ziemniaki kroimy w średniej wielkości kostkę. Ciepłe ziemniaki będzie trudno kroić i mogą się po prostu kruszyć. Następnie mieszamy ze sobą wszystkie składniki czyli ziemniaki, selera i boczek na sucho, z dodatkiem pieprzu i oregano. Łatwiej jest wymieszać po prostu ze sobą wszystkie składniki nim dodamy majonez. Róbmy to jednak ostrożnie by ziemniaki się nam nie rozpadły. Do przemieszanych składników dodajemy kilka łyżek majonezu. Ja użyłem ostrzejszy majonez kielecki i łagodniejszy babuni, dobrze jest połączyć majonez ostrzejszy z  łagodniejszym, wtedy smak sałatki będzie lepszy. Prawda jakie proste, a jak spróbujecie, sami zobaczycie jaka pyszna jest ta sałatka,, polecam…

Prażene lignje i crni rižot obowiązkowe smaki Chorwacji

Jak to zwykle bywa we wspomnieniach z moich podróży opisuję Wam to co warto zobaczyć, gdzie się warto zatrzymać, ale też o lokalnych smakach. Testowanie lokalnych przysmaków, zawsze może później stanowić inspirację we własnej kuchni. Poza tym, często w ośrodkach turystycznych te najpopularniejsze miejsca nie są najsmaczniejsze i warto poszukać miejscówek gdzie stołują się lokalsi, tam zawsze będzie smacznie. W dzisiejszym wpisie trochę kulinarnych wspomnień z moich wakacji na Pagu, jako uzupełnienie poprzedniego wpisu. W Chorwacji zazwyczaj ciężko trafić na miejsce gdzie nie będzie smacznego jedzenia, choć pewnie i takie sytuacje mogą się nam zdarzyć. Na szczęście na Pagu nie trafiłem w takie miejsca. Wszędzie gdzie się stołowaliśmy było pysznie.

Moim kulinarnym hitem wyjazdu były prażene lignje w barze Vidal znajdującym w niewielkim zagajniku przy plaży w Vidalići. Tak jak pisałem w poprzednim wpisie, nocowaliśmy w Vidalići, więc trafiliśmy idealnie. Jakby ktoś nie wiedział, lignje to są kalmary. Świeże kalmary przywożone przez właściciela około 19 wieczorem i od razu przygotowywane na bieżąco. Mógłbym się nimi zajadać codziennie, mimo, iż ta przekąska nie należała do bardzo zdrowych. Kalmary smażone w głębokim oleju dodadzą nam trochę kalorii, ale co tam na wakacjach można dać sobie trochę luzu. Ten smak, do tego kieliszek białego wina, czego chcieć więcej w takim miejscu. W tym samym barze można było również spróbować smażonych sardynek (w menu była to mala riba), tak samo pyszne, chyba to były sardynki, przynajmniej tak wyglądały. Ja byłem zdecydowanie zwolennikiem kalmarów, aż mi ślinka cieknie jak sobie o nich przypomnę. 

Przepysznej pizzy i czarnego risotto, jeśli spędzacie urlop w Vidalići, możecie spróbować w restauracji, która znajdowała się zaraz obok naszego apartamentu, to Barbati. Zdecydowanie przodowali w pizzy prosto z pieca, risotto również było smaczne, choć trochę lepsze jadłem w innej miejscowości. Te dwie miejscówki jedzeniowe z Vidalići zdecydowanie polecam.

Kolejną moją kulinarną fascynacją były obiady w restauracji Sidro w miejscowości Gajac. Gajac znajduje się w pobliżu słynnej plaży Zrce. Byliśmy tam dwa razy i za każdym razem było przepysznie. Oczywiście wybór był znacznie większy, gdyż Sidro to typowa restauracja, a nie bar. Próbowaliśmy tam czarnego risotto, kalmarów, ćevapčići, pljeskavicy i makaronu bolognese. W porównaniu z pozostałymi daniami makaron wypadł najsłabiej, ale risotto było idealne, smaczniejsze niż w Barbati. Ćevapčići to takie kotleciki z mięsa mielonego, a pljeskavica to płaski kotlet grillowany z grubo siekanego mięsa. Plusem tego miejsca była zadaszona część restauracji na otwartym powietrzu, latem ciężko jest wytrzymać w zamkniętych pomieszczeniach.

Oczywiście największe miasto w sąsiedztwie oferuje dostęp do największej liczby restauracji i barów.  W Novalji rzadko się jednak stołowaliśmy, tak jak wcześniej wspominałem tłumy turystów robią swoje i restauracje często są bardziej nastawione na szybką obsługę niż jakość. W jednym tylko miejscu zjedliśmy tam obiad. Restauracja  Pecenjara Kod Marka z dala od centrum,  znaleziona na mapie Google, ale strzał w 10. Typowy bar dla lokalsów, stołowała się tam chyba większość policjantów z lokalnego posterunku. W restauracji były w karcie głównie dania grillowane. Świeżo przygotowane, bo czekaliśmy ponad pół godziny, choć obłożenie nie było wielkie. Mięso nie przesuszone, ale i nie przekombinowane, taki typowo domowy posiłek, to miejsce również mogę uczciwie polecić poszukującym lokalnych smaków za tańsze pieniądze, w urokliwym ogrodzie z dala od gwarnego centrum miasta. 

Ciekawostką, z którą spotkałem się pierwszy raz na Pagu były pizzę rolowane w formie tortilli, które możemy kupić praktycznie w każdej piekarni. Na szybką przekąskę gdy zwiedzamy jakieś miasto idealne rozwiązanie, kiedy dopadnie głód.

