Kruchy zawijaniec z orzechami

Uwielbiam to ciasto, a Wy? Jeśli jeszcze nigdy go nie próbowaliście, gorąco polecam jest przepyszne i jest to jedno z moich ulubionych ciast. Przygotowanie jest może i trochę czasochłonne, ale warte zachodu. Na ciasto potrzeba nam 250 g mąki, 125 g masła, 75 g cukru, 1 jajo, opakowanie cukru waniliowego, szczyptę soli. To jest proporcja składników na jedno ciasto. Jeśli chcecie zrobić dwa lub trzy zawijańce to po prostu musicie zagnieść (używając powyższych proporcji na jedną), 3 lub 4 kulki ciasta. Na masę potrzeba dużą miskę mielonych orzechów włoskich, tak wagowo to będzie z 1,5 kg na 3 lub 4 ciasta, 2/3 litra mleka, około 0,5 kg cukru pudru.

Zaczynamy od przygotowania tylu porcji ciasta, ile planujemy upiec zawijańców. Mąkę przesiewamy przez sito, dodajemy szczyptę soli, pokrojone w kostkę masło, cukier, a następnie siekamy nożem. Pamiętajcie masło powinno być zimne, nie prosto z lodówki, ale nie bardzo plastyczne, tak jak pozostanie w temperaturze pokojowej około 15 do 20 minut po wyjęciu z lodówki będzie dobrze. Do wstępnie połączonych składników dodajemy jedno całe jajo i szybko zagniatamy by uzyskać gładkie, nielepiące się ciasto. Zawsze możemy lekko podsypać mąką, jeśli w trakcie wyrabiania będzie się lepiło do stolnicy. Zagniecioną kulkę ciasta wkładamy zawiniętą szczelnie folią spożywczą do lodówki na około 4 godziny. Każdą kulkę ciasta zawijamy oddzielnie. Mając 4 godziny czasu możemy obrać orzechy, jeśli kupiliśmy w łupinach, a następnie zemleć. Jak mamy orzechy zmielone możemy się zabrać za inne ciekawe zajęcia w oczekiwaniu, aż ciasto dobrze się schłodzi. Orzechy łączymy z cukrem i mlekiem na sam koniec. Masa bardzo szybko wchłania mleko i robi się po prostu twarda i trudna w rozsmarowywaniu na cieście więc musimy dodawać więcej mleka.

Schłodzone ciasto wyjmujemy z lodówki na 10 do 15 minut przed rozwałkowywaniem, by lekko zmiękło. Przygotowujemy foremki „keksówki” standardowej długości 40 centymetrów, które wykładamy papierem do pieczenia. Teraz jest czas na dokończenie masy orzechowej, do orzechów najpierw przesiewamy cukier puder i mieszamy by orzechy połączyły się z cukrem, a następnie dodajemy mleko do uzyskania konsystencji łatwej w smarowaniu, ale nie za rzadkiej. Pamiętajcie najpierw mieszamy suche składniki, w przeciwnym razie cukier puder się nam zbryli i będzie ciężko zmieszać go z masą mokrą. Na rozwałkowany blat ciasta rozsmarowujemy masę orzechową pozostawiając wzdłuż brzegów po około centymetrze ciasta na sklejenie. Całość zawijamy jak roladę zawijając boki i końcowy brzeg. Ja lekko smaruję wodą brzegi by ciasto lepiej się skleiło. Tak uformowane ciasto najlepiej jest wturlać do foremki sklejeniem do dołu, gdyż jest dość ciężkie i przy przenoszeniu może pęknąć. Wierzch ciasta smarujemy wodą przed włożeniem do piekarnika. Ciasto pieczemy w temperaturze 170°C przez pół godziny z włączonym termoobiegiem i dolną blachą, a następnie kolejne pół godziny (może już nie całe, by nie spiec ciasta za mocno) w temperaturze 180°C już tylko z samym termoobiegiem. By ciasto było upieczone potrzeba tak 50 minut do godziny maksymalnie, w zależności od zdolności grzejnych piekarnika. Sam przepis jak widzicie jest prosty, choć czasochłonny z uwagi na chłodzenie ciasta. Warto jednak tyle czekać, gdyż ciasto smakuje obłędnie. Z wierzchu możemy je posypać cukrem pudrem. Próbujcie, smakujcie…

Babeczki ziemniaczano-cukiniowe

Podpatrzyłem ten przepis w telewizji i postanowiłem go sam przetestować, gdyż wydał mi się dość ciekawy i oryginalny. Do moich babeczek na standardową formę na 12 sztuk potrzeba 5 średniej wielkości ziemniaków, jedną małą cukinię, 2 jaja (jak duże to wystarczy jedno), łyżkę czubatą mąki, pół szklanki mleka, sól i pieprz do smaku, pół cebuli (jak mała to całą).

