Burrito, smak kuchni meksykańskiej

Burrito to potrawa wywodząca się z kuchni meksykańskiej. Pysznego i ogromnego burrito próbowałem w San Francisco w meksykańskiej restauracji lub raczej barze. Do samodzielnego przygotowania burrito skłoniła mnie natomiast niedawna wizyta w meksykańskiej restauracji, ale już w Polsce. Przygotowanie burrito nie jest takie trudne. Przetestowałem wykonanie więc postanowiłem podzielić się z Wami moim przepisem. 

Do burrito potrzeba oczywiście placków  tortilli, w które zawijamy farsz. Idealne znalazłem w sklepach ACTION. Są dość duże więc spokojnie można z nich przygotować to danie, te kupowane w popularnych marketach są jednak ciut mniejsze i może być problem z zawinięciem, no chyba że damy stosownie mniej farszu, jednak wtedy nasze burrito wyjdzie dość małe. Na przygotowanie farszu do czterech porcji potrzeba będzie pół kilograma mielonego mięsa wołowego, passatę lub koncentrat pomidorowy, puszkę czerwonej fasoli, pół puszki kukurydzy, woreczek białego ryżu, przyprawę chili con carne, sól i pieprz oraz sproszkowane chili.

Mięso podsmażamy na patelni by wytopił się tłuszcz, a samo mięso lekko się zrumieniło, ale nie było suche. Następnie dodajemy koncentrat pomidorowy i podlewamy odrobiną wody, lub wlewamy gotową passatę pomidorową. W międzyczasie możemy ugotować biały ryż na sypko. Do mięsa zmieszanego z sosem pomidorowym dodajemy czerwoną fasolę, pół puszki proponuję zmiksować z tym płynem, w którym jest fasola, a połowę fasoli dodać w całych ziarnach oraz pół puszki kukurydzy. Farsz musi mieć konsystencję dość gęstą więc nie przesadźmy z ilością wody lub passaty pomidorowej, choć zawsze nadmiar płynu możemy odparować. Farsz mięsno pomidorowy doprawiamy do smaku solą, pieprzem i przyprawą chili con carne oraz jeśli ktoś lubi ostrzejsze smaki dodatkowo samym sproszkowanym chili. Niestety nie mogłem kupić chili con carne więc użyłem przyprawy do kuchni meksykańskiej. Do tak przygotowanego farszu dodajemy ugotowany na sypko ryż i całość mieszamy. 

Na placki tortilli nakładamy farsz i zawijamy najpierw boki do środka a potem całość w rulon, pilnując by farsz się nie wylewał. Jeśli mamy opiekacz do kanapek tak przygotowane burrito opiekamy w opiekaczu. Ja opiekałem moje burrito na zwykłej patelni i też wyszło. Burrito możemy podać z mieszanką sałat polaną sosem jogurtowo-czosnkowym, chyba najlepiej pasuje. Danie jest przepyszne, ale dość sycące. Jednak tak mi zasmakowało, że pewnie nie raz jeszcze zagości na moim stole. Sami spróbujcie, a zobaczycie jakie to proste. 

Kuchnia węgierska papryką stoi, ale nie tylko….

Podstawą kuchni węgierskiej bez wątpienia jest papryka. Będąc na Węgrzech nie sposób sobie nie kupić czy to ostrej, czy słodkiej papryki w proszku. Uprawiana w takim słońcu ma zupełnie inny aromat, niż ta, którą możemy kupić w Polsce, nawet mielona. Z Węgier warto sobie też przywieźć pastę gulaszową, która stanowi doskonały dodatek do zupy gulaszowej. Ja oczywiście zaopatrzyłem się chyba w roczny zapas papryki w proszku i kilka tubek różnego rodzaju past paprykowych. Pasty te możemy kupić i u nas w marketach, ale zawsze miło jest przywieźć coś z wycieczki zagranicznej.

Co jednak dobrego możemy zjeść w węgierskich restauracjach. Najpopularniejszym daniem jest zupa gulaszowa. To taka zupa o dość rzadkiej konsystencji z mięsem oraz małymi kawałeczkami ziemniaków i innych warzyw. To danie znajdziemy w menu chyba każdej restauracji regionalnej. W Balatonfüred gdzie nocowaliśmy polecam osobiście Halászkert Étterem, do tej restauracji trafiliśmy pierwszego dnia, w sumie z przypadku. Wybór był trafiony, a gulasz przepyszny i dość duża porcja, podawany w kociołku, który był cały czas podgrzewany. Ciekawy efekt, a do tego zupa nie stygła tak szybko. Każdy zamówił sobie po kociołku, to idealna porcja na osobę by się najeść, ale nie przejeść. Do tego było podane świeżo wypiekane pieczywo i pokrojona w kosteczkę ostra jasnozielona papryka, oraz w niewielkim naczyńku ostra pasta paprykowa, dla chętnych mocniejszych wrażeń smakowych. Restauracja położona jest na początku promenady, tj. ulicy Zákonyi Ferenc, którą można dojść do przystani, idąc deptakiem od pola campingowego Balatontourist Füred Camping&Bungalows. Restauracją wartą odwiedzenia w Balatonfüred jest też Borcsa Étterem, położona na końcu całej promenady, która ze wspomnianej ulicy Zákonyi Ferenc, przechodzi za przystanią w Tagore setany. Ja oczywiście po raz kolejny zamówiłem zupę gulaszową, ale inni spróbowali pysznego sznycla, czy makaronów. 

Dla spragnionych niezwyczajnych wrażeń kulinarnych polecam Bistro Sparhelt, położona trochę dalej od deptaka. To restauracja wyższej klasy i nieco droższa, niż te które odwiedziliśmy wcześniej. Do wyboru jest kilka opcji kompletnego menu z przystawką, pierwszym i drugim daniem oraz deserem. Niektóre opcje można ze sobą łączyć lub mieszać. To takie menu degustacyjne, porcje nie są za duże, ale niesamowicie elegancko i wykwintnie podane. Smaki są trochę inne niż zazwyczaj, więc nie wszystko może każdemu smakować, bo to dość nowoczesna kuchnia. Mnie osobiście smakowało. Jadłem zieloną zupę chyba szczawiowo szpinakową, a na drugie danie makaron z kalmarami, inni próbowali kaczkę, czy coś w rodzaju gołąbka, ale zupełnie innego niż nasz tradycyjny. Osobiście zamiast tych wymyślnych dań wolałbym po raz kolejny zjeść typowy węgierski gulasz, ale takie miejsce też warto odwiedzić, sami się przekonajcie.

Będąc w Budapeszcie też postawiliśmy na sprawdzoną zupę gulaszową, każdy zamówił sobie po kociołku, to jednak najlepiej się sprawdza i smakuje właśnie w takich okolicznościach. Do tego restauracja znajdowała się na nadbrzeżu Dunaju więc dodatkowo mieliśmy cudny widok na wzgórze zamkowe. To była restauracja Panoráma Terasz. Ceny jak na taką lokalizację zadziwiająco niskie, a porcje w sam raz, do tego idealna miejscówka nad samą rzeką.

