W krainie Harrego Pottera i szkockiej whisky, czyli Edynburg na weekend

Jak pojawiły się filmy o Harrym Potterze oglądnąłem prawie wszystkie, przyznam się, że książek nie przeczytałem, ale filmy obejrzałem. Ten klimat lekkiej tajemniczości, magii Hogwardu bardzo mi się podobał. Większości chyba Edynburg kojarzy się z sagą o Harrym Potterze.

W Wielkiej Brytanii byłem już dwa razy, natomiast w Szkocji to był mój pierwszy raz. Wybraliśmy się tam ze znajomymi oraz moją mamą. Trzy pełne dni nie wliczając dnia przylotu i wylotu, to jest idealny okres czasowy by w miarę dokładnie poznać najważniejsze atrakcje Edynburga. Do Edynburga przylecieliśmy w czwartek wieczorem, więc tego dnia poszliśmy tylko na kolację do pobliskiej restauracji. Oczywiście wybór padł na fish&chips bo to chyba najpopularniejsze danie ogólnie na wyspach. No i oczywiście smakowało doskonale, do tego kufelek piwa, czego chcieć więcej po podróży. Apartament mieliśmy wynajęty na ulicy Clerk. Wielkie, na pewno ponad 100 metrowe mieszkanie w dobrej lokalizacji 20 minut piechotą od traktu królewskiego. Zwiedzanie mieliśmy przewidziane na 3 kolejne dni. Oczywiście wcześniej wszystko zaplanowałem, jak to ja. 

Na pierwszy dzień, czyli piątek poszedł tzw. trakt królewski, czyli główna ulica spacerowa Edynburga, a w zasadzie ciąg ulic Canongate, High i Lawnmarket. Planowałem zacząć spacer od Pałacu Holyrood, bo na jego terenie są okazałe ruiny starego opactwa, ale ostatecznie tam nie dotarliśmy. Oceniłem, że wstęp był za drogi by zwiedzić same ruiny, a wnętrze zamku nas nie interesowało do końca, tym bardziej, że byliśmy z małymi dziećmi, dla których muzea nie są jeszcze interesującym obiektem. Musiałem więc trochę zmienić pierwotny plan. Po śniadaniu udaliśmy się więc ulicami Clerk, Drummond, Pleasance i St Mary do Canongate. Miej więcej od skrzyżowania St Mary i Canongate cały trakt królewski zaczyna wyglądać kolorowo i ciekawie, wcześniej w stronę wspomnianego Pałacu Holyrood jest bardziej, można powiedzieć szary i zwykły, choć w przypadku Edynburga trudno jest mówić o zwykłości bo całe miasto ma w sobie coś magicznego. Na skrzyżowaniu skręciliśmy już w High St, w stronę wzgórza zamkowego, które było naszym głównym celem. Wcześniej zaplanowałem sobie, które najciekawsze zakątki musimy zobaczyć. 

Cockburn St

Pierwsza na liście była Cockburn St, magiczna zakręcona ulica z cudownymi kamieniczkami, wyglądającymi jak z bajki. Będąc w Edynburgu, nie można jej nie odwiedzić.  Zatrzymaliśmy się tam na chwilę by odpocząć przy kawie. O jednym przy okazji muszę uprzedzić, Edynburg to miasto położone na wzgórzach więc spacer po nim przypomina trochę wspinaczkę górską, raz jest pod górę, raz w dół, czasem po wysokich kilkudziesięcio stopniowych schodach. Idąc dalej Cockburn St doszliśmy do zabytkowego dworca kolejowego. Stare perony i zabytkowa hala dworcowa z niesamowitym przeszklonym dachem robią duże wrażenie. Z dworca wąskimi schodami Fleshmarket Cl wróciliśmy na trakt królewski, czyli High St i ruszyliśmy dalej w kierunku zamku. 

Przy High St znajduje się przepiękna gotycka katedra Św. Idziego, warto odwiedzić, polecam. Wzdłuż High St, a potem Lawnmarket znajdują się dziesiątki sklepików z pamiątkami, restauracji, pubów, sklepów ze sztandarową szkocką whisky. Jest tam też The Scotch Whisky Experience, dla miłośników słynnego trunku, jednak my nie odwiedziliśmy tego miejsca. Po drodze zrobiliśmy sobie jeszcze jeden przystanek na schłodzone piwo i udaliśmy się już na zamek. Polecam kupić bilety wcześniej, my dokonaliśmy zakupu jeszcze w Polsce przez Internet. 

Wejście na zamek mieliśmy o godzinie 13.00 więc udało się nam zrealizować w całości przedpołudniowy plan spaceru. Żeby wejść na mury i pooglądać z góry panoramę miasta niestety trzeba mieć wykupione bilety. My standardowo pochodziliśmy po dziedzińcach wewnętrznych, murach, obfotografowaliśmy panoramę miasta, do samego zamku do środka nie weszliśmy już. Z zamku wybrałem już inną trasą powrotną, gdyż czekały na nas kolejne ciekawe zakątki miasta. Po wyjściu za bramy zaraz skręciliśmy w małą uliczkę w prawo i doszliśmy  do Johnston Terrace, a następnie w lewo i po około 200 metrach zeszliśmy stromymi schodami do Grassmarket. To taki plac na długości dwóch przecznic ulicznych pełen pubów i restauracji, też polecam odwiedzić to miejsce. Na końcu Grassmarket skręciliśmy w lewo w W Bow i dalej Victoria St, cudowna, idąca po łuku ulica z bajecznie kolorowymi kamieniczkami. Jest to również obowiązkowy punkt odwiedzin podczas pobytu w Edynburgu. Tutaj też w restauracji Berties Prosper zjedliśmy obiad. Na zdjęciach w korytarzu możemy zobaczyć, jakie znane osobistości odwiedziły to miejsce. 

Skręcając na końcu Victoria St w prawo dojdziemy do Greyfriars Kirkyard, czyli starego zabytkowego cmentarza, gdzie znajduje się pomnik pieska Bobbyego, który przez 14 lat czuwał przy grobie swojego pana. Z tego co czytałem znajduje się tam wiele nagrobków z nazwiskami, które zainspirowały J.K Rowling to stworzenia kilku postaci w serii książek o Harrym Potterze. Stamtąd po niemal 8-godzinnym spacerze po mieście wracaliśmy już do naszego mieszkania położonego przy Clerk St, a mieliśmy jeszcze do przebycia prawie 1,5 kilometra. Kolejny dzień spędziliśmy na podziwianiu natury Edynburga i jego przyrody, a w niedzielę wróciliśmy jeszcze do centrum, ale o tym już w kolejnych wpisach.

Skarby Gór Świętokrzyskich w multimedialnej oprawie

Jest takie przysłowie, w którym znajduje się wiele prawdy, cudze chwalicie, swego nie znacie. Byłem już kilka razy za oceanem, a jeszcze wielu atrakcji ze swoich okolic nie znam. Korzystając z okresu wakacyjnego, kiedy takie miejsca nie są oblegane przez wycieczki szkolne, zabrałem ostatniego lata moją Siostrzenicę w okolice Nowej Słupii w Górach Świętokrzyskich. Chyba mogę powiedzieć, że mieszkam otoczony Górami Świętokrzyskimi, ale wielu ciekawych miejsc znajdujących się w najbliższej okolicy nie poznałem. Region ten znany jest z wydobycia i przetwórstwa rud żelaza, którego początki sięgają jeszcze czasów sprzed naszej ery. Obecnie to już tylko wspomnienie, historia, pozostałości po dawnych miejscach wydobycia i piecach, w których wytapiano rudę. 

Wycieczkę zaczęliśmy w Muzeum Starożytnego Hutnictwa Świętokrzyskiego w Nowej Słupii. Muzeum funkcjonuje od 1960 r., jednak w obecnym kształcie otwarte zostało w 2021 r., zyskując nowoczesny budynek i ciekawą wystawę multimedialną. Dla pasjonatów historii hutnictwa jest to bez wątpienia obowiązkowy punkt odwiedzin podczas pobytu w Górach Świętokrzyskich. Każdy powinien znać historię swojego regionu więc warto było się tam również wybrać by poznać trochę historii regionu, w którym się wychowałem i mieszkam. Oprócz wystawy multimedialnej wyświetlany jest również krótki film o tym jak powstał świat w którym żyjemy i co miało z tym wspólnego żelazo. Takie miejsce obowiązkowo powinny odwiedzać szkolne wycieczki, taka forma nauki byłaby chyba ciekawsza niż zwykła lekcja. Zainteresowanych historią wydobycia i przetwórstwa żelaza, również zachęcam do odwiedzenia tego nowoczesnego muzeum.