Ziemniaki i cukinię obieramy i ścieramy na tarce o grubych oczkach. Zalewamy wrzącym mlekiem i odstawiamy na 15 minut. To parzenie gorącym mlekiem właśnie wykorzystałem z tego programu telewizyjnego. Następnie cukinię i ziemniaki dobrze odcedzamy z nadmiaru płynów, dodajemy startą na grubych oczkach cebulę, łyżeczkę oregano, łyżkę mąki, dwa jaja oraz sól i pieprz do smaku. Cukinia sama w sobie jest dość neutralna w smaku więc nie musimy się obawiać użycia nadmiaru pieprzu, który nada nutę ostrości. Formę do mufinek smarujemy oliwą i wypełniamy masą ziemniaczaną. Babeczki pieczemy w temperaturze 185°C w piekarniku z włączonym termoobiegiem na złotobrązowy kolor. Mufinki ładnie wyrosły, co widać na załączonym zdjęciu i nabrały pięknego koloru.

Taki sposób podania ziemniaków jest doskonałą alternatywą dla tradycyjnego puree. Można je również zaserwować jako samodzielne danie, podane z sosem pieczarkowym, tego wariantu nie próbowałem, ale wydaje mi się, że powinno smakować doskonale.

Mykonos, grecka wyspa inna niż wszystkie…

Wycieczki na Mykonos nie planowaliśmy długo, praktycznie zdecydowaliśmy się na nią dwa dni przed powrotem do domu. Na Naxos niemal każde biuro podróży oferuje wycieczki na niedaleką wyspę Mykonos. Koszt wycieczki zależy od dnia, który wybierzemy. Z tego co pamiętam najtańsze rejsy były w poniedziałki i środy. Rejs na Mykonos trwa około 2 godzin. Po drodze były dwa przystanki na Paros i Delos. Niestety zdecydowaliśmy się na wycieczkę jednodniową więc nie udało się nam zwiedzić całej wyspy i plaż na południu, które słyną z imprezowego charakteru. Do powrotnego rejsu mieliśmy nieco ponad 4 godziny wiec zdecydowaliśmy się na spokojną wycieczkę po głównym mieście wyspy, czyli Mykonos. Sam rejs na wyspę był dość ciężki dla niektórych pasażerów. Duże fale bujały statkiem na wszystkie strony, co u niektórych powodowało problemy żołądkowe. Po dwóch godzinach silnego kołysania dotarliśmy do wyspy. Na szczęście statek zacumował w starym porcie więc do samego centrum mieliśmy kilka minut piechotą.

Niestety z nowego portu droga spacerem zajęłaby około 40 minut. Nie zdecydowaliśmy się na wypożyczenie skutera więc żwawym krokiem ruszyliśmy w kierunku centrum i tzw. Małej Wenecji. Idąc wzdłuż wybrzeża dotarliśmy do pierwszych kawiarni i restauracji. Jako, że wypływaliśmy dość wcześnie nie było dużo czasu na śniadanie i poranną kawę więc zatrzymaliśmy się w jednej z nadbrzeżnych kawiarni na cappuccino. Cudowne chwile spędzone na obserwowaniu morza, przypływających statków i przemieszczających się we wszystkie strony turystów. Po półgodzinnym odpoczynku ruszyliśmy dalej wzdłuż wybrzeża. Minęliśmy po drodze grecki kościół prawosławny, przy którym wszyscy zatrzymywali się by zrobić sobie zdjęcie. To prawda, ten kościół wyglądał oryginalnie i warto było się zatrzymać przy nim by zrobić kilka zdjęć.

Idąc dalej dotarliśmy do Małej Wenecji. Jest to uroczy zakątek wypełniony restauracjami, które znajdują się na samym brzegu morza. Przy większych falach, siedząc przy stoliku, mamy szansę zaliczyć niewielki prysznic, który tworzą fale rozbijające się o nadbrzeże. Tam zatrzymaliśmy się na piwo. Co prawda było dość drogie, 7 eur za 0,3 litra ale warte było widoku, który rozpościerał się przed nami. Na horyzoncie widniały, charakterystyczne dla Mykonos wiatraki, a raczej rząd sześciu wiatraków położonych w bliskiej odległości. To jeden z obowiązkowych punktów do odwiedzenia podczas pobytu na wyspie. O wschodzie lub o zachodzie słońca zdjęcia tych wiatraków muszą być niesamowite. My mogliśmy podziwiać te wiatraki jednak tylko w samo południe. Zauroczeni widokami, po kolejnej przerwie ruszyliśmy w kierunku owych wiatraków idąc dalej wzdłuż nabrzeża i unikając wodnego prysznica, który serwowało morze. Niestety zrobienie zdjęcia samym wiatrakom graniczyło z cudem więc korzystając z okazji pstrykałem fotki, wtedy gdy turystów było najmniej. Po obowiązkowej sesji fotograficznej udaliśmy się już na spacer wąskimi uliczkami. Miasto jest niezwykle urokliwe, a biel ścian i błękit okiennic oraz drzwi królują na każdym kroku. Na Mykonos zrobimy nawet zakupy w butiku znanej światowej marki LOUIS VUITTON. Spacerując przez miasto zatrzymaliśmy się na kolejne piwo i kolejny krótki odpoczynek. Musimy sobie zarezerwować przynajmniej ze dwie godziny by zwiedzić chociaż część miasta. Na obiad wybraliśmy tawernę Nico’s, spróbowałem tam makaronu z ośmiornicą, która była niesamowicie miękka  i delikatna, zbliżona w smaku do kurczaka, ale o niebo lepsza. Idealnie przygotowana, bez kszty gumowatości czy twardości. Wracając po obiedzie na statek zaopatrzyliśmy się jeszcze w obowiązkowe pamiątki w postaci magnesów i kubków.