No i na koniec nie można nie wspomnieć oczywiście o słynnych węgierskich langoszach. Nie sposób tego nie spróbować będąc na Węgrzech. To taki placek smażony w głębokim oleju podawany na ciepło z kwaśną śmietaną. Nie raz widziałem je w Polsce na świątecznych jarmarkach więc stwierdziłem, że będąc na Węgrzech muszę spróbować. Znalazłem idealne miejsce w Tihany. To Tihanyi Rétesház és Lángosozó, coś w rodzaju baru. W tym miejscu serwują tylko langosze podawane na ciepło, smażone od ręki na miejscu. Jest to dość tłusty placek, ale świeży z kwaśną śmietaną i czosnkiem smakował doskonale, my podzieliliśmy się po kawałku bo był dość sycący więc każdy zjadł ze smakiem, bez uczucia przejedzenia. W Tihany spróbowałem też lawendowego piwa, ale szczerze, nie kupiłbym go po raz kolejny.

Kuchnia węgierska jest prosta, ale ma kilka dań których zawsze chętnie spróbuję, oczywiście na pierwszym miejscu zawsze będzie zupa gulaszowa. Ale to już sami musicie ocenić, co wam najbardziej będzie smakowało. 

Węgierska przygoda nad Balatonem i wieczorny rejs po Dunaju

Tegoroczny długi weekend majowy spędzałem z rodziną i znajomymi na Węgrzech, a dokładnie nad Balatonem. Układ dni wolnych powodował, że można było spokojnie odpocząć z dala od domu. Pierwotnie miała być Chorwacja, ale ostatecznie padło na Węgry. Na Węgry z południa Polski można dojechać w niecałe 7 godzin więc jest to całkiem przyzwoity czas, porównując powiedzmy z wyprawą nad Bałtyk do Kołobrzegu. Do tego o tej porze roku na Węgrzech już jest gwarantowana przyjemna, ciepła, wiosenna pogoda, ale jeszcze bez upałów, no i piękna zieleń. Niestety u nas z weekendem majowym bywa różnie i nie raz już były w tych dniach przymrozki, a i kwiaty wiosenne też się rozwijają ciut później w Polsce. Wyjeżdżaliśmy w sobotę rano z Krakowa, więc przyjazd na miejsce przewidywaliśmy około 15.00.

Nocowaliśmy w miasteczku Balatonfüred położonym nad samym Balatonem, na północnym brzegu. Jest to uroczy kurort turystyczny, o tej porze roku jeszcze nie w pełni tętniący życiem, z masą cudownej zieleni i kwiatów, ścieżek rowerowych i przystanią dla statków. Sam nocleg zarezerwowaliśmy w ośrodku Balatontourist Füred Camping&Bungalows. Jest to pole campingowe z domkami oraz parcelami, na których można zatrzymać się camperem, rozbić namiot i podłączyć do mediów. Ośrodek jest dość rozległy i ma bezpośredni dostęp do linii brzegowej jeziora. Domki, w których mieszkaliśmy może nie były luksusowe, ale zawierały dwie małe sypialnie, aneks kuchenny z pokojem dziennym i łazienkę. Przed domkiem był zadaszony taras, gdzie można było spędzać czas na wolnym powietrzu. Czego więcej potrzeba, gdy za oknem jest ciepło i świeci piękne słońce, a większość czasu spędza się na spacerach i wycieczkach po okolicy. Niestety przed sezonem, nie było jeszcze zamontowanych schodków do jeziora. Nad Balatonem nie ma typowej plaży i zejście z brzegu do wody na terenie ośrodka jest po schodkach montowanych na sezon letni. Na terenie ośrodka znajduje się plac zabaw, w sezonie otwarte też są mini delikatesy, a całość jest ogrodzona, samochód można zaparkować zaraz obok domku. 

Balatonfüred mnie zauroczyło. Z naszego ośrodka do centrum prowadził deptak połączony ze ścieżką rowerową, obsadzony niesamowitą ilością kwiatów i różnorodnych krzewów. Podczas naszego pobytu wszędzie kwitły tulipany w setkach kolorów i inne kwiaty, których u nas raczej się nie spotyka, ze względu na zimniejszy klimat. Po około kilometrze deptak przechodzi w promenadę z restauracjami, kafejkami i sklepikami z pamiątkami. Idąc tą promenadą dojdziemy do przystani, z której odpływają statki turystyczne i prywatne łodzie. Przy przystani znajduje się pomnik kapitana promu i rybaka. Cały deptak ciągnie się jeszcze dalej do ulicy Deák Ferenc. Balatonfüred jest idealnym miejscem na wiosenny wypoczynek, gdy jeszcze nie ma tylu turystów, w sezonie bez wątpienia tysiące urlopowiczów otaczają nas z każdej strony. 

Mieszkając w Balatonfüred koniecznie trzeba odwiedzić pobliskie Tihany. To cudowne, urokliwe miasteczko położone na półwyspie o tej samej nazwie. Tihany położone jest na wzniesieniu więc rozciąga się z niego widok na całą panoramę Balatonu. W mojej ocenie to taki węgierski Kazimierz Dolny. Miasteczko jest pełne wąskich uliczek, domków z cudownymi ogródkami, nad którym góruje XI wieczny klasztor benedyktynów. Żeby poczuć atmosferę Tihany trzeba poświęcić kilka godzin i dać się zagubić w tych uroczych zakątkach. Nie bójcie się to malutkie miasteczko więc łatwo się odnajdziecie. Półwysep słynie z uprawy lawendy, którą można znaleźć w każdym sklepiku, to taka węgierska Toskania. Obowiązkowym punktem wycieczki w Tihany jest dom papryki, to kamienica położona przy głównej ulicy, cała ozdobiona strąkami czerwonej papryki. W środku znajduje się sklep z lokalnymi wyrobami, niestety nie można robić zdjęć, ale mnie się jakoś ukradkiem udało. Z Tihany można przeprawić się promem na drugi brzeg Balatonu do Szántód, co też uczyniliśmy, oczywiście zabierając samochód. Do naszej bazy noclegowej w Balatonfüred wróciliśmy, robiąc sobie wycieczkę wokół jeziora. Po drodze odwiedziliśmy jeszcze Siófok z charakterystyczną zabytkową wieżą ciśnień. Nic jednak interesującego nie znaleźliśmy w  tej miejscowości więc wypiliśmy kawę i ruszyliśmy w dalszą drogę. Dla miłośników wycieczek rowerowych dodam, że cały Balaton wkoło można objechać na rowerze.