Jadąc na wycieczkę do samego miasta Pag odwiedziliśmy też lokalną fabrykę serów Sirana Gligora Ltd. Hmm…, co tu dużo mówić ceny nie należały do najniższych, ale za jakość się płaci, a smak sera był doskonały. Jest w czym wybierać, bo w sprzedaży jest kilkanaście jeśli nie kilkadziesiąt rodzajów sera, nagradzanych w wielu konkursach w tym słynny paški sir.

Oczywiście w Chorwacji obowiązkowym punktem każdego dnia jest kawa. Może to się wydawać dziwne, ale Chorwaci piją bardzo dużo kawy. A czas przy kawie ze znajomymi zawsze upływa przyjemnie, zwłaszcza, gdy mamy taką piękną pogodę i cudowne widoki wkoło.

Kulinarna Chorwacja urzekła mnie nie po raz pierwszy. Doskonałych przysmaków próbowałem już w Splicie, ale o tym kiedyś pisałem we wcześniejszych wpisach. Dostęp do świeżych ryb i owoców morza, doskonałe wino, piękne widoki, gwarantowana pogoda, marzenie każdego urlopowicza. Jeśli będziecie na Pagu, w tych miejscach zjecie smacznie i bez wątpienia wrócicie z dobrymi wspomnieniami z urlopu. Ja wciąż wspominam prażene lignje, warto dla nich tam pojechać…

Pag, Vidalići i 16 godzinna podróż samochodem, czyli moje wakacje w Chorwacji

Vidalići

Wakacje już dawno minęły, ale ciągle jakoś brakowało czasu by coś napisać o moich kolejnych podróżach. Piszę tutaj również o moich wyprawach więc i tym razem postanowiłem się podzielić z Wami wspomnieniami, tym co warto zobaczyć lub posmakować w miejscach, które odwiedzam, temu w sumie poświęcony jest mój blog. 

Cudowny widok z okna

W tym roku urlop spędziłem w ulubionej przez Polaków Chorwacji. Co można powiedzieć o Chorwacji, to zawsze mamy zagwarantowaną słoneczną pogodę, choć woda jak dla mnie była ciut za zimna. No dobra, jeden dzień lał deszcz i przez jedną noc wiał tak silny wiatr, że nie dało się spać, ale potem nad ranem były tak niesamowite chmury przed wschodem słońca, że o 5 rano poszedłem nad morze robić zdjęcia. Zresztą sami możecie zobaczyć na załączonych zdjęciach, że były cudowne. Naszą destynacją była wyspa Pag, a dokładniej miejscowość Vidalići. Największym problemem jest czasochłonny dojazd, który zajmuje około 12 godzin, ale widoki i lokalne jedzenie, wynagradzają trudy podróży. Można oczywiście wybrać krótszą opcję podróży, czyli  samolot do Zadaru i stamtąd wypożyczyć samochód. Jednak w czasach pandemii najlepszym i najbezpieczniejszym rozwiązaniem jest własne auto. Niestety przez 4-godzinny, nieplanowany postój na granicy węgiersko-chorwackiej w Letenye,  nasza droga wydłużyła się do 16 godzin, czym byliśmy dosyć mocno poirytowani. Wyjechaliśmy z domu w piątek wieczorem więc na granicy byliśmy w sobotę nad ranem i to był największy błąd, zdecydowanie mniejszy ruch jest w ciągu tygodnia, a nie w weekendy. Droga przez Węgry chyba jest najszybszą, a przynajmniej mniej ruchliwą i zakorkowaną trasą. Na wyspę Pag można dostać się promem, jadąc na Rijekę, a następnie malowniczą trasą wzdłuż wybrzeża do Prizny lub przeprawą mostową jadąc drogą E71 na Zadar. Jadąc w tamtą stronę wybraliśmy prom, a wracaliśmy lądem przez Paski Most. Prom odpływał w godzinnych odstępach czasu, a oczekiwanie w kolejce samochodowej w 40-stopniowym upale było nie lada wyzwaniem po tylu godzinach jazdy.

Pag jest kosmiczną wyspą, pełną głazów i kamieni, zwłaszcza od strony stałego lądu. Jadąc od przystani promowej w Žigljen, czujemy się jakbyśmy wylądowali na księżycu. Tylko skały i gruzowiska, nic więcej. Krajobraz zmienia się dopiero od środka wyspy, jest bardziej przyjazny i zielony. Samo Vidalići to mała, typowo turystyczna, urokliwa miejscowość. Nie ma tam nawet sklepu. Tylko apartamenty wypoczynkowe, kilka knajpek i jedna piekarnia. Nie szukaliśmy wielkiego kurortu, ale ciszy i spokoju, więc miejsce było idealnym wyborem. Miejscówkę poleciła nam koleżanka, która od lat tam spędza urlop. Zreszta, czego potrzeba więcej jak masz dobre towarzystwo, cudowną pogodę i doskonałe jedzenie. 

Najbliższym dużym miastem jest Novalja, gdzie znajduje się kilka marketów spożywczych, cała masa drobnych sklepików i restauracji. Droga do Novalji jest bardzo prosta więc bez problemu dojedziemy autem z Vidalići, dojazd zajmuje około 15 minut, a markety znajdują się na obrzeżach miasta. Apartament mieliśmy bezpośrednio nad morzem, więc zejście na plażę nie było problemem. W każdej chwili mogliśmy wrócić do apartamentu. Vidalići, nie jest położone od otwartego morza, ale nad zatoką, więc nie mamy co liczyć na większe fale. Po drugiej stronie zatoki znajduje się Zrce Beach, to taka chorwacka Ibiza. Miejscówka z plażą, barami i dyskotekami oraz miejscami noclegowymi, idealna dla chętnych imprezowych wrażeń i tańca. Tam dyskoteka trwa prawie 24 godziny na dobę, a muzykę a raczej basowe umca umca słychać było u nas do 3 nad ranem. 