Mykonos jest całkiem inna w porównaniu z pozostałymi wyspami greckimi. Ilości turystów nie da się porównać z Naxos, czy Paros. Innym rytmem też toczy się życie na Mykonos. Wyspa ta nazywana jest grecką Ibizą i znana jest ze swojego imprezowego charakteru. Niestety nie udało nam się zobaczyć tego oblicza wyspy, z uwagi na ograniczony czas pobytu. Nie udało się nam też spotkać żadnego celebryty, ani światowego formatu gwiazdy. Tak, tak wyspa jest również znana z tego, że jest celem wyjazdów wakacyjnych wielu znanych gwiazd świata rozrywki. Wybierając się na Mykonos warto też zaopatrzyć się w większy zapas gotówki, gdyż jedzenie jest tam droższe, a poza tym cała masa różnego asortymentu butików kusi na każdym kroku do zakupów.

Cieszę się, że odwiedziłem Mykonos nawet na te kilka godzin. Bez wątpienia jest to wyspa, której warto poświecić znacznie więcej czasu. Kto szuka spokoju i ciszy podczas wyjazdu wakacyjnego, to tego tam nie znajdzie. Ktoś zaś lubi gdy cały czas coś się wkoło dzieje będzie zadowolony spędzając urlop na Mykonos. Ja sam z chęcią wybrałbym się tam jeszcze raz, by oprócz ponownej wycieczki po mieście odwiedzić również plaże położone na południu wyspy.

Palcem po Naxos, czyli co warto zobaczyć na tej grackiej wyspie

Czas na kolejne wakacyjne wspomnienia z Naxos. Wyspa Naxos jest na tyle mała, że spędzając tam kilkanaście dni nie sposób jest siedzieć tylko w jednym miejscu, odwiedzając najbliższą plażę i nie wybrać się na wycieczkę autem, czy skuterem po wyspie. Jest kilka miejsc, które bez wątpienia warto odwiedzić. My zaplanowaliśmy dwie wycieczki. Jedna trasa obejmowała wyjazd do lasu cedrowego. Las ten znajduje się na południowo-zachodnim krańcu wyspy w Alyko. Jadąc wzdłuż zachodniego wybrzeża dojedziemy samochodem na sam koniec półwyspu. Mieszkaliśmy w Stelidzie więc była to jedyna właściwa droga na południe wyspy.  Nad samym morzem znajdują się ruiny, a raczej niedokończona budowa jakiegoś wielkiego ośrodka wypoczynkowego, tak mi się wydaje, ale nie jestem pewien po czym pozostały te ruiny. Trochę to przypomina też pozostałości po powojennych bunkrach. Atrakcją miejsca są oryginalne graffiti, które możemy podziwiać w środku ruin. Wzdłuż wybrzeży półwyspu Alyko ciągną się urokliwe zatoczki z lazurową wodą, w których można się schłodzić w trakcie wycieczki do lasu cedrowego.

Wracając z powrotem na północ wyspy warto zatrzymać się na jednej z kilku urokliwych plaż, które mijamy po drodze, takich jak Mikri Vigla, Plaka, Agia Anna, czy Agios Prokopios. Pisałem o nich w poprzednim wpisie. My na dłuższy wypoczynek, tym razem,  zatrzymaliśmy się na Mikri Vigla. Przy plaży znajduje się nieduża knajpka, w której serwują doskonałe frytki z lokalnych ziemniaków i wielkie porcje tzatziki. Naxos słynie z ziemniaków. Kierując się dalej na północ nie sposób nie zatrzymać się przy północnej części Mikri Vigla, usytuowanej za półwyspem, jadąc od południowej strony wyspy, gdzie znajduje się szkoła kite-surferów. Widoki są niesamowite, a my zatrzymaliśmy się tam dwukrotnie, jadąc na południe i wracając przed zachodem słońca. Tak jak pisałem w poprzednim wpisie, atmosfera do zdjęć jest o wiele lepsza w godzinach przedpołudniowych.