Przedostatniego, czyli czwartego, dnia pobytu na Węgrzech pojechaliśmy jeszcze do Budapesztu i ostatni nocleg mieliśmy już tam zarezerwowany w hotelu. Do Polski wracaliśmy prosto z Budapesztu. W Budapeszcie byłem pierwszy raz podczas pandemii. Budapeszt to duże miasto położone na obu brzegach Dunaju, z przepięknym zabytkowym centrum, górującym nad miastem wzgórzem zamkowym i charakterystyczną bryłą węgierskiego parlamentu, budynku urzekającego architekturą, zwłaszcza po zmroku, kiedy jest włączona iluminacja. Z uwagi iż do dyspozycji mieliśmy tylko jedno popołudnie i wieczór, następnego dnia wracaliśmy już do Polski, nie udało się nam wiele zobaczyć. Pospacerowaliśmy trochę po centrum, doszliśmy do Bazyliki Św. Stefana i nad Dunaj, gdzie z brzegu rozciągał się widok na wzgórze zamkowe oraz Górę Gellerta. Na wieczór zarezerwowaliśmy sobie rejs statkiem wycieczkowym po Dunaju. Niestety wieczorem padał deszcz więc część rejsu spędziliśmy pod pokładem oglądając tylko z okien statku panoramę nadbrzeża. Na pokładzie grała orkiestra na żywo, w sumie specyficzny, ale ciekawy klimacik. Grali najbardziej popularne melodie z krajów, których turyści byli na pokładzie. Gdy już się ściemniło i przestało padać, wyszliśmy na pokład i mogliśmy zrobić kilka zdjęć cudownie podświetlonego zamku oraz budynku parlamentu. Tak zakończyła się nasza majowa węgierska przygoda. Zarówno Balaton, jak i Budapeszt to doskonałe destynacje z Polski na majówkowy wiosenny wypoczynek. Jeśli chcecie dokładnie zwiedzić cudowne miasto, jakim jest Budapeszt, polecam przynajmniej 3-dniowy pobyt. Jednak, by choć na chwilę oderwać się od codzienności wystarczy te kilka dni, spędzonych w tak urokliwych miejscach.

Erice, San Vito Lo Capo, czyli jedna z najpiękniejszych plaż Europy i słynne Palermo

Spędzając urlop na Sycylii w okolicy Castellamare del Golfo oprócz wycieczki na południe wyspy do Agrigento i Scala di Turchi zrobiliśmy sobie jeszcze wycieczkę do Erice, plaży w San Vito Lo Capo i oczywiście Palermo. 

Erice to bardzo urokliwe miasteczko, położone w północno zachodniej części Sycylii, w prowincji Trapani na górze Eryks. Początki miasta sięgają V w p.n.e. Sam wjazd do Erice jest już bardzo ekscytujący, ponieważ miasteczko położone jest na szczycie góry, a dojazd prowadzi wąskimi, krętymi serpentynami. Jak już wjedziemy na szczyt z góry rozpościera się widok na przepiękną panoramę całej okolicy. Najlepiej zaparkować auto na parkingu miejskim na końcu ulicy Viale Conte Pepoli. Stamtąd mamy blisko do zamku Castello di Venere oraz zabytkowego centrum. Idąc z parkingu do zamku, można podziwiać z murów cudowną panoramę i pobliskie Trapani. Z kolei z Castello del Bálio rozciąga się widok na północ w kierunki San Vito Lo Capo. Erice ma klimat, który kocham, wąskie uliczki, stara zabudowa, ja mogę łazić godzinami po takich miasteczkach. W Erice byliśmy w samo południe więc trzeba było się chować w cieniu przed palącym południowym słońcem. Ponieważ mieliśmy kolejne miejsca do odwiedzenia w planie więc po spacerze tymi urokliwymi uliczkami, zakupieniu pamiątkowych magnesów, pojechaliśmy w kierunku Trapani.

Trapani to stolica prowincji o tej samej nazwie i jednocześnie dość duże miasto położone nad samym morzem. Z Trapani prowadzi kolejka linowa do Erice. Zauważyliśmy ją dopiero jak zjeżdżaliśmy z Erice do Trapani. W Trapani natrafiliśmy na porę sjesty, więc prawie wszystko było pozamykane, do tego z nieba lał się niesamowity żar, potęgowany jeszcze przez mury kamienic, które dodatkowo oddawały swoje ciepło. Samo Trapani nie zrobiło na mnie większego wrażenia. Gdybym wiedział o tym wcześniej, wolałbym jeszcze spędzić na spokojnie te dodatkowe półtorej godziny w uroczym Erice.

Zwieńczeniem całodziennej wycieczki była wizyta na jednej z najpiękniejszych plaż Europy w San Vito Lo Capo. Plaża położona jest w zatoczce i od strony wschodniej wieńczy ją niemal wyrastająca z morza ogromna góra, robi to niesamowite wrażanie i nadaje całego uroku temu miejscu. Owszem sama plaża z całym tym otoczniem może być uznana za jedną z najpiękniejszych, ale to przyciąga do niej tysiące urlopowiczów. My byliśmy około 18.00 i było jeszcze dość tłoczno, nawet nie chcę myślec co tam się działo w ciągu dnia, chyba człowiek leżał na człowieku. Dla mnie zdecydowanie za gęsto i osobiście na dłuższy wypoczynek polecam Spiaggia Plaja, ale oczywiście San Vito Lo Capo również warto odwiedzić choć na parę godzin spędzając wakacje na Sycylii.

Odwiedziny Palermo to była kolejna wycieczka. Początki Palermo sięgają VIII w p.n.e. Na pewno trzeba się przespacerować ulicą Via Maqueda. Znajdują się przy niej piękne, zabytkowe kamienice, choć wiele z nich wymaga natychmiastowej restauracji, bo są bardzo zniszczone. Przy ulicy na Piazza Giuseppe Verdi znajduje się imponujący budynek Teatro Massiomo Vittorio Emanuele di Palermo. Można sobie usiąść w jednej z pobliskich kafejek i rozkoszować się pysznym cappuccino z canolli, obserwując tłumy turystów płynące we wszystkie strony. Skrzyżowanie wspomnianej Via Maqueda z Via Vittoria Emanuele otaczają cztery barokowe pałace z przepięknymi fasadami, to też jest miejsce warte zobaczenia. Zaledwie kilka kroków dalej znajduje się Piazza Pretoria ze słynną Fontanną Pretoria, a następnie Piazza Bellini, przy której znajdują się kościoły trzech wyznań. Niestety nie byliśmy w środku żadnego z nich, choć z tego co czytałem przynajmniej kościół Santa Maria dell Ammiragilo jest wart odwiedzenia. Idąc od Teatro Massiomo, jeśli dojdziemy do skrzyżowania Via Maqueda z Via Vittoria Emanuele i skręcimy w prawo dojdziemy do przepięknego architektonicznie budynku Katedry Palermo. Budynek z zewnątrz jest bardzo imponujący, w środku też nie byliśmy niestety.

Ciekawym i niesamowitym miejscem są Katakumby Kapucyńskie, położone na zachód od centrum, około 2 kilometry spacerem. Miejsce mroczne, specyficzne, mistyczne pod klasztorem Kapucynów. Znajduje się tam około 8 tysięcy mumii z okresu od XVI wieku do 1920 r., wszystkie wyeksponowane na ścianach piwnic. Rzadko takie miejsca się widzi, ale chyba przynajmniej raz warto takie coś zobaczyć.

