Wrocław – miasto do zakochania, czyli sentymentalna podróż z krasnalami w tle

Wrocław to jedno z najpiękniejszych, najbardziej urokliwych i najbardziej pociągających polskich miast. Moja historia z tym miastem rozpoczęła się od wyjazdu służbowego w 2004 r. Do dzisiaj pamiętam te osiem tygodni spędzonych w tym cudownym mieście. Minęło piętnaście lat i Wrocław wzbudza we mnie tyle samo emocji co wtedy. Już wtedy to miasto porażało rozmachem, piękną architekturą, wyjątkową atmosferą, której nie da się poczuć w innym mieście i powiewem „świata zachodniego”. Teraz miasto nabrało jeszcze większego rozmachu, przybyło dużo nowoczesnych budynków biurowych, wiele starych kamienic i zaniedbanych ulic w centrum zostało zrewitalizowanych.

Dworzec kolejowy został wyremontowany kilka lat temu i odzyskał dawny blask, a jego okolice uległy diametralnej zmianie. W bezpośrednim sąsiedztwie powstała nowoczesna dzielnica biurowa, w miejscu dawnego dworca PKS powstał nowoczesny na miarę XXI-wieku, z przylegającą do niego futurystyczną galerią handlową. To takie miasto w mieście.  

Kamienice w rynku wyglądają niesamowicie, z charakterystycznymi stożkowatymi fasadami. W sezonie letnim rynek jest szczelnie wypełniony ogródkami restauracyjnymi, przyległymi do kamienic. W tym miejscu można się poczuć jak na wakacjach daleko od domu. Kawiarniane stoliki zachęcają by przysiąść na chwilę, zamówić kawę i oglądać te setki ludzi przemieszczających się we wszystkich kierunkach.

Największą perełką turystyczną w mojej ocenie są wysepki na Odrze, do których dotrzemy idąc od Rynku ulicą Odrzańską. Skręcając nad Odrą w prawo w ulicę Grodzką, a następnie w lewo na Most Uniwersytecki dotrzemy na Marinę Topacz, gdzie powstały nowoczesne budynki mieszkalne w stylu holenderskim z restauracjami zlokalizowanymi na poziomie parteru. Warto zatrzymać się w tym miejscu, wypić piwo i podziwiać panoramę okolicy nadbrzeża. Idąc dalej Mostem Uniwersyteckim i Kładką Sodową dojdziemy do Wyspy Słodowej, gdzie można aktywnie spędzać czas na świeżym powietrzu. W bezpośrednim sąsiedztwie jest Wyspa Bielarska, Wyspa Młyńska, Wyspa Piasek i Wyspa Daliowa z niesamowitą metaliczną konstrukcją, nazwaną Nawa. Kiedy byłem we Wrocławiu w 2004 r. wyspy te były jeszcze dość zaniedbane, a teraz zachwycają infrastrukturą spacerowo-wypoczynkową, uwierzcie mi, można tam spędzić cały dzień i się nie znudzić. Przy wyspach przycumowane są barki z pubami i restauracjami, każdy tam znajdzie coś dla siebie. Będąc w tej okolicy nie można zapomnieć o słynnym Ostrowie Tumskim i nie skierować tam kroków. Obecnie Most Tumski jest w remoncie i możemy się tam dostać przez Most Młyński lub Most Pokoju. Ciekawym pomysłem jest labirynt z płyt kamiennych na trawniku w bezpośrednim sąsiedztwie Mostu Tumskiego.

Nowego blasku i życia nabrał też Bulwar nad Odrą, szczególnie od strony centrum w pobliżu Mostu Pokoju. Na nabrzeżu powstały betonowe stopnie, na których można usiąść. Część została piętrowo obsadzona wysoką trawą i można poczuć się zupełnie odizolowanym od innych osób spędzających tam czas.

To, co bez wątpienia było, jest i będzie związane z miastem, to krasnale. Krasnali we Wrocławiu jest dużo, sam nie wiem ile. Spacerując dziś po mieście udało mi się upolować 27 sztuk, ale wydaje mi się, że jest ich trochę więcej.

We Wrocławiu jest jeszcze wiele ciekawych miejsc, wartych odwiedzin, ja napisałem dzisiaj o tych najważniejszych, zlokalizowanych w ścisłym centrum więc jeszcze wrócę tu z wrocławskimi wspomnieniami i opowieściami, zaglądajcie więc systematycznie.

Możecie pomyśleć, że jestem nieobiektywny bo mam wielki sentyment do tego miasta, ale nie sposób nie zakochać się we Wrocławiu i to od pierwszego wejrzenia. Jeśli jeszcze tam nie byliście wybierzcie się choć na weekend, a nie pożałujecie…

Budapeszt w dwa dni, praktyczne wskazówki

Opisałem Wam już najciekawsze miejsca w Budapeszcie, które powinniście zobaczyć w czasie kilkudniowego pobytu w stolicy Węgier. Dzisiaj kilka wskazówek jak ułatwić sobie podróżowanie po mieście, gdzie można się zatrzymać, co warto kupić, czy zjeść. Najpopularniejszym i najszybszym środkiem transportu jest metro. Metro to jest najstarszym w Europie, otwarto je w 1896 r. W Budapeszcie działają 4 linie metra (najstarsza jest żółta M1 z zabytkowymi starodawnymi stacjami), a koszt biletu dobowego jest niewielki, to 1650 forintów, czyli około 24 zł. Z biletu możemy korzystać w metrze, tramwaju, autobusie i trolejbusie w granicach miasta. Najlepszym rozwiązaniem jest więc pozostawienie auta na parkingu hotelowym i przemieszczanie się po mieście z wykorzystaniem publicznych środków transportu. Metrem przemieścicie się zarówno pod Wzgórze Gellerta, w okolice Parlamentu, czy do Placu Bohaterów. Ciekawym doświadczeniem będzie też przejażdżka tramwajem wzdłuż Dunaju. Linia tramwajowa biegnie po obu stronach rzeki, bezpośrednio na nadbrzeżu. Metro działa do 23:30, ale w nocy możemy skorzystać z nocnych autobusów. To chyba wszystko, co powinniście wiedzieć o transporcie miejskim.

Wieczorową porą warto udać się nad Dunaj i posiedzieć tam aż do zmroku, przy lampce wina, delektując wzrok pięknymi zabytkami rozlokowanymi wzdłuż brzegu, które prezentują się niesamowicie zwłaszcza po zmroku, kiedy włączana jest iluminacja budynków Parlamentu, Zamku, czy okolicznych kościołów, podświetlone też są wszystkie mosty. Polecam zatrzymać się w restauracji Andante na lampkę wina, no może dwie, koniecznie wybierając stolik na zewnątrz. Widok z tego miejsca na znajdujący się na przeciwległym brzegu Parlament jest niesamowity, a my możemy sobie wygodnie siedzieć, popijać wino i próbować pysznych serów, które w menu ma ta restauracja, można tam też zamówić i inne przekąski, idealnie nadające się do wina. Najlepsze jednak zdjęcia Parlamentu po zmroku, zrobicie po przejściu jeszcze kilkuset metrów dalej do stacji metra Batthyány. Warto jest zejść nad sam brzeg rzeki, tam nic nam nie zasłoni panoramy, a zdjęcia wyjdą oszałamiająco.