W Vidalići można odpocząć i zrelaksować się, ale jeśli chcemy coś więcej zobaczyć polecam wybrać się do Novalji, Pagu, czy Zadaru. Przez pandemię my odwiedziliśmy tylko Novalję i Pag, do Zadaru już się nie udaliśmy, było zbyt dużo zachorować. Tak na marginesie Pag to wyspa, ale i miasto.

Novalja to już znacznie większy kurort turystyczny. W okolicy nadbrzeża jest cała masa restauracji, knajp i sklepików z pamiątkami. Jeśli wybieramy się tam autem, polecam pozostawić samochód na parkingu przy ulicy  Obala Petra Krešimira IV i zrobić sobie spacer promenadą, zatrzymać się na kawę w kafejce na nadbrzeżu, patrzyć w morze i cieszyć chwilą. Kto wybiera się na urlop camperem, może skorzystać z Campingu Straško, nasi znajomi tam nocowali, muszę przyznać, że bardzo dobre warunki.

Most Katine

Zdecydowanie bardziej zabytkowym miastem jest Pag, te wąskie uliczki, kamienne białe chodniki i jasne elewacje, to typowe dla chorwackich starych miast. Uwielbiam ten klimat. Do Pagu dojazd zajmie nam około 40 minut z Vidalići. Miasto Pag znane jest też z pozyskiwania soli z wody morskiej. Można odwiedzić muzeum soli, niestety przez pandemię odpuściliśmy sobie wchodzenie do środka. Jadąc od ulicy Lokunja, proponuję zatrzymać się na jednym z pobliskich parkingów i rozpocząć zwiedzanie miasta na własnych nogach. Niesamowity jest Most Katine, przeniesiony niczym z Wenecji. A te uliczki, co tu dużo mówić po prostu trzeba się w nich zagubić i spokojnie przemierzać jedną po drugiej, niemal każda ma jakiś urokliwy zakątek. Jadąc do Pagu warto się też zatrzymać w punkcie widokowym na górze, skąd rozpościera się cudowna panorama na miasto i zatokę. Zresztą wzdłuż całej drogi z Vidalići do Pagu jest wiele punktów widokowych, w których można zrobić cudowne zdjęcia.

Niestety o Zadarze Wam nic nie napiszę, bo nie odwiedziliśmy tego miasta. Zadar nie znajduje się bezpośrednio na Pagu, ale spędzając wakacje na wyspie możemy tam się wybrać, gdyż nie jest aż tak daleko. 

Tyle udało się nam zobaczyć podczas 10-dniowego pobytu na wyspie Pag. Jest to bez wątpienia idealna chorwacka destynacja na spokojny urlop z dala od zgiełku i tłumu turystów. Kto jednak szuka rozrywkowych wrażeń znajdzie je bez problemu w Zrce Beach, tam impreza trwa cały czas, a po nocy pełnej szaleństw będzie mógł odpocząć nad brzegiem morza.

Krem z pomidorów i pieczonej papryki

Sezon na pomidory w pełni, paprykę też, zaraz będą już tylko sprzedawane warzywa pędzone  sztucznie, które zupełnie smaku nie posiadają więc jeszcze możemy skorzystać z tych ostatnich dobrodziejstw jesieni. Do mojej wersji zupy potrzeba 1,5 kilograma dojrzałych pomidorów, 5 czerwonych papryk, sól, pieprz i cukier do smaku, trochę świeżej bazylii. Pomidory obieramy ze skórki, kroimy na ćwiartki i wykrawamy tylko ten twardy białawy środek. Paprykę pieczemy w piekarniku w temperaturze 180°C około pół godziny. Po upieczeniu paprykę przykrywamy folią tak na 15 minut. Zabieg ten sprawi, że skórka będzie łatwo odchodziła przy obieraniu, pod wpływem pary wodnej która zgromadzi się pod folią.

Po tym czasie paprykę obieramy ze skórki i usuwamy gniazda nasienne. Uważajmy, bo płyn który zgromadził się w środku, będzie dość gorący. Pokrojone warzywa gotujemy na wolnym ogniu około 40 minut, tak by pomidory rozmiękły. Możemy dodać odrobinę wody, ale nie za dużo gdyż pomidory puszczą sok. Ugotowane warzywa po lekkim przestudzeniu miksujemy i nasz krem jest już gotowy. Przed miksowaniem możemy dodać kilka listków świeżej bazylii, dodadzą lekko ziołowego aromatu. Doprawiamy solą, pieprzem i cukrem do smaku, jeśli krem wyszedł za gęsty możemy dodać jeszcze odrobinę wody. Według uznania można też dodać ze dwie łyżki śmietanki 30%, ale niekoniecznie. Szybka, prosta i bardzo zdrowa zupa, pomidory są wielkim źródłem potasu, a papryka witaminy C. 