W niedalekim sąsiedztwie muzeum znajduje się Park Legend. Z jednego do drugiego miejsca możemy przejść spacerem, przez zaaranżowaną osadę średniowieczną. Park Legend, to rozrywka bardziej dla dzieci niż dla dorosłych, choć jako mieszkaniec świętokrzyskiej krainy z chęcią odwiedziłem to miejsce. W Parku w 11 salach multimedialnych przedstawianych jest 13 legend związanych z regionem świętokrzyskim, m.in. o powstaniu Kielc, Gołoborzy, czy związanych z sabatem czarownic na Łysej Górze. Muszę przyznać, że nie wszystkie były mi znane. Całość jest urządzona w ciekawy i zachęcający do posłuchania opowieści sposób. Na koniec jest możliwość odbycia lotu na wirtualnej miotle, a dokładniej siadamy na ruchomym fotelu kinowym i w trójwymiarowych goglach odbywamy wycieczkę na wirtualnej miotle przez nasz region. W budynku Parku znajduje się mała kawiarnia oraz sklep z pamiątkami.

Tego samego dnia udało się nam jeszcze odwiedzić Harmonię – Świętokrzyską Zagrodę w Hucie Szklanej, która oddalona jest o 12 kilometrów od Parku Legend i opisywanego wcześniej muzeum. Jest to multimedialna ekspozycja, można powiedzieć makieta dawnej świętokrzyskiej wsi, zaaranżowana w budynku, który z zewnątrz przypomina nowoczesną stodołę. Zwiedzanie obiektu odbywa się tylko z przewodnikiem, a wystawa wiedzie nas przez codzienne życie na świętokrzyskiej wsi, którego rytm wyznaczają kolejne pory roku, zaczynając od wiosny, a kończąc na zimie.  Podczas zwiedzania poznajemy losy bohaterów Manii i Władzia, których życie splecione jest z rytmem wyznaczonym przez pory roku. Bardzo ciekawa lekcja historii życia wiejskiego, tradycji, które obecnie często odchodzą w zapomnienie i kultury świętokrzyskiej. 

Muszę przyznać, że byłem pod wrażeniem wszystkich tych miejsc, które odwiedziłem. Obiekty te są bardzo nowoczesne, naszpikowane multimedialnymi nowinkami i są doskonałymi promotorami naszej Ziemi Świętokrzyskiej, jej kultury, historii i bogactw, z których kiedyś słynęła. Jeśli będziecie kiedyś na wycieczce w Górach Świętokrzyskich, koniecznie odwiedźcie te miejsca, nie pożałujecie, serdecznie zapraszam. 

Mały tapas, czy paella z owocami morza, czyli smaki kuchni hiszpańskiej

Opowieści o Hiszpanii, jej urokliwych miastach i miasteczkach, niesamowitych miejscach, które możemy zobaczyć w tych miastach, wspomnień z wakacji spędzonych w Hiszpanii, nie ma bez hiszpańskiej kuchni i jej smakołyków. W Hiszpanii, podobnie jak w innych państwach basenu Morze Śródziemnego istnieje wielka, wspólna, rodzinna celebracja posiłków. Panujący klimat, a zwłaszcza upalne lata, powodują że wszyscy wylegają na miasto i udają się do restauracji dopiero wieczorową porą, po 19.00 najwcześniej. Od wczesnego popołudnia do godziny zwykle 20.00 panuje sjesta i większość restauracji jest w tym oknie czasowym zamknięta. Choć owszem, w tych najbardziej obleganych turystycznie rejonach, znajdziemy restauracje, które będą również i w tych godzinach czynne. W Hiszpanii zasadniczo cieżko trafić na restaurację, gdzie jedzenie byłoby niesmaczne.

Hiszpańska paella i tapasy to chyba jedne z flagowych dań kuchni hiszpańskiej. Paella wywodzi się z Walencji, ale w Andaluzji, prawie w każdej restauracji, w której byliśmy, w menu była paella. Paella to danie z ryżu z owocami morza lub z mięsem. Będąc w Hiszpanii nie można sobie odmówić spróbowania paelli przynajmniej raz, ja chyba jadłem ze 3 razy, no może dwa. Bardzo podobnym daniem do paelli jest juicy rice, to coś pomiędzy włoskim risotto, a zupą rybą. Ma dość rzadką konsystencję, przypominającą zupę i przygotowywane jest z owocami morza, po prostu przepyszne. Jak nazwa mówi to taki soczysty ryż. Pierwszy raz tego dania próbowałem na Gran Canarii i było obłędne. Teraz w jednej z restauracji udało mi się je znaleźć i nie mogłem sobie odmówić, zjadłem nawet podwójną porcję, bo reszta wycieczki pozamawiała inne dania, a juicy rice można było zamówić, podobnie jak paellę na dwie osoby. 

Wspomniałem Wam również o tapasach. To takie małe przekąski serwowane na ciepło lub na zimno. Mogą to być małe porcje owoców morza, np smażonych krewetek, plasterki bagietki z serem i szynką,, czy innymi dodatkami,  ja próbowałem sałatki ziemniaczanej z krewetkami. Bardzo popularne są patatas bravas, czyli smażone kostki ziemniaczane podawane z ostrym sosem, idealne do piwa. Tapasów pewno może być tyle, ile kucharz ma pomysłów na nie. Na pewno warto odwiedzić taki tapas bar i spędzić tam jeden wieczór. Tapasy, jak zamówimy kilka rodzajów, spokojnie możemy potraktować jako danie obiadowe. Jedząc takie 3 lub 4 przekąski uwierzcie mi, najecie się do syta.

Kuchnia hiszpańska to również owoce morza, a więc krewetki, langustynki, kalmary, ośmiornica i różnego rodzaju ryby. Tych morskich specjałów również nie można sobie odmówić spędzając urlop w Hiszpanii. 

To chyba najpopularniejsze dania kuchni hiszpańskiej, których próbowaliśmy i które gorąco polecam Wam spróbować, odwiedzając Hiszpanię. Oczywiście, w tym miejscu nie możemy zapomnieć o hiszpańskich trunkach, z których najbardziej znanym jest Sangria i Sherry. Sangria to napój alkoholowy na bazie czerwonego wina i owoców, raczej niskoprocentowy. Zasadniczo w sklepie kupicie gotową sangrię, do której wystarczy dodać kawałki pomarańczy, no i oczywiście musi być mocno schłodzona. Sherry natomiast to hiszpańskie wino pochodzące z Andaluzji, o podwyższonej zawartości alkoholu. Ja osobiście zdecydowanie wolę sangrię.

Na koniec kilka ciekawych lokalizacji, które mogę polecić z czystym sumieniem, bo dania tam są niemal idealne, a i atmosfera miejsc sprzyja miłemu spędzeniu czasu z rodziną, czy znajomymi. Jeśli będziecie w Torremolinos polecam Tapas Bar El Dorado przy Calle del Peligro, bar znajduje się przy tej schodowej ulicy, która mnie zauroczyła, a którą opisywałem Wam w moim pierwszym wpisie wspomnieniowym z wakacji w Andaluzji. Próbowaliśmy tam paelli, była niesamowita. W tej okolicy, ale nieco dalej, przy Calle del Bajondillo znajduje się restauracja Coenvi, też było bardzo smacznie, choć mało miejsca i czasami bywa ograniczony wybór dań. Przy samej nadmorskiej promenadzie położona jest Casa Paco Playa, to tutaj udało mi się znaleźć juicy rice. Dodatkowym atutem restauracji jest położenie, praktycznie na plaży z cudownym widokiem na morze. Przy skrzyżowaniu Avenida de Benyamina i P.º del Colorado znajduje się doskonała pizzeria El Panaro. Wiem wiem, to nie Włochy, ale pizzę i lasagne mają bardzo dobre, a dodatkowo w weekendy gra muzyka na żywo. Odwiedziliśmy jeszcze i inne miejsca w Torremolinos, ale te były najsmaczniejsze. W Maladze spróbowałem tapasów w Casa Lola Strachan przy Calle Strachan, w pobliżu katedry. Tapasy były doskonałe, ale czasem w godzinach szczytu trudno jest tam znaleźć wolny stolik niestety, co świadczy o popularności miejsca. Najlepsze patatas bravas jadłem chyba w El Viajero del Merkao w Kadyksie przy Pl. de la Libertad, w pobliżu Mercado Central.

Mam nadzieję, że nie zanudziły Was te moje wspomnienia, a może ktoś, kto trafi tutaj skorzysta z moich wspomnień, przy planowaniu własnych wakacji i okażą się pomocne w wyborze miejsc, która chciałby odwiedzić i posmakować. 