Podświetloną bryłę zamku natomiast najlepiej jest podziwiać z ławek na przeciwległym brzegu rzeki, w bezpośrednim sąsiedztwie mostu łańcuchowego. Jest tam też niewielki bar o nazwie Raqpart z leżakami i stolikami, iście letnia atmosfera panowała w tym miejscu podczas naszego pobytu. Jeśli miniecie most łańcuchowy, idąc w stronę Parlamentu, zrobicie ciekawe zdjęcia łączące w jednym ujęciu cały most, a miedzy jego przęsłami Wzgórze Zamkowe. Ciekawe zdjęcia możecie też zrobić schodząc ze Wzgórza Gellerta z miejsca gdzie znajduje się pomnik Świętego Gellerta, z Parlamentem w tle. To miejsce jednak polecam do zdjęć za dnia, a nie po zmroku.

Tyle o doznaniach artystycznych, jeszcze kilka słów na koniec  o kuchni węgierskiej. Będąc na Węgrzech nie sposób nie spróbować zupy gulaszowej. Jest ona nieco tłuściejsza, rzadsza i ostrzejsza od tych, do której my Polacy jesteśmy przyzwyczajeni, ale jest to obowiązkowy obiad w stolicy Budapesztu. W samym centrum miasta w restauracjach będzie drożej, więc lepiej jest poszukać czegoś jedną, czy dwie przecznice dalej. My trafiliśmy do bistro Why not cafe and bar, położonego nad brzegiem Dunaju było tanio i pysznie, czego więcej potrzeba. Stamtąd udaliśmy się bezpośrednio do hali targowej, obowiązkowego punktu odwiedzin, dla każdego kto nie tylko lubi jeść, ale i gotować. Będąc na Węgrzech nie sposób nie kupić tokaju, chyba najpopularniejszego węgierskiego wina oraz papryki, z której wykorzystania kuchnia węgierska słynie. Świeżą paprykę ciężko może być nam przewieźć, ale warto kupić paprykę sproszkowaną lub suszoną, smak będzie nieporównywalny do tego, który znajdujemy w naszych sklepach. Warto też zaopatrzyć się w paprykowe pasty marki UNIVER, idealnie nadają się jako dodatek do gulaszu, czy zimnych przekąsek. Pasty te możecie już również kupić w Polsce w niektórych sklepach.

Stolica Węgier zauroczyła mnie pięknem zabytków i niesamowitą atmosferą, którą szczególnie można poczuć spacerując brzegiem Dunaju. Iście letnia pogoda, która towarzyszyła nam podczas całego pobytu tylko potęgowała wszystkie wrażenia. Jeśli, tak jak ja, jeszcze nie byliście nigdy w Budapeszcie koniecznie się tam wybierzcie. Niestety droga samochodem z Polski nie należy do najprzyjemniejszych, ale zawsze można wybrać połączenie samolotowe. No cóż, narzekamy na nasze drogi, ale po odwiedzeniu Węgier uwierzcie, nie mamy się czego wstydzić i na co narzekać. Dodatkowo musimy pamiętać o zakupie winiet węgierskiej i słowackiej, koszt to 115 złotych, na przejściu granicznym w Chyżne. Więc, pakujcie walizki i w drogę do Budapesztu, przy najbliższym dłuższym weekendzie.

Budapeszt – miasto idealne na krótki wyjazd urlopowy

Tegoroczny długi weekend majowy postanowiłem częściowo wykorzystać na odwiedziny tego nieznanego dotąd dla mnie miasta. Była to również moja pierwsza wycieczka na Węgry. Prawdę mówiąc z południa Polski szybciej można dojechać do Budapesztu, niż nad nasz Bałtyk. Prognozy pogody zachęcały jedynie do odwiedzin tej uroczej europejskiej stolicy, niestety w innych miejscach miało padać i być zimno, momentami deszczowo i śnieżnie. Faktycznie pogoda zdała egzamin i miasto też, przy słonecznej, letniej pogodzie prezentowało się niesamowicie i wywarło na mnie ogromne wrażenie.

Co więc warto odwiedzić w Budapeszcie. Turystyczne centrum Budapesztu i największej atrakcje miasta ulokowane są nad Dunajem. Sam Dunaj to potężna rzeka, porównując ją z naszą rodzimą Wisłą i Odrą, Dunaj jest ze trzy razy szerszy niż największe polskie rzeki. Wróćmy jednak do samego miasta. Najbardziej znanym i chyba najbardziej obfotografowanym zabytkiem miasta jest budynek parlamentu węgierskiego. Umieszczony jest on nad samym brzegiem Dunaju w lekkim oddaleniu od centrum, na wschodnim brzegu rzeki. Budynek można zwiedzać w środku, jednak ja nie skorzystałem z tej okazji, a ponadto nie mieliśmy na tyle czasu, gdyż chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej miasta. Bryła budynku jest majstersztykiem architektonicznym, który najokazalej prezentuje się o zmroku, kiedy słońce zajdzie za horyzont i rozbłyśnie nocna iluminacja, w której parlament wygląda jakby był wykuty w złocie. Sam zrobiłem kilkadziesiąt zdjęć o różnych porach dnia i po zmroku, licząc, że następne ujęcie będzie jeszcze lepsze od poprzedniego.

