Od świętości Bazyliki Sacre-Coeur po bezwstydność Placu Pigalle, czyli Paryż na weekend cz. 2

Sobota była naszym drugim, pełnym dniem pobytu w Paryżu. Po dość długim spacerze poprzedniego dnia od Katedry Notre-Dame, aż do Wieży Eiffela, drugi dzień był spokojniejszy. Przeznaczyliśmy go na zwiedzanie dzielnicy artystów, czyli Montmartre, niektórzy mówią, że to taki „francuski Kazimierz”. Montmartre jest częścią 18 Dzielnicy Paryża, położone jest na wzgórzu, więc z niektórych punktów rozciąga się widok na całą panoramę Paryża. 

Najlepszym miejscem na rozpoczęcie wędrówki po Montmartre jest stacja metra Anvers. Mieszkaliśmy w centrum więc dwiema liniami metra 11 i 2 z przesiadką na stacji Belleville, dojechaliśmy do stacji Anvers. Ze stacji metra kierujemy się na Rue de Steinkerque, w kierunku Bazyliki Sacre-Coeur. Nie sposób wybrać innej ulicy z tej stacji metra. Tutaj zawsze panuje tłok, przewijają się setki turystów w obie strony i znajduje się masa sklepików z różnego rodzaju pamiątkami. Uważajmy jednak, bo w tym tłumie szybko możemy zostać pozbawieni portfela więc trzeba dobrze się pilnować. Po 10 minutach powolnego spaceru w przelewającym się tłumie turystów naszym oczom ukazuje się plac i imponująca budowla Bazyliki Sacre-Coeur, znajdująca się na szczycie wzgórza Montmartre. Na Placu Saint-Pierre znajduje się karuzela, stoi tam od lat, jak byłem w Paryżu w 2005 r., ta karuzela też tam działała. Polecam usiąść na kawę w restauracji Le Ronsard, znajdującej się na wlocie Rue de Steinkerque na plac. Przed restauracją znajdują się stoliki, a widok przy kawie na Bazylikę Sacre-Coeur jest jedyny w swoim rodzaju i niezapomniany. Uwielbiam takie magiczne chwile, kiedy można po prostu usiąść, oglądać widoki wkoło i nigdzie się nie spieszyć, tylko cieszyć tym jedynym w swoim rodzaju momentem. Usiądźcie tam i cieszcie się chwilą przez te kilkanaście minut, a dodam, że kawa tam jest doskonała.

Po pysznej kawie czekała nas wędrówka na sam szczyt, aż pod bazylikę. Niestety pokonanie kilkudziesięciu schodów w palącym słońcu nie należy do przyjemności, ale cóż, dzielnica jest położona na wzgórzu więc eksplorując jej zakątki, nie raz będziecie się wspinać pod górę by następnie schodzić w dół za najbliższym zakrętem. Spod bazyliki rozciąga się spektakularny widok na prawie całą panoramę Paryża, niestety niektóre miejsca, w tym Wieżę Eiffela, przysłaniają drzewa. Na schodach bazyliki zawsze siedzą tłumy turystów odpoczywających po wspinaczce na górę. Ponieważ wstęp do bazyliki był bezpłatny, postanowiliśmy zobaczyć wnętrza. Niestety musieliśmy odstać swoje w kilkudziesięciometrowej kolejce, ale w sumie kolejka szybko się przesuwa, a wnętrza na prawdę warte są zobaczenia.

Po wyjściu z bazyliki, naturalnym kierunkiem jest Place du Tertre. Jest to plac z kawiarniami, restauracjami, gdzie lokalni artyści sprzedają swoje obrazy. Jeśli mamy dłuższą chwilę czasu i chęć możemy sobie u nich zamówić portret, który namalują w przeciągu kilkunastu minut. Od bazyliki, do placu dojdziemy uliczkami Rue du Cardinal Guibert, Rue du Chevalier de La Barre i Rue du Mont-Cenis. Tam jest tak tłoczno i wszyscy turyści kierują się do tego placu więc napewno nie zabłądzicie. Obrazy i obrazki ręcznie malowane, która można kupić są cudowne, ale nie należą do najtańszych. Polecam też zatrzymać się w jednej z restauracji przy Placu du Terte i zamówić sobie lampkę wina nim ruszymy dalej. To jest właśnie urok Paryża, że siedząc bez pośpiechu w kawiarni lub restauracji i pijąc kawę lub sącząc wino, możemy obserwować to, co dzieje się wkoło. 

Ruszając w dalszą wędrówkę po Montmartre nie podam Wam konkretnego planu. Najlepiej samemu pobłądzić w tych uliczkach, gdzie za każdym rogiem można odkryć coś ciekawego, jakąś urokliwą kamienicę, miejsce gdzie pomieszkiwał jakiś słynny artysta, czy schodki, które prowadzą do kolejnej ulicy. Nie bójcie się, nie zagubicie się w tej okolicy, a może odkryjecie coś ciekawego i zaskakującego. Jedno Wam powiem, jak będziecie chcieli się stamtąd szybko wydostać to Rue Lepic dojdziecie do słynnego Moulin Rouge. My spacerując uliczkami Montmartre widzieliśmy charakterystyczny drewniany wiatrak, przy restauracji Le Moulin de La Galette, położonej na skrzyżowaniu Rue Lepic i Rue Girardon. Stojąc na wprost tej restauracji, jeśli skręcicie w prawo w Rue Girardon, dojdziecie do placu, gdzie znajduje się popiersie słynnej piosenkarki Dalidy, jest stamtąd niesamowity widok na kopuły Bazyliki Sacre-Coeur, górującej nad dachami kamienic, jeśli skręcicie w lewo to przy wąskiej Rue d’Orchampt zobaczycie dom, w którym mieszkała Dalida. Odwiedziliśmy również Cimetiere de Montmartre, gdzie znajduje się grób Dalidy, z imponującą rzeźbą niemal naturalnej wielkości. Montmartre kryje sobie wiele urokliwych zakątków więc warto tam spędzić ze 3 godziny na spokojny spacer tymi uliczkami, robiąc sobie co jakiś czas przerwę na lampkę wina w jednej z dziesiątek urokliwych restauracji znajdujących się w okolicy. 

Po dwóch lub trzech godzinach spacerowania oraz pysznym obiedzie w restauracji Le Pain Quotidien Lepic udaliśmy się w kierunku słynnego Moulin Rouge. Bez tego punktu, chyba nie możemy powiedzieć, że zwiedziliśmy Montmartre. Niestety słynnego wiatraka na dachu kabaretu nie było, bo został uszkodzony przez wiatr i jeszcze nie naprawiony. Brak wiatraka nie zniechęca turystów, których dziesiątki kłębią się na środku skrzyżowania robiąc pamiątkowe zdjęcia. Jedynym w swoim rodzaju doświadczeniem jest też stanąć sobie na kracie wielkiego wylotu wentylacyjnego metra, gdzie siła powiewu powietrza podnosi do góry niejedną sukienkę….

Punktem finalnym spaceru był słynny Plac Pigalle. Idąc zieloną promenadą wzdłuż Boulevard de Clichy dojdziemy do Placu Pigalle. Okolica pełna jest kabaretów, sex shopów i innych miejsc oferujących różnego typu erotyczne atrakcje. Sam plac nie ma w sobie jakiegoś uroku, turystów przyciąga raczej jego sława, jako miejsca uciech erotycznych. Z Placu Pigalle metrem wróciliśmy do centrum, do naszego mieszkania, na krótki odpoczynek. 

Wieczorem czekała nas kolejna atrakcja, a mianowicie rejs wycieczkowym statkiem po Sekwanie z muzyką francuską w tle i lampką wina. Bilety na rejs zarezerwowaliśmy jeszcze w Polsce by na miejscu nie stać w kolejkach. O tej porze roku jest bardzo długo jasno, niemal do 22.00. więc wybraliśmy rejs, który zaczynał się o 21.00, by zobaczyć podświetloną wieżę Eiffela i inne ciekawe budynki znajdujące się wzdłuż Sekwany już po zachodzie słońca. Cały urok takiego rejsu jest właśnie o tej porze dnia gdy już zaczyna zapadać zmrok. Nasz statek wypływał z nabrzeża Sekwany w okolicy Wieży Eiffela po stronie wieży, na lewo od mostu, jeśli staniemy plecami do wieży. Polecam być minimum pół godziny wcześniej, jeśli chcemy mieć dobre miejsca widokowe na pokładzie statku. Tuż przed wypłynięciem na niebie pojawiły się szaro-granatowe złowieszcze chmury, ale na szczęście ani kropla deszczu nie spadła. Wieczorny rejs po Sekwanie to, w mojej ocenie, jedna z obowiązkowych atrakcji podczas pobytu w Paryżu, a koszt nie taki duży, 106 zł od osoby w naszym przypadku. Nasz statek płynął spod Wieży Eiffela w kierunku Katedry Notre-Dame i zawracał przed Pont de Bercy. Cała podróż trwała około półtorej godziny. Podpływając z powrotem w okolice portu, gdzie zaczynaliśmy rejs, zapadał już zmrok, a ponieważ wybiła 22.00 cała Wieża Eiffela rozbłysła tysiącami migoczących światełek przez 5 minut. Taki spektakl powtarza się wieczorami o pełnych godzinach i bez wątpienia wart jest zobaczenia, u mnie za każdym razem wywołuje gęsią skórkę.  Oczywiście wieża posiada również stałą iluminację, która się świeci cały czas po zmroku. 