Alhambra, perełka architektoniczna, wpisana na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO

Granadę i pałac w Alhambrze zwiedzaliśmy ostatniego dnia pobytu w Torremolinos, niestety kolejnego dnia wracaliśmy już do Polski. Czytając w Internecie ile się stoi w kolejkach do wejścia i jakie mogą być opóźnienia, wejście zarezerwowaliśmy w godzinach przedpołudniowych na 11:00. To była godzina wejścia do pałacu Nazaries, do całego kompleksu możemy wejść w godzinach otwarcia, bez czasowych ograniczeń. Dojazd z Trorremolinos zajmuje ponad 1,5 godziny więc z domu wyjeżdżaliśmy o 8 rano. O 10.00 byliśmy już na miejscu w Alhambrze. Zwiedzanie Granady zaplanowaliśmy na drugą połowę dnia, chyba tak jest najlepiej zorganizować zwiedzanie Alhambry i Granady. 

Zespół pałacowy Alhambry powstał w XIII wieku i jest to jeden z najbardziej znanych symboli arabskiej architektury w Hiszpanii. Do Alhambry można kupić różnego rodzaju bilety, ale obowiązkowy jest wstęp do pałacu Nazaries, znajdującego się w kompleksie. Inne budynki nie robią takiego wrażenia, choć są oczywiście bardzo ładne. Ponieważ na miejsce dotarliśmy na godzinę 10.00 mieliśmy jeszcze godzinę czasu na zwiedzanie ogrodów i Pałacu Karola V, które są po drodze do Pałacu Nazaries.

Od wejścia, w kierunku ogrodów, prowadzi nas urokliwa aleja obsadzona cyprysami, a dalej szpalerem formowanych tui lub też cyprysów. Po drodze możemy zauważyć pozostałości dawnych zabudowań. Pierwszym dużym budynkiem jest Pałac Karola V z charakterystycznym rotundowym dziedzińcem i krużgankami, bardzo surowy w swej architekturze. Perełką i główną atrakcją całego kompleksu pałacowego Alhambry jest Pałac Nazaries. To naprawdę jest perełka architektoniczna. Sztukateria na ścianach i sufitach robi niesamowite wrażenie. Szczegółowość i dokładność poszczególnych detali jest aż trudna do wyobrażenia jak to było zbudowane, a miejmy świadomość, że ten pałac zbudowano kilkaset lat temu.

Warte uwagi są też dziedzińce pałacu Nazaries. W tej części spędziliśmy około 1,5 godziny. Na końcu kompleksu znajduje się Alcazaba, czyli pozostałości dawnej twierdzy, wchodzącej w skład zespołu pałacowego Alhambry. Z murów rozciąga się widok na całą panoramę pobliskiej Granady i okoliczne wzgórza. Żeby spokojnie zwiedzić cały zespół pałacowy i urokliwe ogrody powinniśmy tam jeszcze spędzić ze trzy godziny, ale tyle czasu nie mieliśmy. Kolejnym punktem wycieczki było jeszcze zwiedzanie i zakupy w Granadzie. Bardzo lubię te ozdoby i dekoracje w stylu arabskim więc chciałem jeszcze pochodzić trochę po sklepach z pamiątkami.

W Granadzie zaparkowaliśmy praktycznie w samym centrum, na parkingu podziemnym pod halą targową Mercado de San Agustin. Znów byłem pod wrażeniem, że w takim miejscu między starymi kamienicami potrafiono zbudować wielopoziomowy parking podziemny. Po krótkim odpoczynku przy kawie w pobliskiej kawiarni udaliśmy się w kierunku katedry. Niestety do samego środka już nie weszliśmy. W pobliżu katedry zwiedziliśmy coś w stylu tureckich bazarów, przy Calle Oficios. Jest to kompleks butików z różnego rodzaju asortymentem, rozmieszczonych w parterowej części kilku kamienic znajdujących się w bezpośrednim sąsiedztwie katedry. Ponieważ nie mieliśmy dużo czasu, udaliśmy się jeszcze w kierunku Calle Elvira, ulicy pełnej sklepów z pamiątkami, rękodziełem i restauracji. Do Calle Elvira dochodzi bardzo urokliwa Calle Caldereira Nueva ze sklepikami oferującymi lokalne rękodzieło, zarówno ozdoby, pamiątki, jak i odzież. Jeśli lubicie klimat bazaru tureckiego, spodoba się tam Wam. Dochodziła godzina 16.00, a ostatniego dnia chcieliśmy zjeść pożegnalną kolację w Torremolinos więc po dość udanych zakupach udaliśmy się już w kierunku parkingu. Bez wątpienia w Granadzie jest jeszcze kilka miejsc, które warto zobaczyć, a na co nie starczyło nam już czasu. Żałuję trochę że nie doszliśmy do Carrera del Darro i Plaza de Santa Ana, na zdjęciach street view wyglądają bardzo urokliwie więc jeśli Wy mieli byście więcej czasu koniecznie się tam udajcie. 

W taki sposób kończył się nasz wakacyjny pobyt w Hiszpanii. Wydaje mi się, że dość dużo miast Andaluzji udało nam się zobaczyć, niestety na wszystkie nie byłoby czasu. Czytałem, że Fuengirola i Nerja, położone nad Morzem Śródziemnym są bardzo urokliwe. No cóż mam motywację by tam jeszcze kiedyś wrócić. Mam ogromny sentyment do Hiszpanii, bardzo lubię tę kulturę, architekturę, atmosferę, jaka panuje w tych miasteczkach więc muszę tam za jakiś czas wrócić. 

Z gór nad ocean, czyli śladami Madonny w Rondzie i z wizytą u Jamesa Bonda w Kadyksie

Na kolejną wycieczkę zaplanowana była najdłuższa czasowo i najdalsza trasa. Pierwszym przystankiem była Ronda. Czytałem, że Ronda to miasto uznane za najbardziej romantyczne w Hiszpanii. Położenie Rondy, a zwłaszcza jej starego zabytkowego centrum jest niesamowite, nad brzegami wąwozu El Tajo. Rondę chciałem odwiedzić od momentu, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem teledysk Madonny Take a bow, który był kręcony właśnie w tym mieście. Po raz kolejny udało mi się zrealizować jedno z moich marzeń, które powstało 30 lat temu. Początki miasta sięgają VI w p.n.e. Wydawało mi się, że Ronda to małe miasteczko obejmujące tylko tę najstarszą i najładniejszą część. Okazało się jednak, że jest to dość duże miasto. 

Jak nie mamy dużo czasu, a chcemy zobaczyć najpopularniejsze atrakcje Rondy proponuję zaparkować samochód na podziemnym parkingu pod Plaza del Socorro. To jest praktycznie samo centrum starego miasta. Byłem pod wielkim wrażeniem, że w takim miejscu byli w stanie wybudować parking podziemny. Z Plaza del Socorro przeszliśmy w kierunku Plaza de Toros de la Real Maestranza de Caballería de Ronda, czyli areny walk byków. Idąc ulicą Virgen de la Paz doszliśmy do Plaza España, gdzie zrobiliśmy sobie krótką przerwę na przedpołudniową kawę. 

Z placu było już tylko kilka kroków do największej atrakcji miasta, czyli Puente Nuevo, mostu nad kanionem El Tajo, który łączy dwie części miasta. Wysokość mostu, tj. 98 metrów robi wrażenie, podobnie jak niemal wiszące nad przepaścią kamienice zbudowane na brzegach wąwozu. Idąc za mostem Calle Armiñán i skręcając w prawo w Calle Tenerio dojdziemy do Plaza de Maria Auxiliadora. Ta część miasta jest znacznie spokojniejsza, nie ma już takiego tłumu turystów. Tu znajduje się zejście do punktu widokowego, skąd można zrobić najlepsze zdjęcia mostu, kto jest chętny może dojść pod sam most. Jego monumentalność z dołu robi niesamowite wrażenie. Za wejście na punkt widokowy musimy zapłacić 5 euro, ale w tej cenie mamy też spacer aż pod sam most. Na wejściu zostajemy też wyposażeni w kask, chroniący przed spadającymi kamieniami. Oczywiście musiałem tam pójść i zrobić kilka zdjęć z dołu.

