Andaluzja, cudowna kraina na południu Hiszpanii

Od zawsze miałem sentyment do Hiszpanii, zawsze chciałem nauczyć się języka hiszpańskiego i lepiej poznać ten kraj. W Hiszpanii dotychczas udało mi się być jednak dopiero raz, spędzałem tam Sylwestra kilka lat temu w cudownej i urokliwej Walencji. Teraz podczas urlopu udało mi się ponownie tam zawitać. Wspólnie z rodziną i przyjaciółmi spędzałem urlop właśnie w Andaluzji. Tradycyjnie sami zadbaliśmy o przelot i nocleg, a nie rezerwowaliśmy wycieczki w biurze podróży. Tak jest ciekawiej, człowiek nie jest ograniczony do hotelu narzuconego przez biuro podróży. Na bookingu, jak się poszuka, można znaleźć ciekawe miejsce na nocleg w dobrej cenie. Przy tej ilości osób dom był idealnym rozwiązaniem. Naszą miejscówką było Torremolinos, położone kilkanaście kilometrów od Malagi. W Maladze znajduje się dość duże lotnisko więc, przylot z Polski nie jest większym problemem i można wybrać dogodny lot. Nieco ponad 3 godziny lotu i wylatując z Krakowa lądowaliśmy na hiszpańskiej ziemi. Druga połowa sierpnia, a nawet już prawie końcówka była bardzo gorąca w Hiszpanii. Wysiadając z samolotu od razu uderzył nas powiew gorącego powietrza. Już wiedzieliśmy, że znaleźliśmy się na południu Europy. O tym jakie miasta zwiedziłem podczas wakacji w Torremolinos i co tam zobaczyłem, napiszę Wam w kolejnych wpisach, dzisiaj będzie o Torremolinos i najbliższej Maladze. 

Do Torremolinos z lotniska w Maladze można dojechać pociągiem, jednak z bagażami zdecydowanie wygodniejszym środkiem transportu był popularny Uber. Torremolinos to taki typowy turystyczny kurort, jednak noclegi tam już są nieco tańsze niż w Maladze więc jest to naprawdę dobra miejscówka wypadowa zarówno do Malagi, jak i innych urokliwych miast i miasteczek Andaluzji. Szerokie, piaszczyste plaże Torremolinos pozwalają również w pełni poczuć wakacyjny klimat, gdy zdecydujemy się na wypoczynek na plaży, a nie tylko zwiedzanie okolicznych miast. Jeśli zaczniemy zwiedzanie Torremolinos od Plaza Pdte. Adolfo Suarez, możemy się lekko rozczarować. To taka typowo miejska architektura, bloki w stylu lat 80-tych, nic szczególnie specjalnego. Z uwagi iż mieszkaliśmy poza centrum, przy Calle Liszt, od tej strony szliśmy do śródmieścia i starej części Torremolinos. Prawdę mówiąc zdziwiłem się trochę bo myślałem, że centrum będzie znacznie bardziej klimatyczne. 

Wszystko się jednak zmieniło gdy weszliśmy na Plaza Costa del Sol i Calle San Miguel. Od razu dało się poczuć wakacyjny klimat południa Hiszpanii. Niskie hiszpańskie kamienice z restauracjami, barami i dziesiątkami sklepików z pamiątkami.  Calle San Miguel to typowy deptak turystyczny, każdy znajdzie tu coś interesującego. Co ciekawe, nad całym deptakiem rozciągnięty był lekki płócienny dach, chroniący przez palącym słońcem południa w ciągu dnia. Idąc deptakiem mijamy po drodze kolejny interesujący plac, tj. Plaza de la Nogalera. Najlepsze było jednak jeszcze przed nami. 

Calle San Miguel przechodzi dalej w Calle Santos Arcangeles, a następnie Calle Cta. del Tajo. Ta ostatnia to praktycznie kręte kamienne schody, które prowadzą nas do promenady ciągnącej się wzdłuż plaży. Centrum znajduje się na wzniesieniu więc do plaży musimy właśnie zejść po tych schodach, a raczej ulicy, którą tworzą szerokie schody, prowadzące niemal do samej promenady nadmorskiej. Calle Cta. del Tajo mnie zahipnotyzowała, zakochałem się w tym urokliwym zakątku Torremolinos. Wzdłuż ulicy rozlokowane są sklepiki z pamiątkami, lokalnym rękodziełem i cudowne restauracje. Już mógłbym wrócić na wieczorny spacer tą schodową ulicą. Ale Torremolinos to nie tylko ta cudowna starówka, to piękne plaże i szeroka promenada ciągnąca się wzdłuż plaży. Przy promenadzie, jak w każdym takim turystycznym kurorcie oczywiście znajdują się bary, restauracje i różnego rodzaju sklepy z pamiątkami. Torremolinos to idealna mieszanka luzu wakacyjnego oraz tego uroku miasteczek południowej Hiszpanii. Jest to również jedna z najczęściej wybieranych wakacyjnych destynacji dla osób spod znaku LGBTiQ. Tam każdy może się czuć swobodnie i nikt na nikogo dziwnie się nie patrzy i przecież o to chyba chodzi. Kiedyś mogłem spędzać cały dzień na plaży, leżąc w palącym słońcu przez kilka godzin, jednak z wiekiem zmieniają się przyzwyczajenia i teraz o wiele więcej frajdy na wakacjach sprawia mi zwiedzanie nowych nieznanych miejsc. Od początku wiedziałem, że nie spędzę całego wyjazdu tylko na plażach Torremolinos. Pierwszą destynacją wycieczkową była najbliżej położona Malaga. 

Na podbój Malagi wybrałem się pociągiem. Ponieważ w naszej grupie byli też rodzice z małymi dziećmi więc priorytety wypoczynkowe były różne. Do Malagi wybrałem się przed południem razem z Mamą, którą zabrałem też na wakacje. Muszę przyznać, że bardzo dobrze w wieku 80 lat zniosła ten niesamowicie męczący gorąc, któremu mimo braku deszczu towarzyszyła dość duża wilgotność. Dojazd pociągiem z Torremolinos do Malagi zajmuje około 25 minut, a koszt biletu to tylko 2,5 euro. Stacja kolejowa la Colina znajdowała się w miarę blisko naszego domu więc spacerem doszliśmy tam w 20 minut. Pociąg dojeżdża do stacji Malaga C.a, skąd do ścisłego, zabytkowego centrum dojdziemy w 20 minut. Uwielbiam włóczyć się po takich wąskich uliczkach, gdzie za każdym niemal zakrętem można odkryć jeszcze bardziej urokliwe miejsce. 

Pierwszym postojem w Maladze była hala targowa, czyli Mercado Central de Atarazanas. Bogactwo świeżych owoców i warzyw, których nie kupimy w Polsce zachwyca na każdym straganie. Wszelkiego rodzaju owoce morza, przyprawy, oliwki, to trzeba zobaczyć i poczuć wszystkimi zmysłami. Po zwiedzeniu hali targowej i krótkim postoju na kawę udaliśmy się w kierunku katedry. Po drodze mijaliśmy popularny deptak handlowy, czyli Calle Marqués de Larios. Podobnie, jak w Torremolinos nad całym deptakiem rozciągnięty był płócienny, przewiewny dach, chroniący przed słońcem. 

Ogromny, majestatyczny budynek wzbudza podziw i robi duże wrażenie, a otaczające katedrę ogrody jeszcze bardziej dodają jej uroku. Przed frontem katedry znajduje się urokliwa Plaza del Obispo z fontanną po środku i budynkiem Centrum Kultury o przyciągającej wzrok żółtej fasadzie. 