W taki sposób zakończyliśmy nasz drugi dzień pobytu w Paryżu. Zaprezentowałem Wam jednocześnie dwie ważne atrakcje Paryża jakimi są bez wątpienia dzielnica Montmartre i nocny rejs po Sekwanie. Udając się z przystani do mieszkania wracaliśmy metrem ze stacji Trocadero. To było niesamowite, zbliżała się 23.00, a Plac Trocadero niemal po brzegi wypełniony był tłumem turystów, którzy podziwiali rozświetloną wieżę i robili setki zdjęć z tą majestatyczną damą w tle. Plan dnia został zrealizowany. Kolejnego dnia mieliśmy już zaplanowany spokojny spacer po samym centrum i zakup pamiątek, ale o tym będzie w kolejnym wpisie.

Od Katedry Notre-Dame po Arc de Triomphe, czyli Paryż na weekend cz.1.

Paryż, to jedno z najcześciej odwiedzanych miast przez turystów. Jest to też chyba jedno z najładniejszych miast, przynajmniej w mojej ocenie. Ja tam czuję się bardzo dobrze i po centrum potrafię się swobodnie poruszać. Już mógłbym tam wrócić. Mój obecny pobyt był czwartą wizytą w tym mieście. Moja Mama za miesiąc kończy 80 lat więc postanowiłem w ramach prezentu urodzinowego zorganizować Jej taką wycieczkę. Żeby spokojnie zrealizować cały plan, z Polski wylecieliśmy w czwartek po południu, a lot powrotny mieliśmy w poniedziałek z samego rana. Do dyspozycji mieliśmy więc trzy pełne dni na miejscu. By było wszędzie blisko zarezerwowałem apartament przy Rue de Temple, praktycznie w samym centrum Paryża, na wprost z okna apartamentu widać było Centrum Pompidou, a kątem wieże Katedry Notre-Dame, po prostu idealnie. Jedyny minus, to te kamienice nie mają niestety wind i wejście wąskimi, krętymi schodami jest za każdym razem wyzwaniem. 

Głównym punktem pierwszego dnia pobytu był wjazd na sam szczyt Wieży Eiffela, no trudno było odpuścić taką atrakcję będąc w Paryżu. To najbardziej znany symbol miasta. Ponieważ w Paryżu zabytki i urokliwe miejsca znajdują się za każdym rogiem, więc zasadniczo dużo spacerowaliśmy, a tylko dłuższe odcinki pokonywali metrem.  Z naszego mieszkania przy Rue de Temple udaliśmy się po godzinie 10.00 spacerem w kierunku Katedry Notre-Dame. Na 14.00 mieliśmy zarezerwowane wejście na wieżę, by nie stać w kolejkach do kas więc było jeszcze kilka godzin, by coś ciekawego zobaczyć. Idąc w kierunku Sekwany przez Rue de Temple dotarliśmy do Hotel de Ville, czyli ratusza miejskiego. Jest to niesamowity budynek z urzekającą architekturą, położony nad brzegiem Sekwany. Stamtąd to już chwila moment do Notre-Dame, która znajduje się na wysepce. No niestety po ostatnim pożarze katedra jest nadal zamknięta, ale i tak na placu wokół gromadzą się setki turystów, Tam zawsze jest bardzo tłoczno. Zrobiliśmy kilka zdjęć, choć otoczenie katedry stanowi plac budowy i przeszliśmy zgodnie z planem na drugi brzeg Sekwany. W kwartale ulic Rue du Petit Pont, Boulevard Saint-Michel, Rue Saint-Severin i brzegiem Sekwany jest zagłębie restauracyjno kawiarniane. Każdy znajdzie tam coś dla siebie, to miejsce za każdym razem mnie urzeka. Jest tam również mnóstwo sklepów z pamiątkami. W kawiarni Le Lutece, przy Boulevard Saint-Michel wypiliśmy kawę i ruszyliśmy dalej. Postój na kawę był obowiązkowym punktem spaceru każdego dnia. Kolejnym celem w drodze do Wieży Eiffela był Hotel des Invalides.

Ze stacji metra Odeon podjechaliśmy do Varene, które jest zaraz przy Hotel des Invalides. Budynek ma charakterystyczną złotą kopułę, nie wchodziliśmy do środka, obejrzeliśmy go tylko z zewnątrz i ruszyliśmy w kierunku Pól Marsowych i Wieży Eiffela. Dla zainteresowanych Hotel des Invalides to kompleks muzeów wojskowych, gdzie znajduje się m.in. mauzoleum Napoleona. 

Niestety prze zbliżającą się olimpiadę masa ulic w Paryżu jest już zablokowana, a w wielu popularnych miejsca budowane są tymczasowe mini stadiony. Taki też stadion był budowany na Polach Marsowych i połowa tego obszaru była zamknięta. Planowaliśmy sobie spokojnie posiedzieć na ławkach z widokiem na Wieżę Eiffela, ale niestety się nie dało.  Nadrabiając kilkaset metrów dotarliśmy na czas pod wieżę. Oczywiście tam zawsze jest tłok, cała masa turystów oraz sprzedawcy takich malutkich lub większych miniatur wieży. 

Żeby nie stać w kolejkach, bilety zakupiłem jeszcze w Polsce, była dostępna opcja z lampką szampana na szczycie wieży więc mieliśmy dodatkową atrakcję. Na sam szczyt wieży wjeżdża się dwoma windami. Oczywiście trzeba było postać kilkanaście minut w kolejce do wind, ale widok z góry robi niesamowite wrażenie i do tego lampka szampana na uczczenie urodzin Mamy. Można by tam stać przez kilka godzin i podziwiać panoramę miasta, ale niestety czas gonił do kolejnych atrakcji więc po zrobieniu zdjęć i spędzeniu z pół godziny na górze, ponownie staliśmy w kolejce do windy, ale tym razem już w dół. 

Naturalnym kierunkiem spaceru od Wieży Eiffela jest Trocadero, czyli plac z fontannami po drugiej stronie Sekwany. Niestety z uwagi na olimpiadę fontanny były wyłączone i również zabudowane trybunami i mini stadionem. Na szczęście sam plac nie był zamknięty i można było zrobić sobie zdjęcia z wieżą w tle, to też obowiązkowy punkt wycieczki po Paryżu. 

Z Trocadero metrem podjechaliśmy do Łuku Triumfalnego na Placu Charlesa de Gaulle. Dla zainteresowanych, informuję, że można wejść na szczyt łuku, jednak my już sobie odpuściliśmy, tym bardziej, że wejście jest po schodach. Zrobiliśmy tylko pamiątkowe zdjęcia od strony Pól Elizejskich i skierowaliśmy się ponownie do stacji metra, w kierunku centrum by trochę odpocząć po kilkugodzinnym spacerze. Wracając do mieszkania zjedliśmy jeszcze przepyszny obiad w jednej z restauracji przy Rue des Archives. Pogoda była w sam raz na wycieczkę po mieście, trochę słońca i trochę chmur, dość ciepło ale nie za gorąco więc idealnie. 

Wieczorem zrobiliśmy sobie jeszcze spacer w kierunku Muzeum Louvre. Nie jestem jakimś miłośnikiem sztuki i malarstwa więc wizytę w muzeum odpuściliśmy sobie, ale podeszliśmy do szklanej piramidy nad wejściem do muzeum, która jest chyba wszystkim znana. Na wizytę w muzeum trzeba by poświęcić cały dzień, a na to nie mieliśmy czasu. Sam spacer z Rue de Temple, gdzie mieszkaliśmy do Muzeum Louvre był bardzo przyjemny. Po drodze mijaliśmy kontrowersyjne w swej architekturze centrum Pompidou, wielkie centrum handlowe przy stacji metra Les Halles, no i oczywiście cudowne paryskie kamienice, które są bardzo urzekające. Do mieszkania wracaliśmy już nad brzegiem Sekwany. Powoli zapadał zmrok więc włączyło się oświetlenie uliczne i iluminacje niektórych budynków, co dodawało jeszcze większego uroku. Tak nam minął pierwszy dzień w Paryżu. Praktycznie wszystko zostało zrealizowane zgodnie z planem, choć nie odbyliśmy spaceru przynajmniej kawałkiem Pól Elizejskich, ale ze względu na zmęczenie odpuściliśmy sobie.