Kolejna wycieczka skierowała nas na północno-wschodni kraniec wyspy i do części centralnej, zataczając krąg by wrócić do domu w Stelidzie. Ta wycieczka była dość męcząca, niestety większość czasu spędza się w samochodzie, a droga nie jest łatwa, kręta, wąska i prowadzi przez góry. Za to widoki jakie możemy zobaczyć wynagradzają cały ten trud. Panoramy wyspy z zarysem morza na horyzoncie zapierają dech w piersiach i to nie jest przesada, czy jakieś koloryzowanie z mojej strony. Pierwszym celem tej wycieczki było Apollonas, gdzie znajdują się jedna z rzeźb olbrzymów, tzw. kouros. Samo Apollonas jest urokliwym miasteczkiem, gdzie w samym centrum, nad niewielką plażą ulokowanych jest kilkanaście knajpek i restauracji. Warto jest zatrzymać się tam na chwilę na kawę i poobserwować w spokoju morze. Stamtąd pojechaliśmy do samego środka wyspy, a kolejnym przystankiem było urokliwe Apiranthos. Jest to stare, historyczne miasteczko, gdzie niemal wszystko zbudowane jest z marmuru, domy, ulice i schody. Apiranthos jest wyjątkowe samo w sobie. Mimo iż żar lał się z nieba wybraliśmy się na spacer po starej części miasta. Nie jest to łatwa wycieczka, gdyż schody są wszędzie, prowadzą nas albo pod górę, albo w dół. Nie wyobrażam sobie by ktoś będąc w Apiranthos nie odbył takiej wycieczki przez miasto. Ten otaczający nas ze wszystkich stron marmur, działający oślepiająco w promieniach słonecznych robi duże wrażenie. Niedaleko Apiranthos, po drodze w kierunku Chora Naxos znajduje się magiczne, jedyne w swoim rodzaju miejsce. To restauracja Rotonda, położona nad przepaścią z niesamowitą panoramą na środkową część wyspy aż po morze. Tak, tak na horyzoncie widać zarys morza gdyż wyspa jest nieduża. Widoki z tarasu restauracji zapierają dech w piersiach. Posiłek w takim miejscu jest wydarzeniem samym w sobie. Amatorzy fotografii poczują się tam jak w raju. W pobliżu restauracji znajduje się stary młyn, warto podejść bliżej i zrobić kilka ciekawych zdjęć. Te młyny są charakterystyczne dla greckich wysp. Wracając jeszcze do restauracji, dania, których próbowaliśmy były przepyszne, doskonałe risotto z grzybami i truflami, talerz mięs dla dwojga, czy mięso a’la gulasz. Niestety odpuściliśmy sobie jaskinię Zeusa, ale po Rotondzie nie spodziewałem się już czegoś bardziej spektakularnego, a niestety czas nas gonił już do domu. Powrót do Stelidy był nadspodziewanie szybki, z tego co pamiętam w niecałą godzinę byliśmy już w Chora Naxos.

Ze zorganizowanych samodzielnie wypraw pozostała jeszcze wycieczka na Mykonos, ale o tym w kolejnym wpisie, soon…

 

 

 

Naxos, mała grecka wyspa, kierunek na letni wypoczynek

Dawno nie umieszczałem wspomnień z moich dalszych, czy bliższych podróży. Ostatnio jakoś koncentrowałem się na przepisach kulinarnych, a na szersze opowieści nawet nie było czasu. Jednak w końcu nadszedł i ten dzień. Tegoroczne wakacje spędziłem ze znajomymi na greckiej wyspie Naxos. Wyspa ma do zaoferowania głownie ciekawe, urokliwe i szerokie plaże oraz lazurowe morze. My spędzaliśmy urlop w części wyspy zwanej Stelida. Dom, który wynajmowaliśmy położony był w odległości 10 minut jazdy autobusem od centrum głównego miasta Naxos Chora. Niestety gorsza był droga do przystanku autobusowego, która zajmowała około 20 minut spacerem. Dom wynajmowaliśmy w ośrodku Country Villas. Sam domek czysty, w pełni wyposażona kuchnia, kilka sypialni w zależności od wariantu, dostęp do basenu znajdującego się na terenie ośrodka. Jedyny minus stanowiła odległość od plaży i przystanku autobusowego, a raczej nie odległość, a sama droga, którą trzeba było pokonać, a częściowo prowadziła ona po prostu przez łąki i nieużytki, których przejście po zmroku nie należało do najprzyjemniejszych. Jeśli ktoś wypożyczy sobie samochód to wybór tego ośrodka jest bardzo dobrym pomysłem. Ale wracając już do samej wyspy.