Idąc Calle Sta. Maria i dalej Calle Cister udaliśmy do kolejnego punktu na mojej mapie atrakcji, czyli ruin Teatro Romano de Malaga i położonego na wzgórzu pałacu Alcazaba. Wstęp do obu atrakcji jest płatny. Ruiny Teatro Romano można zobaczyć i sfotografować z dość bliska nie wykupując biletu, tak też i zrobiłem, ale do pałacu już zakupiliśmy bilety. Widok z pałacu położonego na wzgórzu na całe miasto i port robi niesamowite wrażenie. Sam pałac też jest wart zwiedzenia, a bilet jeśli dobrze pamiętam kosztował około 5 euro za osobę więc cena bardzo przyzwoita. Samo zwiedzanie pałacu zajęło około godziny. Na szczęście dzień był trochę pochmurny, więc spacer wzdłuż murów na wzgórzu nie był aż tak męczący. Z Alcazaby widać też charakterystyczną bryłę Plaza de Toros de la Malagueta, czyli areny walk z bykami. To część historii Hiszpanii, jednak to nie rozrywka dla mnie i nie popieram tego. 

Zmęczeni spacerem przez centrum Malagi i zwiedzaniem Alcazaby zrobiliśmy sobie krótki odpoczynek w Parque de Malaga. Można powiedzieć że park oddziela w jakimś sensie miasto od plaży. Spokój tego miejsca i różnorodna roślinność pozwalają naprawdę odpocząć w upalny dzień. Niestety mieliśmy tylko kilka godzin na poznanie głównych atrakcji Malagi więc po 20 minutowym odpoczynku w tej oazie zieleni udaliśmy w kierunku plaży Malagueta. 

Po drodze zrobiłem jeszcze zdjęcia charakterystycznej bryły Centrum Pompidou de Malaga, czyli jedynej poza Paryżem jednostki słynnego paryskiego Centrum Pompidou. Budynek trochę na pierwszy rzut oka przypomina szklaną kostkę Rubika. Od Centrum Pompidou de Malaga do latarni morskiej ciągnie się ekskluzywny pasaż z butikami i restauracjami. 

Moim celem był napis przy słynnej plaży Malagueta. Po zrobieniu zdjęć zrobiliśmy sobie odpoczynek przy promenadzie Maritimo Cdad. de Malilla. Do tego miejsca od stacji kolejowej zrobiliśmy przez cały dzień ponad 4 kilometry, co było dużym wyzwaniem przy temperaturze dochodzącej do 30C. Niestety czekał nas jeszcze powrót do centrum. Po południu dojechała reszta wycieczki i udaliśmy się na wspólny obiad do tapas baru, położonego w pobliżu katedry.  Było idealnie i przepysznie, ale o hiszpańskiej kuchni napiszę Wam w kolejnych wpisach. 

Powoli zapadał zmierzch, na ulicach włączyły się latarnie, a deptak, o którym pisałem wcześniej nabrał zupełnie innego wyrazu, sam nie wiem, w której wersji bardziej mi się podobał, za dnia, czy o zmroku. Po całym dniu pełnym wrażeń zdecydowaliśmy już na powrót Uberem do domu. Wycieczka powrotna pociągiem chyba byłaby już zbyt męcząca dla wszystkich. Cieszę się że udało mi się odwiedzić główne atrakcje Malagi, które można zobaczyć w jeden dzień i zrealizować cały plan, który opracowałem. Czytając ten wpis może ktoś skorzysta z moich pomysłów przy planowaniu własnych wakacji na Costa del Sol. Przede mną były kolejne wycieczki, nowe nieodkryte jeszcze miasta, ale o tym już wkrótce w następnych wpisach. 

Pain au chocolat, doskonała kawa i serowe fondue, czyli moje smaki z Paryża

Kuchnia francuska słynie ze swojej wykwintności więc postanowiłem kulinarnemu aspektowi naszej wycieczki do Paryża poświęcić odrębny wpis. Zacznijmy od śniadania. Śniadanie na francuskiej ziemi nie mogło się obyć bez świeżej bagietki, serów, kawy, no i oczywiście świeżego pain au chocolat. Ponieważ wynajmowaliśmy mieszkanie, sami musieliśmy zadbać o śniadanie więc codziennym, porannym rytuałem był spacer do pobliskiej piekarni po świeżą bagietkę i właśnie te przepyszne pain au chocolat. To byłby grzech kupować pieczywo dzień wcześniej, by z rana się nie zrywać do sklepu. Oczywiście Francja to croissanty, ja jednak wolę te bułeczki z ciasta francuskiego z czekoladą. Są po prostu idealne w smaku i doskonałe do porannej kawy. Piekarnię można spotkać prawie na każdej ulicy w Paryżu. Ja znalazłem dwie w pobliżu naszego mieszkania i Centrum Pompidou, piekarnio-cukiernię Aut Delices de Beaubourg, przy skrzyżowaniu Rue du Renard i Rue Pierre au Lard i drugą Artisan Boulanger przy Rue Rambuteau. Jeśli spędzacie niedzielę w Paryżu, to miejcie na uwadze, że nie każda piekarnia jest w niedzielę otwarta. Po wejściu do takiej piekarni raczej trudno wyjść z pustymi rękoma, tak te wszystkie słodkości kuszą klientów.

Kolejnym punktem dnia były postoje na kawę podczas zwiedzania Paryża. Prawdę mówiąc jaką kawiarnię nie wybierzecie, będzie miło i klimatycznie. Nie powinniście też trafić na niedobrą kawę. To chyba jest niemożliwe w Paryżu. Odwiedzając Montmartre polecam usiąść na kawę w restauracji Le Ronsard, znajdującej się na wlocie Rue de Steinkerque na plac, u podnóża Bazyliki Sacre-Coeur. Tak jak pisałem we wcześniejszych wpisach, przed restauracją znajdują się stoliki, a widok przy kawie na bazylikę jest jedyny w swoim rodzaju i niezapomniany. Innych kawiarni wam chyba nie będę polecać, ale w tej jednej musicie się zatrzymać zwiedzając Montmartre.

Ponieważ byliśmy trzy pełne dni w Paryżu, a nie gotowaliśmy w mieszkaniu więc przetestowaliśmy trzy miejsca, a raczej restauracje w ramach posiłków obiadowych. W każdej jedzenie było bardzo smaczne. W okolicy, w której mieszkaliśmy, przy Rue de Archives, na odcinku między Rue de la Verrerie, a Rue Sainte-Croix de la Bretonnerie znajduje się kilkanaście restauracji. My wybraliśmy Le Ju’ z charakterystycznymi tęczowymi parasolkami rozwieszonymi nad stolikami. Próbowaliśmy hamburgera, makaronu z borowikami, doskonałej zupy francuskiej i sałatki Cesar, która może nie była oryginalną sałatką Cesar, ale smakowała przepysznie. Wszystkie dania były bardzo smaczne i miejsce bez wątpienia warte jest polecenia, tym bardziej, że wszyscy klienci tam są równi i mile widziani.

Niedzielę spędzaliśmy na Montmartre więc tam postanowiliśmy zjeść obiad. Oczywiście wypiliśmy doskonałą kawę  w restauracji z widokiem na Bazylikę Sacre-Coeur. Z innych ciekawostek, jeśli w restauracji Au Clarion des Chasseurs, przy wlocie na Place du Tertre od strony Bazyliki Sacre-Coeur zamówicie duże piwo, nie zdziwcie się jak dostaniecie litrowy kufel, tak tak, my też byliśmy zdziwieni.

Na obiad zatrzymaliśmy się w restauracji Le Pain Quotidien Lepic, przy skrzyżowaniu ulic Rue Lepic i Rue des Abbesses. Ponieważ w menu było boeuf bourguignon, nie mogłem tego dania nie spróbować, będąc we Francji. Pozostałe towarzystwo próbowało jagnięciny, kurczaka i wołowiny. Jedzenie również i tym razem było bardzo smaczne.