Trasa, którą Wam opisałem, to idealny plan wycieczki po centrum Paryża pozwalający zobaczyć wszystkie atrakcje zlokalizowane w tej okolicy w jeden dzień. Kolejnego dnia czekał na nas Montmartre, ale o tym już w kolejnym wpisie… Zapraszam wkrótce. 

Miami, miasto z marzeń, gdzie bogactwo idzie w parze z biedotą i nędzą

Kilkudniowy odpoczynek w Miami zakończył nasz pobyt w Stanach Zjednoczonych. Do Miami jechaliśmy z Nashville. Jest to na tyle duża odległość, że po drodze zarezerwowaliśmy sobie nocleg w miejscowości Adel. To był tylko pobyt na odpoczynek i sen więc nic ciekawego nie napiszę Wam o tym mieście. Mogę natomiast polecić całkiem miły i czyściutki motel sieci  Days Inn przy 1204 West Fourth Street. Duży, przyjemny pokój i bardzo miła obsługa. Do Miami udaliśmy się zaraz po śniadaniu by nie tracić dnia, a i tak dojazd zajął około 7 godzin. Do hotelu zawitaliśmy wczesnym popołudniem. Tu upał i wilgotność wróciły do normy, po lekkim, jeśli można tak to nazwać, ochłodzeniu w Memphis i Nashville.

Miami Beach jest miastem należącym do wielkiej aglomeracji Miami. Jest to typowy kurort wypoczynkowy, podobnie jak Panama City Beach czy Pensacola Beach. Miami Beach położone jest na wyspie, w przeciwieństwie do Miami, które leży na części lądowej Florydy.

Miasto tętni życiem przez cały dzień i do późnych godzin nocnych. Tutaj przyjeżdżają odpoczywać i bawić się zwykli turyści i multimilionerzy. Cała aura miejsca, letni klimat, który panuje tam przez cały rok, sprzyjają atmosferze zabawy i odpoczynku. My byliśmy tam w sezonie huraganów, więc deszcz był obowiązkowy każdego popołudnia. Wysokie temperatury sięgające powyżej 30°C oraz znaczna wilgotność o tej porze roku powodują szybkie przemęczenie organizmu, dlatego najlepiej czas spędzać nad oceanem.

Centrum Miami Beach stanowi dzielnica Art Deco, z pięknymi budynkami w tym stylu z lat 20-tych i 30-tych XX wieku. Najpopularniejszą ulicą jest Ocean Drive, gdzie te domy ciągną się na całej jej długości. Część Ocean Drive jest deptakiem zamkniętym dla ruchu kołowego. Tam zabawa trwa cały czas, ale chyba o to tutaj chodzi i wszyscy udają się tam w tym celu. Przy Ocean Drive znajduje się też willa słynnego projektanta mody Gianniego Versace, który został zamordowany przed wejściem do niej. Obecnie jest tam hotel z restauracją. Pomiędzy Ocean Drive, a plażą znajduje się piękny Lummus Park, który jest idealnym miejscem na wypoczynek, czy to od słońca, czy od imprez. Wzdłuż plaży ciągną się mniej lub bardziej luksusowe hotele i apartamentowce, z pięknym widokiem na ocean. My wybraliśmy hotel Axel Beach Miami, blisko zarówno Ocean Drive, jak i plaży, więc lokalizacja optymalna, choć nie przy samej plaży. Niestety w dystrykcie Art Deco jest problem z miejscami parkingowymi. Na szczęście znajduje się tam duży parking wielopiętrowy, przy 16th Street, w bardzo przyzwoitej cenie jak na tę lokalizację, sprawdzony, bezpieczny, polecam.

Miami Beach to nie tylko Ocean Drive, warto również pospacerować innymi ulicami, jak Washington Ave, Collins Ave, uroczą Espanola Way, czy Lincoln Road, takim deptakiem zakupowym, gdzie znajdują się sklepy wszystkich światowych marek modowych i nie tylko. Na ulicach tych niejednokrotnie możemy zobaczyć samochody o jakich większości z nas się nie śniło. Wzdłuż całego wybrzeża oceanu, ciągną się piękne szerokie plaże, gdzie można podziwiać piękne wschody słońca, niestety zachodu słońca tam nie zobaczymy.

Nasz kilkudniowy pobyt w Miami Beach po długich ponad dwóch tygodniach jazdy i prawie 5 tysiącach przejechanych kilometrów przeznaczyliśmy tylko na wypoczynek. Nie planowaliśmy już wycieczek, czy zwiedzania czegokolwiek, po prostu plaża, ocean, spacer i tyle. W tym mieście to wystarcza, bo ono jest stworzone do takiego braku większej aktywności.

Życie w Miami, czy Miami Beach nie jest tanie, musimy się z tym liczyć planując tam pobyt wakacyjny. Czasem jednak trzeba przygotować sobie wcześniej pewien budżet, by w miarę spokojnie później korzystać z tego co daje takie miasto. Niestety restauracje nie należą też do najtańszych, ale nam udało się znaleźć cudowne Taco Rico z przepyszną kuchnią meksykańską. Za 11 dolarów obiad na osobę to na prawdę tanio na Miami Beach, a było przepysznie i sycąco, talerz ryżu z pastą z fasoli czerwonej i do tego 3 mini taco z różnym nadzieniem. A na przystawkę ciepłe tacosy, ale to już te trójkątne chipsy, z kilkoma sosami warzywnymi do wyboru.

Miami Beach to destynacja marzeń na wakacyjny wypoczynek. Letni klimat, setki palm wkoło sprawiają, że ma się wrażenie, że wakacje trwają tam cały rok i każdy się tylko bawi lub wypoczywa. Niestety te obrazki radości, zabawy, wielkiego bogactwa skutecznie urealniają widoki nędzy i biedy, które szczególnie w takim miejscu uderzają w oczy. Na ulicach można spotkać dziesiątki bezdomnych, brudnych ludzi, nocujących przy murach kamienic, niekiedy pewnie będących pod wpływem narkotyków. Niestety taka jest Ameryka, piękna, ale niestety i bezwzględna dla niektórych, a po epoce covid tej biedy i pustych sklepów widać coraz więcej również i za oceanem, nie tylko u nas w Polsce. Kto planuje odwiedzić Miami na pewno się nie zawiedzie, choć w mojej ocenie jest wiele ciekawszych miast w Stanach Zjednoczonych, ale bez wątpienia warto również zobaczyć to wszystko o czym Wam pisałem na własne oczy. Takie wspomnienia pozostają na zawsze…

Nashville, miasto tętniące muzyką i życiem

Nashville było przedostatnim zaplanowanym punktem naszej podróży. Podobnie, jak w innych dużych miastach spędziliśmy tam dwa dni. Wybierając jeden nocleg trudniej byłoby cokolwiek zobaczyć. Nashville to stolica stanu Tennessee, położone jest nad rzeką Cumberland. Miasto to nazywane jest stolicą muzyki country. Do Nashville przyjechaliśmy z Memphis. Oba miasta to kolebki różnych stylów muzycznych, także mieliśmy bezpośrednie porównanie. Droga z Memphis do Nashville zajmuje około 4 godzin jazdy samochodem więc nie jest to aż tak daleko, jeśli zaplanujemy odwiedzić oba miasta.

Nashville jest miastem muzyki, co daje odczuć się na każdym kroku. Na przeciwko Walk of Fame Park, przy Demonbreun Street znajduje się imponujący gmach Country Music Hall of Fame and Museum, z fasadą wyglądającą jak gigantyczna klawiatura fortepianu. Zaraz obok znajduje się Music City Center. My postanowiliśmy tylko odwiedzić Country Music Hall of Fame and Museum. Nowoczesne, multimedialne muzeum robi ogromne wrażenie. W środku zgromadzono setki pamiątek po mniej i bardziej znanych gwiazdach muzyki country. Jest tam również słynny pozłacany cadillac Elvisa Presleya. Miłośnik muzyki country bez wątpienia spędzi w tym miejscu wiele godzin. Przy wyjściu wrażenie robi ogromna ściana z setkami złotych i platynowych płyt gwiazd tego gatunku muzyki. Jest też tam sala z Galerią Sław Muzyki Country. I ciekawostka w Country Music Hall of Fame and Museum znajduje się również centrum edukacyjne Taylor Swift.

Przecznicę dalej w stronę downtown ciągnie się słynna ulica Broadway, gdzie impreza trwa od rana do wieczora. Jest to niesamowite, kiedy idziesz w południe przez miasto, a wkoło dobiega tak głośna muzyka jakby był środek sobotniej nocy, a to kolejny dzień tygodnia tylko. Ulica Broadway pełna jest barów, gdzie grana jest muzyka na żywo, restauracji i sklepów z różnego rodzaju pamiątkami. Wyczytałem w internecie, że te bary nazywają się honky tonky. Tam na prawdę muzyka gra przez cały dzień na okrągło. Chyba na każdym zrobi to wrażenie, gdy w tle masz przeszklone wysokościowce downtown, a wokół niskie kamienice starej zabudowy, a w każdej z nich bar lub restauracja. O zmroku ulica rozbłyska setkami świateł neonów, będących reklamami tych wszystkich przybytków muzycznej rozrywki, a setki turystów i miłośników muzyki przepływają we wszystkich kierunkach. Ulica nie jest zamknięta dla ruchu kołowego, jak to było w przypadku Beale Street w Memphis. 