W planie miałem jeszcze dojście do Puente Viejo i powrót do parkingu drugą stroną wąwozu, jednak czas już na to nie pozwolił. Wracając przez Puente Nuevo zrobiłem kilkanaście kolejnych zdjęć panoramy i wąwozu. Do parkingu doszliśmy deptakiem, czyli Calle Virgen de los Remedios, po drodze odwiedzając znajdujące się tam liczne sklepiki z pamiątkami. Ronda, a dokładniej jej zabytkowa część jest bardzo urokliwa, podobnie jak kamienice zawieszone nad kanionem El Tajo. Wieczorem, kiedy zapada zmrok, zapalają się lampy uliczne musi tam być na pewno bardzo romantycznie, niestety nie mieliśmy czasu by przebywać tam do wieczora. Ale nic straconego, może jeszcze kiedyś uda mi się odwiedzić to miasto. Z Rondy udaliśmy się na zachód, prosto nad ocean, czyli do Kadyksu. 

Kadyks znajduje się również w Andaluzji, ale po drugiej stronie Cieśniny Gibraltarskiej, nad Oceanem Atlantyckim. Po hiszpańsku to miasto nazywa się Cádiz i tak wszędzie tam funkcjonuje. Jest to już dość duże miasto portowe ze stocznią , którą mijamy wjeżdżając do zabytkowej części. Wyczytałem, że to najstarsze miasto Hiszpanii. Do miasta wjeżdżamy prze imponujący most wiszący. Największe wrażenie wywarła na mnie bryła katedry z charakterystyczną złotą kopułą, widoczną od strony oceanu i błyszczącą w słońcu. Wnętrze, mimo iż dość surowe, również robi wrażenie. Urokliwy jest sam plac znajdujący się przed katedrą. 

Skręcając w prawo w Calle Pelota doszliśmy do popularnej Plaza de San Juan de Dios, obsadzonej wzdłuż palmami. Klucząc wąskimi uliczkami doszliśmy jeszcze do Plaza de las Flores, czyli placu z targiem kwiatowym. Bardzo urokliwa jest Calle Virgen de la Palma, wąska ulica pełna restauracji, gęsto obsadzona palmami. Niestety w Kadyksie byliśmy w porze sjesty i miasto wyglądało niemal na wymarłe. Mnóstwo sklepów, barów i restauracji było po prostu pozamykane. Ta atmosfera pustki spowodowała, że Kadyks mnie lekko rozczarował, w porównaniu z tym, co dotychczas udało się nam zwiedzić. W Kadyksie niesamowity był za to błękit nieba, jakiego nie widzieliśmy nigdzie wcześniej. Od strony oceanu powietrze nie jest zanieczyszczone piaskiem znad Sahary i niebo jest cudownie błękitne, a zarówno w Maladze, jak i Marbelli cały czas utrzymywała się nad horyzontem specyficzna mgiełka. Z centrum udaliśmy się jeszcze nad ocean, niestety nie doszliśmy do plaży la Caleta tylko przespacerowaliśmy się wzdłuż Avenida Campo del Sur. Szkoda, bo na tej plaży nagrywali sceny do jednej z części filmów o Jamesie Bondzie. Co muszę przyznać, to panorama Kadyksu z bryłą bazyliki na tle oceanu i błękitnego nieba była zachwycająca. Plan na kolejny dzień został zrealizowany, niestety przed nami były prawie trzy godziny drogi powrotnej do Torremolinos. W planie była jeszcze Granada i zwiedzanie pałacu Alhambra, ale o tym w następnym wpisie.

Kolejne perełki Andaluzji, czyli urokliwe Mijas i lekko snobistyczna Marbella

Jeszcze przed wyjazdem do Hiszpanii zaplanowałem sobie, które miasta będę chciał odwiedzić. Oczywiście czytałem w Internecie co warto zobaczyć, bo Hiszpanii jakoś specjalnie wcześniej nie znałem i nie czytałem o niej wiele, mimo iż mam do niej wielki sentyment wrodzony. Jednym z najbliżej położonych od Torremolinos, a zarazem bardzo urokliwych miasteczek jest Mijas więc ono znalazło się na mojej liście.  Z kolei jeszcze kilka lat temu na Netflix oglądałem serial Toy Boy i jakoś ten południowy klimat Marbelli, bo tam rozgrywała się akcja serialu spowodował, że od tamtego czasu marzyło mi się by odwiedzić kiedyś Marbellę. Widać warto jest marzyć, bo marzenia się spełniają. Oba te miasta zaplanowałem na jednodniowa wycieczkę, gdyż znajdują się dość blisko i można je odwiedzić w ciągu jednego dnia. 

Mijas znajduje się na północ od Torremolinos, w górach więc dzień zaczęliśmy od wycieczki w góry. Dojazd samochodem do Mijas z Torremolinos zajmuje około 40 minut, czyli całkiem blisko. Sama droga jest już malownicza, gdyż wiedzie w kierunku gór. Kiedy dotarliśmy do Mijas, niestety wszystkie parkingi w centrum były już zajęte, a wjazd do ścisłego centrum zamknięty przez policję. Musieliśmy pojechać na pobliski parking, znajdujący się w starym kamieniołomie Cantera El Puerto. Stamtąd kursują bezpłatne autobusy, które dowożą turystów do samego centrum Mijas. Cechą charakterystyczną dla Mijas są jego białe domy, chyba wszystkie są wymalowane na biało. Zwiedzanie Mijas zaczęliśmy od Plaza Virgen de la Peña, to główny plac miasta pełen sklepików, kawiarni i restauracji. Oczywiście zrobiliśmy sobie się tam krótki postój na pyszną kawę. Idąc Av. del Compás doszliśmy do Placu Konstytucji, a następnie dalej Cta. de la Villa doszliśmy do areny walk byków, czyli Plaza de Toros de Mijas. 

Przy arenie znajduje się Park Muralla. Idąc wzdłuż murów okalających park możemy podziwiać panoramę okolicy, która robi niesamowite wrażenie. W dali na horyzoncie widać nawet morze. Jeśli obejdziemy cały park, to na drugim końcu naszym oczom ukazuje się cała panorama Mijas na tle górskich szczytów. Ten kontrast bieli, zieleni i szarości wygląda urokliwie. W parku znajduje się również bardzo ładny kościół Niepokalanego Poczęcia, który polecam zwiedzić w środku jeśli będzie otwarty. Podczas naszego pobytu ołtarz był ozdobiony kwiatami w takiej ilości, że niemal przesłaniały sobą wszystko. 

Do centrum wracaliśmy przez Calle Málaga, deptak z charakterystycznym płóciennym dachem podobnym do tych w Maladze i Torremolinos. Po drodze znajduje się urokliwa Calle de los Caños, pełna różnego rodzaju sklepików. My jednak by zobaczyć coś nowego doszliśmy do samego końca Calle Málaga, aż w okolice Plaza Virgen de la Peña. Ze skrzyżowania Calle de los Caños i Calle Málaga jest skrót wprost do Plaza Virgen de la Peña. To schody, niemal wciśnięte między kamienice, ale mające w sobie ten klimat południa Hiszpanii. Takie magiczne zakątki są cudowne. Niestety przed nami była jeszcze Marbella więc nie mieliśmy więcej czasu by jeszcze spokojnie powłóczyć się tymi wąskimi uliczkami, poza ścisłym centrum, wśród bieli otaczających je kamienic.

Dojazd z Mijas do Marbelli to kolejne 40 minut. W Marbelli zatrzymaliśmy się na podziemnym parkingu przy Avenida del Mar. Znajduje się on pod placem, na którym eksponowane są rzeźby Salvatora Dali. Jest to optymalna lokalizacja, po środku, między plażą, a historyczną częścią miasta. Centrum znajduje się zaraz za Parkiem Alameda. Niesamowite wrażenie robią ceramiczne ławki znajdujące się w parku, wyglądające jak z porcelany i wybrukowane żółtymi płytami parkowe alejki. Jak miniemy park polecam skręcić w Calle de Enrique del Castillio, a dalej w lewo w Calle Padre Francisco Echamendi. 

Po chwili jak skręcimy w prawo w Calle Valdes ujrzymy narożną kamienicę, która wyjęta jak wyjęta z jakiejś bajki o krasnoludkach, po prostu cudowna. Idąc tą wąską ulicą dojdziemy do popularnej Plaza de los Narajnos, otoczonej ze wszystkich stron kawiarniami i sklepikami. Warto się przejść Calle Ancha, która jest pełna restauracji, w środku dnia robiła niesamowite wrażenie, ale wieczorem, pełna ludzi siedzących przy stolikach restauracyjnych, musi mieć magiczny klimat. Równie urokliwa, choć znacznie spokojniejsza jest równoległa Calle Bermeja. Niestety nie udało nam się już zwiedzić hali targowej, gdyż było zbyt późno. Całe zabytkowe centrum Marbelli jest bardzo urokliwe i klimatyczne i na pewno warto poświęcić kilka godzin na spokojny spacer tymi uliczkami, przy okazji robiąc zakupy w okolicznych sklepach. Marbella przyciąga milionerów, więc i sklepy są bardziej eleganckie i droższe. Oczywiście nie musimy nic kupować, już samą przyjemnością jest spacer i odkrywanie cudownych zakątków tego miasta. 