Ostatni dzień był obiadowym ukoronowaniem pobytu w Paryżu. Jeśli ktoś szuka ciekawych smaków bez wątpienia powinien udać się w okolice Katedry Notre-Dame, po drugiej stronie Sekwany w kwartał między ulicami Bd Saint-Michel, Bd Saint-Germain, Rue Saint-Jacques i Quad Saint-Michel. To miejsce zaskakuje mnie za każdym razem ilością i różnorodnością znajdujących się tam restauracji. W planie mieliśmy spróbować fondue więc wybraliśmy typową francuską restaurację, La Luge przy Rue Saint-Severin. To był strzał w przysłowiową dziesiątkę. Zamówiliśmy dwa rodzaje fondue serowe i mięsne. Dostaliśmy dwa kociołki jeden z roztopionym serem i drugi z olejem. Kawałeczki świeżej bagietki zatopione w topiącym się serze smakowały wyśmienicie, a mięso wołowe, które każdy mógł sobie sam usmażyć było doskonałe. Dostaliśmy również małą zapiekankę ziemniaczaną, półmisek francuskich wędlin i młode, gotowane ziemniaki. Ilość na cztery osoby była ledwo do przejedzenia, wędliny poprosiliśmy zapakować na wynos, dzięki czemu mieliśmy na zakończenie kolację we francuskim stylu hahaha… Biorąc pod uwagę ilość jedzenia jaką dostaliśmy i wybraną miejscówkę, cena była naprawdę zadowalająca. Jeśli chcecie spróbować dobrego fondue wybierzcie to miejsce, a nie pożałujecie.

Kuchnia francuska jest bardzo dobra, może nie należy do moich ulubionych, ale to, czego spróbowaliśmy w Paryżu było przepyszne, a momentami doskonałe. Zresztą widzicie na załączonych zdjęciach, że wszystko wygląda smakowicie. Tak właśnie najlepiej poznaje się Paryż, nie tylko poprzez zabytki, ale obserwując ludzi na ulicach, degustując kawę w uroczej kawiarence, czy jedząc obiad w miłym towarzystwie, w jednej z setek restauracji znajdujących się  w tym cudownym mieście.

Paris mon amour, czyli Paryż na weekend cz. 3

Chyba nie da się nienawidzić Paryża, ale zdaję sobie sprawę, że można go nie lubić za tłumy turystów, które są tam o każdej chyba porze roku. Ja w tym mieście zakochałem się od pierwszego razu kiedy tam byłem, chyba ze 25 lat temu i nie przeszkadzają mi te tłumy ludzi. Bardzo dobrze czuję się w tym mieście i swobodnie potrafię poruszać się po centrum. Nikt tam na drugiego nie patrzy krzywym okiem, nie ocenia za wygląd, strój, czy orientację seksualną. Jak byś się dziwnie nie ubrał, w Paryżu będziesz stylowy i nikt się nie będzie z Ciebie śmiał. Nikogo też nie zdziwi dwóch mężczyzn spacerujących ze sobą, trzymając się za ręce. Magii Paryżowi dodają setki małych kawiarenek, gdzie można usiąść przy stolikach wystawionych na zewnątrz i oglądać tłumy ludzi przemieszczające się we wszystkich kierunkach.

Trzeci dzień pobytu w Paryżu poświeciliśmy właśnie na spokojne spacerowanie po centrum, bez pośpiechu i pogoni za kolejną atrakcją. Oczywiście w Paryżu, jako jednej ze światowych stolic mody, nie mogło się obyć bez wizyty w sklepach z odzieżą, ale większe zakupy już sobie podarowaliśmy. Dla tych z zasobnym portfelem, oczywistym wyborem są Pola Elizejskie z flagowymi sklepami światowych marek modowych, dla tych mniej zamożnych polecam przejść się Rue de Rivoli od Hotel de Ville w kierunku Muzeum Louvre. Znajduje się tam cała masa sklepów odzieżowych i obuwniczych. Nie doszliśmy aż do Louvre’u, tylko skręciliśmy w Rue des Dechargeurs i doszliśmy do wielkiego centrum handlowego Wesfield Forum des Halles. Wizytę w galerii handlowej odpuściliśmy sobie i udali w kierunku łuku tryumfalnego Porte Saint-Denis na skrzyżowaniu Rue St Denis i Boulevard St Denis. Praktycznie cały ten kwartał ulic, który przeszliśmy od Rue de Rivoli do Porte Saint-Denis pełen jest różnego rodzaju sklepów modowych. Oczywiście nie mogliśmy sobie odpuścić codziennego rytuału, czyli postoju na kawę w jednej z uroczych kawiarni, które mijaliśmy po drodze. Zatrzymaliśmy się w Cafe Etienne, przy skrzyżowaniu Rue Pierre Lescot i Rue Etienne Marcel. Uwierzcie mi siedząc tak przy kawie naprawdę można naoglądać się ciekawie wystylizowanych ludzi. Po krótkiej przerwie udaliśmy się Rue St Denis i wyszliśmy wprost na ten łuk tryumfalny, o którym wcześniej już wspomniałem. Rue St Denis to typowy deptak turystyczny, jednak nie wyłączony z ruchu samochodowego. Za łukiem tryumfalnym przechodzi on w Rue du Faubourg Saint-Denis. W tej części znajduje się masa restauracji z kuchniami z całego świata. Dla nas to nie była jeszcze pora na obiad więc kontynuowaliśmy nasz spacer. Niestety nadeszły ciemne deszczowe chmury i zmuszeni zostaliśmy do krótkiego przystanku przy piwie w restauracji Le Mondial. 

Ponieważ nigdzie nie spieszyliśmy się, nawet nie zauważyliśmy jak minęła 14.00. Deszcz ciągle kropił więc z pobliskiej stacji metra Chateau d’Eau dojechaliśmy do stacji Saint Michel Notre-Dame. Po drugiej stronie Sekwany, o dziwo, świeciło słońce i nie spadła ani kropla deszczu. W tej okolicy chcieliśmy zjeść pożegnalny obiad. O smakach Francji, a zwłaszcza Paryża napisze wam w kolejnym, ostatnim wpisie dotyczącym naszego pobytu w Paryżu. Przed obiadem odbyliśmy jeszcze krótki rajd po sklepach z pamiątkami. W tej okolicy tych sklepików jest najwięcej, polecam również spacer Rue d’Arcole, położonej na wyspie, ta ulica odchodzi od placu z Katedrą Notre-Dame, tam też jest cała masa tych sklepików z magnesami, koszulkami, plecakami i innego rodzaju souvenirami. Każdy zakupił jakieś pamiątki do domu. Ja tym razem dałem sobie spokój z magnesami, bo z Paryża już dwa wiszą na mojej lodówce, a naprawdę nie ma już na niej miejsca na kolejne. Zakończyło się na zakupie ciekawej koszulki z witrażem Katedry Notre-Dame. 

To jest właśnie cudowne w Paryżu, że jadąc tam nigdzie nie musisz się spieszyć. Cieszysz się kawą spokojnie wypitą w przytulnej kafejce, zachwycasz niesamowitymi kamienicami, oglądasz mijających cię ludzi. Są tacy, którzy muszą zobaczyć Mona Lisę w Muzeum Louvre. Ja będąc w Paryżu muszę zobaczyć migoczącą po zmroku Wieżę Eiffela, wypić kawę i chłonąć to miasto, spacerując po urokliwych uliczkach. Każdemu polecam taki sposób zwiedzania tego niesamowitego miasta, oczywiście czasem, trzeba zejść pod ziemię i pokonać dłuższy kawałek metrem, to idealny środek transportu, w połączeniu ze spacerem. Byłem bardzo zadowolony, że po kilku latach udało mi się ponownie odwiedzić to miasto. Tych którzy nie byli, a przeczytają te wspomnienia z Paryża, mam nadzieję, że zachęcę do odwiedzin.

Od świętości Bazyliki Sacre-Coeur po bezwstydność Placu Pigalle, czyli Paryż na weekend cz. 2

Sobota była naszym drugim, pełnym dniem pobytu w Paryżu. Po dość długim spacerze poprzedniego dnia od Katedry Notre-Dame, aż do Wieży Eiffela, drugi dzień był spokojniejszy. Przeznaczyliśmy go na zwiedzanie dzielnicy artystów, czyli Montmartre, niektórzy mówią, że to taki „francuski Kazimierz”. Montmartre jest częścią 18 Dzielnicy Paryża, położone jest na wzgórzu, więc z niektórych punktów rozciąga się widok na całą panoramę Paryża. 