Warto jest też wybrać się na spacer mostem Johna Seigenthalera, z którego rozpościera się widok na całą panoramę Nashville. Szczególnie efektownie panorama miasta prezentuje się po zmroku, kiedy wszystkie budynki rozświetlone są tysiącami świateł, wygląda to bajecznie. Udało się nam odbyć spacer tym mostem po zmroku. Będąc w centrum nie mogłem tam nie dojść, wiedziałem, że zdjęcia będą niesamowite.

Drugiego dnia pobytu w Nashville odwiedziliśmy jeszcze replikę ateńskiego Partenonu, w rzeczywistym rozmiarze. Budynek Partenonu znajduje się w Parku Stulecia, położonym na południowy-zachód od centrum. Miejsce idealne dla tych, którzy chcą odpocząć od zgiełku Broadway Street. W środku znajduje się muzeum sztuki,  którego niestety nie odwiedziliśmy.

Uczciwie przyznam, że nie jestem miłośnikiem muzyki country, ale Nashville zrobiło na mnie niesamowite wrażenie. Jest to miasto pełne życia i radości, gdzie muzyka wyznacza rytm dnia. Wszędzie widać dziesiątki turystów, nie tylko na głównej ulicy, jak to było w przypadku Memphis. Jest to drugie miasto po Nowym Orleanie, które najbardziej zapamiętam z tego pobytu w Stanach Zjednoczonych. Niestety, motel jaki wybraliśmy na pobyt w Nashville był bardzo złej jakości i praktycznie nie powinien być oferowany jako miejsce noclegowe, ale o złych rzeczach nie chcę pisać. Dobrze sprawdzajcie opinie, choć nie zawsze mogą one oddać rzeczywistość, na jaką natraficie po otwarciu drzwi motelowego pokoju. W Nashville zakończyliśmy etap zwiedzania tej części Ameryki. Przed nami była jeszcze droga powrotna droga do Miami i kilkudniowy odpoczynek na plaży nad oceanem, przed powrotem do Polski. 

Od bluesa po rock and roll, moje wspomnienie z Memphis

Dallas było naszym najdalej wysuniętym na zachód punktem podróży po  południowo-wschodnich stanach USA. Stąd zaczęliśmy zataczać powrotną pętlę w kierunku Miami. Przed nami były muzyczne stolice świata, czyli Memphis i Nashville. Droga z Dallas do Memphis była najdłuższym etapem jednorazowej podróży samochodem, co było dość męczące. Przejazd między tymi miastami, z przerwami na tankowanie i jedzenie zajmuje około ośmiu godzin. Po drodze przejeżdżaliśmy przez kolejny amerykański stan, czyli Arkansas, jednak nie zaplanowaliśmy tam żadnego postoju na zwiedzanie czegokolwiek. 

Po ośmiu godzinach jazdy dotarliśmy szczęśliwie do Memphis. Ku naszemu zadowoleniu, nie było tam tak gorąco, jak w Houston i Dallas. Memphis położone jest nad rzeką Missisipi w stanie Tennessee. Jest to największy ośrodek populacji afroamerykańskiej w tym stanie. Memphis nazywane jest ojczyzną bluesa. Ci którzy lubią ten gatunek muzyki, poczują się tam jak u siebie. 

Najpopularniejszym turystycznie miejscem w Memphis jest ulica Beale. Najatrakcyjniejszą częścią Beale Street jest odcinek między South 4 Street, a S. Second Street, który wyznaczają charakterystyczne banery z nazwą Beale Street nad jezdnią, gdzie znajduje się masa knajp i barów z muzyką graną na żywo. Miłośnicy bluesa bez wątpienia spędzą tam wiele godzin, zmieniając co kilka drinków lokale, w których grany jest blues na żywo. Często można spotkać nawet osoby śpiewające na chodniku przed jakimś barem. Po zmroku ulica rozbłyska dziesiątkami kolorowych neonów reklamujących miejscowe bary i restauracje. Beale Street ciągnie się aż do rzeki Missisipi, a cała jej długość ma około 3 kilometry. Szczególnie warto zrobić sobie spacer do samej rzeki o zachodzie słońca i obserwować, jak zachodzące słońce zanurza się w nurcie rzeki Missisipi. Przy Beale Street, między S Second Street, a S Main Street, znajduje się jeden z wielu pomników Elvisa. Beale Street znajduje się praktycznie w downtown, lecz samo downtown mnie nie zauroczyło jakoś. W pobliskim hotelu Peabody odbywa się codziennie przemarsz kaczek po czerwonym dywanie, do fontanny znajdującej się w hotelowym lobby. My jednak nie zaliczyliśmy tej atrakcji turystycznej. Nie odwiedziliśmy również muzeów muzycznych znajdujących się w pobliżu Beale Street, te gatunki muzyki nie należą do moich ulubionych więc nie miałem specjalnej potrzeby zwiedzania tych muzeów.

Będąc w okolicach downtown i Beale Street warto wybrać się na półwysep pośrodku Missisipi, do którego możemy dostać się po kładce, pod którą kiedyś kursowała kolejka linowa. Na półwyspie tym znajduje się rzeźba rzeki Missisipi, przedstawiająca jej cały bieg od źródeł, aż do ujścia do Zatoki Meksykańskiej. 

Oczywiście Memphis to nie tylko ojczyzna bluesa, ale i miejsce pielgrzymek fanów Elvisa. Przy  Elvis Presley Boulevard znajduje się rezydencja króla rock and rolla, czyli Graceland, do którego zjeżdżają tysiące wielbicieli Elvisa. Obok rezydencji znajduje się wielkie muzeum, w którym eksponowane są pamiątki związane z Elvisem, czyli stroje koncertowe, gitary, złote płyty, nagrody muzyczne, samochody, których był właścicielem, a także dwa samoloty, również będące jego własnością. Biorąc pod uwagę, że szczyt popularności Elvisa przypadał na lata  50 i 60-te XX wieku, to majątek który zgromadził i przepych oraz fantazja, z jaką zostało urządzone Graceland, robią wrażenie nawet w dzisiejszych czasach. Co ciekawe, jego grób znajduje się na terenie posiadłości Graceland, w Ogrodzie Medytacji.

W Memphis dokonano również zamachu na  Martina Lutera Kinga, działacza na rzecz równouprawnienia Afroamerykanów i zniesienia dyskryminacji rasowej,  podczas jego pobytu w motelu Lorraine. Obecnie w motelu znajduje się Narodowe Muzeum Praw Obywatelskich. My tylko z zewnętrz zobaczyliśmy to miejsce. Na balkonie, na którym M.L.King został postrzelony wisi biały wieniec, przypominający o tym smutnym wydarzeniu.

Dla miłośników muzyki bluesowej i fanów Elvisa Memphis jest bez wątpienia obowiązkowym punktem podczas podróży przez stan Tennessee. Mnie trochę to miasto rozczarowało. Szczególnie pustki na ulicach były dość przygnębiające. Owszem, odległości w amerykańskich miastach powodują, że turyści, czy mieszkańcy poruszają się głównie samochodami poza ścisłym centrum,  ale w Memphis ja czułem jakąś totalną pustkę prawie wszędzie. Do miasta przyjechaliśmy w sobotę, ale praktycznie tylko na tym centralnym odcinku Beale Street było tłoczno. Idąc w stronę rzeki ulica, zaraz za charakterystycznym banerem, robiła się prawie pusta, nie wspominając o bocznych przecznicach. Wystarczyło kilkaset metrów i czułem się niemal jak w wyludnionym mieście. Okolica motelu, w którym mieszkaliśmy, położona ze 2 kilometry od Beale Street była niemal wymarła, przynajmniej takie sprawiała wrażenie. Moje wrażenia z pobytu w Memphis są więc mieszane. Co jeszcze ciekawe na koniec, z Memphis związani są m.in. Aretha Franklin, Justin Timberlake, tu zaczynali karierę B.B. King, czy Johny Cash.

Zupełnym przeciwieństwem Memphis było natomiast Nashville, ale o tym już w kolejnym wpisie, wkrótce…

Od podboju kosmosu, po kowbojów z dzikiego zachodu, czyli co oferuje Teksas odwiedzającym go turystom

Po pobycie w Nowym Orleanie nadszedł czas na podróż przez Teksas. Teksas to drugi co do wielkości amerykański stan. Wyczytałem, że kiedyś ten stan był niezależnym państwem, symbolem tego jest samotna gwiazda na stanowej fladze. Stan ten bezpośrednio sąsiaduje z Meksykiem i podobnie jak na Florydzie, bardzo dużo mieszkańców posługuje się tam językiem hiszpańskim. 