Z centrum przez wspomniany wcześniej park Almeda wróciliśmy na plac przy Av. del Mar. Niestety nie dotarliśmy też do mariny, gdzie podobno cumują luksusowe jachty. Słyszałem, że Marbella to takie hiszpańskie Cannes. Przespacerowaliśmy się jeszcze nadmorską promenadą, gdzie w jednej z okolicznych kawiarni wypiliśmy schłodzone piwo przed powrotem do domu, oczywiście Ci, którzy nie byli tego dnia kierowcami. W ten sposób zobaczyliśmy kolejne miasta na Costa del Sol, a przed nami były jeszcze dwie wycieczki, ale o tym już następnym razem. 

Andaluzja, cudowna kraina na południu Hiszpanii

Od zawsze miałem sentyment do Hiszpanii, zawsze chciałem nauczyć się języka hiszpańskiego i lepiej poznać ten kraj. W Hiszpanii dotychczas udało mi się być jednak dopiero raz, spędzałem tam Sylwestra kilka lat temu w cudownej i urokliwej Walencji. Teraz podczas urlopu udało mi się ponownie tam zawitać. Wspólnie z rodziną i przyjaciółmi spędzałem urlop właśnie w Andaluzji. Tradycyjnie sami zadbaliśmy o przelot i nocleg, a nie rezerwowaliśmy wycieczki w biurze podróży. Tak jest ciekawiej, człowiek nie jest ograniczony do hotelu narzuconego przez biuro podróży. Na bookingu, jak się poszuka, można znaleźć ciekawe miejsce na nocleg w dobrej cenie. Przy tej ilości osób dom był idealnym rozwiązaniem. Naszą miejscówką było Torremolinos, położone kilkanaście kilometrów od Malagi. W Maladze znajduje się dość duże lotnisko więc, przylot z Polski nie jest większym problemem i można wybrać dogodny lot. Nieco ponad 3 godziny lotu i wylatując z Krakowa lądowaliśmy na hiszpańskiej ziemi. Druga połowa sierpnia, a nawet już prawie końcówka była bardzo gorąca w Hiszpanii. Wysiadając z samolotu od razu uderzył nas powiew gorącego powietrza. Już wiedzieliśmy, że znaleźliśmy się na południu Europy. O tym jakie miasta zwiedziłem podczas wakacji w Torremolinos i co tam zobaczyłem, napiszę Wam w kolejnych wpisach, dzisiaj będzie o Torremolinos i najbliższej Maladze. 

Do Torremolinos z lotniska w Maladze można dojechać pociągiem, jednak z bagażami zdecydowanie wygodniejszym środkiem transportu był popularny Uber. Torremolinos to taki typowy turystyczny kurort, jednak noclegi tam już są nieco tańsze niż w Maladze więc jest to naprawdę dobra miejscówka wypadowa zarówno do Malagi, jak i innych urokliwych miast i miasteczek Andaluzji. Szerokie, piaszczyste plaże Torremolinos pozwalają również w pełni poczuć wakacyjny klimat, gdy zdecydujemy się na wypoczynek na plaży, a nie tylko zwiedzanie okolicznych miast. Jeśli zaczniemy zwiedzanie Torremolinos od Plaza Pdte. Adolfo Suarez, możemy się lekko rozczarować. To taka typowo miejska architektura, bloki w stylu lat 80-tych, nic szczególnie specjalnego. Z uwagi iż mieszkaliśmy poza centrum, przy Calle Liszt, od tej strony szliśmy do śródmieścia i starej części Torremolinos. Prawdę mówiąc zdziwiłem się trochę bo myślałem, że centrum będzie znacznie bardziej klimatyczne. 

Wszystko się jednak zmieniło gdy weszliśmy na Plaza Costa del Sol i Calle San Miguel. Od razu dało się poczuć wakacyjny klimat południa Hiszpanii. Niskie hiszpańskie kamienice z restauracjami, barami i dziesiątkami sklepików z pamiątkami.  Calle San Miguel to typowy deptak turystyczny, każdy znajdzie tu coś interesującego. Co ciekawe, nad całym deptakiem rozciągnięty był lekki płócienny dach, chroniący przez palącym słońcem południa w ciągu dnia. Idąc deptakiem mijamy po drodze kolejny interesujący plac, tj. Plaza de la Nogalera. Najlepsze było jednak jeszcze przed nami. 

Calle San Miguel przechodzi dalej w Calle Santos Arcangeles, a następnie Calle Cta. del Tajo. Ta ostatnia to praktycznie kręte kamienne schody, które prowadzą nas do promenady ciągnącej się wzdłuż plaży. Centrum znajduje się na wzniesieniu więc do plaży musimy właśnie zejść po tych schodach, a raczej ulicy, którą tworzą szerokie schody, prowadzące niemal do samej promenady nadmorskiej. Calle Cta. del Tajo mnie zahipnotyzowała, zakochałem się w tym urokliwym zakątku Torremolinos. Wzdłuż ulicy rozlokowane są sklepiki z pamiątkami, lokalnym rękodziełem i cudowne restauracje. Już mógłbym wrócić na wieczorny spacer tą schodową ulicą. Ale Torremolinos to nie tylko ta cudowna starówka, to piękne plaże i szeroka promenada ciągnąca się wzdłuż plaży. Przy promenadzie, jak w każdym takim turystycznym kurorcie oczywiście znajdują się bary, restauracje i różnego rodzaju sklepy z pamiątkami. Torremolinos to idealna mieszanka luzu wakacyjnego oraz tego uroku miasteczek południowej Hiszpanii. Jest to również jedna z najczęściej wybieranych wakacyjnych destynacji dla osób spod znaku LGBTiQ. Tam każdy może się czuć swobodnie i nikt na nikogo dziwnie się nie patrzy i przecież o to chyba chodzi. Kiedyś mogłem spędzać cały dzień na plaży, leżąc w palącym słońcu przez kilka godzin, jednak z wiekiem zmieniają się przyzwyczajenia i teraz o wiele więcej frajdy na wakacjach sprawia mi zwiedzanie nowych nieznanych miejsc. Od początku wiedziałem, że nie spędzę całego wyjazdu tylko na plażach Torremolinos. Pierwszą destynacją wycieczkową była najbliżej położona Malaga. 

Na podbój Malagi wybrałem się pociągiem. Ponieważ w naszej grupie byli też rodzice z małymi dziećmi więc priorytety wypoczynkowe były różne. Do Malagi wybrałem się przed południem razem z Mamą, którą zabrałem też na wakacje. Muszę przyznać, że bardzo dobrze w wieku 80 lat zniosła ten niesamowicie męczący gorąc, któremu mimo braku deszczu towarzyszyła dość duża wilgotność. Dojazd pociągiem z Torremolinos do Malagi zajmuje około 25 minut, a koszt biletu to tylko 2,5 euro. Stacja kolejowa la Colina znajdowała się w miarę blisko naszego domu więc spacerem doszliśmy tam w 20 minut. Pociąg dojeżdża do stacji Malaga C.a, skąd do ścisłego, zabytkowego centrum dojdziemy w 20 minut. Uwielbiam włóczyć się po takich wąskich uliczkach, gdzie za każdym niemal zakrętem można odkryć jeszcze bardziej urokliwe miejsce. 

Pierwszym postojem w Maladze była hala targowa, czyli Mercado Central de Atarazanas. Bogactwo świeżych owoców i warzyw, których nie kupimy w Polsce zachwyca na każdym straganie. Wszelkiego rodzaju owoce morza, przyprawy, oliwki, to trzeba zobaczyć i poczuć wszystkimi zmysłami. Po zwiedzeniu hali targowej i krótkim postoju na kawę udaliśmy się w kierunku katedry. Po drodze mijaliśmy popularny deptak handlowy, czyli Calle Marqués de Larios. Podobnie, jak w Torremolinos nad całym deptakiem rozciągnięty był płócienny, przewiewny dach, chroniący przed słońcem. 

Ogromny, majestatyczny budynek wzbudza podziw i robi duże wrażenie, a otaczające katedrę ogrody jeszcze bardziej dodają jej uroku. Przed frontem katedry znajduje się urokliwa Plaza del Obispo z fontanną po środku i budynkiem Centrum Kultury o przyciągającej wzrok żółtej fasadzie. 