Najlepszym miejscem na rozpoczęcie wędrówki po Montmartre jest stacja metra Anvers. Mieszkaliśmy w centrum więc dwiema liniami metra 11 i 2 z przesiadką na stacji Belleville, dojechaliśmy do stacji Anvers. Ze stacji metra kierujemy się na Rue de Steinkerque, w kierunku Bazyliki Sacre-Coeur. Nie sposób wybrać innej ulicy z tej stacji metra. Tutaj zawsze panuje tłok, przewijają się setki turystów w obie strony i znajduje się masa sklepików z różnego rodzaju pamiątkami. Uważajmy jednak, bo w tym tłumie szybko możemy zostać pozbawieni portfela więc trzeba dobrze się pilnować. Po 10 minutach powolnego spaceru w przelewającym się tłumie turystów naszym oczom ukazuje się plac i imponująca budowla Bazyliki Sacre-Coeur, znajdująca się na szczycie wzgórza Montmartre. Na Placu Saint-Pierre znajduje się karuzela, stoi tam od lat, jak byłem w Paryżu w 2005 r., ta karuzela też tam działała. Polecam usiąść na kawę w restauracji Le Ronsard, znajdującej się na wlocie Rue de Steinkerque na plac. Przed restauracją znajdują się stoliki, a widok przy kawie na Bazylikę Sacre-Coeur jest jedyny w swoim rodzaju i niezapomniany. Uwielbiam takie magiczne chwile, kiedy można po prostu usiąść, oglądać widoki wkoło i nigdzie się nie spieszyć, tylko cieszyć tym jedynym w swoim rodzaju momentem. Usiądźcie tam i cieszcie się chwilą przez te kilkanaście minut, a dodam, że kawa tam jest doskonała.

Po pysznej kawie czekała nas wędrówka na sam szczyt, aż pod bazylikę. Niestety pokonanie kilkudziesięciu schodów w palącym słońcu nie należy do przyjemności, ale cóż, dzielnica jest położona na wzgórzu więc eksplorując jej zakątki, nie raz będziecie się wspinać pod górę by następnie schodzić w dół za najbliższym zakrętem. Spod bazyliki rozciąga się spektakularny widok na prawie całą panoramę Paryża, niestety niektóre miejsca, w tym Wieżę Eiffela, przysłaniają drzewa. Na schodach bazyliki zawsze siedzą tłumy turystów odpoczywających po wspinaczce na górę. Ponieważ wstęp do bazyliki był bezpłatny, postanowiliśmy zobaczyć wnętrza. Niestety musieliśmy odstać swoje w kilkudziesięciometrowej kolejce, ale w sumie kolejka szybko się przesuwa, a wnętrza na prawdę warte są zobaczenia.

Po wyjściu z bazyliki, naturalnym kierunkiem jest Place du Tertre. Jest to plac z kawiarniami, restauracjami, gdzie lokalni artyści sprzedają swoje obrazy. Jeśli mamy dłuższą chwilę czasu i chęć możemy sobie u nich zamówić portret, który namalują w przeciągu kilkunastu minut. Od bazyliki, do placu dojdziemy uliczkami Rue du Cardinal Guibert, Rue du Chevalier de La Barre i Rue du Mont-Cenis. Tam jest tak tłoczno i wszyscy turyści kierują się do tego placu więc napewno nie zabłądzicie. Obrazy i obrazki ręcznie malowane, która można kupić są cudowne, ale nie należą do najtańszych. Polecam też zatrzymać się w jednej z restauracji przy Placu du Terte i zamówić sobie lampkę wina nim ruszymy dalej. To jest właśnie urok Paryża, że siedząc bez pośpiechu w kawiarni lub restauracji i pijąc kawę lub sącząc wino, możemy obserwować to, co dzieje się wkoło. 

Ruszając w dalszą wędrówkę po Montmartre nie podam Wam konkretnego planu. Najlepiej samemu pobłądzić w tych uliczkach, gdzie za każdym rogiem można odkryć coś ciekawego, jakąś urokliwą kamienicę, miejsce gdzie pomieszkiwał jakiś słynny artysta, czy schodki, które prowadzą do kolejnej ulicy. Nie bójcie się, nie zagubicie się w tej okolicy, a może odkryjecie coś ciekawego i zaskakującego. Jedno Wam powiem, jak będziecie chcieli się stamtąd szybko wydostać to Rue Lepic dojdziecie do słynnego Moulin Rouge. My spacerując uliczkami Montmartre widzieliśmy charakterystyczny drewniany wiatrak, przy restauracji Le Moulin de La Galette, położonej na skrzyżowaniu Rue Lepic i Rue Girardon. Stojąc na wprost tej restauracji, jeśli skręcicie w prawo w Rue Girardon, dojdziecie do placu, gdzie znajduje się popiersie słynnej piosenkarki Dalidy, jest stamtąd niesamowity widok na kopuły Bazyliki Sacre-Coeur, górującej nad dachami kamienic, jeśli skręcicie w lewo to przy wąskiej Rue d’Orchampt zobaczycie dom, w którym mieszkała Dalida. Odwiedziliśmy również Cimetiere de Montmartre, gdzie znajduje się grób Dalidy, z imponującą rzeźbą niemal naturalnej wielkości. Montmartre kryje sobie wiele urokliwych zakątków więc warto tam spędzić ze 3 godziny na spokojny spacer tymi uliczkami, robiąc sobie co jakiś czas przerwę na lampkę wina w jednej z dziesiątek urokliwych restauracji znajdujących się w okolicy. 

Po dwóch lub trzech godzinach spacerowania oraz pysznym obiedzie w restauracji Le Pain Quotidien Lepic udaliśmy się w kierunku słynnego Moulin Rouge. Bez tego punktu, chyba nie możemy powiedzieć, że zwiedziliśmy Montmartre. Niestety słynnego wiatraka na dachu kabaretu nie było, bo został uszkodzony przez wiatr i jeszcze nie naprawiony. Brak wiatraka nie zniechęca turystów, których dziesiątki kłębią się na środku skrzyżowania robiąc pamiątkowe zdjęcia. Jedynym w swoim rodzaju doświadczeniem jest też stanąć sobie na kracie wielkiego wylotu wentylacyjnego metra, gdzie siła powiewu powietrza podnosi do góry niejedną sukienkę….

Punktem finalnym spaceru był słynny Plac Pigalle. Idąc zieloną promenadą wzdłuż Boulevard de Clichy dojdziemy do Placu Pigalle. Okolica pełna jest kabaretów, sex shopów i innych miejsc oferujących różnego typu erotyczne atrakcje. Sam plac nie ma w sobie jakiegoś uroku, turystów przyciąga raczej jego sława, jako miejsca uciech erotycznych. Z Placu Pigalle metrem wróciliśmy do centrum, do naszego mieszkania, na krótki odpoczynek. 

Wieczorem czekała nas kolejna atrakcja, a mianowicie rejs wycieczkowym statkiem po Sekwanie z muzyką francuską w tle i lampką wina. Bilety na rejs zarezerwowaliśmy jeszcze w Polsce by na miejscu nie stać w kolejkach. O tej porze roku jest bardzo długo jasno, niemal do 22.00. więc wybraliśmy rejs, który zaczynał się o 21.00, by zobaczyć podświetloną wieżę Eiffela i inne ciekawe budynki znajdujące się wzdłuż Sekwany już po zachodzie słońca. Cały urok takiego rejsu jest właśnie o tej porze dnia gdy już zaczyna zapadać zmrok. Nasz statek wypływał z nabrzeża Sekwany w okolicy Wieży Eiffela po stronie wieży, na lewo od mostu, jeśli staniemy plecami do wieży. Polecam być minimum pół godziny wcześniej, jeśli chcemy mieć dobre miejsca widokowe na pokładzie statku. Tuż przed wypłynięciem na niebie pojawiły się szaro-granatowe złowieszcze chmury, ale na szczęście ani kropla deszczu nie spadła. Wieczorny rejs po Sekwanie to, w mojej ocenie, jedna z obowiązkowych atrakcji podczas pobytu w Paryżu, a koszt nie taki duży, 106 zł od osoby w naszym przypadku. Nasz statek płynął spod Wieży Eiffela w kierunku Katedry Notre-Dame i zawracał przed Pont de Bercy. Cała podróż trwała około półtorej godziny. Podpływając z powrotem w okolice portu, gdzie zaczynaliśmy rejs, zapadał już zmrok, a ponieważ wybiła 22.00 cała Wieża Eiffela rozbłysła tysiącami migoczących światełek przez 5 minut. Taki spektakl powtarza się wieczorami o pełnych godzinach i bez wątpienia wart jest zobaczenia, u mnie za każdym razem wywołuje gęsią skórkę.  Oczywiście wieża posiada również stałą iluminację, która się świeci cały czas po zmroku. 

