Ponte Luis, Ribeira, niebieskie azulejos i palmy, czyli niedziela w Porto

Ribeira

Niedziela była trzecim, a zarazem ostatnim dniem naszego pobytu w porto. Spędzaliśmy ją, każdy na swój sposób, niektórzy pojechali na plażę, a inni wybrali zwiedzanie miasta. Uwielbiam opalać się, ale tym postanowiłem na miasto. Pewnie szybko do Porto nie polecę więc postanowiłem jeszcze zobaczyć trochę miasta. Kocham takie włóczenie się po wąskich uliczkach, krótkie przerwy na kawę, czy winko i dalej w drogę. Wychodząc z hotelu tym razem wybraliśmy inną drogę do centrum. Poszliśmy w kierunku stacji metra Trindade, a następnie Rua da Trindade doszliśmy do Urzędu Miasta, czyli Camara Municipal do Porto. Przed urzędem znajduje się wielki plac, czy aleja Avenida Dos Aliados. Spod ratusza rozpościera się widok na cały plac i okoliczne kamienice ciągnące się wzdłuż alei. Idąc do końca placu dojdziemy do Praça da Liberdade, po którego lewym narożniku, przy końcu, idąc od urzędu miasta, znajduje się budynek dworca kolejowego. O tym już Wam ostatnio pisałem. Tutaj jest również kolejny kościół z niebieską fasadą, Igreja de Santo António dos Congregados. 

Ponieważ tędy szliśmy pierwszego dnia na przystanek tramwajowy, z którego odjeżdżaliśmy na plażę, tym razem skręciliśmy w połowie Avenida Dos Aliados w prawo w Rua da Fábrica, by zwiedzić inną część miasta. Rua da Fábrica przechodzi w Rua de Santa Teresa. Skręcając z niej w lewo w Praça de Guilherme Gomes Fernandes, dojdziemy do kolejnego placu Praça de Gomes Teixeira. Przy placu znajduje się kolejny kościół z niebieskimi azulejos na fasadzie, to Igreja do Carmo. Na placu rosną przepiękne wielkie palmy. Czytałem wcześniej, że  palmy i kościół z taką niebieską fasadą to typowe dla Porto obrazki, udało mi się więc zrobić takie ujęcie, na którym była owa palma, a w tle budynek kościoła. Idąc dalej Praça de Parada Leitão mijamy po lewej stronie Muzeum Historii Naturalnej i dochodzimy do Praça de Lisboa. Pełen zieleni plac, z potężnymi drzewami oliwnymi. Chcieliśmy tam w ogródku usiąść na kawę, niestety wszytko było pozamykane, chyba przez obostrzenia. 

Tutaj też znajduje się kościół kleryków, czyli Igreja dos Clérigos, z górującą nad miastem wieżą.  Widać ją chyba niemal z każdego punktu miasta, widok też jest raczej niesamowity, ale niestety odpuściliśmy sobie wejście do środka. Przy Rua de São Filipe de Nery znajduje się charakterystyczny sklep głównie z sardynkami, z popularną zieloną fasadą, znaną z licznych zdjęć, czyli Casa Oriental, oczywiście ja też zrobiłem tu zdjęcie. Idąc Rua da Assunção, kierujemy się w stronę dworca kolejowego. Tą ulicą jedzie też taki stary tramwaj. Idąc dalej Rua dos Clérigos, kierujemy się w stronę dworca kolejowego. Tymi ulicami jedzie też taki stary tramwaj. Przy placu dworcowym, po przeciwnej stronie budynku dworca znajduje się miła kawiarenka, w której udało się nam wreszcie usiąść by wypić kawę i zjeść słynne portugalskie ciastko, oczywiście za mniejszą cenę niż w Majestic Cafe. Niestety nie pamiętam nazwy tej kafejki. Warto się przejść dalej ulicą Rua Das Flores i pobuszować w licznych sklepach z pamiątkami. Uliczka jest deptakiem przeznaczonym tylko dla pieszych. 