Kolejną atrakcją turystyczną miasta jest Wzgórze Gellerta. Wzgórze znajduje się na przeciwległym brzegu rzeki, nieco niżej na południe od opisywanego wcześniej parlamentu. U podnóża wzgórza znajduje się wykuty w skale kościół, który jest również wart odwiedzin. Wejście od tej strony zajmuje około 20 minut tempem spacerowym. Podejście jest trudniejsze niż od strony Wzgórza Zamkowego, ale za to zajmuje mniej czasu i idąc tym szlakiem można podziwiać niesamowitą panoramę miasta z najbliżej położonym  Mostem Wolności. Następnym razem również wybrałbym to podejście. Na szczycie wzgórza znajduje się Cytadela i Statua Wolności. Widoki na panoramę miasta są urzekające, można tam spędzić kilka godzin wpatrując się w centrum znajdujące się na drugim brzegu rzeki. My jednak nie mieliśmy na tyle czasu i po zrobieniu kolejnych kilkudziesięciu zdjęć udaliśmy się, schodząc ze Wzgórza Gellerta, w kierunku Wzgórza Zamkowego. Na zamek spacerem dojdziemy w ciągu pół godziny.  Podejście na zamek znajdujący się na szczycie wzgórza tarasami ogrodowymi jest chyba najlepszym sposobem na dotarcie na samą górę i zarazem najprzyjemniejszym. Widoki na panoramę miasta są równie piękne jak ze Wzgórza Gellerta, a spacer idealnie zadbanymi tarasami ogrodowymi, jest przyjemnością samą w sobie. Od strony północnej można dostać się na zamek za pomocą kolejki linowej. Jest to może dodatkową atrakcją, ale sama kolejka turystów do kolejki zachęca tylko do spaceru na górę. Niestety nie wszedłem do muzeum znajdującego się w zamku, raz że nie było na tyle czasu, a poza tym chyba wolę oglądać zabytki z zewnątrz, podziwiać niesamowitą architekturę i włóczyć się urokliwymi uliczkami, niż oglądać obrazy, czy inne dzieła sztuki. Na tarasie zamkowym znajduje się niewielka restauracja, można tam zamówić drinka, czy coś zjeść i odpocząć chwilę, po raz kolejny podziwiając panoramę miasta, jeśli uda nam się znaleźć stolik z odpowiednią ekspozycją widokową. Na wzgórzu zamkowym znajduje się również Baszta Rybacka i Kościół Macieja, jednak tam już nie dotarliśmy. To są główne atrakcje miasta zlokalizowane nad Dunajem na obu brzegach rzeki.

Nad rzeką znajdują się liczne knajpki, bary i restauracje, zarówno w kamienicach, jak i na przycumowanych do brzegu barkach. Warto usiąść tu na dłuższą chwilę, zamówić kieliszek wina, jakieś przekąski, chłonąć tę atmosferę miasta i podziwiać niesamowite zabytki, a zwłaszcza podświetloną po zmroku bryłę zamku, czy parlamentu. Ogromne wrażenie sprawiają również mosty, a każdy z nich jest podświetlony po zmroku.

Jednak nie tylko sam okolica Dunaju kusi pięknymi zabytkami. Koniecznie musicie zapuścić się w labirynt uliczek na wschodnim brzegu rzeki. Głównym deptakiem miasta jest ulica Váci. Ulica pełna jest butików najpopularniejszych światowych marek oraz wszelkiego rodzaju restauracji i barów. Miejscem wartym odwiedzin jest bez wątpienia Bazylika św. Stefana, niestety trzeba wykupić bilet wstępu do środka i odstać swoje w kolejce, na co nie mieliśmy tez czasu. Podczas tego pobytu udało się nam natomiast odwiedzić miejską halę targową i zrobić drobne zakupy. Budynek hali jest zabytkowy, a wnętrze robi wrażenie. Warto przejść się alejami ze stoiskami spożywczymi, gdzie króluje papryka w każdym wydaniu, od świeżej, poprzez suszoną, sproszkowaną i w postaci past. Jeśli nawet niczego nie kupicie, niestety ceny na hali są wyższe niż w zwykłym hipermarkecie, polecam zrobić zdjęcia tych niesamowitych produktów. Ciekawym miejscem w centrum jest również Park Erzsébet przy kole młyńskim, gdzie znajduje się duże skupisko barów i restauracyjek.

W odległości kilku stacji metra od centrum znajduje się Plac Bohaterów z charakterystycznym Pomnikiem Tysiąclecia i Park Városliget. Trafiliśmy tam jeszcze w dniu przyjazdu, kiedy odbywał się wielki festyn z okazji święta 1-go maja, tak ten dzień na Węgrzech też jest świętem i dniem wolnym od pracy. Park wypełniony był dziesiątkami straganów z jedzeniem, karuzelami i tłumami mieszkańców oraz turystów. Przez ten ogromny tłum ludzi miejsce straciło na uroku i zniechęcało do dłuższego pobytu. Bez wątpienia jednak warto jest się tam wybrać na spokojny spacer. Znajdujący się w parku Zamek Vajdahunyad wygląda niczym wyjęty z serii filmów o Harrym Potterze.

To są miejsca, które ja odwiedziłem i które Wam polecam z czystym sumieniem. Patrząc z perspektywy czasu na moją wycieczkę do Budapesztu nie wyobrażam sobie pobytu w tym mieście bez odwiedzenia miejsc, które Wam opisałem. Gwarantuję, że podczas dwu lub trzydniowej wycieczki do stolicy Węgier uda się Wam odwiedzić te wszystkie atrakcje. Jest to optymalny plan na przedłużony weekend, w tym jakże urokliwym mieście.

W kolejnym wpisie umieszczę jeszcze kilka praktycznych informacji, użytecznych podczas krótkiej indywidualnej wycieczki do Budapesztu. Ja na przygotowanie  i pozyskanie odpowiednich informacji miałem tylko jeden wieczór, ale sam wyjazd mogę ocenić jako w pełni udany i pozwalający poczuć atmosferę miasta. Chciałbym, by odwiedzając Budapeszt, również i Wy mogli odkryć wszystkie uroki i poczuć tę niesamowitą atmosferę, którą mnie udało się w pełni zasmakować…

Paella, owoce morza, kolorowe warzywa i pomarańcze, czyli sekrety kuchni hiszpańskiej

W dzisiejszym wpisie trochę o kuchni hiszpańskiej i o moich kulinarnych wspomnieniach z Walencji. W poprzednim wpisie opisałem Wam moi drodzy Czytelnicy, co warto zobaczyć w Walencji, jakie miejsca są obowiązkowymi punktami do odwiedzenia na mapie tego uroczego miasta. Teraz przyszła pora na kulinarną odsłonę Walencji. Z uwagi, iż w Walencji spędziłem zaledwie dwa i pół dnia, nie miałem wielkich możliwości pełnego posmakowania Hiszpanii. 

Będąc w Hiszpanii oczywiście nie można nie spróbować paelii. W Walencji najsłynniejsza jest paella valenciana czyli z mięsem z królika i kurczaka. Ja jednak postawiłem na owoce morza i wybrałem paellę z takimi właśnie dodatkami. Nasz pierwszy wieczór w Walencji zakończył się w jednej z restauracji znajdujących się na starym mieście. Znajomi zamówili sobie patatas bravas, czyli ziemniaczki pieczone ze sproszkowaną papryką i sosem czosnkowym oraz kalmary, a ja oczywiście paellę. Jednego ziemniaczka skosztowałem, to coś w rodzaju naszych pieczonych ćwiartek, wiadomo pieczony ziemniak nie może nie być pyszny i do tego sos czosnkowy, niebo w gębie. A paella, równie pyszna, serwowana tradycyjnie na patelni z pięknymi krewetkami dumnie spoczywającymi na ryżu zabarwionym szafranem. Do tego kieliszek sangrii, Hiszpania w pełnym wydaniu. I jak nie zakochać się w tej kuchni, sami sobie odpowiedzcie. To był niestety jedyny obiad jaki udało się nam zjeść w restauracji na mieście.