W taki sposób zakończyliśmy nasz drugi dzień pobytu w Paryżu. Zaprezentowałem Wam jednocześnie dwie ważne atrakcje Paryża jakimi są bez wątpienia dzielnica Montmartre i nocny rejs po Sekwanie. Udając się z przystani do mieszkania wracaliśmy metrem ze stacji Trocadero. To było niesamowite, zbliżała się 23.00, a Plac Trocadero niemal po brzegi wypełniony był tłumem turystów, którzy podziwiali rozświetloną wieżę i robili setki zdjęć z tą majestatyczną damą w tle. Plan dnia został zrealizowany. Kolejnego dnia mieliśmy już zaplanowany spokojny spacer po samym centrum i zakup pamiątek, ale o tym będzie w kolejnym wpisie.

Od Katedry Notre-Dame po Arc de Triomphe, czyli Paryż na weekend cz.1.

Paryż, to jedno z najcześciej odwiedzanych miast przez turystów. Jest to też chyba jedno z najładniejszych miast, przynajmniej w mojej ocenie. Ja tam czuję się bardzo dobrze i po centrum potrafię się swobodnie poruszać. Już mógłbym tam wrócić. Mój obecny pobyt był czwartą wizytą w tym mieście. Moja Mama za miesiąc kończy 80 lat więc postanowiłem w ramach prezentu urodzinowego zorganizować Jej taką wycieczkę. Żeby spokojnie zrealizować cały plan, z Polski wylecieliśmy w czwartek po południu, a lot powrotny mieliśmy w poniedziałek z samego rana. Do dyspozycji mieliśmy więc trzy pełne dni na miejscu. By było wszędzie blisko zarezerwowałem apartament przy Rue de Temple, praktycznie w samym centrum Paryża, na wprost z okna apartamentu widać było Centrum Pompidou, a kątem wieże Katedry Notre-Dame, po prostu idealnie. Jedyny minus, to te kamienice nie mają niestety wind i wejście wąskimi, krętymi schodami jest za każdym razem wyzwaniem. 

Głównym punktem pierwszego dnia pobytu był wjazd na sam szczyt Wieży Eiffela, no trudno było odpuścić taką atrakcję będąc w Paryżu. To najbardziej znany symbol miasta. Ponieważ w Paryżu zabytki i urokliwe miejsca znajdują się za każdym rogiem, więc zasadniczo dużo spacerowaliśmy, a tylko dłuższe odcinki pokonywali metrem.  Z naszego mieszkania przy Rue de Temple udaliśmy się po godzinie 10.00 spacerem w kierunku Katedry Notre-Dame. Na 14.00 mieliśmy zarezerwowane wejście na wieżę, by nie stać w kolejkach do kas więc było jeszcze kilka godzin, by coś ciekawego zobaczyć. Idąc w kierunku Sekwany przez Rue de Temple dotarliśmy do Hotel de Ville, czyli ratusza miejskiego. Jest to niesamowity budynek z urzekającą architekturą, położony nad brzegiem Sekwany. Stamtąd to już chwila moment do Notre-Dame, która znajduje się na wysepce. No niestety po ostatnim pożarze katedra jest nadal zamknięta, ale i tak na placu wokół gromadzą się setki turystów, Tam zawsze jest bardzo tłoczno. Zrobiliśmy kilka zdjęć, choć otoczenie katedry stanowi plac budowy i przeszliśmy zgodnie z planem na drugi brzeg Sekwany. W kwartale ulic Rue du Petit Pont, Boulevard Saint-Michel, Rue Saint-Severin i brzegiem Sekwany jest zagłębie restauracyjno kawiarniane. Każdy znajdzie tam coś dla siebie, to miejsce za każdym razem mnie urzeka. Jest tam również mnóstwo sklepów z pamiątkami. W kawiarni Le Lutece, przy Boulevard Saint-Michel wypiliśmy kawę i ruszyliśmy dalej. Postój na kawę był obowiązkowym punktem spaceru każdego dnia. Kolejnym celem w drodze do Wieży Eiffela był Hotel des Invalides.

Ze stacji metra Odeon podjechaliśmy do Varene, które jest zaraz przy Hotel des Invalides. Budynek ma charakterystyczną złotą kopułę, nie wchodziliśmy do środka, obejrzeliśmy go tylko z zewnątrz i ruszyliśmy w kierunku Pól Marsowych i Wieży Eiffela. Dla zainteresowanych Hotel des Invalides to kompleks muzeów wojskowych, gdzie znajduje się m.in. mauzoleum Napoleona. 

Niestety prze zbliżającą się olimpiadę masa ulic w Paryżu jest już zablokowana, a w wielu popularnych miejsca budowane są tymczasowe mini stadiony. Taki też stadion był budowany na Polach Marsowych i połowa tego obszaru była zamknięta. Planowaliśmy sobie spokojnie posiedzieć na ławkach z widokiem na Wieżę Eiffela, ale niestety się nie dało.  Nadrabiając kilkaset metrów dotarliśmy na czas pod wieżę. Oczywiście tam zawsze jest tłok, cała masa turystów oraz sprzedawcy takich malutkich lub większych miniatur wieży. 

Żeby nie stać w kolejkach, bilety zakupiłem jeszcze w Polsce, była dostępna opcja z lampką szampana na szczycie wieży więc mieliśmy dodatkową atrakcję. Na sam szczyt wieży wjeżdża się dwoma windami. Oczywiście trzeba było postać kilkanaście minut w kolejce do wind, ale widok z góry robi niesamowite wrażenie i do tego lampka szampana na uczczenie urodzin Mamy. Można by tam stać przez kilka godzin i podziwiać panoramę miasta, ale niestety czas gonił do kolejnych atrakcji więc po zrobieniu zdjęć i spędzeniu z pół godziny na górze, ponownie staliśmy w kolejce do windy, ale tym razem już w dół. 

Naturalnym kierunkiem spaceru od Wieży Eiffela jest Trocadero, czyli plac z fontannami po drugiej stronie Sekwany. Niestety z uwagi na olimpiadę fontanny były wyłączone i również zabudowane trybunami i mini stadionem. Na szczęście sam plac nie był zamknięty i można było zrobić sobie zdjęcia z wieżą w tle, to też obowiązkowy punkt wycieczki po Paryżu. 

Z Trocadero metrem podjechaliśmy do Łuku Triumfalnego na Placu Charlesa de Gaulle. Dla zainteresowanych, informuję, że można wejść na szczyt łuku, jednak my już sobie odpuściliśmy, tym bardziej, że wejście jest po schodach. Zrobiliśmy tylko pamiątkowe zdjęcia od strony Pól Elizejskich i skierowaliśmy się ponownie do stacji metra, w kierunku centrum by trochę odpocząć po kilkugodzinnym spacerze. Wracając do mieszkania zjedliśmy jeszcze przepyszny obiad w jednej z restauracji przy Rue des Archives. Pogoda była w sam raz na wycieczkę po mieście, trochę słońca i trochę chmur, dość ciepło ale nie za gorąco więc idealnie. 

Wieczorem zrobiliśmy sobie jeszcze spacer w kierunku Muzeum Louvre. Nie jestem jakimś miłośnikiem sztuki i malarstwa więc wizytę w muzeum odpuściliśmy sobie, ale podeszliśmy do szklanej piramidy nad wejściem do muzeum, która jest chyba wszystkim znana. Na wizytę w muzeum trzeba by poświęcić cały dzień, a na to nie mieliśmy czasu. Sam spacer z Rue de Temple, gdzie mieszkaliśmy do Muzeum Louvre był bardzo przyjemny. Po drodze mijaliśmy kontrowersyjne w swej architekturze centrum Pompidou, wielkie centrum handlowe przy stacji metra Les Halles, no i oczywiście cudowne paryskie kamienice, które są bardzo urzekające. Do mieszkania wracaliśmy już nad brzegiem Sekwany. Powoli zapadał zmrok więc włączyło się oświetlenie uliczne i iluminacje niektórych budynków, co dodawało jeszcze większego uroku. Tak nam minął pierwszy dzień w Paryżu. Praktycznie wszystko zostało zrealizowane zgodnie z planem, choć nie odbyliśmy spaceru przynajmniej kawałkiem Pól Elizejskich, ale ze względu na zmęczenie odpuściliśmy sobie.