Podróż przez Teksas zaczęliśmy w Houston. Jest to jedno z dwóch największych miast stanu. Droga z Nowego Orleanu do Houston zajmuje około 6 godzin jazdy samochodem. W Houston mieliśmy zarezerwowane dwa noclegi. Prawie, w każdym mieście, w którym zatrzymywaliśmy się, rezerwowaliśmy po dwa noclegi. Biorąc pod uwagę odległości między poszczególnymi miastami, nie sposób tylko jednego dnia przebywać w jednym miejscu, jest to fizycznie nie możliwe, jeśli chcemy poznać najważniejsze atrakcje. W Houston naszym celem było Nasa Space Center, czyli Centrum Lotów Kosmicznych NASA. Centrum robi niesamowite wrażenie. Z daleka wita nas już wielki jumbo jet z zamontowanym na kadłubie promem kosmicznym. W taki sposób promy te były transportowane z Kalifornii, gdzie były produkowane, do Houston, skąd odbywał się start. Oczywiście zarówno do samolotu, jak i promu możemy wejść w ramach odwiedzin w NASA Space Center. Ośrodek jest gratką dla miłośników kosmosu i wszystkich wydarzeń związanych z podbojem kosmosu. Ja nie jestem miłośnikiem tej tematyki, ale wszystko zrobiło na mnie niesamowite wrażenie. Całe Centrum jest bardzo multimedialne i urządzone z wielkim rozmachem, naprawdę można wiele się dowiedzieć o historii podboju kosmosu, jak wygląda życie podczas takich wypraw, eksponowane są również oryginalne elementy sond kosmicznych, czy promów, a nawet kapsuła, w której wracali kosmonauci na ziemię. Miejsce zdecydowanie warte odwiedzenia, a na spokojne zwiedzanie trzeba poświęcić kilka godzin. Oczywiście by nie było niespodzianek bilety mieliśmy zarezerwowane już wcześniej przed wylotem z Polski, wykupiliśmy opcję z Mission Control Tour. Opcja ta oprócz zwiedzania wszystkich wystaw zawiera transport do NASA Mission Control Center, gdzie możemy oglądać centrum nawigacyjne, z którego kontrolowano pierwszy lot na Księżyc. W ramach prezentacji odtworzone zostały tamte historyczne minuty i rozmowa z kosmonautami, a widzowie mogą oglądać pomieszczenie z sali dla gości, gdzie kiedyś zasiadały ważne osobistości podczas obserwacji pierwszego lądowania człowieka na Księżycu.

Będąc w Houston, odbyliśmy również krótką wycieczkę do downtown, jednak niesamowity upał, skutecznie ograniczył nasz czas pobytu w centrum miasta. Downtown podobne jak w innych miastach, pełne przeszklonych drapaczy chmur, wśród których znajdowały się dwie lub trzy uliczki z zachowanymi starymi zabytkowymi budynkami, tworząc specyficzny klimat wśród górujących nad nimi nowoczesnymi biurowcami. Wracając do motelu spędziliśmy jeszcze kilka godzin w ogromnym centrum handlowym Baybrook Mall, miłośnicy zakupów bez wątpienia poczują się tam jak w siódmym niebie. Przyznam się, że trochę dolarów też tam zostawiłem, ale nie sposób nie zrobić jakiś zakupów odzieżowych za oceanem. W centrum tym znajduje się również kilka doskonałych restauracji. My skusiliśmy się na kolację w The Rouxpour, spróbowałem tam gumbo, popularnego dania kuchni kreolskiej i muszę przyznać, że było genialne w smaku. Gumbo to taki gulasz z owocami morza, kiełbasą, ewentualnie kurczakiem, z dodatkiem warzyw i ryżu, coś pysznego. Restauracja nie należała do najtańszych, ale warto było tam zjeść smaczną kolację, po kilku godzinach biegania po sklepach.

Kolejnym punktem naszej wycieczki było Dallas. Podróż z Houston do Dallas zajmuje około 4 godzin. Dallas to drugie z największych miast stanu Teksas, obok Houston. Przeczytałem, że w Dallas-Fort Worth znajduje się największy pod względem powierzchni port lotniczy na świecie. Oczywiście głównym punktem wycieczki było miejsce zabójstwa Prezydenta Johna F. Kennedy’ego przy Dealey Plaza.  Na Commerce Street, na asfalcie, w miejscu gdzie strzały dosięgły Prezydenta znajdują się nakreślone duże X. Zdjęcie można zrobić w ciągu kilkudziesięciu sekund, kiedy światła sygnalizacji blokują ruch samochodowy na ulicy i jezdnia jest pusta. Można zwiedzić również miejsce, w pobliskiej bibliotece, z którego padły śmiertelne strzały. Obecnie znajduje się tam The Sixth Floor Museum. Podobno wszystko zachowano tam w takim układzie i stanie, jak z dnia zamachu. My niestety muzeum już nie zwiedziliśmy. W okolicy znajdują się również pomniki upamiętniające tamto smutne wydarzenie. Z Dealey Plaza przespacerowaliśmy się jeszcze do downtown, gdzie znajduje się m.in. siedziba AT&T. W pobliżu downtown przy Young Street znajduje się Pioneer Plaza z niesamowitą rzeźbą kilkudziesięciu posągów długorogiego bydła naturalnych rozmiarów. Jest to lokalna rasa bydła charakterystyczna dla Teksasu z niesamowicie długimi prostymi rogami. Jakby ktoś chciał poczytać w internecie to pod hasłem longhorn cattle. Taka przestrzenna rzeźba naturalnych rozmiarów robi wrażenie. W downtown, przy Main Street z pobliskiego skweru spogląda na nas gigantycznych rozmiarów oko, też warto zobaczyć tę rzeźbę na żywo. Miłośnikom street food’u polecam odwiedzić jeszcze Dallas Farmers Market, gdzie możemy posmakować dań różnych kuchni lub kupić lokalne produkty rolnicze.

Drugi dzień przeznaczony na Dallas spędziliśmy w pobliskim Fort Worth, a dokładnie w Fort Worth Stockyards. To taki dziki zachód w miniaturze. Jest to miejsce dawnej giełdy bydła. Obecnie cały kompleks ma przeznaczenie typowo komercyjne, nastawione na turystów. Dwukrotnie w ciągu dnia o 11:30 i 16:00 odbywa się przemarsz tego długorogiego bydła przez Exchange Ave od Stockyards Station do Rodeo Plaza. Wzdłuż Exchange Ave znajduje się cała masa sklepików z pamiątkami, kowbojskimi butami oraz barów i restauracji. Pobyt w tym miejscu jest na pewno ciekawym doświadczeniem, przenoszącym nas w dawne czasy kowbojów. W piątki wieczorem odbywa się tam rodeo. Ponieważ byliśmy tam właśnie w piątek, jeszcze wcześniej kupiliśmy sobie bilety na rodeo. Będąc w Teksasie, trudno nie zaliczyć takiej atrakcji. Cały pokaz jest bardzo skomercjalizowany i pewnie ma niewiele wspólnego z typowym rodeo z dawnych czasów. Oczywiście odbywają się pokazy ujeżdżania byków, ogierów, zawody konne z przeszkodami, czy łapanie cielaków na lasso. Po tym doświadczeniu z rodeo na żywo uczciwie muszę przyznać, że jeśli jeszcze kiedyś będę w Stanach Zjednoczonych na pewno nie wybiorę się po raz kolejny na rodeo. Po prostu szkoda mi  wystraszonych zwierząt, zwłaszcza tych małych cielaków, uciekających w popłochu, przed łapiącym ich na lasso jeźdźcem. Do tego nagłośnienie, jak na koncercie mega gwiazdy, co bez wątpienia nie służy słuchowi zwierząt, które mają znacznie bardziej wyczulony słuch niż ludzie. To nie dla mnie. Tak zakończyliśmy nas pobyt w Teksasie, kolejnego dnia czekała nas prawie 8 godzina podróż do stolicy bluesa, czyli Memphis i kolejny stan Tennessee.

Tak na zakończenie, Teksas to taki niemal odrębny kraj w USA. Wśród mieszkańców widać ten lokalny patriotyzm. W motelach, w których zatrzymywaliśmy się, nawet formy gofrownicy miały kształt Teksasu, więc na śniadanie można było zjeść gofra w kształcie tego amerykańskiego stanu. Bez wątpienia symbolem kojarzącym mi się z Teksasem będą kowbojki. W Fort Worth Stockyards jest to niemal obowiązkowy element garderoby. Chyba tu też obowiązują jedne z najmniej restrykcyjnych przepisów w USA co do posiadania, czy zakupu broni. Jest to również stan większy powierzchniowo od prawie wszystkich europejskich krajów. O północny Teksas zahacza również słynna aleja tornad, ale w te rejony z uwagi na ograniczenia czasowe już nie dotarliśmy. Podróżując przez Amerykę, warto poznać i taki stan, jakim jest Teksas.