Drugiego dnia sami zrobiliśmy sobie kolację sylwestrową, gdyż znajomi mieszkali w apartamencie z w pełni wyposażonym aneksem kuchennym. Ale żeby ugotować obiad trzeba było najpierw zrobić zakupy. A jak zakupy jedzeniowe, to tylko na jednej z kilku hal targowych, które są w mieście. Ja odwiedziłem dwie, Mercat Central i Mercat de Russafa, oczywiście Mercat Central to najsłynniejsza hala targowa i najpiękniejsza, z uwagi na architekturę budynku. Sklepienie kopuły więczącej budynek wzbudza podziw.

Wizyta w hali targowej to obowiązkowy punkt wycieczek nie tylko smakoszy, ale także zwykłych turystów. Feeria barw, która nas uderza na straganach jest niesamowita. Równiutko poukładane owoce i warzywa mieniące się dziesiątkami kolorów zachęcają, weź i zjedz mnie. Ta intensywność barw i różnorodność darów natury wprawia w zachwyt. Od jabłek, poprzez cytryny, pomarańcze, winogrona, cudowne truskawki po melony i banany. Wybór warzyw jest jeszcze większy. Tak dużych owoców papryki i pomidorów jeszcze nigdzie nie widziałem, a smak i soczystość, ehhh. Na straganach kuszą również charakterystycznymi kształtami szynki. Różnorodność owoców morza także jest oszałamiająca, wszelkiego rodzaju krewetki, langustynki, kalmary w różnych wielkościach i małże Świętego Jakuba. Mijając te wszystkie stoiska, nie można zapomnieć o oliwkach, te biją wszelkie rekordy smaku i wielkości, są po prostu przepyszne. Tyle o wizycie w Mercat Central, po prostu musicie tam zajrzeć. 

Pisząc o kuchni hiszpańskiej, warto wspomnieć również o słynnych hiszpańskich tapas. Niestety nie udało się nam odwiedzić jakiegoś baru, by posiedzieć przy winku i delektować się tymi przekąskami hiszpańskimi. Wybierając się kolejnym razem do Hiszpanii, a może i do samej Walencji nie podaruję sobie przynajmniej jednego wieczoru z tapasami i winem. 

W Walencji jest ogromnie dużo kafejek serwujących pyszną kawę i różnego rodzaju kanapki, czy słodkości. Warto przynajmniej raz w takim miejscu zjeść bez pośpiechu śniadanie, delektując się tymi smakołykami i chłonąć otaczającą atmosferę miasta. Poczytałem trochę o lokalnych zwyczajach nim wyjechałem do Walencji i znalazłem kilka ciekawych miejsc. Niestety, zdążyłem tylko jedno odwiedzić, kawiarnię Dulce de Leche, położoną w dzielnicy Russafa. Wybór kanapek i ciast jest oszałamiający, najchętniej przesiedziałoby się tam cały dzień i spróbowało wszystkiego. Nie możecie będąc w Walencji zapomnieć o tej uroczej kawiarni.

Bez wątpienia ciekawym sposobem obcowania z kuchnią hiszpańską jest również przygotowanie sobie lunchu i zabranie go na plażę. My Nowy Rok praktycznie cały spędziliśmy na plaży. Mieliśmy oliwki, owoce, sery oraz hiszpańską tortillę, czyli gruby omlet z jajek i ziemniaków, niestety zimny, ale to nam nie przeszkadzało, do tego kieliszek wina, no może kilka kieliszków. Chwilo trwaj, chciałoby się powiedzieć. Tęsknię za tym czasem, za tym miastem. Zawsze miałem sentyment do Hiszpanii, a teraz odzywa się we mnie tęsknota za tym krajem. Jestem pewien, że jeszcze tam kiedyś pojadę, przecież tylu smakołyków kuchni hiszpańskiej jeszcze nie spróbowałem.

Walencja, miasto pomarańczy, palm, słońca i nie tylko…

Walencja, trzecie co do wielkości miasto Hiszpanii, położone nad brzegiem Morza Śródziemnego, trochę poniżej Barcelony. Trudno mi je porównywać z Barceloną, czy Madrytem, gdyż pozostałych niestety jeszcze nie odwiedziłem. Mój tegoroczny sylwestrowy wypad ze znajomymi do Walencji był pierwszą wycieczką do Hiszpanii. Nie jest to miasto, tak znane i popularne jak Barcelona, ale to bez wątpienia miasto, w którym się zakochacie i pod którego wrażeniem pozostaniecie na długi czas. Kiedy w Polsce jest środek zimy, tam na drzewach w centrum miasta pomarańcze kuszą turystów do grzechu kradzieży. Drzewka pomarańczowe rosną niemal na każdej ulicy, a na pewno w najbardziej reprezentatywnych punktach i placach miasta oraz wzdłuż deptaków dla pieszych. Na głównych placach, gdzie jest większa przestrzeń spotkacie również dorodne palmy, które dają przyjemny cień w słoneczny dzień, a takich dni jest podobno ponad 300 w roku. Palmy tworzą również niesamowity klimat w okolicach plaży miejskiej. Palmami obsadzone są bulwary ciągnące się wzdłuż plaży oraz ciągi piesze przy hotelach i restauracjach usytuowanych wzdłuż plaży i w okolicach portu. Dla nas Polaków, przyzwyczajonych raczej do krótkiego lata i do długiej jesieni i zimy, które przytłaczają nas ponurą pogodą, brakiem słońca i krótkim dniem, takie okoliczności przyrody będą zaskakujące. Do tego w grudniu słońce zachodzi tam dopiero przed 18, a ciemno robi się pół godziny później więc sami przyrównajcie sobie z tym nasze krótkie i ciemne dni listopada i grudnia. Nie uwierzycie, ale 1-go stycznia opalałem się tam w ciągu dnia na plaży w samych spodenkach. Do morza nie wszedłem, bo było raczej zimne, ale mi wystarczył sam pobyt na plaży, słońce i błękit nieba nieskażony żadnym, nawet najmniejszym obłoczkiem, do tego kieliszek sangrii, oliwki, czego chcieć więcej. 

Jednak nie tylko słońce, plaża, palmy i pomarańcze zachęcają do odwiedzin tego miasta. Zabytkowe centrum Walencji jest na tyle piękne, że warto mu poświęcić kilka dni. Te same miejsca warto jest odwiedzić nie tylko w ciągu dnia, ale również wieczorową porą, kiedy zabytkowe budynki zyskują nocną świetlną iluminację, a tłumy mieszkańców i turystów spędzają czas w licznych restauracjach i zewnętrznych ogródkach piwnych delektując się pysznymi daniami kuchni hiszpańskiej, czy po prostu spędzają czas ze znajomymi przy piwie, lampce wina i lokalnych tapas. To co zwraca uwagę w Walencji to duża ilość placów. Jest ich kilka w mieście i każdy wart jest odwiedzenia, a znajdują się one w bliskiej odległości od siebie. 