Trasa, którą Wam opisałem, to idealny plan wycieczki po centrum Paryża pozwalający zobaczyć wszystkie atrakcje zlokalizowane w tej okolicy w jeden dzień. Kolejnego dnia czekał na nas Montmartre, ale o tym już w kolejnym wpisie… Zapraszam wkrótce. 

Sernik baskijski

O serniku baskijskim czytałem już wielokrotnie, ale jakoś nigdy nie mogłem się zabrać za jego upieczenie. Jednak na ostatnie Boże Narodzenie wreszcie postanowiłem go zrobić. W perspektywie jest Wielkanoc więc będziecie mogli wykorzystać ten przepis już na najbliższe święta. Sernik ten jest bardzo kremowy w konsystencji. Nie wymyślę tu nowego przepisu, bo tez opierałem się na tych internetowych. Do przygotowania sernika potrzeba 6 opakowań serka Philadelphia o pojemności 125 g, 250 g serka mascarpone, szklankę cukru, jedno opakowanie cukru waniliowego, 6 jaj, 400 ml śmietanki 30% (można dać trochę mniej), sok z połowy cytryny. Na spód ciasta 200 g herbatników zbożowych i pół kostki masła.

Zaczynamy od przygotowania spodu. Herbatniki miksujemy w mikserze na drobny pył, taki jak mąka, masło rozpuszczamy w rondelku i łączymy z mąką herbatnikową. Tortownicę o średnicy 26 cm wykładamy papierem do pieczenia, tak by wystawał powyżej brzegów tortownicy. Sernik sporo wyrasta podczas pieczenie więc papier musi wystawać by masa się nie przelała na blahę. Na dno tortownicy wysypujemy masę heratnikowo-maślaną i ugniatamy na płasko. Spód sernika podpiekamy w temperaturze 180°C z włączonym termoobiegiem przez około 8 minut. 

Teraz przejdźmy do przygotowania masy serowej, serki Philadelphia miksujemy z serkiem mascarpone i cukrem na gładką masą, następnie stopniowo dodajemy po jednym jaju i nadal miksujemy, już na niższych obrotach. Na koniec dodajemy śmietankę i sok z cytryny i jeszcze chwilę mieszamy. Masa będzie dość rzadka. Przygotowaną masę serową wylewamy na przestudzony spód. Sernik pieczemy około 40 minut w temperaturze około 200°C z włączonym termoobiegiem. W większości przepisów podają by piec w funkcji dolna i górna blacha bez termoobiegu w temperaturze 220°C lub 240°C. Po tym czasie sernik będzie w części środkowej nadal miał płynną konsystencję, dopiero w lodówce stężeje. Nie zdziwcie się bo jego konsystencja po schłodzeniu prawie nadaje się do smarowania, to jest cecha tego sernika, jest mega kremowy, ale daje się spokojnie kroić na kawałki, przynajmniej mój się nadawał. Mój sernik wyszedł dość spieczony z góry, następnym razem będę go chyba musiał przykryć folią aluminiową by zbytnio się nie spiekł. No cóż to był mój pierwszy raz z sernikiem baskijskim więc pewnie jeszcze wiele prób przede mną. Próbujcie sami, jest zupełnie inny od standardowych serników jakie znamy, ale na pewno wart upieczenia i posmakowania. 

Sałatka z tofu i pieczarkami

To chyba jedna z najprostszych sałatek jakie ostatnio przygotowywałem, a chyba jedna i z najsmaczniejszych jakie jadłem. Zawsze robiłem taką sałatkę z kurczakiem, ale tym razem chciałem pójść w vege i postawiłem na pieczarki. Do tej sałatki potrzeba jednego opakowania mieszanki umytych sałat, małe opakowanie oliwek bez pestek, jedną paprykę czerwoną, jednego świeżego ogórka, pół cebuli czerwonej, tak z piętnaście pomidorków koktajlowych, około pół kilograma pieczarek, opakowanie wędzonego tofu, sos sojowy, sos ranch.

Zaczynamy od pieczarek i tofu. Pieczarki obieramy i kroimy w grubą kostkę, zarówno kapelusze, jak i ogony. Tofu kroimy w kostkę o boku jednego centymetra. Zarówno tofu, jak i pieczarki marynujemy około 2 godzin w sosie sojowym ciemnym.  Następnie pieczarki i tofu przesmażamy na patelni. Pieczarki przesmażamy szybko na dużym ogniu z odrobiną oliwy, tak by zbytnio nie wyschły i zachowały swoją soczystość, lekko mogą się pojedyncze kawałki zrumienić. Tofu podsmażamy powoli na małym ogniu obracając pojedyncze kostki z każdej strony by nabrały złotego koloru. Podczas smażenia pieczarek i tofu możemy zużyć sos sojowy, w którym się marynowały, nabiorą jeszcze głębszego smaku.  Pieczarki i tofu muszą przestygnąć przed połączeniem z resztą warzyw by te nie zwiędły od ciepła. Ogórka kroimy w grubą kostkę, paprykę podobnie, cebulę kroimy w pióra, pomidorki przekrawamy na połówki, oliwki możemy pozostawić w całości lub też poprzekrawać na połówki.

Najpierw mieszamy ogórki, paprykę, cebulę, oliwki, tofu i pieczarki, dodajemy trochę sosu ranch by wszystko się połączyło. Nie dawajmy za dużo sosu, bo całość nie może pływać w cieczy tylko się połączyć. Ja prawdę mówiąc użyłem takiego sosu ranch gotowego, który kupiłem podczas pobytu w USA. Do tak zmieszanych warzyw na końcu dodajemy sałatę i pokrojone pomidorki, jeszcze trochę sosu i ponownie wszystko delikatnie mieszamy. Sałatka jest po prostu pyszna, a smak tak wciągający, że można jeść niemal bez końca. Właśnie popatrzyłem w internecie, że można samemu przygotować taki sos rancherski z maślanki, majonezu i kwaśnej śmietany, które dajemy w równych proporcjach, z dodatkiem sproszkowanego czosnku, łyżki posiekanego świeżego szczypiorku, koperku i natki pietruszki oraz octu winnego. Oto cały sekret tej przepysznej sałatki. Widziałem w sklepach gotowy sos cesar, muszę z nim spróbować przygotować taką sałatkę następnym razem, czy efekt będzie taki sam lub samemu zrobić taki sos ranczerski. Spróbujcie, smak wciąga na maxa. Sałatkę podajemy z grzankami czosnkowymi, które możemy sami zrobić z bagietki pokrojonej na talarki, posmarowanej masłem czosnkowym i zrumienionej pod grillem w piekarniku.

Miami, miasto z marzeń, gdzie bogactwo idzie w parze z biedotą i nędzą

Kilkudniowy odpoczynek w Miami zakończył nasz pobyt w Stanach Zjednoczonych. Do Miami jechaliśmy z Nashville. Jest to na tyle duża odległość, że po drodze zarezerwowaliśmy sobie nocleg w miejscowości Adel. To był tylko pobyt na odpoczynek i sen więc nic ciekawego nie napiszę Wam o tym mieście. Mogę natomiast polecić całkiem miły i czyściutki motel sieci  Days Inn przy 1204 West Fourth Street. Duży, przyjemny pokój i bardzo miła obsługa. Do Miami udaliśmy się zaraz po śniadaniu by nie tracić dnia, a i tak dojazd zajął około 7 godzin. Do hotelu zawitaliśmy wczesnym popołudniem. Tu upał i wilgotność wróciły do normy, po lekkim, jeśli można tak to nazwać, ochłodzeniu w Memphis i Nashville.