Kurczak na chińską nutę z makaronem ryżowym

Każdy chyba od czasu do czasu ma ochotę na tzw. „chińszczyznę”. Barów z kuchnią chińską jest cała masa, choć takich prawdziwych niewiele. W sklepach możemy dostać mrożonki z chiońskimi daniami lub  gotowe dania w słoikach. Może i smakują one tak, jak oczekiwalibyśmy, ale na pewno zawierają w sobie całą masę sztucznych barwników, czy polepszaczy smaku. Korzystając z naturalnych składników możemy sami przygotować takie danie, które na pewno będzie o wiele zdrowsze od tych gotowych, które możemy kupić. Do mojej wersji kurczaka po chińsku potrzeba na porcję dla dwóch osób dwa filety z piersi kurczaka, jedną czerwoną paprykę, jedną większą marchewkę, jednego pora, kilka grzybów mun, puszkę kiełków fasoli, 3 liście kafiru. Dodatkowo sos sojowy, sos rybny, pastę tahini i jedno opakowanie makaronu ryżowego. 

Kurczaka kroimy w kostkę i dzień wcześniej możemy zamarynować w kilku łyżkach sosu sojowego i jednej łyżce pasty tahini. Marchew, paprykę i pora kroimy na kawałki długości 5 centymetrów, a następnie w wąskie paseczki, tak by wszystkie składniki były mniej więcej równych rozmiarów. Możemy dodać również kilka grzybów mun, ja o nich tym razem zapomniałem więc nie dodałem do mojego dania. Makaron przygotowujemy zgodnie z opisem na opakowaniu. Zazwyczaj tego makaronu się nie gotuje tylko zalewa na około 3 minuty wrzątkiem i jest gotowy. Przygotowanie dania zaczynamy od smażenia kurczaka, warzywa muszą pozostać chrupkie więc im tyle czasu nie potrzeba. Ja mam patelnię zbliżoną kształtem do woka, taka jest najlepsza lub typowy wok, kto nie ma może użyć zwykłej patelni.

Kurczaka smażymy na oleju kilka minut, do momentu, kiedy widzimy, że nie jest już surowy z dodatkiem jeszcze sosu sojowego, rybnego i łyżki pasty tahini. Uważajmy z ilością sosu sojowego i rybnego, by danie nie wyszło za słone, lepiej później doprawić niż dać za dużo. Od samego początku dodajemy też liście kafiru. Następnie dodajemy marchew, grzyby mun, potem paprykę i pora. Dodawajmy warzywa w takiej kolejności w odstępach około 2-3 minutowych od tych najtwardszych, do najmiększych, te nie potrzebują aż tyle czasu. Jak wyjdą rozgotowane całe danie straci swoją konsystencję, tak jak wspominałem wcześniej, warzywa muszą pozostać lekko chrupiące, a nie rozmiękłe. Do podostrzenia smaku dodałem szczyptę chili, nie używałem za to ani grama soli, sos sojowy i rybny są wystarczająco słone. Na sam koniec dodajemy kiełki fasoli i przygotowany makaron. Całość jeszcze chwilę trzymamy na ogniu mieszając by smaki się połączyły i gotowe. Oto cały sekret chińskiego dania w mojej wersji. Smakuje doskonale i jest na pewno o wiele zdrowsze niż takie z mrożonek lub słoika.

Owoce morza, caldo verde i pastéis de nata, typowe smaki Porto

Opisałem już Wam moje wspomnienia z pobytu w Porto, to co widzieliśmy, gdzie byliśmy, co warto zobaczyć. Ale Porto nie istnieje bez porto i tej doskonałej kuchni, której możemy tam zasmakować. Porto to wysokoprocentowe wino, wytwarzane z winogron zbieranych w dolinie rzeki Duoro, produkowane w miejscowości Vila Nova de Gaia, która leży nad rzeką Duoro na przeciwległym brzegu rzeki w stosunku do Porto. Do tych magazynów wina najprościej dostać się przez most Ponte Luis, ten niesamowity most, po którym jedzie tramwaj. Magazyny wina ciągną się już od samego brzegu rzeki. Bez wątpienia warto się tam wybrać, jak mamy więcej czasu i zwiedzać te winiarnie, degustując różne rodzaje porto, a jest ich na pewno  kilkanaście jak ruby, dawny, ja próbowałem pink. Wino pyszne ale zdradliwe, jeśli wiecie o czym mówię… My nie mieliśmy czasu przy tak krótkim pobycie na włóczenie się po tych winnych magazynach, ale oczywiście kupiliśmy sobie butelkę i degustowali na plaży w promieniach zachodzącego słońca. 

Przejdźmy jednak do samej kuchni portugalskiej. Owoce morza są obłędne, tak dobrej sałatki z ośmiornicy nigdy nie jadłem. Nie spotkałem miejsca, w którym by mi coś nie smakowało. Oczywiście restauracje Ribeiry nastawione są głównie na turystów i jest tam trochę drożej niż w innych miejscach, ale równie smacznie. Kto chce jednak zakosztować prawdziwej uczty z owoców morza polecam wycieczkę do Matosinhos, dla mnie to taka dzielnica portowa, ale to odrębna miejscowość, położona obok Porto, do której dojedziemy autobusem linii 500 z samego centrum.  Ten zapach ryb i owoców morza wieczorami roznosi się po całej okolicy, jeśli udamy się na spacer Rua Heróis de França, aż trudno zdecydować się które miejsce wybrać. My pierwszego wieczora trafiliśmy do restauracji O Antonio, jedzenie było tak dobre, że wróciliśmy w to samo miejsce w sobotę. Przemiła obsługa, klimatyczny lokal, a jedzenie doskonałe. Za pierwszym razem jedliśmy owoce morza z ryżem, podawane w rondelkach, coś niesamowitego, danie miało konsystencję zupy, choć jesz tylko owoce morza z ryżem, ale nie sposób było nie pić łyżką tego sosu. Ta esencja smaku oceanu była porażająca, ten płyn w tym daniu był najsmaczniejszy. Może to wyglądało śmiesznie, ale z koleżanką zajadaliśmy się tym sosem, pijąc go wprost z chochli, reszta naszej paczki była bardziej powściągliwa. Kolejnego dnia każdy wybrał już coś innego by spróbować nowych dań. Sałatka z ośmiornicy ze świeżą kolendrą była obłędna, a sposób podania grillowanych krewetek wprawił nas w osłupienie. Wszystko było równie doskonałe, jak pierwszego wieczoru. Tą restaurację możecie wybrać w ciemno, nie zawiedziecie się. Niedzielnego wieczoru, tuż przed wylotem, nie chciało się nam już jechać do portu i kolację zjedliśmy w Ribeirze. Próbowaliśmy caldo verde, czyli zieloną zupę, taki portugalski kapuśniak. 