Nowy Orlean, kolorowe miasto pełne kontrastów od Bourbon Street po Tree of life

Nowy Orlean był chyba najważniejszym, a zarazem najciekawszym punktem naszej podróży po południowo wschodniej części Stanów Zjednoczonych. Nowy Orlean to największe miasto stanu Luizjana, położone u ujścia rzeki Missisipi do Zatoki Meksykańskiej. Popularną nazwą Nowego Orleanu jest NOLA, czyli skrót o nazwy miasta i stanu. Miasto zostało założone przez francuskich osadników w XVIII wieku. Najciekawszą częścią miasta jest French Quarter, który rozciąga się od ulicy Canal na południu, po North Rampart na zachodzie, Esplanade Ave na północy i od wschodu po brzeg Missisipi. Centralnym punktem jest park Jackson Square, przy którym znajduje się górująca nad okolicą Bazylika Katedralna Św. Ludwika. Jest to miejsce gdzie lokalni artyści malują i sprzedają swoje obrazy. Najpopularniejszą ulicą miasta jest Bourbon Street, przy której znajduje się cała masa barów i różnego rodzaju knajp. Nowy Orlean jest kolebką jazzu, więc w knajpach przy Bourbon Street, miłośnicy tego gatunku, mogą posłuchać tej muzyki. W wielu barach można natrafić na kapele grające muzykę na żywo. Ulica ta tętni życiem za dnia i w nocy. W nocy jednak tworzy niesamowite wrażenie, kiedy wszystkie bary rozświetlone są neonami, i wszystko wygląda bardzo kolorowo, a we wszystkich kierunkach przemieszczają się tłumy imprezowiczów. Oczywiście warto przespacerować się sąsiednimi ulicami, a nie tylko Bourbon. Przy  większości z nich we French Quarter znajdują się kamienice z charakterystycznymi balkonami, znane z wielu amerykańskich filmów. Ponieważ French Quarter sięga aż brzegu Missisipi warto wybrać się do parku Woldenberg położonego nad brzegiem rzeki. Stamtąd też odbywają się rejsy parowcami po Missisipi. Polecam również przejść się dużą arterią, jaką jest Canal Street, obsadzona wzdłuż szpalerem palm. Zupełnie inny klimat i wrażenia niż na Bourbon Street. Warto też wybrać się na przejażdżkę zabytkowym tramwajem, który jeździ przez Canal Street. Z tego co zauważyłem i co my korzystaliśmy takie stare tramwaje jeżdżą po całym mieście. 

Miejscem wartym odwiedzenia w Nowym Orleanie jest także dzielnica Garden District, położona w południowej części miasta, między ulicami St Charles Ave, Toledano, Magazine i Jackson Ave. Jest to spokojna dzielnica z eleganckimi domami z XVIII wieku, gdzie w przeszłości osiedlali się najzamożniejsi mieszkańcy, stąd jej bardzo elegancki charakter. W Garden District znajduje się też znany cmentarz Lafayette, niestety obecnie zamknięty dla turystów, zdjęcia można tylko zrobić przez ogrodzenie. Charakterystyczne dla tego cmentarza są grobowce w kształcie mini domków, co wynikało z ochrony przez wymywaniem trumien z ziemnych grobów w przypadku powodzi. Spacer, pomimo iż dzielnica jest bardzo spokojna, pełna zieleni i urzekająca tymi eleganckimi domami, nie należał do najprzyjemniejszych, gdyż temperatura znacząco przekraczała 30°C, a do tego przy wysokiej wilgotności  taka pogoda była niesamowicie męcząca.

Nowy Orlean, to nie tylko zabytkowe dzielnice z pięknymi kamienicami, to również przepiękne parki miejskie z potężnymi starymi, majestatycznymi dębami, które robią niesamowite wrażenie i drzewami, z których zwisają całe tony mchu luizjańskiego, czyli oplątwy brodaczkowej, która dodają tym majestatycznym drzewom bajkowego charakteru. My odwiedziliśmy znajdujący się w południowej części miasta Audubon Park, ze słynnym dębem Tree of life, którego wiek oceniany jest miedzy 100, a 500 lat. Byliśmy też w City Park w północnej części miasta z urokliwą Oak Grove, gdzie rośnie kilkanaście równie leciwych i potężnych dębów. Do obu parków można dojechać takim starym tramwajem z samego centrum miasta, do City Park z Canal Street, a do Audubon Park z St Charles Ave. W parkach można również spotkać dużo różnego rodzaju ptactwa. Jednak niezapomniane wrażenie pozostawiają te dęby i zwisający z drzew mech luizjański.

Hotel mieliśmy zarezerwowany w samym centrum miasta, Best Western między Common a Canal Street więc do przystanków tramwajowych, a także do zabytkowego French Quarter i Bourbon Street mieliśmy bardzo blisko.

Na koniec jeszcze kilka ciekawostek o NOLA. Nowy Orlean słynie z Mardi Gras, czyli karnawału, opowieści o wampirach, voodoo i nawiedzonych domów. Organizowane są nawet dla turystów voodoo lub ghost tours, my jednak nie skorzystaliśmy z takiej atrakcji. W Garden District spotkaliśmy się również z masą koralików porozwieszanych na drzewach wzdłuż St Charles Ave. Historia tych koralików związana jest z karnawałem, zostały one ustanowione przez króla karnawału w 1872 r. Koraliki te zrzucane są z balkonów podczas parad karnawałowych i rozdawane na ulicach. Kiedyś te koraliki wykonywane były ze szkła, niestety teraz to już zwyczajny plastik.

Nowy Orlean mocno ucierpiał w 2005 r. podczas huraganu Katrina, z tego co czytałem nadal są w mieście obszary zniszczone i jeszcze nie odbudowane po powodzi, która nawiedziła miasto w wyniku huraganu. My podczas dwudniowego pobytu nie trafiliśmy na takie miejsca. Nowy Orlean jest miejscem magicznym, owianym tajemnicą, z cudownymi kamienicami we French Quarter i roznoszącym się nad Bourbon Street zapachem trawki. Jest to bez wątpienia jedno z amerykańskich miast, które warto odwiedzić i poznać podróżując do Stanów Zjednoczonych.

Floryda, amerykański stan gdzie lato trwa cały rok

W tym roku nadszedł czas by po raz kolejny wybrać się za ocean. W Ameryce Północnej byłem już kilka razy i zawsze tam wracam z sentymentem. Tegoroczne wakacje wspólnie ze znajomymi również postanowiliśmy spędzić w Stanach Zjednoczonych. Przejechaliśmy kilka tysięcy kilometrów, odwiedziliśmy kilka amerykańskich stanów więc tych wspomnień nie da się opisać w jednym wpisie. Nasza amerykańska przygoda zaczęła się na Florydzie. Lot mieliśmy zarezerwowany z Krakowa z przesiadką we Frankfurcie do Miami. Te międzykontynentalne lotniska robią wrażenie, są jak mini miasta, coś niesamowitego. Wylot z Krakowa mieliśmy o 6 rano, a w Miami byliśmy około godziny 14-tej czasu lokalnego więc całe popołudnie było do naszej dyspozycji. Oczywiście na lotnisku w Miami czekało nas jeszcze wypożyczenie wcześniej zarezerwowanego auta więc nim odebraliśmy bagaże, dokonali wszystkich formalności, w drogę ruszyliśmy po godzinie 16-tej. Ponieważ mieliśmy dość napięty plan całej wycieczki postanowiliśmy już tego pierwszego dnia jak najbardziej oddalić się od Miami na nocleg, by kolejnego dnia już szybciej dojechać do pierwszego celu, jakim było Panama City Beach. Przy takim planie po ponad 4 godzinach jazdy, trochę zmęczeni po 9-cio godzinnym locie dotarliśmy do miejscowości Ocala. Nocleg mieliśmy zarezerwowany w motelu sieci Microtel Inn. Z zewnątrz motel sprawiał bardzo dobre wrażenie, w środku pokój już był dość mały jak na dwie osoby, ale by spędzić jedną noc, odpocząć po całodziennej podróży, wziąć prysznic, zjeść rano śniadanie był wystarczający. 