Głównym placem Walencji jest Placa de l’Ayuntament – plac przy urzędzie miasta. Plac znajduje się w odległości 3 minut spacerem od dworca kolejowego. Jest to raczej plac spacerowy, gdzie można usiąść na ławeczce w cieniu palm i zrobić sobie przerwę podczas wędrówki po mieście. Niesamowita jest architektura kamienic otaczających plac i samego ratusza. Jak już wspomniałem o dworcu kolejowym, warto przejść się na plac dworcowy, gdyż zbytkowy budynek dworca kolejowego robi niesamowite wrażenie, a obok znajduje się arena walk byków, która z zewnątrz wygląda jak mini koloseum z czasów starożytnych. Niestety była zamknięta wiec nie mogliśmy jej obejrzeć od środka. Stojąc twarzą do ratusza miejskiego w lewo dojdziemy do dworca kolejowego, a w prawo do samego centrum. 

Idąc w prawo od ratusza dojdziemy w ciągu 5 minut do kolejnego niesamowitego miejsca, Placa de la Reina. Plac ten jest bardziej obsadzony zielenią no i pięknymi rosłymi palmami. Wokół placu znajduje się mnóstwo restauracji i kafejek, które rozkładają swoje ogródki letnie wzdłuż kamienic, a w Walencji sezon na nie trwa cały rok. Warto przysiąść w jednym z takich ogródków nawet na godzinę lub dłużej i poczuć atmosferę tego miejsca z jego smakami, palmami i tłumami przemieszczających się ludzi we wszystkie strony. Plac od północy zamyka zabytkowy budynek katedry, której wnętrza w surowym romańskim stylu warte są odwiedzenia. Katedra jednocześnie zamyka od południa kolejny plac – Placa de la Mare de Deu, przy którym znajduje się bazylika Matki Boskiej. Na tym placu również możemy przysiąść na dłuższą chwilę w jednym z ogródków restauracyjnych zlokalizowanych wzdłuż zachodniej ściany placu. Koniecznie zajrzyjcie też do bazyliki, wnętrze wraz z kopułą jest niesamowite.

Będąc w śródmieściu nie sposób nie odwiedzić również Placa Redona. Plac ten mijamy po lewej stronie idąc od Placa de l’Ayuntament do Placa de la Reina ulicą  Sant Vincent Martir. Co ciekawe nie jest to typowy plac, ale podwórko wewnątrz kamienic w kształcie koła. Jeśli nie wiecie o tym placu, praktycznie możecie go minąć nawet nie wiedząc o nim, ale jest to ciekawostka, którą polecam zobaczyć. Wejścia na plac są charakterystyczne, to otwarte bramy w kształcie lekko spłaszczonych łuków. Będąc w Walencji nie można również zapomnieć o charakterystycznych halach targowych, ale o nich i o kuchni hiszpańskiej napiszę w kolejnym wpisie. Dzisiaj tylko o zabytkach i miejscach wartych odwiedzenia. 

W mojej ocenie obowiązkowym punktem podczas wędrówki po mieście jest również muzeum ceramiki. Przyznaję się sam nie byłem w środku, ale z zewnętrz budynek oglądałem zarówno w ciągu dnia, jak i przy nocnej iluminacji. Jest on perełką architektoniczną samą w sobie, którą musicie zobaczyć będąc w Walencji. 

Obiektami, które również udało mi się zobaczyć są dwie gotyckie wieże z XV wieku, będące pozostałością dawnych murów miejskich. Jedna znajduje się od północnej strony centrum, a druga od zachodniej. Klucząc po zabytkowych uliczkach bez problemu do nich traficie. Bez wątpienia obowiązkowym punktem wycieczki powinno być również muzeum nauki i budynek opery, usytuowane przy dawnych korycie rzecznym w pobliżu portu. Mnie niestety nie udało się już tam dojechać, ale oglądając zdjęcia, budynki zachwycają nowoczesną architekturą i wyglądają jak kosmiczne statki wynurzające się z wody. Nie udało mi się również pospacerować dawnym korytem rzecznym, gdzie urządzony jest park miejski z licznymi ścieżkami rowerowymi, spacerowymi i placami zabaw. Co jest charakterystyczne dla Walencji, to dość wysoka zabudowa centrum. Kamienice mają po 5 lub nawet więcej pięter, ale nie przytłacza to specjalnie.

To są miejsca, które warto odwiedzić w Walencji i które osobiście polecam. Żałuję, że nie wszędzie udało mi się być, ale ja spędziłem tam tylko niecałe 3 dni. Spędzając tam tydzień lub więcej na pewno nie będziecie się nudzić, gdyż jestem przekonany, że jest tam jeszcze więcej wspaniałych miejsc do odkrycia i do tego cudowna szeroka plaża miejska. Na pewno jeśli mi tylko czas pozwoli wybiorę się tam jeszcze kiedyś nawet na weekend, ale tyle nawet wystarczy by naładować życiowe baterie tym słońcem i wspaniałą atmosferą miasta. W kolejnym wpisie opisze moje odwiedziny w halach targowych i moje doznania kulinarne z tego uroczego miasta.

Mykonos, grecka wyspa inna niż wszystkie…

Wycieczki na Mykonos nie planowaliśmy długo, praktycznie zdecydowaliśmy się na nią dwa dni przed powrotem do domu. Na Naxos niemal każde biuro podróży oferuje wycieczki na niedaleką wyspę Mykonos. Koszt wycieczki zależy od dnia, który wybierzemy. Z tego co pamiętam najtańsze rejsy były w poniedziałki i środy. Rejs na Mykonos trwa około 2 godzin. Po drodze były dwa przystanki na Paros i Delos. Niestety zdecydowaliśmy się na wycieczkę jednodniową więc nie udało się nam zwiedzić całej wyspy i plaż na południu, które słyną z imprezowego charakteru. Do powrotnego rejsu mieliśmy nieco ponad 4 godziny wiec zdecydowaliśmy się na spokojną wycieczkę po głównym mieście wyspy, czyli Mykonos. Sam rejs na wyspę był dość ciężki dla niektórych pasażerów. Duże fale bujały statkiem na wszystkie strony, co u niektórych powodowało problemy żołądkowe. Po dwóch godzinach silnego kołysania dotarliśmy do wyspy. Na szczęście statek zacumował w starym porcie więc do samego centrum mieliśmy kilka minut piechotą.

Niestety z nowego portu droga spacerem zajęłaby około 40 minut. Nie zdecydowaliśmy się na wypożyczenie skutera więc żwawym krokiem ruszyliśmy w kierunku centrum i tzw. Małej Wenecji. Idąc wzdłuż wybrzeża dotarliśmy do pierwszych kawiarni i restauracji. Jako, że wypływaliśmy dość wcześnie nie było dużo czasu na śniadanie i poranną kawę więc zatrzymaliśmy się w jednej z nadbrzeżnych kawiarni na cappuccino. Cudowne chwile spędzone na obserwowaniu morza, przypływających statków i przemieszczających się we wszystkie strony turystów. Po półgodzinnym odpoczynku ruszyliśmy dalej wzdłuż wybrzeża. Minęliśmy po drodze grecki kościół prawosławny, przy którym wszyscy zatrzymywali się by zrobić sobie zdjęcie. To prawda, ten kościół wyglądał oryginalnie i warto było się zatrzymać przy nim by zrobić kilka zdjęć.