Te miejsca udało się nam zobaczyć w Palermo. Niestety oprócz katakumb nie zwiedziliśmy w środku żadnych kościołów, choć pewnie kilka wartych było wejścia do środka, tak jak wcześniej wspominałem. Tego dnia upał był niesamowity więc już spacer uliczkami miasta w tym gorącu był wystarczającym wyzwaniem. Żeby spokojnie wszystko zobaczyć trzeba by na Palermo poświęcić ze dwa dni. No cóż, może jeszcze kiedyś odwiedzę Sycylię to odrobię zaległości w zwiedzaniu nieodkrytych miejsc. Miasto jest urokliwe, pełne zabytkowej architektury, jednak bardzo zaśmiecone, jak i cała Sycylia, a szkoda bo to piękna wyspa będąca doskonałą destynacją na wakacyjny wypoczynek.

Limoncello, canolli, pizza, pasta i doskonałe owoce morza, czyli czym można się delektować spędzając urlop na Sycylii

Sycylia jest włoską wyspą więc raczej trudno sobie wyobrazić pobyt tam bez spróbowania pizzy czy pasty. Oczywiście podczas  naszego wakacyjnego pobytu na tej pięknej wyspie kilkukrotnie delektowaliśmy się przepyszną pizzą. Jednak pizza to nie wszystko, na Sycylii nie sposób nie spróbować doskonałych owoców morza, czyli kalmarów, krewetek, langustynek, muli, a także risotta. Pizza jest idealna praktycznie w każdej restauracji, chyba raczej ciężko jest znaleźć niedobrą pizzę we Włoszech. Inaczej jest z owocami morza, one muszą być świeże, to podstawa. Na szczęście, wszędzie gdzie trafiliśmy było smacznie i do tego miła i sympatyczna obsługa. Włosi z natury są gościnni. 

W dniu przyjazdu dopiero przed północą trafiliśmy do restauracji, z uwagi na późny lot i dojazd do naszego apartamentu z lotniska. To było niesamowite i przemiłe, praktycznie dla nas otworzyli kuchnię tuż przed zamknięciem i zrobili świeże pizze. Kilka razy stołowaliśmy się w tym miejscu dlatego, że było smacznie, a poza tym ta restauracja znajdowała się zaledwie 3 minuty spacerem od naszego apartamentu. Próbowałem tam również przepysznej zupy z owocami morza i ryżem. Jak byłem kiedyś na Grań Canarii nazywało się to juicy rice. To taki dość płynny sos pomidorowy z ryżem, mulami i krewetkami, coś przepysznego, esencja smaku owoców morza powoduje, że ten sos sam można by zjeść z podawanym pieczywem. To jest restauracja La Lampara. Muszę tu dodać, że nocowaliśmy w pobliżu Castellamare del Golfo w domku przy plaży Spiaggia. Tak chyba będzie łatwiej znaleźć tę miejscówkę, jeśli ktoś byłby zainteresowany. Było przepysznie to mogę potwierdzić. Przy samym deptaku, przy plaży trafiliśmy na restaurację z cudownym widokiem z tarasu wprost na plażę i morze. Kolacja o zachodzie słońca w takiej miejscówce ehh…. co tu mówić, lato, morze, zachód słońca i do tego pyszne jedzenie. Tam próbowaliśmy risotta i tradycyjnie pizzy. Restauracja nazywa się Vanity Beach di Giuseppe di Gregorio. Te dwie restauracje mogę spokojnie polecić przy Spiaggia Plaja.

W samym Castellamare del Golfo próbowaliśmy natomiast steków oraz tradycyjnie pizzy, owoców morza i risotta, a także pasty oczywiście z owocami morza. Steki były dobre, ale mnie nie zachwyciły, choć forma podania była bardzo elegancka, inne dania były przepyszne. Knajpki i restauracje są przytulne, niewielkie, wieczorami zatłoczone, ale ma to swój urok. Ciekawostką jest, że stoliki przed restauracjami ustawiają nawet na schodach więc trzeba uważać by lotem ślizgowym nie zjechać po schodach na krześle. Te wszystkie drobiazgi stwarzają cudowną atmosferę wakacyjną, tłumy turystów, oświetlenie ogródków restauracyjnych, stare kamienice, ja kocham taki klimat i mógłbym godzinami spacerować po takich uliczkach. W samym centrum mogę z czystym sumieniem polecić Trattorię La Maidda i Bracerię 360°, w tych dwóch miejscach jedzenie było bardzo dobre, choć ja osobiście powtórnie wybrałbym trattorię. Ciekawostką jest, że trafiliśmy też do restauracji, której właścicielką była wtedy Polka, może teraz też nadal jest, to restauracja Sailing. Restauracja położona jest przy Piazza Petrolo, było tam smacznie, choć osobiście uważam, że panował lekki przerost formy nad treścią, czuliśmy się tam zbyt sztywno, chyba przez obsługę kelnerską w białych koszulach i nie pamiętam już, czy czarnych marynarkach, czy kamizelkach, rodem z Ojca Chrzestnego. No cóż sami wybierzcie się i oceńcie jak byście spędzali wakacje na Sycylii w tej okolicy. Ja chyba mam największy sentyment do tej restauracji w sąsiedztwie naszego apartamentu przy plaży, czułem się tam domowo, do tego pyszna pizza i ten obłędny ryż z owocami morza. Będąc na Spiaggia Plaja w pobliżu Castellamare del Golfo koniecznie odwiedźcie to miejsce.

I tak na koniec wspomnień kulinarnych z Sycylii, to cytrynowa wyspa, jak pisałem w jednym z wcześniejszych wpisów, więc obowiązkowo trzeba spróbować limoncello. Pyszny likier cytrynowy, oczywiście musi być mocno schłodzony. W Palermo znajdują się liczna sklepiki oferujące tyko limoncello, to kupione w markecie nie jest takie dobre, jak takie rzemieślnicze, spróbujcie sami… 

Jednak to jeszcze nie koniec. Nie można zapomnieć o najbardziej popularnym sycylijskim ciastku, czyli canolli. Kupić je można praktycznie w każdej cukierni, czy kawiarni. Canolli to kruche rurki smażone w głębokim tłuszczu z kremowym nadzieniem z serka ricotta, coś pysznego. Doskonałe do włoskiej kawy świeżo parzonej. Canolli to obowiązkowy punkt na kulinarnej mapie Sycylii.

Kuchnia sycylijska jest przepyszna, choć nie próbowaliśmy jakichś typowych lokalnych potraw, ale każdy znajdzie tu coś dla siebie. Doskonałe jedzenie w cudownym otoczeniu, czego więcej potrzeba w wakacje.