Typowym daniem kuchni lokalnej jest francesinha, czyli kanapka z chleba tostowego z różnymi rodzajami mięsa, wieprzowiną, mortadelą lub parówkami z dużą ilością sera w sosie pomidorowym, pochodząca właśnie z Porto. Z uwagi na jej popularność warto jest spróbować francesinhę choć raz, więcej razy nie polecam, bo jest bardzo kaloryczna. Porto znane jest również z pastéis de nata, czyli babeczki budyniowej z ciasta francuskiego z kremem budyniowym. Ciastko to kupimy praktycznie w każdej kawiarni. Warto jest wypić kawę i zjeść to ciastko w słynnej Majestic Cafe, tańszym rozwiązaniem będzie zwykła kawiarnia, ale nie będziemy mieli tych wrażeń estetycznych co w Majestic Cafe.

Wycieczka do Porto jest niesamowitym przeżyciem. Połączenie klimatu miasta, bliskości oceanu, doskonałej kuchni pozostawia niezapomniane wspomnienia. Jeśli jeszcze nie byliście tam, koniecznie wybierzcie się. Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze kiedyś tam pojechać, bo w Porto zakochać się można od pierwszego spaceru. 

Ponte Luis, Ribeira, niebieskie azulejos i palmy, czyli niedziela w Porto

Ribeira

Niedziela była trzecim, a zarazem ostatnim dniem naszego pobytu w porto. Spędzaliśmy ją, każdy na swój sposób, niektórzy pojechali na plażę, a inni wybrali zwiedzanie miasta. Uwielbiam opalać się, ale tym postanowiłem na miasto. Pewnie szybko do Porto nie polecę więc postanowiłem jeszcze zobaczyć trochę miasta. Kocham takie włóczenie się po wąskich uliczkach, krótkie przerwy na kawę, czy winko i dalej w drogę. Wychodząc z hotelu tym razem wybraliśmy inną drogę do centrum. Poszliśmy w kierunku stacji metra Trindade, a następnie Rua da Trindade doszliśmy do Urzędu Miasta, czyli Camara Municipal do Porto. Przed urzędem znajduje się wielki plac, czy aleja Avenida Dos Aliados. Spod ratusza rozpościera się widok na cały plac i okoliczne kamienice ciągnące się wzdłuż alei. Idąc do końca placu dojdziemy do Praça da Liberdade, po którego lewym narożniku, przy końcu, idąc od urzędu miasta, znajduje się budynek dworca kolejowego. O tym już Wam ostatnio pisałem. Tutaj jest również kolejny kościół z niebieską fasadą, Igreja de Santo António dos Congregados. 

Ponieważ tędy szliśmy pierwszego dnia na przystanek tramwajowy, z którego odjeżdżaliśmy na plażę, tym razem skręciliśmy w połowie Avenida Dos Aliados w prawo w Rua da Fábrica, by zwiedzić inną część miasta. Rua da Fábrica przechodzi w Rua de Santa Teresa. Skręcając z niej w lewo w Praça de Guilherme Gomes Fernandes, dojdziemy do kolejnego placu Praça de Gomes Teixeira. Przy placu znajduje się kolejny kościół z niebieskimi azulejos na fasadzie, to Igreja do Carmo. Na placu rosną przepiękne wielkie palmy. Czytałem wcześniej, że  palmy i kościół z taką niebieską fasadą to typowe dla Porto obrazki, udało mi się więc zrobić takie ujęcie, na którym była owa palma, a w tle budynek kościoła. Idąc dalej Praça de Parada Leitão mijamy po lewej stronie Muzeum Historii Naturalnej i dochodzimy do Praça de Lisboa. Pełen zieleni plac, z potężnymi drzewami oliwnymi. Chcieliśmy tam w ogródku usiąść na kawę, niestety wszytko było pozamykane, chyba przez obostrzenia. 

Tutaj też znajduje się kościół kleryków, czyli Igreja dos Clérigos, z górującą nad miastem wieżą.  Widać ją chyba niemal z każdego punktu miasta, widok też jest raczej niesamowity, ale niestety odpuściliśmy sobie wejście do środka. Przy Rua de São Filipe de Nery znajduje się charakterystyczny sklep głównie z sardynkami, z popularną zieloną fasadą, znaną z licznych zdjęć, czyli Casa Oriental, oczywiście ja też zrobiłem tu zdjęcie. Idąc Rua da Assunção, kierujemy się w stronę dworca kolejowego. Tą ulicą jedzie też taki stary tramwaj. Idąc dalej Rua dos Clérigos, kierujemy się w stronę dworca kolejowego. Tymi ulicami jedzie też taki stary tramwaj. Przy placu dworcowym, po przeciwnej stronie budynku dworca znajduje się miła kawiarenka, w której udało się nam wreszcie usiąść by wypić kawę i zjeść słynne portugalskie ciastko, oczywiście za mniejszą cenę niż w Majestic Cafe. Niestety nie pamiętam nazwy tej kafejki. Warto się przejść dalej ulicą Rua Das Flores i pobuszować w licznych sklepach z pamiątkami. Uliczka jest deptakiem przeznaczonym tylko dla pieszych. 