Miami Beach jest miastem należącym do wielkiej aglomeracji Miami. Jest to typowy kurort wypoczynkowy, podobnie jak Panama City Beach czy Pensacola Beach. Miami Beach położone jest na wyspie, w przeciwieństwie do Miami, które leży na części lądowej Florydy.

Miasto tętni życiem przez cały dzień i do późnych godzin nocnych. Tutaj przyjeżdżają odpoczywać i bawić się zwykli turyści i multimilionerzy. Cała aura miejsca, letni klimat, który panuje tam przez cały rok, sprzyjają atmosferze zabawy i odpoczynku. My byliśmy tam w sezonie huraganów, więc deszcz był obowiązkowy każdego popołudnia. Wysokie temperatury sięgające powyżej 30°C oraz znaczna wilgotność o tej porze roku powodują szybkie przemęczenie organizmu, dlatego najlepiej czas spędzać nad oceanem.

Centrum Miami Beach stanowi dzielnica Art Deco, z pięknymi budynkami w tym stylu z lat 20-tych i 30-tych XX wieku. Najpopularniejszą ulicą jest Ocean Drive, gdzie te domy ciągną się na całej jej długości. Część Ocean Drive jest deptakiem zamkniętym dla ruchu kołowego. Tam zabawa trwa cały czas, ale chyba o to tutaj chodzi i wszyscy udają się tam w tym celu. Przy Ocean Drive znajduje się też willa słynnego projektanta mody Gianniego Versace, który został zamordowany przed wejściem do niej. Obecnie jest tam hotel z restauracją. Pomiędzy Ocean Drive, a plażą znajduje się piękny Lummus Park, który jest idealnym miejscem na wypoczynek, czy to od słońca, czy od imprez. Wzdłuż plaży ciągną się mniej lub bardziej luksusowe hotele i apartamentowce, z pięknym widokiem na ocean. My wybraliśmy hotel Axel Beach Miami, blisko zarówno Ocean Drive, jak i plaży, więc lokalizacja optymalna, choć nie przy samej plaży. Niestety w dystrykcie Art Deco jest problem z miejscami parkingowymi. Na szczęście znajduje się tam duży parking wielopiętrowy, przy 16th Street, w bardzo przyzwoitej cenie jak na tę lokalizację, sprawdzony, bezpieczny, polecam.

Miami Beach to nie tylko Ocean Drive, warto również pospacerować innymi ulicami, jak Washington Ave, Collins Ave, uroczą Espanola Way, czy Lincoln Road, takim deptakiem zakupowym, gdzie znajdują się sklepy wszystkich światowych marek modowych i nie tylko. Na ulicach tych niejednokrotnie możemy zobaczyć samochody o jakich większości z nas się nie śniło. Wzdłuż całego wybrzeża oceanu, ciągną się piękne szerokie plaże, gdzie można podziwiać piękne wschody słońca, niestety zachodu słońca tam nie zobaczymy.

Nasz kilkudniowy pobyt w Miami Beach po długich ponad dwóch tygodniach jazdy i prawie 5 tysiącach przejechanych kilometrów przeznaczyliśmy tylko na wypoczynek. Nie planowaliśmy już wycieczek, czy zwiedzania czegokolwiek, po prostu plaża, ocean, spacer i tyle. W tym mieście to wystarcza, bo ono jest stworzone do takiego braku większej aktywności.

Życie w Miami, czy Miami Beach nie jest tanie, musimy się z tym liczyć planując tam pobyt wakacyjny. Czasem jednak trzeba przygotować sobie wcześniej pewien budżet, by w miarę spokojnie później korzystać z tego co daje takie miasto. Niestety restauracje nie należą też do najtańszych, ale nam udało się znaleźć cudowne Taco Rico z przepyszną kuchnią meksykańską. Za 11 dolarów obiad na osobę to na prawdę tanio na Miami Beach, a było przepysznie i sycąco, talerz ryżu z pastą z fasoli czerwonej i do tego 3 mini taco z różnym nadzieniem. A na przystawkę ciepłe tacosy, ale to już te trójkątne chipsy, z kilkoma sosami warzywnymi do wyboru.

Miami Beach to destynacja marzeń na wakacyjny wypoczynek. Letni klimat, setki palm wkoło sprawiają, że ma się wrażenie, że wakacje trwają tam cały rok i każdy się tylko bawi lub wypoczywa. Niestety te obrazki radości, zabawy, wielkiego bogactwa skutecznie urealniają widoki nędzy i biedy, które szczególnie w takim miejscu uderzają w oczy. Na ulicach można spotkać dziesiątki bezdomnych, brudnych ludzi, nocujących przy murach kamienic, niekiedy pewnie będących pod wpływem narkotyków. Niestety taka jest Ameryka, piękna, ale niestety i bezwzględna dla niektórych, a po epoce covid tej biedy i pustych sklepów widać coraz więcej również i za oceanem, nie tylko u nas w Polsce. Kto planuje odwiedzić Miami na pewno się nie zawiedzie, choć w mojej ocenie jest wiele ciekawszych miast w Stanach Zjednoczonych, ale bez wątpienia warto również zobaczyć to wszystko o czym Wam pisałem na własne oczy. Takie wspomnienia pozostają na zawsze…

Nashville, miasto tętniące muzyką i życiem

Nashville było przedostatnim zaplanowanym punktem naszej podróży. Podobnie, jak w innych dużych miastach spędziliśmy tam dwa dni. Wybierając jeden nocleg trudniej byłoby cokolwiek zobaczyć. Nashville to stolica stanu Tennessee, położone jest nad rzeką Cumberland. Miasto to nazywane jest stolicą muzyki country. Do Nashville przyjechaliśmy z Memphis. Oba miasta to kolebki różnych stylów muzycznych, także mieliśmy bezpośrednie porównanie. Droga z Memphis do Nashville zajmuje około 4 godzin jazdy samochodem więc nie jest to aż tak daleko, jeśli zaplanujemy odwiedzić oba miasta.

Nashville jest miastem muzyki, co daje odczuć się na każdym kroku. Na przeciwko Walk of Fame Park, przy Demonbreun Street znajduje się imponujący gmach Country Music Hall of Fame and Museum, z fasadą wyglądającą jak gigantyczna klawiatura fortepianu. Zaraz obok znajduje się Music City Center. My postanowiliśmy tylko odwiedzić Country Music Hall of Fame and Museum. Nowoczesne, multimedialne muzeum robi ogromne wrażenie. W środku zgromadzono setki pamiątek po mniej i bardziej znanych gwiazdach muzyki country. Jest tam również słynny pozłacany cadillac Elvisa Presleya. Miłośnik muzyki country bez wątpienia spędzi w tym miejscu wiele godzin. Przy wyjściu wrażenie robi ogromna ściana z setkami złotych i platynowych płyt gwiazd tego gatunku muzyki. Jest też tam sala z Galerią Sław Muzyki Country. I ciekawostka w Country Music Hall of Fame and Museum znajduje się również centrum edukacyjne Taylor Swift.

Przecznicę dalej w stronę downtown ciągnie się słynna ulica Broadway, gdzie impreza trwa od rana do wieczora. Jest to niesamowite, kiedy idziesz w południe przez miasto, a wkoło dobiega tak głośna muzyka jakby był środek sobotniej nocy, a to kolejny dzień tygodnia tylko. Ulica Broadway pełna jest barów, gdzie grana jest muzyka na żywo, restauracji i sklepów z różnego rodzaju pamiątkami. Wyczytałem w internecie, że te bary nazywają się honky tonky. Tam na prawdę muzyka gra przez cały dzień na okrągło. Chyba na każdym zrobi to wrażenie, gdy w tle masz przeszklone wysokościowce downtown, a wokół niskie kamienice starej zabudowy, a w każdej z nich bar lub restauracja. O zmroku ulica rozbłyska setkami świateł neonów, będących reklamami tych wszystkich przybytków muzycznej rozrywki, a setki turystów i miłośników muzyki przepływają we wszystkich kierunkach. Ulica nie jest zamknięta dla ruchu kołowego, jak to było w przypadku Beale Street w Memphis. 