Tureckie schody i greckie świątynie, czyli perełki sycylijskiej prowincji Agrigento

Na Sycylii spędziliśmy dwa tygodnie. Nie wytrzymałbym tylu dni tylko leniuchując na plaży i objadając się pizzą i innymi smakołykami więc czas odpoczynku przeplataliśmy z wycieczkami po okolicy bliższej i dalszej od Castellamare del Golfo. Najdalszym celem wycieczki była Dolina Świątyń w okolicach Agrigento oraz Scala dei Turchi, czyli Schody Tureckie. Agrigento znajduje się na południu Sycylii, więc praktycznie trzeba było przejechać przez całą wyspę na samo południe. Miejscowość ta położona jest w odległości około 170 kilometrów od Castellamare del Golfo, w zależności którą drogę wybierzemy. Dojazd zajmuje ponad 2 godziny w jedną stronę. Jadąc możemy podziwiać krajobraz centralnej Sycylii, który tworzą głównie plantacje rolnicze lub całe wysuszone przez palące słońce połacie ziemi. Sama jakość dróg nie należy do najlepszych niestety, główne owszem są dobrze utrzymane, ale te lokalne są pełne dziur. 

Naszym pierwszym przystankiem były tzw. Schody Tureckie, do których dojedziemy drogą SP68, zjeżdżając z drogi SS115. Wspomniane schody, to białe, wapienne klify położone na południowym wybrzeżu, wyglądem przypominające tureckie Pamukkale. Nazwa związana jest jednak z historycznymi opowieściami o tureckich piratach, którzy w tym miejscu dostawali się na ląd, stąd nazwa Schody Tureckie (Scala dei Turchi). Obecnie klif ten nie jest dostępny bezpośrednio dla turystów, tylko ogrodzony. Patrząc na zdjęcia w Internecie, kiedyś można było chodzić po niższych tarasach. Zdjęcia można robić z góry z punktów widokowych, które znajdują się przy drodze lub z plaży. Praktycznie najlepiej zaparkować samochód przy drodze w pobliżu tych punktów widokowych, gdyż turystów jest tam bardzo dużo i bliżej plaży ciężko jest znaleźć miejsce. Z okolic tych punktów widokowych jeżdżą małe riksze motorowe, wyglądające jak spotykane w krajach azjatyckich tuk tuki, którymi można zjechać prosto do plaży. Koszt przejazdu za jedną osobę to 2 euro, jest to znacznie lepsze rozwiązanie niż pieszy spacer do plaży. Latem, palące słońce bardzo mocno daje się we znaki, a dodatkowo by zejść na plażę trzeba pokonać chyba około stu drewnianych schodów. Idąc już plażą można dojść do klifu i podziwiać go z dołu, niestety na sam kif nie wejdziemy, gdyż jak wspominałem jest on ogrodzony. Biorąc pod uwagę unikatowość miejsca i ilość odwiedzających turystów, zapewne z tego wynika brak możliwości spacerowania obecnie po tych śnieżnobiałych skałach. Nam wystarczył widok z daleka i możliwość zrobienia zdjęć z perspektywy. Kelner w plażowym barze powiedział nam, że  w tym dniu było wyjątkowo mało ludzi bo wiał mocny wiatr, w przeciwnym razie byłoby tam czarno od turystów. Chłodzące piwo w barze, tradycyjnie zakup pamiątkowych magnesów i wracaliśmy z powrotem na główną drogę do auta. Niestety nie było w pobliżu tych tuk tuków więc pod górę wspinaliśmy się już na własnych nogach, na szczęście nie po schodach, tylko po łagodnym zjeździe dla tych samochodzików. 

Z wybrzeża pojechaliśmy w kierunku Agrigento, a dokładniej do Doliny Świątyń. Dolina Świątyń jest wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO, zajmuje obszar 1800 hektarów. Położona jest na obszarze starożytnego miasta Akragas. Można się tam poczuć jak w starożytnej Grecji, a nie na włoskiej wyspie. Znajdują się tam jedne z najlepiej zachowanych ruin greckich świątyń. Niektóre ze świątyń widać już z drogi dojazdowej, co robi niesamowite wrażenie. W najlepszym stanie jest Świątynia Concordii, która wygląda jak ateński Partenon i Świątynia Hery.  Przy ruinach Świątynii Concordii znajduje się charakterystyczna rzeźba Ikara. Nad morzem wydawało się, że wieje przyjemny wiatr, a tam w słońcu było chyba ze 40 stopni Celsjusza. Do tego wycieczka nasza po tej dolinie przypadała na wczesne godziny popołudniowe, kiedy to temperatury są najwyższe, więc szybkim krokiem, obeszliśmy najciekawsze zachowane ruiny i podążyliśmy w kierunku auta. Na spokojne zwiedzanie polecam zarezerwować około 3 godziny. Wybierając się na zwiedzanie nie zapomnijmy o nakryciu głowy i butelce wody mineralnej, spacer w odkrytym terenie, w tak palącym słońcu, może się skończyć zasłabnięciem. Do Świątynii Concordii prowadzi droga w pełnym słońcu więc w godzinach południowych zwiedzanie całego obiektu jest dużym wyzwaniem wytrzymałościowym. Koszt biletu to 10 EUR za osobę. Bez wątpienia jest to ciekawe miejsce i warte odwiedzenia podczas pobytu na Sycylii.

Sycylia, cytrynowa wyspa…

Sycylia to największa wyspa na Morzu Śródziemnym. Bez wątpienia jest to bardzo ciekawa destynacja wakacyjna, dlatego postanowiłem Wam o niej napisać. Ja tam spędziłem ostatnie wakacje z rodziną i znajomymi i z chęcią wróciłbym tam za jakiś czas. Jest jeszcze wiele zakątków, do których niestety nie zdążyliśmy dotrzeć. W ubiegłym roku sama Madonna spędzała tam swoje urodziny, w tym samym czasie co my byliśmy, ale niestety nie udało się nam Jej spotkać. 

Naszą miejscówką noclegową była miejscowość Castellamare del Golfo. Miasteczko położone na północnym wybrzeżu, na zachód od Palermo. Zasadniczo na wyspę można się dostać samolotem lub promem. Z Polski oczywiście najprostszym rozwiązaniem jest lot na jedno z lotnisk w Palermo lub w Katanii. Z uwagi na miejsce noclegowe, musieliśmy wybrać lot do Palermo. W pobliżu lotniska znajduje się wypożyczalnia samochodów. Oczywiście wynajęliśmy samochód na cały pobyt i w taki sposób zapewniliśmy sobie transport z Palermo do Castellamare del Golfo, mogliśmy również zorganizować kilka wycieczek po okolicy. 

Sam nocleg zarezerwowaliśmy poza Castellamare del Golfo, praktycznie przy plaży Spiaggia. Miejscówka trafiona w punkt, 2 minuty do plaży i pobliskich knajp. Trochę dalej było do samego miasta, bo spacer zajmował około 40 minut w jedną stronę. Do dyspozycji mieliśmy jeden z dwóch apartamentów w domu znajdującym się w bezpośrednim niemal sąsiedztwie plaży, co było wielkim udogodnieniem. Plaża czysta, długa, w miarę szeroka, z licznymi punktami gastronomicznymi i punktami leżakowymi. No niestety po pandemii koszt wypożyczenia dwóch leżaków z parasolką to 20 euro dziennie, ale w sierpniu nie ma szans wysiedzieć na sycylijskiej plaży bez parasola. Woda dość ciepła, choć dla mnie mogłaby być jeszcze cieplejsza. Przy promenadzie spacerowej wzdłuż plaży znajduje się kilka restauracji, w których można bardzo dobrze i w przyzwoitej cenie zjeść. O tym czego smakowaliśmy na Sycylii, napisze wkrótce.