Mniej więcej od tego miejsca, aż do rzeki rozciąga się dzielnica Ribeira, pełna starych uroczych kamienic i wąskich uliczek, w których możemy poczuć  klimat miasta. My poszliśmy główną ulicą Avenida Dom Alfonso Henriques, w kierunku mostu Luisa. Po prawej stronie na wzgórzu znajduje się monumentalna katedra  Sé do Porto. Oczywiście nie weszliśmy do środka tylko porobiliśmy zdjęcia z zewnątrz i na panoramę miasta. Widoki są cudowne. Jeśli natomiast zboczymy w lewo od głównej ulicy dojdziemy do kościoła Igreja de Santa Clara. Kościół bogato zdobiony złotem, jeden z najładniejszych w Porto, podczas naszego pobytu znajdował się w renowacji. Avenida Dom Alfonso Henriques, przechodzi na końcu w Avenida Vimara Peres. Z miejsca, gdzie tramwaj wyjeżdża spod ziemi, rozciąga się niesamowity widok na most i drugą stronę rzeki. Tym sposobem doszliśmy do Ponte Luis. Spacer mostem na drugi brzeg rzeki jest obowiązkowy. Panorama Ribeiry i całego Porto z górującą Wieżą Kleryków jest niesamowita. Perspektywa w obu kierunkach rzeki również robi wrażenie. Na drugim brzegu rzeki Duoro znajduje się park oraz miejscowość Vila Nova de Gaia, ośrodek produkcji porto z magazynami, gdzie przechowywane jest winoo. Tutaj można spędzić wiele godzin na degustacjach i odwiedzinach tych winiarni, jednak my nie mieliśmy na to specjalnie czasu. Warto natomiast zatrzymać się na chwilę w parku, tuż przy moście. Z Jardim do Morro cudownie widać całe miasto. My wróciliśmy tam jeszcze wieczorem by podziwiać zachód słońca i tonące w blasku zachodzącego słońca Porto, z którym musieliśmy się w niedzielny wieczór już żegnać. 

Do wieczora pozostało jeszcze kilka godzin, które wykorzystaliśmy dość intensywnie. Tak dla informacji, przy moście znajduje się również stacja kolejki, którą możemy zjechać na dół do promenady Ribeira de Gaia. My jednak wróciliśmy mostem do Ribeiry. Po tej stronie też jest kolejka, którą możemy zjechać na sam dół. My wybraliśmy schody i zejście wąskimi uliczkami, niemal wyjętymi z Paryża, ale to też jest charakterystyczne dla Porto, te wąski, urocze uliczki, choć czasami zaniedbane. Po tej stronie rzeki znajduje się promenada Cais da Ribeira, pełna turystów, mimo czasu pandemii i obostrzeń. Znajduje się tu cała masa restauracji i kafejek, jednak z uwagi na popularność miejsca, lokale te należą do droższych w mieście. Przeszliśmy się promenadą do końca po drodze zatrzymując na schłodzone piwo i słynną kanapkę z Porto, ale o tym jeszcze nie teraz. 

W planie mieliśmy jeszcze zwiedzanie ogrodów przy Super Bock Arena. Najlepiej dojechać tam tym zabytkowym tramwajem z przystanku Infante, którym dojedziemy do plaży. Przy przystanku znajduje się kościół Sw. Franciszka, Igreja Monumento de São Francisco, również bogato zdobiony wewnątrz. Chcąc dostać się do ogrodów, o których wspomniałem, musimy wysiąść na przystanku Alfândega i kierować się ku górze w stronę parku, tymi wąskimi uroczymi uliczkami. Z parkowego wzgórza rozciąga się panoramiczny widok na most Ponte da Arrábida i całą rzeką. Można tu w cieniu drzew odpocząć po całodziennym zwiedzaniu miasta. Bezpośrednio przy wyjściu z parku  przy ulicy Rua de Dom Manuel II znajdował się przystanek autobusowy. Stąd dojechaliśmy do metra Trindade, a następnie spacerkiem już po kilku minutach byliśmy w hotelu. Musieliśmy sobie trochę odpocząć po kilkugodzinnej pieszej wycieczce po mieście. Wieczorem czekał nas jeszcze spacer na most Luisa, do Jardim do Morro, skąd obserwowaliśmy cudowny zachód słońca. Dzień zakończył się kolacją w jednej z restauracji położonych w Ribeirze. Niestety na jazdę do dzielnicy portowej nie było już czasu. Następnego dnia o 5 rano mieliśmy autobus na lotnisko. Wszystko co dobre kończy się szybko. Ale na pocieszenie będzie jeszcze jeden wpis o smakołykach z Porto i jeśli coś mi się jeszcze przypomni, co warto zobaczyć, to też jeszcze napiszę.

Porto, to nie tylko wino, czyli co warto zobaczyć w tym urokliwym mieście

panorama Porto

Porto, kojarzy mi się z wysokoprocentowym słodkim winem o pięknym rubinowym kolorze. Ale Porto to przede wszystkim jedno z dwóch największych miast Portugalii. Malowniczo położone na wzgórzach od strony Oceanu Atlantyckiego, ale nie nad samym oceanem, tylko nad ujściem rzeki Duoro do oceanu. Najbardziej urokliwa  i najpopularniejsza turystycznie część miasta rozciąga się po obu brzegach rzeki. Nad oceanem znajduje się część portowa w miejscowości Matosinhos i urokliwy deptak prowadzący do plaży, w dzielnicy Foz do Douro. 