Idąc dalej dotarliśmy do Małej Wenecji. Jest to uroczy zakątek wypełniony restauracjami, które znajdują się na samym brzegu morza. Przy większych falach, siedząc przy stoliku, mamy szansę zaliczyć niewielki prysznic, który tworzą fale rozbijające się o nadbrzeże. Tam zatrzymaliśmy się na piwo. Co prawda było dość drogie, 7 eur za 0,3 litra ale warte było widoku, który rozpościerał się przed nami. Na horyzoncie widniały, charakterystyczne dla Mykonos wiatraki, a raczej rząd sześciu wiatraków położonych w bliskiej odległości. To jeden z obowiązkowych punktów do odwiedzenia podczas pobytu na wyspie. O wschodzie lub o zachodzie słońca zdjęcia tych wiatraków muszą być niesamowite. My mogliśmy podziwiać te wiatraki jednak tylko w samo południe. Zauroczeni widokami, po kolejnej przerwie ruszyliśmy w kierunku owych wiatraków idąc dalej wzdłuż nabrzeża i unikając wodnego prysznica, który serwowało morze. Niestety zrobienie zdjęcia samym wiatrakom graniczyło z cudem więc korzystając z okazji pstrykałem fotki, wtedy gdy turystów było najmniej. Po obowiązkowej sesji fotograficznej udaliśmy się już na spacer wąskimi uliczkami. Miasto jest niezwykle urokliwe, a biel ścian i błękit okiennic oraz drzwi królują na każdym kroku. Na Mykonos zrobimy nawet zakupy w butiku znanej światowej marki LOUIS VUITTON. Spacerując przez miasto zatrzymaliśmy się na kolejne piwo i kolejny krótki odpoczynek. Musimy sobie zarezerwować przynajmniej ze dwie godziny by zwiedzić chociaż część miasta. Na obiad wybraliśmy tawernę Nico’s, spróbowałem tam makaronu z ośmiornicą, która była niesamowicie miękka  i delikatna, zbliżona w smaku do kurczaka, ale o niebo lepsza. Idealnie przygotowana, bez kszty gumowatości czy twardości. Wracając po obiedzie na statek zaopatrzyliśmy się jeszcze w obowiązkowe pamiątki w postaci magnesów i kubków.

Mykonos jest całkiem inna w porównaniu z pozostałymi wyspami greckimi. Ilości turystów nie da się porównać z Naxos, czy Paros. Innym rytmem też toczy się życie na Mykonos. Wyspa ta nazywana jest grecką Ibizą i znana jest ze swojego imprezowego charakteru. Niestety nie udało nam się zobaczyć tego oblicza wyspy, z uwagi na ograniczony czas pobytu. Nie udało się nam też spotkać żadnego celebryty, ani światowego formatu gwiazdy. Tak, tak wyspa jest również znana z tego, że jest celem wyjazdów wakacyjnych wielu znanych gwiazd świata rozrywki. Wybierając się na Mykonos warto też zaopatrzyć się w większy zapas gotówki, gdyż jedzenie jest tam droższe, a poza tym cała masa różnego asortymentu butików kusi na każdym kroku do zakupów.

Cieszę się, że odwiedziłem Mykonos nawet na te kilka godzin. Bez wątpienia jest to wyspa, której warto poświecić znacznie więcej czasu. Kto szuka spokoju i ciszy podczas wyjazdu wakacyjnego, to tego tam nie znajdzie. Ktoś zaś lubi gdy cały czas coś się wkoło dzieje będzie zadowolony spędzając urlop na Mykonos. Ja sam z chęcią wybrałbym się tam jeszcze raz, by oprócz ponownej wycieczki po mieście odwiedzić również plaże położone na południu wyspy.

Palcem po Naxos, czyli co warto zobaczyć na tej grackiej wyspie

Czas na kolejne wakacyjne wspomnienia z Naxos. Wyspa Naxos jest na tyle mała, że spędzając tam kilkanaście dni nie sposób jest siedzieć tylko w jednym miejscu, odwiedzając najbliższą plażę i nie wybrać się na wycieczkę autem, czy skuterem po wyspie. Jest kilka miejsc, które bez wątpienia warto odwiedzić. My zaplanowaliśmy dwie wycieczki. Jedna trasa obejmowała wyjazd do lasu cedrowego. Las ten znajduje się na południowo-zachodnim krańcu wyspy w Alyko. Jadąc wzdłuż zachodniego wybrzeża dojedziemy samochodem na sam koniec półwyspu. Mieszkaliśmy w Stelidzie więc była to jedyna właściwa droga na południe wyspy.  Nad samym morzem znajdują się ruiny, a raczej niedokończona budowa jakiegoś wielkiego ośrodka wypoczynkowego, tak mi się wydaje, ale nie jestem pewien po czym pozostały te ruiny. Trochę to przypomina też pozostałości po powojennych bunkrach. Atrakcją miejsca są oryginalne graffiti, które możemy podziwiać w środku ruin. Wzdłuż wybrzeży półwyspu Alyko ciągną się urokliwe zatoczki z lazurową wodą, w których można się schłodzić w trakcie wycieczki do lasu cedrowego.

Wracając z powrotem na północ wyspy warto zatrzymać się na jednej z kilku urokliwych plaż, które mijamy po drodze, takich jak Mikri Vigla, Plaka, Agia Anna, czy Agios Prokopios. Pisałem o nich w poprzednim wpisie. My na dłuższy wypoczynek, tym razem,  zatrzymaliśmy się na Mikri Vigla. Przy plaży znajduje się nieduża knajpka, w której serwują doskonałe frytki z lokalnych ziemniaków i wielkie porcje tzatziki. Naxos słynie z ziemniaków. Kierując się dalej na północ nie sposób nie zatrzymać się przy północnej części Mikri Vigla, usytuowanej za półwyspem, jadąc od południowej strony wyspy, gdzie znajduje się szkoła kite-surferów. Widoki są niesamowite, a my zatrzymaliśmy się tam dwukrotnie, jadąc na południe i wracając przed zachodem słońca. Tak jak pisałem w poprzednim wpisie, atmosfera do zdjęć jest o wiele lepsza w godzinach przedpołudniowych.