Samo Castellamare del Golfo to bardzo urokliwe miasteczko. W stosunku do plaży Spiaggia, położone na wzgórzu więc spacer do miasta wymagał trochę wysiłku po całodziennym leżakowaniu w palącym słońcu. No, ale nie sposób nie odwiedzić najbliższego miasteczka, tylko spędzić cały czas w jednym miejscu. Dodatkowo w Castellamare był znacznie większy wybór restauracji, co oczywiście skłaniało do spaceru na kolację właśnie tam. Żeby dojść do głównego centrum, a potem do mariny, praktycznie cały czas trzeba się wspinać lekko pod górę mijając liczne bary i restauracje oraz klucząc wśród wąskich urokliwych uliczek. Do samej mariny schodzimy już po szerokich schodach z centrum. Ja uwielbiam klimat takich uliczek, zaułków, schodów i tych niesamowitych zakamarków ukrywających liczne niespodzianki architektoniczne. Urlop spędzaliśmy w okolicach 15-ego sierpnia, czyli święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. W dniach 19-21 sierpnia w Castellamare del Golfo odbywa się święto patronki miasta – La Festa di Maria Santissima del Soccorso. Jest ono bardzo celebrowane i to przez wiele dni. Całe miasto jest udekorowane niemal jak u nas na Boże Narodzenie. 19 sierpnia w piątek o 22 wieczorem przez miasto szła procesja z figurą Matki Boskiej, w muzycznej oprawie z bębnami, coś niesamowitego, a wcześniej jeszcze fajerwerki. W niedzielę na zakończenie święta pokaz fajerwerków jaki udało mi się zobaczyć wieczorem przyćmił rozmachem fajerwerki na 4 lipca w Stanach Zjednoczonych, czy we Francji na dzień Bastylii. To było coś niesamowitego, w życiu nie widziałem takiego nigdzie na świecie. Castellamare del Golfo i jego okolice to bardzo dobra wakacyjna destynacja, pobliskie lotnisko w Palermo sprawia, że transport po przylocie na wyspę, nie należy do bardzo uciążliwych. 

W samym Castellamare polecam przejść się schodami Scalinata Rotary per la Pace, które prowadzą do samej mariny, zwłaszcza wieczorem robią duże wrażenie. Konieczne trzeba zrobić sobie spacer deptakiem Corso Giuseppe Garibaldi, w letni wieczór ciężko się tam przecisnąć między tłumami przechodniów spacerujących we wszystkie strony. Ciekawostką jest, że niektóre restauracje rozkładają swoje stoliki wprost na schodach. Tak jak wspominałem, to miasto położone jest na wzgórzu więc w architekturę ulic wpisane są schody by dostać się z jednego poziomu ulicy na inny. Warto się również wybrać na plac, gdzie stoją stragany z pamiątkami, czy odbywają się festyny. Plac ten położony jest nad samym morzem przy ulicy Marina di Petrolo. Wiele jest miejsc ciekawych w Castellamare del Golfo, warto po prostu zagubić się na kilka godzin w tych uliczkach i spokojnie sobie spacerować po zmroku, od czasu do czasu zatrzymując się na lampkę wina, przy doskonałej pizzy, makaronie lub innych włoskich smakołykach. 

Z ciekawostek opisze Wam jeszcze jedno niesamowite zjawisko. Przez dwa dni wiał wiatr znad Afryki i napłynęło niesamowicie gorące powietrze. To trzeba po prostu przeżyć i doświadczyć samemu takiego gorąca. Spacerujesz późnym wieczorem, a wiatr jest tak gorący, że nie chłodzi ciała, a jeszcze bardziej podgrzewa. Czujesz się tak jakby przed tobą jechał otwarty piekarnik z termoobiegiem i temperaturą ustawioną na 150 stopni Celsjusza, ty sobie spacerujesz, a takie powietrze wieje ci w twarz lub plecy. Wydawałoby się, że wiatr musi chłodzić, a on po prostu jeszcze bardziej ogrzewa powietrze wokół ciebie. To tyle o Castellamare del Golfo. W najbliższym czasie napiszę Wam jeszcze o wycieczkach i o tym co udało się nam zobaczyć na Sycylii, które miejsca warto odwiedzić. Oczywiście będzie też coś o kuchni włoskiej, albo raczej sycylijskiej. Zacząłem w tytule o cytrynach więc muszę się na koniec wytłumaczyć, tak tak cytryny są tam motywem dekoracyjnym w wielu miejscach, w tym na porcelanie, no i do tego schłodzone limonczello, pyszna orzeźwiająca nalewka o smaku cytrynowym, pod warunkiem, że mocno schłodzona.  

Istria truflami stoi, ale nie tylko…

Jedzenie w Chorwacji jest przepyszne, od delikatnych owoców morza po trochę cięższe, jak ćevapčići i pljeskavica. Każdy tam znajdzie coś dla siebie. Dla mnie jednak najlepsze są owoce morza. No i do tego wszystkiego trufle, szczególnie na Istrii niesamowite popularne i są po prostu wszędzie. Dzisiejszy wpis będzie poświęcony właśnie kuchni chorwackiej i temu czego spróbowaliśmy podczas pobytu na Istrii. 

Lido

Umag był naszą miejscówką więc zacznijmy od tej miejscowości. W marinie znajduje się doskonała restauracja Lido Marina Umag. Restauracja z uwagi na swoje położenie serwuje głównie owoce morza. Zresztą w takim miejscu i z takim widokiem, co innego można zjeść. Próbowaliśmy tam, langustynki, prażene lingje, czyli kalmary i crni rižot. Muszle świętego Jakuba też się znalazły na talerzu i małże. Langustynki przepięknie wyglądały, ale niestety mimo iż są przepyszne, nie jest to danie do najedzenia, bo ponad połowę stanowią pancerzyki. W ich przypadku większa jest uczta dla oka i cała ta celebracja posiłku niż sama treść. Oczywiście crni rižot, czyli risotto z atramentem z kałamarnicy i krewetkami, sprawdził się i był to jeden z lepszych jakie próbowałem w Chorwacji. O kalmarach nie wspomnę, bo jestem ich fanem i mógłbym być nieobiektywny, ale były przepyszne. Miejsce zobowiązywało do dań z owocami morza i sprawdziło się w 100%. Restauracja godna polecenia, jeśli się jeszcze kiedyś tam wybiorę bez wątpienia odwiedzę to miejsce. 

Idąc dalej promenadą w stronę centrum mijamy bar Lado. Warto się tam zatrzymać na piwo lub kieliszek wina. Bar położony jest na pomoście z widokiem na całą zatokę, co stwarza niesamowite wrażenie i tworzy specyficzny klimat miejsca.