Porto jest idealnym miastem na wypad weekendowy z Polski, no może taki lekko przedłużony o jeden dzień weekend. Można powiedzieć, że to niemal cud, iż w czasach pandemii mogłem zobaczyć to piękne miasto. Korzystając z dużych promocji na bilety lotnicze  udało nam się kupić przelot w obie strony za nieco ponad 400 złotych od osoby. To na prawdę doskonała cena za lot do Portugalii, gdyż normalnie cena za przelot w jedną stronę wynosiła ponad 800 złotych. Lot w jedną stronę trwa około 3,5 godziny. Wylot z Polski mieliśmy w piątek przed południem, a powrót w poniedziałek z samego rana. Rozwiązanie idealne gdyż mieliśmy dwa pełne dni i całe piątkowe popołudnie pobytu na miejscu. Samo lądowanie jest już dosyć ekscytujące, gdyż samolot schodził do lądowania od strony lądu, przelatując nad samym centrum, więc wszystko idealnie było widać z góry. Jeśli dobrze pamiętam około 14.00 byliśmy już w Porto. Na miejscu przywitało nas piękne słońce i bezchmurne niebo. Z lotniska do centrum jechaliśmy metrem. Przystanek metra znajduje się przy terminalu więc nie musimy się nigdzie specjalnie przemieszczać. Nie mogliśmy kupić kilkudniowego biletu w automacie, co jest idealnym rozwiązaniem na tak krótki pobyt, więc polecam zakup w okienku informacyjnym, które znajduje się w terminalu po drodze do stacji metra. W przeciwnym razie trzeba kupić jednorazowy bilet i potem dokupić sobie już według uznania w centrum miasta. Metro jedzie do centrum około 40 minut. Wysiedliśmy na stacji metra Trindade, gdyż hotel mieliśmy zarezerwowany w pobliżu, dosłownie 10 minut spacerem. Pokój może nie był za duży, ale łóżko wygodne, do tego klimatyzacja, która o tej porze roku nie była konieczna na szczęście i super nowoczesna łazienka. Wyposażenie pokoju skromne, ale wystarczające na tak krótki pobyt. Jeśli jeszcze kiedyś pojadę do Porto, chyba bym wybrał ten sam hotel. Stay Hotel Porto Centro Trindade położony przy Rua de Gonçalo Cristóvão.  Trzeba przejść na drugą stronę stacji i uliczką Travessa de Alferes Malheiro dojdziemy do samego hotelu. Przy hotelu znajduje się charakterystyczna cylindryczna bryła piętrowego parkingu, a przy wejściu do hotelu przystanek autobusowy. Tyle w kwestiach logistyczno transportowych.

Plaże ciągną się aż do portu Leixoes w Matosinhos. Wzdłuż plaży ciągnie się również chodnik, który na odcinkach ma bardziej lub mniej spacerowy charakter. Sam zachód słońca nad oceanem był cudowny, tym bardziej, że wylatując z Polski, pogoda była taka sobie. Lekkie fale i poświata na wodzie, którą dawało słońce chylące się ku zachodowi, po prostu wspaniale. Plaża była zamknięta, ale nam to nie przeszkadzało, usiedliśmy sobie na piasku pod murem w pobliżu latarni morskiej. Do tego schłodzone piwo, oliwki i serek, cóż więcej potrzeba w takim miejscu. Środek pandemii, a my siedzieliśmy na plaży nad oceanem niemal nie do uwierzenia. Takie chwile mogłyby trwać wiecznie. Po zmroku udaliśmy się spacerem w kierunku dzielnicy portowej. Studiując informacje o Porto przed wylotem wyczytałem, że w porcie serwują najlepsze owoce morza, no i nie zawiodłem się, ale o tym czego próbowaliśmy w Porto w kolejnym wpisie dzisiaj skupię się na atrakcjach turystycznych. Mogę tylko powiedzieć że pierwszy wieczór w Porto zakończyliśmy doskonałą kolacją, z owocami morza w roli głównej.

Kolejny dzień przeznaczony był głównie na plażowanie, ale i częściowo na zwiedzanie miasta. Na plażę trzeba dojechać autobusem, a ponieważ przystanek znajdował się w okolicach dworca kolejowego, więc idąc do dworca można było już coś ciekawego zwiedzić. W pobliżu naszego hotelu zaczynał się główny deptak spacerowy, czyli Ulica Świętej Katarzyny. Prawdę mówiąc ulica ta zaczyna się nieco wcześniej, ale formę deptaka dla pieszych ma dopiero od skrzyżowania z Rua Guedes de Azevedo, czyli w pobliżu naszego hotelu. Idą w kierunku rzeki  przy stacji metra Bolhao mijamy Kaplicę Dusz z przepiękną fasadą wykonaną z ręcznie malowanych płytek ceramicznych azulejos w kolorze niebieskim, ten kolor i takie zdobienie kościołów czy kamienic są charakterystyczne dla Porto i spotykamy je co i rusz na fasadach budynków. Jest to jeden z piękniejszych kościołów w Porto, niestety my odpuściliśmy sobie zwiedzanie. Biorąc pod uwagę sytuację pandemiczną by ograniczyć ryzyko zarażenia zrezygnowaliśmy ze zwiedzania zabytków w środku. W tej samej okolicy, przy bocznej ulicy położona jest również miejska Hala Targowa. Niestety podczas naszego pobytu znajdowała się w remoncie i nie można było wejść do środka, czego bardzo żałuję, gdyż kocham te miejskie stare hale targowe. Przy Ulicy Świętej Katarzyny znajduje się również niesamowita kawiarnia Majestic Cafe, obowiązkowy punkt odwiedzin podczas wizyty w Porto. Wnętrze kawiarni jest bardzo zabytkowe i ono najbardziej przyciąga turystów by wejść do środka. Na szczęście o 9 rano było tam jeszcze dosyć pusto więc postanowiliśmy wstąpić na kawę i słynne portugalskie ciastko, oczywiście lekko przepłacając za miejscówkę, ale cóż przynajmniej zrobiliśmy zdjęcia. O ciastku napiszę wkrótce, we wpisie o portugalskiej kuchni.