Kolejna wycieczka skierowała nas na północno-wschodni kraniec wyspy i do części centralnej, zataczając krąg by wrócić do domu w Stelidzie. Ta wycieczka była dość męcząca, niestety większość czasu spędza się w samochodzie, a droga nie jest łatwa, kręta, wąska i prowadzi przez góry. Za to widoki jakie możemy zobaczyć wynagradzają cały ten trud. Panoramy wyspy z zarysem morza na horyzoncie zapierają dech w piersiach i to nie jest przesada, czy jakieś koloryzowanie z mojej strony. Pierwszym celem tej wycieczki było Apollonas, gdzie znajdują się jedna z rzeźb olbrzymów, tzw. kouros. Samo Apollonas jest urokliwym miasteczkiem, gdzie w samym centrum, nad niewielką plażą ulokowanych jest kilkanaście knajpek i restauracji. Warto jest zatrzymać się tam na chwilę na kawę i poobserwować w spokoju morze. Stamtąd pojechaliśmy do samego środka wyspy, a kolejnym przystankiem było urokliwe Apiranthos. Jest to stare, historyczne miasteczko, gdzie niemal wszystko zbudowane jest z marmuru, domy, ulice i schody. Apiranthos jest wyjątkowe samo w sobie. Mimo iż żar lał się z nieba wybraliśmy się na spacer po starej części miasta. Nie jest to łatwa wycieczka, gdyż schody są wszędzie, prowadzą nas albo pod górę, albo w dół. Nie wyobrażam sobie by ktoś będąc w Apiranthos nie odbył takiej wycieczki przez miasto. Ten otaczający nas ze wszystkich stron marmur, działający oślepiająco w promieniach słonecznych robi duże wrażenie. Niedaleko Apiranthos, po drodze w kierunku Chora Naxos znajduje się magiczne, jedyne w swoim rodzaju miejsce. To restauracja Rotonda, położona nad przepaścią z niesamowitą panoramą na środkową część wyspy aż po morze. Tak, tak na horyzoncie widać zarys morza gdyż wyspa jest nieduża. Widoki z tarasu restauracji zapierają dech w piersiach. Posiłek w takim miejscu jest wydarzeniem samym w sobie. Amatorzy fotografii poczują się tam jak w raju. W pobliżu restauracji znajduje się stary młyn, warto podejść bliżej i zrobić kilka ciekawych zdjęć. Te młyny są charakterystyczne dla greckich wysp. Wracając jeszcze do restauracji, dania, których próbowaliśmy były przepyszne, doskonałe risotto z grzybami i truflami, talerz mięs dla dwojga, czy mięso a’la gulasz. Niestety odpuściliśmy sobie jaskinię Zeusa, ale po Rotondzie nie spodziewałem się już czegoś bardziej spektakularnego, a niestety czas nas gonił już do domu. Powrót do Stelidy był nadspodziewanie szybki, z tego co pamiętam w niecałą godzinę byliśmy już w Chora Naxos.

Ze zorganizowanych samodzielnie wypraw pozostała jeszcze wycieczka na Mykonos, ale o tym w kolejnym wpisie, soon…

 

 

 

Naxos, mała grecka wyspa, kierunek na letni wypoczynek

Dawno nie umieszczałem wspomnień z moich dalszych, czy bliższych podróży. Ostatnio jakoś koncentrowałem się na przepisach kulinarnych, a na szersze opowieści nawet nie było czasu. Jednak w końcu nadszedł i ten dzień. Tegoroczne wakacje spędziłem ze znajomymi na greckiej wyspie Naxos. Wyspa ma do zaoferowania głownie ciekawe, urokliwe i szerokie plaże oraz lazurowe morze. My spędzaliśmy urlop w części wyspy zwanej Stelida. Dom, który wynajmowaliśmy położony był w odległości 10 minut jazdy autobusem od centrum głównego miasta Naxos Chora. Niestety gorsza był droga do przystanku autobusowego, która zajmowała około 20 minut spacerem. Dom wynajmowaliśmy w ośrodku Country Villas. Sam domek czysty, w pełni wyposażona kuchnia, kilka sypialni w zależności od wariantu, dostęp do basenu znajdującego się na terenie ośrodka. Jedyny minus stanowiła odległość od plaży i przystanku autobusowego, a raczej nie odległość, a sama droga, którą trzeba było pokonać, a częściowo prowadziła ona po prostu przez łąki i nieużytki, których przejście po zmroku nie należało do najprzyjemniejszych. Jeśli ktoś wypożyczy sobie samochód to wybór tego ośrodka jest bardzo dobrym pomysłem. Ale wracając już do samej wyspy.

Najbliżej była położona plaża Agios Prokopios. Plaża idealna, szeroka, z drobnym piaskiem oraz w miarę płytkie morze, w którym mogą zażywać kąpieli nawet ci, którzy nie umieją pływać, strefa płytka jest wystarczająco szeroka. W pobliżu plaży znajduje się samo centrum Agios Prokopios, gdzie liczne restauracje oferują doskonałe dania kuchni greckiej i nie tylko. Bez wątpienia godne polecenia i sprawdzone są Tawerna Perama, gdzie spróbowałem doskonałego, faszerowanego warzywami i serkiem kalmara. Na uwagę zasługuje również restauracja Gianoulis, przed którą wieczorową porą zawsze ustawiały się kolejki, tam degustowałem, z tego co pamiętam, klopsiki w sosie. Odwiedziliśmy również włosko-grecką restaurację La Trattoria, dwa razy zamówiłem tam lasagne z warzywami, porcja była ogromna, ledwo do przejedzenia dla mnie, ale doskonała w smaku, pizza też była niemal jak z Włoch. Dla zwolenników kuchni wegetariańskiej polecam pomidory faszerowane ryżem z warzywami, lub faszerowaną cukinię, choć ta zawierała już dodatek mięsa, dania których próbowaliśmy w restauracji Anesis Spiros, położonej niemal przy samej plaży.

Ciekawe plaże ciągną się głównie wzdłuż zachodniego wybrzeża wyspy. Zaraz za Agios Prokopios jest Agia Anna i potem długa Plaka Beach i dalej na południe Mikri Vigla Beach. Wszędzie dostępne są leżaki z parasolami, lepszej lub gorszej jakości w cenie od 10 eur za zestaw. Na Plaka zarezerwowaliśmy sobie ogromny parasol na 4 osoby w cenie 18 eur, przy czym w tej cenie mogliśmy zamawiać napoje z przyległej knajpki, wtedy parasol wychodził za darmo. Wszystkie plaże doskonałe są na wypoczynek zarówno dla par, jak i rodzin z dziećmi. Ciekawostką jest fakt, że na Agios Prokopios jest kawałek plaży gdzie zwolennicy naturyzmu bez problemu mogą w poczuciu pełnej swobody mogą zażywać kąpieli słonecznych i wodnych. Z kolejnych ciekawostek, przy północnej części plaży Mikri Vigla znajduje się szkoła kite-surferów. Miejsce niesamowite, niemal bajkowe, kiedy oglądasz te dziesiątki spadochronów wirujących na tle błękitnego nieba. Mógłbym tam przesiedzieć cały dzień, gapiąc się na te olbrzymie hmm… kolorowe motyle, które sprawiają wrażenie, że czujesz się jak na Hawajach. Pierwszy raz w życiu widziałem takie coś i na pewno zapamiętam na zawsze. Będąc na Naxos musicie podjechać w to miejsce, w godzinach przedpołudniowych światło i efekt jest najlepszy, a można tam zrobić bajkowe zdjęcia.