Najbliżej była położona plaża Agios Prokopios. Plaża idealna, szeroka, z drobnym piaskiem oraz w miarę płytkie morze, w którym mogą zażywać kąpieli nawet ci, którzy nie umieją pływać, strefa płytka jest wystarczająco szeroka. W pobliżu plaży znajduje się samo centrum Agios Prokopios, gdzie liczne restauracje oferują doskonałe dania kuchni greckiej i nie tylko. Bez wątpienia godne polecenia i sprawdzone są Tawerna Perama, gdzie spróbowałem doskonałego, faszerowanego warzywami i serkiem kalmara. Na uwagę zasługuje również restauracja Gianoulis, przed którą wieczorową porą zawsze ustawiały się kolejki, tam degustowałem, z tego co pamiętam, klopsiki w sosie. Odwiedziliśmy również włosko-grecką restaurację La Trattoria, dwa razy zamówiłem tam lasagne z warzywami, porcja była ogromna, ledwo do przejedzenia dla mnie, ale doskonała w smaku, pizza też była niemal jak z Włoch. Dla zwolenników kuchni wegetariańskiej polecam pomidory faszerowane ryżem z warzywami, lub faszerowaną cukinię, choć ta zawierała już dodatek mięsa, dania których próbowaliśmy w restauracji Anesis Spiros, położonej niemal przy samej plaży.

Ciekawe plaże ciągną się głównie wzdłuż zachodniego wybrzeża wyspy. Zaraz za Agios Prokopios jest Agia Anna i potem długa Plaka Beach i dalej na południe Mikri Vigla Beach. Wszędzie dostępne są leżaki z parasolami, lepszej lub gorszej jakości w cenie od 10 eur za zestaw. Na Plaka zarezerwowaliśmy sobie ogromny parasol na 4 osoby w cenie 18 eur, przy czym w tej cenie mogliśmy zamawiać napoje z przyległej knajpki, wtedy parasol wychodził za darmo. Wszystkie plaże doskonałe są na wypoczynek zarówno dla par, jak i rodzin z dziećmi. Ciekawostką jest fakt, że na Agios Prokopios jest kawałek plaży gdzie zwolennicy naturyzmu bez problemu mogą w poczuciu pełnej swobody mogą zażywać kąpieli słonecznych i wodnych. Z kolejnych ciekawostek, przy północnej części plaży Mikri Vigla znajduje się szkoła kite-surferów. Miejsce niesamowite, niemal bajkowe, kiedy oglądasz te dziesiątki spadochronów wirujących na tle błękitnego nieba. Mógłbym tam przesiedzieć cały dzień, gapiąc się na te olbrzymie hmm… kolorowe motyle, które sprawiają wrażenie, że czujesz się jak na Hawajach. Pierwszy raz w życiu widziałem takie coś i na pewno zapamiętam na zawsze. Będąc na Naxos musicie podjechać w to miejsce, w godzinach przedpołudniowych światło i efekt jest najlepszy, a można tam zrobić bajkowe zdjęcia.

Największym miastem wyspy jest Chora Naxos, odwiedziliśmy je trzykrotnie. Jest to jednocześnie główne miasto portowe, do którego dopływają promy z lądu i innych wysp. Największą atrakcją miasta jest Portara, czyli ruiny starożytnej greckiej świątyni, położone na cyplu przy samym porcie. Polecam odwiedzić to miejsce o zachodzie słońca, choć wtedy tłumy są niesamowite, każdy czeka na idealne zdjęcie w promieniach zachodzącego słońca. Niesamowita jest również starówka, polecam odwiedzić przynajmniej dwukrotnie, raz za dnia, a raz po zmroku, kiedy wszystko jest już pooświetlane. Wrażenia są niesamowite, do tego te malowane w sposób specyficzny dla Naxos chodniki. Kręte uliczki, tworzą labirynty w których naprawdę na dłuższą chwilę można się zagubić, ale spokojnie, zawsze w końcu znajdziemy właściwe dojście w okolice portu. Warto zwiedzić te tajemnicze zakamarki, odkrywające niesamowite urocze miejsca. Warto również usiąść w jednym z restauracyjnych ogródków umieszczonych przy promenadzie ciągnącej się wzdłuż portowego wybrzeża, wypić piwo, czy drinka i ze spokojem oglądać przemieszczające się tłumy turystów, czy przypływające i odpływające promy oraz statki.