Warto jest też wybrać się na spacer mostem Johna Seigenthalera, z którego rozpościera się widok na całą panoramę Nashville. Szczególnie efektownie panorama miasta prezentuje się po zmroku, kiedy wszystkie budynki rozświetlone są tysiącami świateł, wygląda to bajecznie. Udało się nam odbyć spacer tym mostem po zmroku. Będąc w centrum nie mogłem tam nie dojść, wiedziałem, że zdjęcia będą niesamowite.

Drugiego dnia pobytu w Nashville odwiedziliśmy jeszcze replikę ateńskiego Partenonu, w rzeczywistym rozmiarze. Budynek Partenonu znajduje się w Parku Stulecia, położonym na południowy-zachód od centrum. Miejsce idealne dla tych, którzy chcą odpocząć od zgiełku Broadway Street. W środku znajduje się muzeum sztuki,  którego niestety nie odwiedziliśmy.

Uczciwie przyznam, że nie jestem miłośnikiem muzyki country, ale Nashville zrobiło na mnie niesamowite wrażenie. Jest to miasto pełne życia i radości, gdzie muzyka wyznacza rytm dnia. Wszędzie widać dziesiątki turystów, nie tylko na głównej ulicy, jak to było w przypadku Memphis. Jest to drugie miasto po Nowym Orleanie, które najbardziej zapamiętam z tego pobytu w Stanach Zjednoczonych. Niestety, motel jaki wybraliśmy na pobyt w Nashville był bardzo złej jakości i praktycznie nie powinien być oferowany jako miejsce noclegowe, ale o złych rzeczach nie chcę pisać. Dobrze sprawdzajcie opinie, choć nie zawsze mogą one oddać rzeczywistość, na jaką natraficie po otwarciu drzwi motelowego pokoju. W Nashville zakończyliśmy etap zwiedzania tej części Ameryki. Przed nami była jeszcze droga powrotna droga do Miami i kilkudniowy odpoczynek na plaży nad oceanem, przed powrotem do Polski. 

Od bluesa po rock and roll, moje wspomnienie z Memphis

Dallas było naszym najdalej wysuniętym na zachód punktem podróży po  południowo-wschodnich stanach USA. Stąd zaczęliśmy zataczać powrotną pętlę w kierunku Miami. Przed nami były muzyczne stolice świata, czyli Memphis i Nashville. Droga z Dallas do Memphis była najdłuższym etapem jednorazowej podróży samochodem, co było dość męczące. Przejazd między tymi miastami, z przerwami na tankowanie i jedzenie zajmuje około ośmiu godzin. Po drodze przejeżdżaliśmy przez kolejny amerykański stan, czyli Arkansas, jednak nie zaplanowaliśmy tam żadnego postoju na zwiedzanie czegokolwiek. 

Po ośmiu godzinach jazdy dotarliśmy szczęśliwie do Memphis. Ku naszemu zadowoleniu, nie było tam tak gorąco, jak w Houston i Dallas. Memphis położone jest nad rzeką Missisipi w stanie Tennessee. Jest to największy ośrodek populacji afroamerykańskiej w tym stanie. Memphis nazywane jest ojczyzną bluesa. Ci którzy lubią ten gatunek muzyki, poczują się tam jak u siebie. 

Najpopularniejszym turystycznie miejscem w Memphis jest ulica Beale. Najatrakcyjniejszą częścią Beale Street jest odcinek między South 4 Street, a S. Second Street, który wyznaczają charakterystyczne banery z nazwą Beale Street nad jezdnią, gdzie znajduje się masa knajp i barów z muzyką graną na żywo. Miłośnicy bluesa bez wątpienia spędzą tam wiele godzin, zmieniając co kilka drinków lokale, w których grany jest blues na żywo. Często można spotkać nawet osoby śpiewające na chodniku przed jakimś barem. Po zmroku ulica rozbłyska dziesiątkami kolorowych neonów reklamujących miejscowe bary i restauracje. Beale Street ciągnie się aż do rzeki Missisipi, a cała jej długość ma około 3 kilometry. Szczególnie warto zrobić sobie spacer do samej rzeki o zachodzie słońca i obserwować, jak zachodzące słońce zanurza się w nurcie rzeki Missisipi. Przy Beale Street, między S Second Street, a S Main Street, znajduje się jeden z wielu pomników Elvisa. Beale Street znajduje się praktycznie w downtown, lecz samo downtown mnie nie zauroczyło jakoś. W pobliskim hotelu Peabody odbywa się codziennie przemarsz kaczek po czerwonym dywanie, do fontanny znajdującej się w hotelowym lobby. My jednak nie zaliczyliśmy tej atrakcji turystycznej. Nie odwiedziliśmy również muzeów muzycznych znajdujących się w pobliżu Beale Street, te gatunki muzyki nie należą do moich ulubionych więc nie miałem specjalnej potrzeby zwiedzania tych muzeów.

Będąc w okolicach downtown i Beale Street warto wybrać się na półwysep pośrodku Missisipi, do którego możemy dostać się po kładce, pod którą kiedyś kursowała kolejka linowa. Na półwyspie tym znajduje się rzeźba rzeki Missisipi, przedstawiająca jej cały bieg od źródeł, aż do ujścia do Zatoki Meksykańskiej. 

Oczywiście Memphis to nie tylko ojczyzna bluesa, ale i miejsce pielgrzymek fanów Elvisa. Przy  Elvis Presley Boulevard znajduje się rezydencja króla rock and rolla, czyli Graceland, do którego zjeżdżają tysiące wielbicieli Elvisa. Obok rezydencji znajduje się wielkie muzeum, w którym eksponowane są pamiątki związane z Elvisem, czyli stroje koncertowe, gitary, złote płyty, nagrody muzyczne, samochody, których był właścicielem, a także dwa samoloty, również będące jego własnością. Biorąc pod uwagę, że szczyt popularności Elvisa przypadał na lata  50 i 60-te XX wieku, to majątek który zgromadził i przepych oraz fantazja, z jaką zostało urządzone Graceland, robią wrażenie nawet w dzisiejszych czasach. Co ciekawe, jego grób znajduje się na terenie posiadłości Graceland, w Ogrodzie Medytacji.

W Memphis dokonano również zamachu na  Martina Lutera Kinga, działacza na rzecz równouprawnienia Afroamerykanów i zniesienia dyskryminacji rasowej,  podczas jego pobytu w motelu Lorraine. Obecnie w motelu znajduje się Narodowe Muzeum Praw Obywatelskich. My tylko z zewnętrz zobaczyliśmy to miejsce. Na balkonie, na którym M.L.King został postrzelony wisi biały wieniec, przypominający o tym smutnym wydarzeniu.

Dla miłośników muzyki bluesowej i fanów Elvisa Memphis jest bez wątpienia obowiązkowym punktem podczas podróży przez stan Tennessee. Mnie trochę to miasto rozczarowało. Szczególnie pustki na ulicach były dość przygnębiające. Owszem, odległości w amerykańskich miastach powodują, że turyści, czy mieszkańcy poruszają się głównie samochodami poza ścisłym centrum,  ale w Memphis ja czułem jakąś totalną pustkę prawie wszędzie. Do miasta przyjechaliśmy w sobotę, ale praktycznie tylko na tym centralnym odcinku Beale Street było tłoczno. Idąc w stronę rzeki ulica, zaraz za charakterystycznym banerem, robiła się prawie pusta, nie wspominając o bocznych przecznicach. Wystarczyło kilkaset metrów i czułem się niemal jak w wyludnionym mieście. Okolica motelu, w którym mieszkaliśmy, położona ze 2 kilometry od Beale Street była niemal wymarła, przynajmniej takie sprawiała wrażenie. Moje wrażenia z pobytu w Memphis są więc mieszane. Co jeszcze ciekawe na koniec, z Memphis związani są m.in. Aretha Franklin, Justin Timberlake, tu zaczynali karierę B.B. King, czy Johny Cash.

Zupełnym przeciwieństwem Memphis było natomiast Nashville, ale o tym już w kolejnym wpisie, wkrótce…