Idąc Calle Sta. Maria i dalej Calle Cister udaliśmy do kolejnego punktu na mojej mapie atrakcji, czyli ruin Teatro Romano de Malaga i położonego na wzgórzu pałacu Alcazaba. Wstęp do obu atrakcji jest płatny. Ruiny Teatro Romano można zobaczyć i sfotografować z dość bliska nie wykupując biletu, tak też i zrobiłem, ale do pałacu już zakupiliśmy bilety. Widok z pałacu położonego na wzgórzu na całe miasto i port robi niesamowite wrażenie. Sam pałac też jest wart zwiedzenia, a bilet jeśli dobrze pamiętam kosztował około 5 euro za osobę więc cena bardzo przyzwoita. Samo zwiedzanie pałacu zajęło około godziny. Na szczęście dzień był trochę pochmurny, więc spacer wzdłuż murów na wzgórzu nie był aż tak męczący. Z Alcazaby widać też charakterystyczną bryłę Plaza de Toros de la Malagueta, czyli areny walk z bykami. To część historii Hiszpanii, jednak to nie rozrywka dla mnie i nie popieram tego. 

Zmęczeni spacerem przez centrum Malagi i zwiedzaniem Alcazaby zrobiliśmy sobie krótki odpoczynek w Parque de Malaga. Można powiedzieć że park oddziela w jakimś sensie miasto od plaży. Spokój tego miejsca i różnorodna roślinność pozwalają naprawdę odpocząć w upalny dzień. Niestety mieliśmy tylko kilka godzin na poznanie głównych atrakcji Malagi więc po 20 minutowym odpoczynku w tej oazie zieleni udaliśmy w kierunku plaży Malagueta. 

Po drodze zrobiłem jeszcze zdjęcia charakterystycznej bryły Centrum Pompidou de Malaga, czyli jedynej poza Paryżem jednostki słynnego paryskiego Centrum Pompidou. Budynek trochę na pierwszy rzut oka przypomina szklaną kostkę Rubika. Od Centrum Pompidou de Malaga do latarni morskiej ciągnie się ekskluzywny pasaż z butikami i restauracjami. 

Moim celem był napis przy słynnej plaży Malagueta. Po zrobieniu zdjęć zrobiliśmy sobie odpoczynek przy promenadzie Maritimo Cdad. de Malilla. Do tego miejsca od stacji kolejowej zrobiliśmy przez cały dzień ponad 4 kilometry, co było dużym wyzwaniem przy temperaturze dochodzącej do 30C. Niestety czekał nas jeszcze powrót do centrum. Po południu dojechała reszta wycieczki i udaliśmy się na wspólny obiad do tapas baru, położonego w pobliżu katedry.  Było idealnie i przepysznie, ale o hiszpańskiej kuchni napiszę Wam w kolejnych wpisach. 

Powoli zapadał zmierzch, na ulicach włączyły się latarnie, a deptak, o którym pisałem wcześniej nabrał zupełnie innego wyrazu, sam nie wiem, w której wersji bardziej mi się podobał, za dnia, czy o zmroku. Po całym dniu pełnym wrażeń zdecydowaliśmy już na powrót Uberem do domu. Wycieczka powrotna pociągiem chyba byłaby już zbyt męcząca dla wszystkich. Cieszę się że udało mi się odwiedzić główne atrakcje Malagi, które można zobaczyć w jeden dzień i zrealizować cały plan, który opracowałem. Czytając ten wpis może ktoś skorzysta z moich pomysłów przy planowaniu własnych wakacji na Costa del Sol. Przede mną były kolejne wycieczki, nowe nieodkryte jeszcze miasta, ale o tym już wkrótce w następnych wpisach. 

Pain au chocolat, doskonała kawa i serowe fondue, czyli moje smaki z Paryża

Kuchnia francuska słynie ze swojej wykwintności więc postanowiłem kulinarnemu aspektowi naszej wycieczki do Paryża poświęcić odrębny wpis. Zacznijmy od śniadania. Śniadanie na francuskiej ziemi nie mogło się obyć bez świeżej bagietki, serów, kawy, no i oczywiście świeżego pain au chocolat. Ponieważ wynajmowaliśmy mieszkanie, sami musieliśmy zadbać o śniadanie więc codziennym, porannym rytuałem był spacer do pobliskiej piekarni po świeżą bagietkę i właśnie te przepyszne pain au chocolat. To byłby grzech kupować pieczywo dzień wcześniej, by z rana się nie zrywać do sklepu. Oczywiście Francja to croissanty, ja jednak wolę te bułeczki z ciasta francuskiego z czekoladą. Są po prostu idealne w smaku i doskonałe do porannej kawy. Piekarnię można spotkać prawie na każdej ulicy w Paryżu. Ja znalazłem dwie w pobliżu naszego mieszkania i Centrum Pompidou, piekarnio-cukiernię Aut Delices de Beaubourg, przy skrzyżowaniu Rue du Renard i Rue Pierre au Lard i drugą Artisan Boulanger przy Rue Rambuteau. Jeśli spędzacie niedzielę w Paryżu, to miejcie na uwadze, że nie każda piekarnia jest w niedzielę otwarta. Po wejściu do takiej piekarni raczej trudno wyjść z pustymi rękoma, tak te wszystkie słodkości kuszą klientów.

Kolejnym punktem dnia były postoje na kawę podczas zwiedzania Paryża. Prawdę mówiąc jaką kawiarnię nie wybierzecie, będzie miło i klimatycznie. Nie powinniście też trafić na niedobrą kawę. To chyba jest niemożliwe w Paryżu. Odwiedzając Montmartre polecam usiąść na kawę w restauracji Le Ronsard, znajdującej się na wlocie Rue de Steinkerque na plac, u podnóża Bazyliki Sacre-Coeur. Tak jak pisałem we wcześniejszych wpisach, przed restauracją znajdują się stoliki, a widok przy kawie na bazylikę jest jedyny w swoim rodzaju i niezapomniany. Innych kawiarni wam chyba nie będę polecać, ale w tej jednej musicie się zatrzymać zwiedzając Montmartre.

Ponieważ byliśmy trzy pełne dni w Paryżu, a nie gotowaliśmy w mieszkaniu więc przetestowaliśmy trzy miejsca, a raczej restauracje w ramach posiłków obiadowych. W każdej jedzenie było bardzo smaczne. W okolicy, w której mieszkaliśmy, przy Rue de Archives, na odcinku między Rue de la Verrerie, a Rue Sainte-Croix de la Bretonnerie znajduje się kilkanaście restauracji. My wybraliśmy Le Ju’ z charakterystycznymi tęczowymi parasolkami rozwieszonymi nad stolikami. Próbowaliśmy hamburgera, makaronu z borowikami, doskonałej zupy francuskiej i sałatki Cesar, która może nie była oryginalną sałatką Cesar, ale smakowała przepysznie. Wszystkie dania były bardzo smaczne i miejsce bez wątpienia warte jest polecenia, tym bardziej, że wszyscy klienci tam są równi i mile widziani.

Niedzielę spędzaliśmy na Montmartre więc tam postanowiliśmy zjeść obiad. Oczywiście wypiliśmy doskonałą kawę  w restauracji z widokiem na Bazylikę Sacre-Coeur. Z innych ciekawostek, jeśli w restauracji Au Clarion des Chasseurs, przy wlocie na Place du Tertre od strony Bazyliki Sacre-Coeur zamówicie duże piwo, nie zdziwcie się jak dostaniecie litrowy kufel, tak tak, my też byliśmy zdziwieni.

Na obiad zatrzymaliśmy się w restauracji Le Pain Quotidien Lepic, przy skrzyżowaniu ulic Rue Lepic i Rue des Abbesses. Ponieważ w menu było boeuf bourguignon, nie mogłem tego dania nie spróbować, będąc we Francji. Pozostałe towarzystwo próbowało jagnięciny, kurczaka i wołowiny. Jedzenie również i tym razem było bardzo smaczne.

Ostatni dzień był obiadowym ukoronowaniem pobytu w Paryżu. Jeśli ktoś szuka ciekawych smaków bez wątpienia powinien udać się w okolice Katedry Notre-Dame, po drugiej stronie Sekwany w kwartał między ulicami Bd Saint-Michel, Bd Saint-Germain, Rue Saint-Jacques i Quad Saint-Michel. To miejsce zaskakuje mnie za każdym razem ilością i różnorodnością znajdujących się tam restauracji. W planie mieliśmy spróbować fondue więc wybraliśmy typową francuską restaurację, La Luge przy Rue Saint-Severin. To był strzał w przysłowiową dziesiątkę. Zamówiliśmy dwa rodzaje fondue serowe i mięsne. Dostaliśmy dwa kociołki jeden z roztopionym serem i drugi z olejem. Kawałeczki świeżej bagietki zatopione w topiącym się serze smakowały wyśmienicie, a mięso wołowe, które każdy mógł sobie sam usmażyć było doskonałe. Dostaliśmy również małą zapiekankę ziemniaczaną, półmisek francuskich wędlin i młode, gotowane ziemniaki. Ilość na cztery osoby była ledwo do przejedzenia, wędliny poprosiliśmy zapakować na wynos, dzięki czemu mieliśmy na zakończenie kolację we francuskim stylu hahaha… Biorąc pod uwagę ilość jedzenia jaką dostaliśmy i wybraną miejscówkę, cena była naprawdę zadowalająca. Jeśli chcecie spróbować dobrego fondue wybierzcie to miejsce, a nie pożałujecie.