Co do praktycznych rad przed wyjazdem w Agios Prokopios jest jeden duży sklep spożywczy. Duży supermarket Spar jest po drodze autobusem do Chora Naxos, tam kupicie wszystko. I jeszcze jedna sprawa, my z lądu płynęliśmy promem na Naxos. Droga zajmuje jednak ponad 5 godzin, mniej lub bardziej wygodnym promem w zależności od ceny. Jest to trochę uciążliwe i męczące, ale za to możemy po drodze podziwiać miasta portowe, w których promy się zatrzymują. Trafiliśmy jeszcze na strajk marynarzy w Grecji podczas naszego pobytu więc zaliczyliśmy dodatkowe atrakcje, związane ze zmianą rezerwacji rejsu powrotnego, ale na szczęście udało nam się wrócić na czas na samolot z Aten do Polski. Inną opcją jest przelot z Aten na Naxos. Tak, tak, na Naxos jest niewielkie lotnisko, jednak ta opcja, mimo iż krótsza czasowo, jest droższa niż przeprawa promowa. Tak wyglądał nasz pobyt na Naxos. Zaliczyliśmy jeszcze dwie wycieczki samochodowe po wyspie i rejs na Mykonos, ale o tym w kolejnym wpisie, już niedługo…

Cukiniowe spaghetti

Jakiś czas temu kupiłem sobie taki specjalny nożyk do obierania i krojenia z różnymi końcówkami, choć z wyglądu przypomina raczej obieraczkę do warzyw niż nóż. Po kilku miesiącach leżakowania w szufladzie, przyszła pora na pierwsze i zapewne nie ostatnie, z tego co widzę, użycie tego przyboru kuchennego.

Na obiad przygotowywałem pieczone mięso od szynki więc jakiś dodatek warzywny musiał być. Zasadniczo lubię cukinię no i postanowiłem pójść w tym kierunku. Pomyślałem o tym urządzeniu i wyczarowałem spaghetti cukiniowe. Praktycznie obieraczka ta kroi cukinię od razu w nitki więc jest wygodnie. Prawdę mówiąc nie wiem jakim innym narzędziem kuchennym dałoby się taki efekt uzyskać, ale pewnie jest sporo różnych szatkownic, które kroją warzywa w podobny sposób. Problem zaczyna się gdy dochodzimy do środka z nasionami. Robiąc grillowane plastry z cukinii wykorzystamy całość warzywa. W tym przypadku niestety środek z nasionami odpada, gdyż zwyczajnie nie da się nasion pokroić. Ale z pozostałej części miąższu wyszły mi dość udane jak na pierwszy raz nitki. Cukiniowy makaron usmażyłem, tuż przed podaniem, na oliwie, dosłownie przez 3 minuty by cukinia pozostała lekko chrupka, dodałem tylko sól, pieprz i oregano. Oregano zauważyłem doskonale komponuje się ze smakiem cukinii. Cukiniowe spaghetti idealnie sprawdziło się jako dodatek do pieczonego mięsa oraz klasycznego kaszotto. Warto próbować, widząc jak prosto da się wyczarować kulinarne niespodzianki. Teraz wiem, że makaron z cukinii nie raz jeszcze zagości w podawanych przeze mnie daniach.

Tarta porowa

Tyle ile jest pomysłów na nadzienie, tyle jest rodzajów tarty. Dzisiaj przepis na tartę wytrawną, czyli z porami. Na ciasto do tarty potrzeba 250 g mąki, 140 g masła, pół szklanki wody, łyżeczkę soli. Na farsz, jednego pora (biała część) w miarę długiego, duży kubek śmietany 18%, dwie łyżki startego sera mozarella, dwa jaja, sól, pieprz i cukier.

Zaczynamy od ciasta. Mąkę przesiewamy przez sito, dodajemy łyżeczkę soli i siekamy ze schłodzonym, pokrojonym w kostkę masłem. Następnie szybko zagniatamy ciasto z dodatkiem około pół szklanki wody. Ciasto zawijamy w folię spożywczą i odstawiamy do lodówki na minimum 4 godziny. Pora myjemy, przekrawamy wzdłuż na pół i kroimy w pół-talarki. Pora dusimy na maśle z dodatkiem czubatej łyżeczki cukru. Następnie dodajemy sól i pieprz do smaku. Pora dusimy do miękkości, ale uważajmy by nam się nie przypalił, jakby co możemy dodać łyżkę lub dwie wody. Jaja mieszamy ze śmietaną z dodatkiem soli i pieprzu.