Oczywiście w samym centrum Umagu też się stołowaliśmy, a dokładnie w jego starej części. Od strony otwartego morza, a nie wspomnianej zatoki znajduje się cały pasaż restauracji, gdzie stoliki ustawione są na samym brzegu morza. Oczywiście królowały kalmary i mule, miejsce przy samym morzu zobowiązuje. Niestety nie pamiętam, która to była dokładnie konoba, nie jestem pewien, czy to nie było Bijeli San Bistro, ale głowy za to nie dam. Tam gdzie my zamówiliśmy obiad było przepysznie, ale prawdę mówiąc rzadko można trafić w Chorwacji na niesmaczne jedzenie, więc jak wybierzecie inną z pobliskich restauracji też nie powinniście się zawieść. 

Hitem pobytu w Umagu, była jednak inna miejscówka Discoteca Planet& Grill Restaurant. To taki chorwacki fast food, jednak z najwyższej półki, a nie na jakiś zapychacz i na chemii robiony. Šiš ćevapi, mućkalica i zlo burger, przepyszne dania, które rozbawiły nas do łez. Miejsce znajdowało się po drodze do naszego mieszkania. Co tu dużo mówić kalmary, czy krewetki są przepyszne, ale jak jesz obiad o 16.00 to zgłodniejesz do wieczora i w to miejsce trafiliśmy właśnie wieczorową porą. Wkoło cudnie pachniało więc nie zastanawiając się, postanowiliśmy zaspokoić wieczorny głód, a każdy wybrał co innego. Podwójny  šiš ćevap i zlo burger rozłożyły nas na łopatki. Przepyszne, ale tak duże porcje, że nie mogliśmy tego przejeść, a było tak smaczne, że aż żal było to zostawiać. Uśmialiśmy się do łez bo w połowie porcji człowiek miał już dość. Doskonała mięsna kuchnia, dla tych co nie lubią ryb i owoców morza, miejcie tylko na uwadze, że porcje są na prawdę sycące. Tyle o naszych odkryciach kulinarnych w Umagu. 

Konoba Mondo

Jadąc na wycieczkę w głąb Istrii delektowaliśmy się natomiast truflami. Praktycznie w każdym małym miasteczku kupicie, czy to trufle, czy pasty truflowe, oliwę z truflami, a widziałem nawet popcorn truflowy. Podczas wycieczki odwiedziliśmy Grožnjan, Bije, Hum Motovun i Buzet. Obiad jedliśmy w Motovunie. Restaurację wybrałem z mamy Google, bo już byliśmy w drodze powrotnej do domu, jeść się nam bardzo chciało, a nie było czasu na szukanie. W taki sposób trafiliśmy do Konoby Mondo, miejsca po prostu pachnącego truflami. Oczywiście nie mogliśmy zamówić niczego innego, jak makaron z truflami. Na przystawkę dostaliśmy jeszcze wypiekane na miejscu pieczywo i do tego pastę z oliwek z truflami. Makaron wyglądał i smakował obłędnie, a kieliszek białego wina komponował się doskonale w takim zestawieniu. Było idealnie, będąc w Motovunie, polecam odwiedźcie to miejsce, nie zawiedziecie się.

Tak jak wspominałem trudno raczej w Chorwacji trafić na miejsce gdzie jedzenie będzie niedobre. Oczywiście może być idealne lub dobre, ale zawsze będzie smaczne, przynajmniej ja będąc już kilka razy w Chorwacji nigdy się nie zawiodłem na chorwackiej kuchni, to nieodłączny element moich chorwackich podróży, próbowanie nowych smaków, które pozostają w pamięci i stanowią inspirację do własnych eksperymentów kulinarnych. Nie mogłem sobie nie przywieźć z podróży do Istrii słoiczka pasty truflowej i ichniego makaronu. Jeszcze nie przygotowywałem, ale jak zrobię pochwalę się na moim instagramie zdjęciem przygotowanego dania. Smacznych podróży Wam życzę, dokądkolwiek by one nie były…

Umag i północna Istria, czyli Chorwacja na długi weekend

Umag

Północna część Chorwacji, czyli Istria to ciekawa alternatywa na wypad na południe Europy na wydłużony weekend, a nawet na cały tydzień, zwłaszcza przed letnim sezonem, kiedy nie ma jeszcze tłumów turystów. Niestety musimy się liczyć z około 12-godzinną podróżą biorąc pod uwagę przystanki na odpoczynek, kawę czy tankowanie. 

Umag

Nocleg mieliśmy zarezerwowany w mieście Umag w Apartamentach Stella Plava Laguna. To ogromny ośrodek z domkami, w których znajdowały się po dwa lub 4 mieszkania. Dla spragnionych luksusu dostępne były prywatne wille z własnym ogrodem, jacuzzi, znajdujące się niemal nad samym morzem. Z ośrodka do centrum miasta było około 3 kilometrów spacerem promenadą wzdłuż brzegu. Taki spacerek do centrum jest rewelacyjny idąc praktycznie cały czas wzdłuż brzegu morza. Centrum starej części Umagu to Plac Wolności, przy którym znajduje się Kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Na tyłach tego kościoła od strony morza znajduje się niesamowity budynek zbudowany z kamienia, dla mnie wyjęty żywcem z wybrzeża Normandii, uwielbiam taką architekturę. Drugim takim placem centralnym jest plac przy centrum handlowym, ale ja zdecydowanie wolę klimat zabytkowej części Umagu. W północnej części półwyspu istryjskiego jest jednak wiele innych bardziej urokliwych, w mojej ocenie, miasteczek, które praktycznie można zwiedzić w ciągu jednego dnia. My zaplanowaliśmy sobie taki jeden dzień objazdowy dalszy i drugi bliższy. W planie były miejscowości Buje, Grožnjan, Motovun, Buzet, Hum. 

Buje

Pierwszym przystankiem było Buje, najbliżej położone od Umagu. Typowa dla tej części Chorwacji, niewielka miejscowość z wąskimi wybrukowanymi uliczkami, starymi wybudowanymi z kamienia domami, zabytkową wieżą miejską oraz kościołem Św. Marcina z XVI wieku, na którego tyłach znajduje się cmentarz i pozostałości płyt nagrobnych. Miejsce robi niesamowite wrażenie w dzień, a te porośnięte mchem kamienne płyty, wieczorem muszą stwarzać idealną atmosferę do kręcenia horrorów. Na końcu cmentarza znajdują się ruiny muru i jakiegoś budynku, z których roztacza się widok na całą panoramę okolicy. Miasteczko da się obejść spacerem w 40 minut, ciche, spokojne, pozbawione tłumu turystów, jakby czas się tam zatrzymał kilkaset lat temu.