Kolejnego dnia, zaraz po śniadaniu, ruszyliśmy już bezpośrednio w kierunku Panama City Beach. Po około 5 godzinach jazdy na miejsce dotarliśmy około godziny 14-tej. Hotel mieliśmy położony przy samej plaży. Praktycznie stojąc przed drzwiami pokoju widać było ocean. Na duży plus zasługiwał bar hotelowy, położony przy basenie, z którego widok rozpościerał się bezpośrednio na całą plażę. Możliwość delektowania się zimnym piwem, z takim widokiem, czego chcieć więcej. Jednak mając plażę i ocean pod bokiem nie sposób siedzieć było w barze. Panama City Beach położone jest nad Zatoką Meksykańską, więc woda w oceanie była ciepła, do tego ten niesamowity żar, który lał się z nieba. Temperatura w słońcu bez wątpienia przekraczała 30°C. Po kilku godzinach odpoczynku na plaży i kąpieli w oceanie wybraliśmy się jeszcze na spacer w kierunku molo i deptaku z restauracjami i butikami przy S Pier Park Dr. Polecam odwiedzić Hook’s Pier Bar przy samym molo. Samą przyjemnością było tam posiedzieć przy zachodzie słońca i sączyć zimne piwo. Skusiliśmy się jeszcze w ramach obiadu na przekąskę w postaci panierowanych krewetek i frytek, było przepysznie. Oczywiście nie można nie przespacerować się tym deptakiem S Pier Park Dr. Znajduje się tam masa restauracji, kafejek, sklepów, a na końcu wielka galeria handlowa. Niestety na plażowanie tutaj mieliśmy przeznaczony tylko jeden dzień więc nie mogliśmy zbyt długo włóczyć się po barach, bo kolejnego dnia czekała nas podróż w dalszą drogę. Pomimo iż hotel był położony w idealnym miejscu, a pokój był fantastyczny, zabrakło mi śniadania, nawet takiego prostego jakie jest serwowane w Stanach Zjednoczonych oraz darmowego lodu. Zazwyczaj każdy hotel czy motel w takiej strefie klimatycznej posiada maszynę do lodu, z której goście mogą bezpłatnie korzystać. Jeśli ktoś jest ciekaw to nocowaliśmy w hotelu Flamingo Hotel&Tower i jakbym znów tam pojechał mimo tych małych niedogodności powtórnie wybrałbym ten hotel.

Następnego dnia czekała na nas Pensacola z równie cudowną plażą i cieplutkim oceanem. W tym przypadku mieliśmy już znacznie krótszy dystans do pokonania, tylko około 3 godzin jazdy, to na prawdę niewiele przy tych odległościach, jakie pokonywaliśmy. W Pensacola nie mieliśmy zarezerwowanego motelu przy plaży więc najpierw udaliśmy się na plażę i tam spędziliśmy kilka godzin i dopiero późnym popołudniem dotarliśmy do motelu. Dla uściślenia na plażę pojechaliśmy do Pensacola Beach, która jest położona na wyspie, bo sama Pensacola to już część stałego lądu. Auto zaparkowaliśmy na parkingu  i to bezpłatnym bezpośrednio przy plaży. W Panamie nie spędziliśmy dużo czasu na plaży więc nie wykupywaliśmy leżaków, ale tutaj byliśmy na tyle wcześnie, że spędzenie kilku godzin w pełnym słońcu, mogłoby się skończyć poparzeniami w drugim dniu pobytu. Niestety wypożyczenie setu z dwoma leżakami i parasolem nie należy do tanich to 50 dolarów za cały dzień, wypożyczenie na godziny nie opłacało się w takim układzie. Oczywiście przy plaży i parkingu jest dużo sklepików z pamiątkami, barów i restauracji, taki typowy kurort turystyczny, podobnie jak Panama City Beach. Ponieważ postanowiliśmy, schodząc z plaży, od razu zjeść obiad, wstąpiliśmy do restauracji Crabs położonej przy samej plaży. Spróbowaliśmy tam przepysznych tacos z krewetkami  oraz z mięsem, coś niesamowitego, wszystko świeże, doskonały smak, doprawienie i świeże warzywa. Ja skusiłem się jeszcze na drink firmowy podany w słoiku, przepyszny, chłodzący słodkawy, ale jednocześnie orzeźwiający. Tajemnicą pozostaną słodkie, ciepłe pączki, które dostaliśmy na przystawkę i nie były doliczone do rachunku. Może Pani kelnerka polubiła nas, ale były też pyszne. 

Tak spędziliśmy dwa dni na plażowaniu, opalaniu i kąpielach w oceanie. Przed nami natomiast były kolejne dni wczesnych pobudek i dość długich godzin za kierownicą. Następnym przystankiem w podróży były cudowny Nowy Orlean. Żądni zobaczenia aligatorów na żywo, postanowiliśmy się jeszcze udać na wycieczkę airbotem po bagnach Florydy w drodze do Nowego Orleanu. Airboat to taka łódź napędzana wiekim śmigłem umieszczonym z tyłu. Dość droga to była impreza po 90 dolarów od osoby. Wybraliśmy opcję fan run więc nasz rejs trwał pół godziny tylko. Trudno to nawet nazwać rejsem, to była szalona przejażdżka łodzią, coś niesamowitego, polecam każdemu, nie zobaczyliśmy aligatorów, ale dziesiątki ptaków, które straszył odgłos wielkiego śmigła napędzającego łódź. Do tego ta prędkość i adrenalina, to po prostu trzeba samemu przeżyć. Po tej krótkiej i intensywnej dawcę adrenaliny jechaliśmy dalej, zatrzymując się docelowo w Nowym Orleanie. O tym mieście dotkniętym przez huragan Katrina, Bourbon street i Voo doo, już w kolejnym wpisie. Był to również kolejny stan, do którego dotarliśmy, czyli Luizjana. Zapraszam do poczytania wkrótce. 

Kuchnia węgierska papryką stoi, ale nie tylko….

Podstawą kuchni węgierskiej bez wątpienia jest papryka. Będąc na Węgrzech nie sposób sobie nie kupić czy to ostrej, czy słodkiej papryki w proszku. Uprawiana w takim słońcu ma zupełnie inny aromat, niż ta, którą możemy kupić w Polsce, nawet mielona. Z Węgier warto sobie też przywieźć pastę gulaszową, która stanowi doskonały dodatek do zupy gulaszowej. Ja oczywiście zaopatrzyłem się chyba w roczny zapas papryki w proszku i kilka tubek różnego rodzaju past paprykowych. Pasty te możemy kupić i u nas w marketach, ale zawsze miło jest przywieźć coś z wycieczki zagranicznej.

Co jednak dobrego możemy zjeść w węgierskich restauracjach. Najpopularniejszym daniem jest zupa gulaszowa. To taka zupa o dość rzadkiej konsystencji z mięsem oraz małymi kawałeczkami ziemniaków i innych warzyw. To danie znajdziemy w menu chyba każdej restauracji regionalnej. W Balatonfüred gdzie nocowaliśmy polecam osobiście Halászkert Étterem, do tej restauracji trafiliśmy pierwszego dnia, w sumie z przypadku. Wybór był trafiony, a gulasz przepyszny i dość duża porcja, podawany w kociołku, który był cały czas podgrzewany. Ciekawy efekt, a do tego zupa nie stygła tak szybko. Każdy zamówił sobie po kociołku, to idealna porcja na osobę by się najeść, ale nie przejeść. Do tego było podane świeżo wypiekane pieczywo i pokrojona w kosteczkę ostra jasnozielona papryka, oraz w niewielkim naczyńku ostra pasta paprykowa, dla chętnych mocniejszych wrażeń smakowych. Restauracja położona jest na początku promenady, tj. ulicy Zákonyi Ferenc, którą można dojść do przystani, idąc deptakiem od pola campingowego Balatontourist Füred Camping&Bungalows. Restauracją wartą odwiedzenia w Balatonfüred jest też Borcsa Étterem, położona na końcu całej promenady, która ze wspomnianej ulicy Zákonyi Ferenc, przechodzi za przystanią w Tagore setany. Ja oczywiście po raz kolejny zamówiłem zupę gulaszową, ale inni spróbowali pysznego sznycla, czy makaronów. 

Dla spragnionych niezwyczajnych wrażeń kulinarnych polecam Bistro Sparhelt, położona trochę dalej od deptaka. To restauracja wyższej klasy i nieco droższa, niż te które odwiedziliśmy wcześniej. Do wyboru jest kilka opcji kompletnego menu z przystawką, pierwszym i drugim daniem oraz deserem. Niektóre opcje można ze sobą łączyć lub mieszać. To takie menu degustacyjne, porcje nie są za duże, ale niesamowicie elegancko i wykwintnie podane. Smaki są trochę inne niż zazwyczaj, więc nie wszystko może każdemu smakować, bo to dość nowoczesna kuchnia. Mnie osobiście smakowało. Jadłem zieloną zupę chyba szczawiowo szpinakową, a na drugie danie makaron z kalmarami, inni próbowali kaczkę, czy coś w rodzaju gołąbka, ale zupełnie innego niż nasz tradycyjny. Osobiście zamiast tych wymyślnych dań wolałbym po raz kolejny zjeść typowy węgierski gulasz, ale takie miejsce też warto odwiedzić, sami się przekonajcie.