Kuchnia francuska jest bardzo dobra, może nie należy do moich ulubionych, ale to, czego spróbowaliśmy w Paryżu było przepyszne, a momentami doskonałe. Zresztą widzicie na załączonych zdjęciach, że wszystko wygląda smakowicie. Tak właśnie najlepiej poznaje się Paryż, nie tylko poprzez zabytki, ale obserwując ludzi na ulicach, degustując kawę w uroczej kawiarence, czy jedząc obiad w miłym towarzystwie, w jednej z setek restauracji znajdujących się  w tym cudownym mieście.

Paris mon amour, czyli Paryż na weekend cz. 3

Chyba nie da się nienawidzić Paryża, ale zdaję sobie sprawę, że można go nie lubić za tłumy turystów, które są tam o każdej chyba porze roku. Ja w tym mieście zakochałem się od pierwszego razu kiedy tam byłem, chyba ze 25 lat temu i nie przeszkadzają mi te tłumy ludzi. Bardzo dobrze czuję się w tym mieście i swobodnie potrafię poruszać się po centrum. Nikt tam na drugiego nie patrzy krzywym okiem, nie ocenia za wygląd, strój, czy orientację seksualną. Jak byś się dziwnie nie ubrał, w Paryżu będziesz stylowy i nikt się nie będzie z Ciebie śmiał. Nikogo też nie zdziwi dwóch mężczyzn spacerujących ze sobą, trzymając się za ręce. Magii Paryżowi dodają setki małych kawiarenek, gdzie można usiąść przy stolikach wystawionych na zewnątrz i oglądać tłumy ludzi przemieszczające się we wszystkich kierunkach.

Trzeci dzień pobytu w Paryżu poświeciliśmy właśnie na spokojne spacerowanie po centrum, bez pośpiechu i pogoni za kolejną atrakcją. Oczywiście w Paryżu, jako jednej ze światowych stolic mody, nie mogło się obyć bez wizyty w sklepach z odzieżą, ale większe zakupy już sobie podarowaliśmy. Dla tych z zasobnym portfelem, oczywistym wyborem są Pola Elizejskie z flagowymi sklepami światowych marek modowych, dla tych mniej zamożnych polecam przejść się Rue de Rivoli od Hotel de Ville w kierunku Muzeum Louvre. Znajduje się tam cała masa sklepów odzieżowych i obuwniczych. Nie doszliśmy aż do Louvre’u, tylko skręciliśmy w Rue des Dechargeurs i doszliśmy do wielkiego centrum handlowego Wesfield Forum des Halles. Wizytę w galerii handlowej odpuściliśmy sobie i udali w kierunku łuku tryumfalnego Porte Saint-Denis na skrzyżowaniu Rue St Denis i Boulevard St Denis. Praktycznie cały ten kwartał ulic, który przeszliśmy od Rue de Rivoli do Porte Saint-Denis pełen jest różnego rodzaju sklepów modowych. Oczywiście nie mogliśmy sobie odpuścić codziennego rytuału, czyli postoju na kawę w jednej z uroczych kawiarni, które mijaliśmy po drodze. Zatrzymaliśmy się w Cafe Etienne, przy skrzyżowaniu Rue Pierre Lescot i Rue Etienne Marcel. Uwierzcie mi siedząc tak przy kawie naprawdę można naoglądać się ciekawie wystylizowanych ludzi. Po krótkiej przerwie udaliśmy się Rue St Denis i wyszliśmy wprost na ten łuk tryumfalny, o którym wcześniej już wspomniałem. Rue St Denis to typowy deptak turystyczny, jednak nie wyłączony z ruchu samochodowego. Za łukiem tryumfalnym przechodzi on w Rue du Faubourg Saint-Denis. W tej części znajduje się masa restauracji z kuchniami z całego świata. Dla nas to nie była jeszcze pora na obiad więc kontynuowaliśmy nasz spacer. Niestety nadeszły ciemne deszczowe chmury i zmuszeni zostaliśmy do krótkiego przystanku przy piwie w restauracji Le Mondial. 

Ponieważ nigdzie nie spieszyliśmy się, nawet nie zauważyliśmy jak minęła 14.00. Deszcz ciągle kropił więc z pobliskiej stacji metra Chateau d’Eau dojechaliśmy do stacji Saint Michel Notre-Dame. Po drugiej stronie Sekwany, o dziwo, świeciło słońce i nie spadła ani kropla deszczu. W tej okolicy chcieliśmy zjeść pożegnalny obiad. O smakach Francji, a zwłaszcza Paryża napisze wam w kolejnym, ostatnim wpisie dotyczącym naszego pobytu w Paryżu. Przed obiadem odbyliśmy jeszcze krótki rajd po sklepach z pamiątkami. W tej okolicy tych sklepików jest najwięcej, polecam również spacer Rue d’Arcole, położonej na wyspie, ta ulica odchodzi od placu z Katedrą Notre-Dame, tam też jest cała masa tych sklepików z magnesami, koszulkami, plecakami i innego rodzaju souvenirami. Każdy zakupił jakieś pamiątki do domu. Ja tym razem dałem sobie spokój z magnesami, bo z Paryża już dwa wiszą na mojej lodówce, a naprawdę nie ma już na niej miejsca na kolejne. Zakończyło się na zakupie ciekawej koszulki z witrażem Katedry Notre-Dame. 

To jest właśnie cudowne w Paryżu, że jadąc tam nigdzie nie musisz się spieszyć. Cieszysz się kawą spokojnie wypitą w przytulnej kafejce, zachwycasz niesamowitymi kamienicami, oglądasz mijających cię ludzi. Są tacy, którzy muszą zobaczyć Mona Lisę w Muzeum Louvre. Ja będąc w Paryżu muszę zobaczyć migoczącą po zmroku Wieżę Eiffela, wypić kawę i chłonąć to miasto, spacerując po urokliwych uliczkach. Każdemu polecam taki sposób zwiedzania tego niesamowitego miasta, oczywiście czasem, trzeba zejść pod ziemię i pokonać dłuższy kawałek metrem, to idealny środek transportu, w połączeniu ze spacerem. Byłem bardzo zadowolony, że po kilku latach udało mi się ponownie odwiedzić to miasto. Tych którzy nie byli, a przeczytają te wspomnienia z Paryża, mam nadzieję, że zachęcę do odwiedzin.

Od świętości Bazyliki Sacre-Coeur po bezwstydność Placu Pigalle, czyli Paryż na weekend cz. 2

Sobota była naszym drugim, pełnym dniem pobytu w Paryżu. Po dość długim spacerze poprzedniego dnia od Katedry Notre-Dame, aż do Wieży Eiffela, drugi dzień był spokojniejszy. Przeznaczyliśmy go na zwiedzanie dzielnicy artystów, czyli Montmartre, niektórzy mówią, że to taki „francuski Kazimierz”. Montmartre jest częścią 18 Dzielnicy Paryża, położone jest na wzgórzu, więc z niektórych punktów rozciąga się widok na całą panoramę Paryża. 

Najlepszym miejscem na rozpoczęcie wędrówki po Montmartre jest stacja metra Anvers. Mieszkaliśmy w centrum więc dwiema liniami metra 11 i 2 z przesiadką na stacji Belleville, dojechaliśmy do stacji Anvers. Ze stacji metra kierujemy się na Rue de Steinkerque, w kierunku Bazyliki Sacre-Coeur. Nie sposób wybrać innej ulicy z tej stacji metra. Tutaj zawsze panuje tłok, przewijają się setki turystów w obie strony i znajduje się masa sklepików z różnego rodzaju pamiątkami. Uważajmy jednak, bo w tym tłumie szybko możemy zostać pozbawieni portfela więc trzeba dobrze się pilnować. Po 10 minutach powolnego spaceru w przelewającym się tłumie turystów naszym oczom ukazuje się plac i imponująca budowla Bazyliki Sacre-Coeur, znajdująca się na szczycie wzgórza Montmartre. Na Placu Saint-Pierre znajduje się karuzela, stoi tam od lat, jak byłem w Paryżu w 2005 r., ta karuzela też tam działała. Polecam usiąść na kawę w restauracji Le Ronsard, znajdującej się na wlocie Rue de Steinkerque na plac. Przed restauracją znajdują się stoliki, a widok przy kawie na Bazylikę Sacre-Coeur jest jedyny w swoim rodzaju i niezapomniany. Uwielbiam takie magiczne chwile, kiedy można po prostu usiąść, oglądać widoki wkoło i nigdzie się nie spieszyć, tylko cieszyć tym jedynym w swoim rodzaju momentem. Usiądźcie tam i cieszcie się chwilą przez te kilkanaście minut, a dodam, że kawa tam jest doskonała.