Groznjan

Kolejny na trasie był Grožnjan, zwany miastem artystów. Samochodem nie wjedziemy do centrum, auto trzeba zostawić na parkingu lub na miejscach parkingowych ciągnących się wzdłuż drogi prowadzącej wprost do miasta. Grožnjan jest już znacznie większy niż Buje, tutaj możemy się przejść jeszcze bardziej urokliwymi brukowanymi uliczkami, wzdłuż których ciągną się stare domy z podobnymi fasadami z kamienia i drewnianymi okiennicami. Oczywiście w miasteczku znajduje się cała masa galerii sztuki z różnorodnymi wyrobami rękodzielnictwa. Można powiedzieć, że te drobne galerie zdominowały miasto i wszędzie czuje się klimat artystyczny.  Na uwagę zasługuje loggia wenecka z charakterystycznymi podcieniami. W tym miasteczku na prawdę można się zakochać od pierwszego spaceru. Żeby zobaczyć te wszystkie urokliwe zakątki, najlepiej byłoby spędzić tam cały dzień, my mieliśmy tylko nieco ponad godzinę i trzeba było jechać dalej. Nie ma co więcej opowiadać o tym miasteczku, je trzeba po prostu zobaczyć na własne oczy bo jest cudowne, klimatyczne i zachwycające.

Buzet

Jadąc dalej mijaliśmy malowniczo położony na wzgórzu Motovun. Ponieważ przed nami były jeszcze dalej położone miejscowości, Motovun odwiedziliśmy dopiero w drodze powrotnej. Następnym przystankiem był natomiast Buzet. Kolejna urokliwa miejscowość o podobnej architekturze co poprzednie. Auto najlepiej pozostawić na parkingu przy cmentarzu i udać się spokojnie spacerem na starówkę, znacznie więcej zobaczymy niż wjeżdżając samochodem do centrum. Wąskie uliczki, kamienne domy, kolorowe fasady, drewniane okiennice, styl łączący w sobie wpływy włoskie. My mieliśmy tylko czas na szybki spacer, przeszliśmy przez zabytkową Bramę Miejską do centrum miasteczka i zobaczyliśmy miejską dzwonnicę oraz kościół parafialny pw. św. Marii Magdaleny.

Hum

Najdalej oddalonym od Umagu celem naszej wycieczki był Hum, czyli najmniejsze miasto świata, wpisane do Księgi Rekordów Guinessa. Fakt tam są tylko dwie uliczki. Jest jeszcze oczywiście kilka sklepików z lokalnymi produktami, czy pamiątkami. Najciekawszym zabytkiem jest Brama Miejska, przez którą się wchodzi do miasteczka. Jest to jedyne miasteczko, do którego trzeba zapłacić wstęp. Przed wspomnianą bramą znajduje się parking, a opłata pobierana jest przy wjeździe. Trochę to dziwne, ale jak nie odwiedzić najmniejszego miasta świata, będąc na Istrii. 

Motovun

Wracając do Umagu pojechaliśmy do Motovuna. Tutaj nie proponuję wjeżdżać do samego miasteczka, chyba nawet jest zakaz wjazdu dla turystów, ale nie jestem pewien. My zatrzymaliśmy się na parkingu, który się ciągnął wzdłuż ulicy Vladimira Gortana i stamtąd udaliśmy się spacerem do centrum. Ponieważ Motovun położony jest na szczycie wzgórza z murów rozciąga się widok na całą panoramę okolicy. Oczywiście te wąskie uliczki i stare domy zachwycają tak jak we wcześniej odwiedzonych miasteczkach. Tu też zjedliśmy przepyszny makaron z truflami, ale o smakach Istrii będzie w kolejnym wpisie.

Kolejnego dnia mieliśmy już znacznie krótszą wycieczkę. Pojechaliśmy w okolice Šterny i Čepića. Zobaczyliśmy tam istryjską pustynię o księżycowym krajobrazie. Niesamowity widok, po środku lasu hałdy takiej skamieniałej popękanej ziemi, pozbawione roślinności, a twarde jak skała, w sumie nie wiem z czego to było. Jeszcze większe wrażenie zrobił Wodospad Butori. Nie widać go z daleka, praktycznie znajduje się w zagłębieniu poniżej poziomu okolicy, jakby w dole, ale szmaragdowa woda w połączeniu z soczystą zielenią drzew stwarza bajkowe wrażenie. Cudowne niepozorne miejsce bez wątpienia warte zobaczenia.

Istria jest piękna. Czy można się w niej zakochać? W tych urokliwych miasteczkach o charakterystycznej architekturze chyba tak. Mnie zaczarował Motovun i Grožnjan i chętnie bym się tam jeszcze wybrał. Kto planuje urlop na Istrii beż wątpienia powinien odwiedzić te miasteczka, a na pewno pozostanie pod ich urokiem i zapragnie tam kiedyś powrócić…

Sałatka a’la niemiecka

Wydaje mi się, że wersji sałatki niemieckiej, czy jak inni mówią szwabskiej jest pewnie kilkanaście, dlatego też napisałem w tytule a’la, żeby mi ktoś nie zarzucił, że podaję niewłaściwy przepis. Zasadniczo jej składnikiem są ziemniaki, mortadela, ser żółty i majonez, no i ogórki. Ja oczywiście czytając te różne przepisy stworzyłem swoją wersję, wyszła pysznie, przynajmniej mnie i moim gościom smakowała. Do mojej wersji potrzeba 40 dag mortadeli podwędzanej, ma wyraźniejszy smak niż taka zwykła parzona, 40 dag sera żółtego, 6 do 8 ogórków konserwowych, ocet jabłkowy, majonez (ostrzejszy Kielecki będzie najlepiej pasował). 

Wszystkie składniki kroimy w paski równej długości i grubości. Myślę, że tak 5 cm długości i 0,5 cm szerokości będzie idealne. Oczywiście tak na oko, bo przecież nie korzystam z takiej dokładności przynajmniej przy przygotowywaniu sałatek. Proponuję najpierw przemieszać wszystko bez dodatku majonezu, ewentualnie z octem jabłkowym. Octu wystarczą ze dwie łyżki, nie więcej. Po prostu na sucho składniki się łatwiej przemieszają, potem będzie trudniej. Do przemieszanych składników dodajemy kilka łyżek majonezu, sól i pieprz do smaku. Ser i mortadela są dość suche więc ze 4 łyżki majonezu trzeba dodać. Sałatka jest bardzo dobra w smaku, lekko octowa, ale przy serze żółtym i mortadeli, to nawet pasuje, do tego octowości nadają również ogórki konserwowe. Ja już nie dodawałem ziemniaków, jak to jest w niektórych przepisach. Znalazłem również, że zamiast ogórków konserwowych dodaje się kiszone i dolewa trochę tej wody spod ogórków. Może tej wersji kiedyś spróbuję, ale ziemniaków nie będę dodawać. 

Trzeba przyznać że sałatka jest dość ciężka kalorycznie, ale w smaku przepyszna i chce się ją jeść i jeść. Ja też dbam o kondycję fizyczną i dobrą formę, ale jak systematycznie dbamy o aktywność sportową i niezbyt często pozwalamy sobie na takie przekąski, to wszystko jest dozwolone. W końcu takie przyjemności później nas motywują do ćwiczeń ;). Oto kolejny prosty i do tego tani przepis na moim blogu, kto chce spróbować gorąco polecam. Wierzę, że Wam też posmakuje.