Będąc w Budapeszcie też postawiliśmy na sprawdzoną zupę gulaszową, każdy zamówił sobie po kociołku, to jednak najlepiej się sprawdza i smakuje właśnie w takich okolicznościach. Do tego restauracja znajdowała się na nadbrzeżu Dunaju więc dodatkowo mieliśmy cudny widok na wzgórze zamkowe. To była restauracja Panoráma Terasz. Ceny jak na taką lokalizację zadziwiająco niskie, a porcje w sam raz, do tego idealna miejscówka nad samą rzeką.

No i na koniec nie można nie wspomnieć oczywiście o słynnych węgierskich langoszach. Nie sposób tego nie spróbować będąc na Węgrzech. To taki placek smażony w głębokim oleju podawany na ciepło z kwaśną śmietaną. Nie raz widziałem je w Polsce na świątecznych jarmarkach więc stwierdziłem, że będąc na Węgrzech muszę spróbować. Znalazłem idealne miejsce w Tihany. To Tihanyi Rétesház és Lángosozó, coś w rodzaju baru. W tym miejscu serwują tylko langosze podawane na ciepło, smażone od ręki na miejscu. Jest to dość tłusty placek, ale świeży z kwaśną śmietaną i czosnkiem smakował doskonale, my podzieliliśmy się po kawałku bo był dość sycący więc każdy zjadł ze smakiem, bez uczucia przejedzenia. W Tihany spróbowałem też lawendowego piwa, ale szczerze, nie kupiłbym go po raz kolejny.

Kuchnia węgierska jest prosta, ale ma kilka dań których zawsze chętnie spróbuję, oczywiście na pierwszym miejscu zawsze będzie zupa gulaszowa. Ale to już sami musicie ocenić, co wam najbardziej będzie smakowało. 

Węgierska przygoda nad Balatonem i wieczorny rejs po Dunaju

Tegoroczny długi weekend majowy spędzałem z rodziną i znajomymi na Węgrzech, a dokładnie nad Balatonem. Układ dni wolnych powodował, że można było spokojnie odpocząć z dala od domu. Pierwotnie miała być Chorwacja, ale ostatecznie padło na Węgry. Na Węgry z południa Polski można dojechać w niecałe 7 godzin więc jest to całkiem przyzwoity czas, porównując powiedzmy z wyprawą nad Bałtyk do Kołobrzegu. Do tego o tej porze roku na Węgrzech już jest gwarantowana przyjemna, ciepła, wiosenna pogoda, ale jeszcze bez upałów, no i piękna zieleń. Niestety u nas z weekendem majowym bywa różnie i nie raz już były w tych dniach przymrozki, a i kwiaty wiosenne też się rozwijają ciut później w Polsce. Wyjeżdżaliśmy w sobotę rano z Krakowa, więc przyjazd na miejsce przewidywaliśmy około 15.00.

Nocowaliśmy w miasteczku Balatonfüred położonym nad samym Balatonem, na północnym brzegu. Jest to uroczy kurort turystyczny, o tej porze roku jeszcze nie w pełni tętniący życiem, z masą cudownej zieleni i kwiatów, ścieżek rowerowych i przystanią dla statków. Sam nocleg zarezerwowaliśmy w ośrodku Balatontourist Füred Camping&Bungalows. Jest to pole campingowe z domkami oraz parcelami, na których można zatrzymać się camperem, rozbić namiot i podłączyć do mediów. Ośrodek jest dość rozległy i ma bezpośredni dostęp do linii brzegowej jeziora. Domki, w których mieszkaliśmy może nie były luksusowe, ale zawierały dwie małe sypialnie, aneks kuchenny z pokojem dziennym i łazienkę. Przed domkiem był zadaszony taras, gdzie można było spędzać czas na wolnym powietrzu. Czego więcej potrzeba, gdy za oknem jest ciepło i świeci piękne słońce, a większość czasu spędza się na spacerach i wycieczkach po okolicy. Niestety przed sezonem, nie było jeszcze zamontowanych schodków do jeziora. Nad Balatonem nie ma typowej plaży i zejście z brzegu do wody na terenie ośrodka jest po schodkach montowanych na sezon letni. Na terenie ośrodka znajduje się plac zabaw, w sezonie otwarte też są mini delikatesy, a całość jest ogrodzona, samochód można zaparkować zaraz obok domku. 

Balatonfüred mnie zauroczyło. Z naszego ośrodka do centrum prowadził deptak połączony ze ścieżką rowerową, obsadzony niesamowitą ilością kwiatów i różnorodnych krzewów. Podczas naszego pobytu wszędzie kwitły tulipany w setkach kolorów i inne kwiaty, których u nas raczej się nie spotyka, ze względu na zimniejszy klimat. Po około kilometrze deptak przechodzi w promenadę z restauracjami, kafejkami i sklepikami z pamiątkami. Idąc tą promenadą dojdziemy do przystani, z której odpływają statki turystyczne i prywatne łodzie. Przy przystani znajduje się pomnik kapitana promu i rybaka. Cały deptak ciągnie się jeszcze dalej do ulicy Deák Ferenc. Balatonfüred jest idealnym miejscem na wiosenny wypoczynek, gdy jeszcze nie ma tylu turystów, w sezonie bez wątpienia tysiące urlopowiczów otaczają nas z każdej strony. 

Mieszkając w Balatonfüred koniecznie trzeba odwiedzić pobliskie Tihany. To cudowne, urokliwe miasteczko położone na półwyspie o tej samej nazwie. Tihany położone jest na wzniesieniu więc rozciąga się z niego widok na całą panoramę Balatonu. W mojej ocenie to taki węgierski Kazimierz Dolny. Miasteczko jest pełne wąskich uliczek, domków z cudownymi ogródkami, nad którym góruje XI wieczny klasztor benedyktynów. Żeby poczuć atmosferę Tihany trzeba poświęcić kilka godzin i dać się zagubić w tych uroczych zakątkach. Nie bójcie się to malutkie miasteczko więc łatwo się odnajdziecie. Półwysep słynie z uprawy lawendy, którą można znaleźć w każdym sklepiku, to taka węgierska Toskania. Obowiązkowym punktem wycieczki w Tihany jest dom papryki, to kamienica położona przy głównej ulicy, cała ozdobiona strąkami czerwonej papryki. W środku znajduje się sklep z lokalnymi wyrobami, niestety nie można robić zdjęć, ale mnie się jakoś ukradkiem udało. Z Tihany można przeprawić się promem na drugi brzeg Balatonu do Szántód, co też uczyniliśmy, oczywiście zabierając samochód. Do naszej bazy noclegowej w Balatonfüred wróciliśmy, robiąc sobie wycieczkę wokół jeziora. Po drodze odwiedziliśmy jeszcze Siófok z charakterystyczną zabytkową wieżą ciśnień. Nic jednak interesującego nie znaleźliśmy w  tej miejscowości więc wypiliśmy kawę i ruszyliśmy w dalszą drogę. Dla miłośników wycieczek rowerowych dodam, że cały Balaton wkoło można objechać na rowerze.

Przedostatniego, czyli czwartego, dnia pobytu na Węgrzech pojechaliśmy jeszcze do Budapesztu i ostatni nocleg mieliśmy już tam zarezerwowany w hotelu. Do Polski wracaliśmy prosto z Budapesztu. W Budapeszcie byłem pierwszy raz podczas pandemii. Budapeszt to duże miasto położone na obu brzegach Dunaju, z przepięknym zabytkowym centrum, górującym nad miastem wzgórzem zamkowym i charakterystyczną bryłą węgierskiego parlamentu, budynku urzekającego architekturą, zwłaszcza po zmroku, kiedy jest włączona iluminacja. Z uwagi iż do dyspozycji mieliśmy tylko jedno popołudnie i wieczór, następnego dnia wracaliśmy już do Polski, nie udało się nam wiele zobaczyć. Pospacerowaliśmy trochę po centrum, doszliśmy do Bazyliki Św. Stefana i nad Dunaj, gdzie z brzegu rozciągał się widok na wzgórze zamkowe oraz Górę Gellerta. Na wieczór zarezerwowaliśmy sobie rejs statkiem wycieczkowym po Dunaju. Niestety wieczorem padał deszcz więc część rejsu spędziliśmy pod pokładem oglądając tylko z okien statku panoramę nadbrzeża. Na pokładzie grała orkiestra na żywo, w sumie specyficzny, ale ciekawy klimacik. Grali najbardziej popularne melodie z krajów, których turyści byli na pokładzie. Gdy już się ściemniło i przestało padać, wyszliśmy na pokład i mogliśmy zrobić kilka zdjęć cudownie podświetlonego zamku oraz budynku parlamentu. Tak zakończyła się nasza majowa węgierska przygoda. Zarówno Balaton, jak i Budapeszt to doskonałe destynacje z Polski na majówkowy wiosenny wypoczynek. Jeśli chcecie dokładnie zwiedzić cudowne miasto, jakim jest Budapeszt, polecam przynajmniej 3-dniowy pobyt. Jednak, by choć na chwilę oderwać się od codzienności wystarczy te kilka dni, spędzonych w tak urokliwych miejscach.