Po pysznej kawie czekała nas wędrówka na sam szczyt, aż pod bazylikę. Niestety pokonanie kilkudziesięciu schodów w palącym słońcu nie należy do przyjemności, ale cóż, dzielnica jest położona na wzgórzu więc eksplorując jej zakątki, nie raz będziecie się wspinać pod górę by następnie schodzić w dół za najbliższym zakrętem. Spod bazyliki rozciąga się spektakularny widok na prawie całą panoramę Paryża, niestety niektóre miejsca, w tym Wieżę Eiffela, przysłaniają drzewa. Na schodach bazyliki zawsze siedzą tłumy turystów odpoczywających po wspinaczce na górę. Ponieważ wstęp do bazyliki był bezpłatny, postanowiliśmy zobaczyć wnętrza. Niestety musieliśmy odstać swoje w kilkudziesięciometrowej kolejce, ale w sumie kolejka szybko się przesuwa, a wnętrza na prawdę warte są zobaczenia.

Po wyjściu z bazyliki, naturalnym kierunkiem jest Place du Tertre. Jest to plac z kawiarniami, restauracjami, gdzie lokalni artyści sprzedają swoje obrazy. Jeśli mamy dłuższą chwilę czasu i chęć możemy sobie u nich zamówić portret, który namalują w przeciągu kilkunastu minut. Od bazyliki, do placu dojdziemy uliczkami Rue du Cardinal Guibert, Rue du Chevalier de La Barre i Rue du Mont-Cenis. Tam jest tak tłoczno i wszyscy turyści kierują się do tego placu więc napewno nie zabłądzicie. Obrazy i obrazki ręcznie malowane, która można kupić są cudowne, ale nie należą do najtańszych. Polecam też zatrzymać się w jednej z restauracji przy Placu du Terte i zamówić sobie lampkę wina nim ruszymy dalej. To jest właśnie urok Paryża, że siedząc bez pośpiechu w kawiarni lub restauracji i pijąc kawę lub sącząc wino, możemy obserwować to, co dzieje się wkoło. 

Ruszając w dalszą wędrówkę po Montmartre nie podam Wam konkretnego planu. Najlepiej samemu pobłądzić w tych uliczkach, gdzie za każdym rogiem można odkryć coś ciekawego, jakąś urokliwą kamienicę, miejsce gdzie pomieszkiwał jakiś słynny artysta, czy schodki, które prowadzą do kolejnej ulicy. Nie bójcie się, nie zagubicie się w tej okolicy, a może odkryjecie coś ciekawego i zaskakującego. Jedno Wam powiem, jak będziecie chcieli się stamtąd szybko wydostać to Rue Lepic dojdziecie do słynnego Moulin Rouge. My spacerując uliczkami Montmartre widzieliśmy charakterystyczny drewniany wiatrak, przy restauracji Le Moulin de La Galette, położonej na skrzyżowaniu Rue Lepic i Rue Girardon. Stojąc na wprost tej restauracji, jeśli skręcicie w prawo w Rue Girardon, dojdziecie do placu, gdzie znajduje się popiersie słynnej piosenkarki Dalidy, jest stamtąd niesamowity widok na kopuły Bazyliki Sacre-Coeur, górującej nad dachami kamienic, jeśli skręcicie w lewo to przy wąskiej Rue d’Orchampt zobaczycie dom, w którym mieszkała Dalida. Odwiedziliśmy również Cimetiere de Montmartre, gdzie znajduje się grób Dalidy, z imponującą rzeźbą niemal naturalnej wielkości. Montmartre kryje sobie wiele urokliwych zakątków więc warto tam spędzić ze 3 godziny na spokojny spacer tymi uliczkami, robiąc sobie co jakiś czas przerwę na lampkę wina w jednej z dziesiątek urokliwych restauracji znajdujących się w okolicy. 

Po dwóch lub trzech godzinach spacerowania oraz pysznym obiedzie w restauracji Le Pain Quotidien Lepic udaliśmy się w kierunku słynnego Moulin Rouge. Bez tego punktu, chyba nie możemy powiedzieć, że zwiedziliśmy Montmartre. Niestety słynnego wiatraka na dachu kabaretu nie było, bo został uszkodzony przez wiatr i jeszcze nie naprawiony. Brak wiatraka nie zniechęca turystów, których dziesiątki kłębią się na środku skrzyżowania robiąc pamiątkowe zdjęcia. Jedynym w swoim rodzaju doświadczeniem jest też stanąć sobie na kracie wielkiego wylotu wentylacyjnego metra, gdzie siła powiewu powietrza podnosi do góry niejedną sukienkę….

Punktem finalnym spaceru był słynny Plac Pigalle. Idąc zieloną promenadą wzdłuż Boulevard de Clichy dojdziemy do Placu Pigalle. Okolica pełna jest kabaretów, sex shopów i innych miejsc oferujących różnego typu erotyczne atrakcje. Sam plac nie ma w sobie jakiegoś uroku, turystów przyciąga raczej jego sława, jako miejsca uciech erotycznych. Z Placu Pigalle metrem wróciliśmy do centrum, do naszego mieszkania, na krótki odpoczynek. 

Wieczorem czekała nas kolejna atrakcja, a mianowicie rejs wycieczkowym statkiem po Sekwanie z muzyką francuską w tle i lampką wina. Bilety na rejs zarezerwowaliśmy jeszcze w Polsce by na miejscu nie stać w kolejkach. O tej porze roku jest bardzo długo jasno, niemal do 22.00. więc wybraliśmy rejs, który zaczynał się o 21.00, by zobaczyć podświetloną wieżę Eiffela i inne ciekawe budynki znajdujące się wzdłuż Sekwany już po zachodzie słońca. Cały urok takiego rejsu jest właśnie o tej porze dnia gdy już zaczyna zapadać zmrok. Nasz statek wypływał z nabrzeża Sekwany w okolicy Wieży Eiffela po stronie wieży, na lewo od mostu, jeśli staniemy plecami do wieży. Polecam być minimum pół godziny wcześniej, jeśli chcemy mieć dobre miejsca widokowe na pokładzie statku. Tuż przed wypłynięciem na niebie pojawiły się szaro-granatowe złowieszcze chmury, ale na szczęście ani kropla deszczu nie spadła. Wieczorny rejs po Sekwanie to, w mojej ocenie, jedna z obowiązkowych atrakcji podczas pobytu w Paryżu, a koszt nie taki duży, 106 zł od osoby w naszym przypadku. Nasz statek płynął spod Wieży Eiffela w kierunku Katedry Notre-Dame i zawracał przed Pont de Bercy. Cała podróż trwała około półtorej godziny. Podpływając z powrotem w okolice portu, gdzie zaczynaliśmy rejs, zapadał już zmrok, a ponieważ wybiła 22.00 cała Wieża Eiffela rozbłysła tysiącami migoczących światełek przez 5 minut. Taki spektakl powtarza się wieczorami o pełnych godzinach i bez wątpienia wart jest zobaczenia, u mnie za każdym razem wywołuje gęsią skórkę.  Oczywiście wieża posiada również stałą iluminację, która się świeci cały czas po zmroku. 

W taki sposób zakończyliśmy nasz drugi dzień pobytu w Paryżu. Zaprezentowałem Wam jednocześnie dwie ważne atrakcje Paryża jakimi są bez wątpienia dzielnica Montmartre i nocny rejs po Sekwanie. Udając się z przystani do mieszkania wracaliśmy metrem ze stacji Trocadero. To było niesamowite, zbliżała się 23.00, a Plac Trocadero niemal po brzegi wypełniony był tłumem turystów, którzy podziwiali rozświetloną wieżę i robili setki zdjęć z tą majestatyczną damą w tle. Plan dnia został zrealizowany. Kolejnego dnia mieliśmy już zaplanowany spokojny spacer po samym centrum i zakup pamiątek, ale o tym będzie w kolejnym wpisie.