Nim zaczniemy przygotowywać farsz, proponuję podpiec wstępnie ciasto. Schłodzone ciasto wyjmujemy z lodówki tak 15 minut przed rozwałkowywaniem, żeby lekko zmiękło.  Formę do tarty smarujemy miękkim masłem i wykładamy ciastem, dokładnie dociskając je do dna i boków. Brzeg wyrównujemy przejeżdżając wałkiem po górnej krawędzi formy, z resztek ciasta możemy później zrobić kratownicę na wierzchu. Ciasto nakłuwamy widelcem, na wierzchu wykładamy papierem do pieczenia i wysypujemy dla obciążenia nasiona fasoli. W ten sposób podpieczemy ciasto, a nie pofałduje się nam. Ciasto podpiekamy w temperaturze 200°C z włączonym termo obiegiem przez 10 minut. Następnie zdejmujemy papier i wykładamy na wierzch masę porową, którą zalewamy śmietaną rozmąconą z jajami i posypujemy startą mozarellą. Na wierzchu zrobiłem ozdobną kratownicę z resztek ciasta, można też pomyśleć o innym wzorku. Tartę pieczemy 20 do 25 minut w temperaturze 175°C z włączoną tylko dolną blachą, na ostatnie 8 minut możemy włączyć dodatkowo termoobieg, by tarta z wierzchu sie zarumieniła.

Pierwszy raz robiłem tartę z porami i wyszła smaczna. Ale wiem, że kolejnym razem dokonam lekkiej modyfikacji. Nie zalewałbym porów masą śmietanowo-jajeczną, tylko najpierw pory zmieszał ze śmietaną rozmąconą z jajami i dopiero całość wylał na ciasto. W tej wersji otrzymałem warstwę porów i warstwę serowo-śmietanową, a wydaje mi się, że lepszy byłby efekt jakby te składniki były przemieszane.

Próbujcie, testujcie, modyfikujcie, korzystając z własnych pomysłów i inwencji.

 

 

Ciasto jogurtowe ze śliwkami

Sezon na śliwki trwa w najlepsze więc postanowiłem przygotować ciasto jogurtowe z tymi owocami. Jogurtowe ciasto kubeczkowe to jedno z najprostszych ciast, z którym każdy nawet niedoświadczony kucharz może się zmierzyć. Tym razem zmieniłem odrobinę proporcje, co wyszło na dobre. Do tej wersji potrzeba 1 kubek jogurtu naturalnego (ja użyłem marki Zott 370 g), 1 kubek oleju, ¾ kubeczka cukru, 2,5 kubka mąki, 4 jaja, 1 łyżeczkę proszku do pieczenia, 1 łyżeczkę sody oczyszczonej i jedno opakowanie cukru waniliowego. Kiedy ostatnio robiłem to ciasto wykorzystałem tylko proszek do pieczenia i 3 kubki mąki. Tamten przepis znajdziecie we wcześniejszych wpisach. Do odmierzenia proporcji wykorzystujecie kubek po jogurcie.

Jogurt, jaja i olej łączymy mieszając trzepaczką. Nie korzystamy z miksera by ciasto było lekkie i puszyste. Następnie do mokrych składników dodajemy cukier, cukier waniliowy, przesianą mąkę, proszek do pieczenia i sodę oczyszczoną, a całość mieszamy łyżką. Z uwagi na mniejszą ilość mąki, ciasto nie wyszło tak gęste jak ostatnio. Tak wymieszane składniki przełożyłem na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Użyłem standardowej, prostokątnej blachy, a nie mniejszej kwadratowej. Na wierzchu ciasta ułożyłem połówki śliwek, przecięciem do góry, lekko je wcisnąłem w ciasto i posypałem brązowym cukrem. Tym razem zmieniłem też trochę sposób pieczenia. Ciasto pieczemy w temperaturze 175°C z włączoną tylko dolną blachą przez 25 minut, a następnie z dolną blachą i termoobiegiem przez kolejne 20 minut. Ciasto jest upieczone jeśli przejdzie test suchego patyczka, czyli sprawdzamy wbijając patyczek w ciasto pod koniec pieczenia. Powinien być tłustawy, ale nie mokry, wtedy nasze ciasto jest upieczone. Tym razem ciasto wyszło mi bardziej puszyste i wilgotniejsze. Dodanie sody oczyszczonej, użycie mniejszej ilości mąki i zmiana sposobu pieczenia zrobiły swoje.

Prawda jaki prosty przepis. Spróbujcie, polecam, a zobaczycie, że nie raz upieczecie to przepyszne ciasto. Ze śliwkami smakuje obłędnie i do tego jeszcze trochę posypane cukrem pudrem. Ehh… już mi ślinka cieknie.

Korma z kurczaka

Dawno nie robiłem tego dania z hinduskiej kuchni. Jest dosyć oryginalne i świeże w smaku więc stanowi ciekawą alternatywę w codziennym gotowaniu. Do mojej wersji potrzeba po jednym filecie z kurczaka na osobę, kubeczek jogurtu naturalnego, kubeczek śmietany 18%, jedno opakowanie przyprawy curry, czubatą łyżkę mąki, dwie łyżki płatków migdałowych, sok z połowy cytryny, sól. Filety z kurczaka obieramy z błon i kroimy w kostkę. Mąkę mieszamy z całym opakowaniem curry, a następnie w tej mieszance obtaczamy kawałki kurczaka. Ja po prostu wsypuję, wymieszaną z curry, mąkę do miski z pokrojonym kurczakiem i mieszam, dopóki wszystkie kawałki mięsa nie obtoczą się w mieszance. Tak przygotowane mięso odstawiam na dwie godziny.