Przy rozwidleniu z Ulicą Świętego Ildefonsa znajduje się kolejny kościół o charakterystycznej niebieskiej fasadzie, to Kościół Świętego Ildefonsa. W tym miejscu zakończyliśmy spacer deptakiem i skręciliśmy w Rua de 31 de Janeiro, kierując się w stronę dworca kolejowego, z okolic którego odjeżdżał nasz autobus na plażę. Budynek dworca jest zabytkowy, a jego wnętrza wprawiają w zachwyt. Tu też całe ściany wyłożone są tymi ręcznie malowanymi płytkami w kolorze niebieskim. Warto wejść do środka i zrobić zdjęcia. Ponieważ mieliśmy kilkanaście minut do odjazdu autobusu, chwilę jeszcze przeszliśmy się deptakiem Rua das Flores, gdzie znajduje się całe mnóstwo knajp, restauracji i sklepów z pamiątkami. W to miejsce wróciliśmy dopiero następnego dnia. Autobus jednak szybko przyjechał i resztę dnia spędziliśmy na plaży. Ocean był zimny, ale słońce na tyle mocno grzało, że można było siedzieć tylko w strojach kąpielowych. Na plaży odpoczywaliśmy niemal do zachodu słońca. Tak nam minął kolejny dzień, oczywiście zakończony pyszną kolacją w dzielnicy portowej. O tym, co jeszcze warto zobaczyć w Porto, które miejsca odwiedzić i gdzie można smacznie zjeść już niedługo. Niedzielę spędziliśmy na spacerze po centrum, ale to opiszę Wam w kolejnym wpisie.

Makowiec japoński

Makowiec, to jedno z moich ulubionych świątecznych ciast. Od zawsze je lubiłem, problem w tym, że ciasto drożdżowe w typowej strucli makowej dość szybko wysycha, zwłaszcza takie domowe, jak robisz bez żadnych ulepszaczy. Ten makowiec jest zupełnie inny, bo pozbawiony całkowicie ciasta, wydawałoby się niemożliwe, a jednak. Do makowca według mojego przepisu, to są proporcje na trzy foremki standardowej długości, potrzeba 1,3 kilograma maku, 30 dag miękkiego masła, 45 dag cukru, 6 do 7 soczystych winnych jabłek, około pół kilograma kaszy manny, dwie garście rodzynek, dwie garście łuskanych orzechów włoskich, 12 jaj, dwa olejki migdałowe, płaską łyżkę proszku do pieczenia.  

Mak najlepiej przygotować wieczorem dzień wcześniej. Sypki mak musimy sparzyć, ja to robię 3 razy. Mak wsypujemy do dużego garnka i zalewamy wrzątkiem na 10 minut, zlewamy powstały osad i ponownie zalewamy wrzątkiem też na 10 minut. Jeszcze raz zlewamy osad, zalewamy wrzątkiem i pozostawiamy do następnego dnia. Zaparzony i odstany mak przecedzamy i pozostawiamy na sicie tak z pół godziny, by się w miarę dobrze odsączył. Po odsączeniu mak mielemy 3 razy w maszynce do mięsa razem z orzechami włoskimi.

Miękkie masło ucieramy z cukrem na puszystą masę, białka oddzielamy od żółtek, które stopniowo dodajemy do masy maślanej. Białka wykorzystamy potem do piany. Mak mieszamy z sypką kaszą manną i proszkiem do pieczenia, lepiej mieszać odrębnie suche składniki, by potem nie zrobiły się grudki z kaszy manny. Do tak przygotowanego maku dodajemy masę jajeczno maślaną i miksujemy końcówkami do wyrabiania ciasta, by wszystkie składniki się połączyły. Jabłka obieramy i ścieramy na tarce o grubych oczkach. Po wymieszaniu z jajami dodajemy do masy makowej nasączone w wodzie lub alkoholu rodzynki, olejek do ciasta i starte jabłka. Wszystko dokładnie mieszamy do uzyskania jednolitej konsystencji masy. Na koniec dodajemy pianę z ubitych białek i delikatnie mieszamy, uważając by piana nie opadła za bardzo. Przygotowaną masę wykładamy do foremek wyłożonych papierem do pieczenia. Makowiec pieczemy z termoobiegiem i włączoną dolną blachą przez 25 minut w temperaturze 170°C. Następnie zwiększamy temperaturę do 180°C i pieczemy kolejne 20 do 25 minut. Około 50 minut wystarczy by makowiec nie wyszedł potem przesuszony. Przestudzone ciasta zdobimy polewą czekoladową, możemy też wykorzystać wiórki kokosowe, w zależności od fantazji dekoratorskich. 

Uwielbiam takiego makowca, utrzymuje wilgotność przez kilka dni i jest przepyszny, sami spróbujcie.