Największym miastem wyspy jest Chora Naxos, odwiedziliśmy je trzykrotnie. Jest to jednocześnie główne miasto portowe, do którego dopływają promy z lądu i innych wysp. Największą atrakcją miasta jest Portara, czyli ruiny starożytnej greckiej świątyni, położone na cyplu przy samym porcie. Polecam odwiedzić to miejsce o zachodzie słońca, choć wtedy tłumy są niesamowite, każdy czeka na idealne zdjęcie w promieniach zachodzącego słońca. Niesamowita jest również starówka, polecam odwiedzić przynajmniej dwukrotnie, raz za dnia, a raz po zmroku, kiedy wszystko jest już pooświetlane. Wrażenia są niesamowite, do tego te malowane w sposób specyficzny dla Naxos chodniki. Kręte uliczki, tworzą labirynty w których naprawdę na dłuższą chwilę można się zagubić, ale spokojnie, zawsze w końcu znajdziemy właściwe dojście w okolice portu. Warto zwiedzić te tajemnicze zakamarki, odkrywające niesamowite urocze miejsca. Warto również usiąść w jednym z restauracyjnych ogródków umieszczonych przy promenadzie ciągnącej się wzdłuż portowego wybrzeża, wypić piwo, czy drinka i ze spokojem oglądać przemieszczające się tłumy turystów, czy przypływające i odpływające promy oraz statki.

Co do praktycznych rad przed wyjazdem w Agios Prokopios jest jeden duży sklep spożywczy. Duży supermarket Spar jest po drodze autobusem do Chora Naxos, tam kupicie wszystko. I jeszcze jedna sprawa, my z lądu płynęliśmy promem na Naxos. Droga zajmuje jednak ponad 5 godzin, mniej lub bardziej wygodnym promem w zależności od ceny. Jest to trochę uciążliwe i męczące, ale za to możemy po drodze podziwiać miasta portowe, w których promy się zatrzymują. Trafiliśmy jeszcze na strajk marynarzy w Grecji podczas naszego pobytu więc zaliczyliśmy dodatkowe atrakcje, związane ze zmianą rezerwacji rejsu powrotnego, ale na szczęście udało nam się wrócić na czas na samolot z Aten do Polski. Inną opcją jest przelot z Aten na Naxos. Tak, tak, na Naxos jest niewielkie lotnisko, jednak ta opcja, mimo iż krótsza czasowo, jest droższa niż przeprawa promowa. Tak wyglądał nasz pobyt na Naxos. Zaliczyliśmy jeszcze dwie wycieczki samochodowe po wyspie i rejs na Mykonos, ale o tym w kolejnym wpisie, już niedługo…

Lubelskie bramy i zakamarki

Dzisiaj dalszy ciąg poprzedniego wpisu. Jestem osobą dość zdyscyplinowaną. Nie trzeba było więc długo czekać. W środę po prostu zebrałem się w sobie i zrobiłem wieczorny spacer aż pod zamek. Pogoda była idealna, wszędzie biało, a do tego świeżo padający śnieg tworzył niesamowitą atmosferę i do spaceru i do zdjęć, których udało mi się kilkanaście zrobić. Lubelska starówka zauroczyła mnie w takim samym stopniu, jak podczas pierwszego spaceru. Te wąski uliczki i bramy, które są wszędzie. W mojej ocenie Lublin jest jednym z tych nielicznych miast, w których widziałem tak dużą ilość bram i łuków. Niemal w każdej uliczce, za każdym zakrętem można znaleźć przynajmniej jedną bramę, którą jeśli miniemy, otwiera przed nami kolejne ciekawe zakątki miasta. Tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć i samemu odkryć te urokliwe zakamarki miasta. Zapraszam więc do mojej galerii zdjęć, które udało mi się zrobić podczas środowego spaceru. Mam nadzieję, że zachęcą Was do odwiedzin Lublina, polecam…

Lubelskie smaki i nie tylko

Ostatnie tygodnie mijają mi w Lublinie. Z uwagi na moją pracę poznałem trochę to miasto, bo jestem już tutaj po raz trzeci. Muszę przyznać, że lubelska starówka jest bardzo urokliwa. Wąskie uliczki, przechodzące w kręte zakamarki to tworzy klimat starego miasta, który uwielbiam. Po raz pierwszy zawitałem tu 4 lata temu, była niesamowicie mroźna zima, jednak nie mogłem sobie darować spaceru na starówkę, mimo niesprzyjającej pogody i mrozu, który pamiętam powodował iż palce nawet w rękawiczkach niemal zamarzały.

Kolejny raz odwiedziłem to miasto wczesną jesienią. Wtedy naprawdę dało się poczuć klimat zabytkowego śródmieścia. Liczne ogródki piwne na starówce, a do tego ciepła, jesienna pogoda, która pozwalała na długie spacery. Teraz odwiedzam to miasto po raz trzeci. Niestety jakoś nie mogłem się zebrać, by choć raz dojść pod zamek, ale nic straconego jestem tu jeszcze kilkanaście dni i muszę tam dotrzeć bezwzględnie.

Patrząc przez pryzmat smaków, jakie tu poznałem, jest jedna rzecz, która zawsze będzie mi się kojarzyć z Lublinem, tzw. cebularz. To taka drożdżowa bułka z farszem z cebuli, coś na wzór małej pizzy, które możemy kupić w piekarniach. W wielu miastach widziałem te mini pizze z pieczarkami czy z salami, ale cebularza mogłem kupić tylko w Lublinie. To jeden ze smaków, który będzie mi się kojarzyć tylko z tym miastem. Teraz w hotelu, którym mieszkam odkryłem jeszcze inny, nowy smak, pieróg lubelski z kaszą gryczaną albo z serem. Z kształtu przypomina keks, a jest to coś w rodzaju ciasta kruchego faszerowanego twarogiem z ryżem na słodko, lub kaszą gryczaną z serem, ale już nie w słodkim wydaniu. Smak ciekawy muszę przyznać. Niestety innych smaków nie popróbowałem, choć jest jeszcze pewnie co najmniej kilka charakterystycznych dla tego miasta i regionu potraw. Polecam, odwiedźcie to miasto bo warto, bez wątpienia pozostaniecie pod urokiem tych wąskich uliczek i zakamarków, które przez kilka dni można odkrywać na starym mieście. Lepiej jest się jednak wybrać letnią porą lub wczesną jesienią, wtedy wrażenia będą o wiele ciekawsze.