Kurczaka obsmażamy na mocno rozgrzanej patelni z dodatkiem kilku łyżek oleju, na tyle by nie był surowy w środku, doprawiamy solą do smaku. Następnie podlewamy mięso wywarem rosołowym na 3 filety z kurczaka wystarczy ¾ szklanki wywaru, w razie potrzeby zawsze możemy później jeszcze dodać odrobinę, jakby całość wyszła za gęsta. Mięso dusimy około 3 minut i kolejno dodajemy 3 łyżki jogurtu i tyle samo łyżek śmietany. Pamiętajcie jednak by wcześniej śmietanę zahartować w innym naczyniu z odrobiną gorącego sosu, śmietana dodana bezpośrednio na gorącą patelnię może się zważyć i dostaniemy rozwarstwiony sos. O jogurt nie musimy się martwić. Na koniec dodajemy sok z cytryny, to też musimy robić stopniowo, gdyż kwas soku może nam ściąć sos i zważyć zawartą w nim śmietanę. Całość dusimy jeszcze 5 minut by wszystkie smaki się połączyły, a sos nabrał kremowej, gęstej konsystencji. Po zdjęciu patelni z ognia dodajemy posiekaną kolendrę i całość mieszamy. W ten sposób kolendra nie straci aromatu i zielonego koloru, który jest doskonałym kontrastem do żółtego koloru dania. Po nałożeniu kormy na talerze posypujemy ją uprażonymi płatkami migdałowymi. Kormę zaserwowałem z surówką z białej kapusty, na którą podałem Wam przepis w poprzednim wpisie i z kaszotto z kaszy pęczak. Wydaje mi się, że lepiej pasowałaby kasza kus kus lub ryż, ale by dopasować się do gustów gości wykorzystałem tym razem pęczak.

Smacznego, to doskonałe, lekkie danie, o kwaskowatym posmaku i mocnym aromacie kolendry. Jeśli przygotowujecie porcje z większej ilości filetów, musicie proporcjonalnie dodać więcej jogurtu i śmietany. Nie żałujcie też kolendry gdyż ma doskonały, świeży aromat.

Surówka z białej kapusty

Ostatnio coś mało gotuję, chyba to gorące lato nie sprzyja specjalnie siedzeniu w kuchni przy garnkach w tak wysokiej temperaturze. Trochę mam wyrzutów sumienia z tego powodu, bo nie wymyślam nowych przepisów i nie doskonalę moich umiejętności kulinarnych. Dziś jest święto i wolne więc postanowiłem przygotować obiad, tym bardziej, że na 15-go sierpnia przypada rocznica ślubu moich Rodziców więc będzie to miły prezent jednocześnie. W tym wpisie podam przepis na dodatek do dania głównego, czyli surówkę. Przepisu na danie główne, czyli kormę z kurczaka, możecie poszukiwać w jednym z kolejnych wpisów. Do przygotowania surówki będzie potrzebna główka białej kapusty, 2 kubeczki śmietanki 30%, dwie marchewki, dwie cebule, sok z połowy cytryny, łyżeczka lub dwie cukru.

Kapustę myjemy i szatkujemy w cienkie paski, oczywiście wcześniej usuwamy głąb ze środka. Poszatkować można nożem, ale ja osobiście polecam użycie szatkownicy lub robota kuchennego z końcówką do szatkowania, szkoda się męczyć nożem. Cebule obieramy i również szatkujemy w cienkie plastry. Kapustę mieszamy z cebulą, solimy (tak około dwie małe łyżeczki) i mocno ugniatamy by kapusta i cebula puściły nadmiar wody. Musimy odczekać tak około pół godziny by kapusta puściła sok, w tym czasie możemy ją jeszcze ze dwa razy ugnieść, dla lepszego efektu.

Marchew obieramy i ścieramy na tarce z grubymi oczkami. Kapustę odciskamy z nadmiaru soku, mieszamy z marchwią i wyciśniętym sokiem z cytryny, a następnie dodajemy śmietanę wymieszaną z cukrem. Oto cały sekret tego przepisu. Bardzo prosta i smaczna surówka. Z tych proporcji wyjdzie dość dużo surówki, więc jeśli ktoś nie przewiduje dużej liczby gości na obiedzie spokojnie wystarczy wykorzystać połowę ilości składników, które podałem na początku.