Mniej więcej od tego miejsca, aż do rzeki rozciąga się dzielnica Ribeira, pełna starych uroczych kamienic i wąskich uliczek, w których możemy poczuć  klimat miasta. My poszliśmy główną ulicą Avenida Dom Alfonso Henriques, w kierunku mostu Luisa. Po prawej stronie na wzgórzu znajduje się monumentalna katedra  Sé do Porto. Oczywiście nie weszliśmy do środka tylko porobiliśmy zdjęcia z zewnątrz i na panoramę miasta. Widoki są cudowne. Jeśli natomiast zboczymy w lewo od głównej ulicy dojdziemy do kościoła Igreja de Santa Clara. Kościół bogato zdobiony złotem, jeden z najładniejszych w Porto, podczas naszego pobytu znajdował się w renowacji. Avenida Dom Alfonso Henriques, przechodzi na końcu w Avenida Vimara Peres. Z miejsca, gdzie tramwaj wyjeżdża spod ziemi, rozciąga się niesamowity widok na most i drugą stronę rzeki. Tym sposobem doszliśmy do Ponte Luis. Spacer mostem na drugi brzeg rzeki jest obowiązkowy. Panorama Ribeiry i całego Porto z górującą Wieżą Kleryków jest niesamowita. Perspektywa w obu kierunkach rzeki również robi wrażenie. Na drugim brzegu rzeki Duoro znajduje się park oraz miejscowość Vila Nova de Gaia, ośrodek produkcji porto z magazynami, gdzie przechowywane jest winoo. Tutaj można spędzić wiele godzin na degustacjach i odwiedzinach tych winiarni, jednak my nie mieliśmy na to specjalnie czasu. Warto natomiast zatrzymać się na chwilę w parku, tuż przy moście. Z Jardim do Morro cudownie widać całe miasto. My wróciliśmy tam jeszcze wieczorem by podziwiać zachód słońca i tonące w blasku zachodzącego słońca Porto, z którym musieliśmy się w niedzielny wieczór już żegnać. 

Do wieczora pozostało jeszcze kilka godzin, które wykorzystaliśmy dość intensywnie. Tak dla informacji, przy moście znajduje się również stacja kolejki, którą możemy zjechać na dół do promenady Ribeira de Gaia. My jednak wróciliśmy mostem do Ribeiry. Po tej stronie też jest kolejka, którą możemy zjechać na sam dół. My wybraliśmy schody i zejście wąskimi uliczkami, niemal wyjętymi z Paryża, ale to też jest charakterystyczne dla Porto, te wąski, urocze uliczki, choć czasami zaniedbane. Po tej stronie rzeki znajduje się promenada Cais da Ribeira, pełna turystów, mimo czasu pandemii i obostrzeń. Znajduje się tu cała masa restauracji i kafejek, jednak z uwagi na popularność miejsca, lokale te należą do droższych w mieście. Przeszliśmy się promenadą do końca po drodze zatrzymując na schłodzone piwo i słynną kanapkę z Porto, ale o tym jeszcze nie teraz. 

W planie mieliśmy jeszcze zwiedzanie ogrodów przy Super Bock Arena. Najlepiej dojechać tam tym zabytkowym tramwajem z przystanku Infante, którym dojedziemy do plaży. Przy przystanku znajduje się kościół Sw. Franciszka, Igreja Monumento de São Francisco, również bogato zdobiony wewnątrz. Chcąc dostać się do ogrodów, o których wspomniałem, musimy wysiąść na przystanku Alfândega i kierować się ku górze w stronę parku, tymi wąskimi uroczymi uliczkami. Z parkowego wzgórza rozciąga się panoramiczny widok na most Ponte da Arrábida i całą rzeką. Można tu w cieniu drzew odpocząć po całodziennym zwiedzaniu miasta. Bezpośrednio przy wyjściu z parku  przy ulicy Rua de Dom Manuel II znajdował się przystanek autobusowy. Stąd dojechaliśmy do metra Trindade, a następnie spacerkiem już po kilku minutach byliśmy w hotelu. Musieliśmy sobie trochę odpocząć po kilkugodzinnej pieszej wycieczce po mieście. Wieczorem czekał nas jeszcze spacer na most Luisa, do Jardim do Morro, skąd obserwowaliśmy cudowny zachód słońca. Dzień zakończył się kolacją w jednej z restauracji położonych w Ribeirze. Niestety na jazdę do dzielnicy portowej nie było już czasu. Następnego dnia o 5 rano mieliśmy autobus na lotnisko. Wszystko co dobre kończy się szybko. Ale na pocieszenie będzie jeszcze jeden wpis o smakołykach z Porto i jeśli coś mi się jeszcze przypomni, co warto zobaczyć, to też jeszcze napiszę.

Porto, to nie tylko wino, czyli co warto zobaczyć w tym urokliwym mieście

panorama Porto

Porto, kojarzy mi się z wysokoprocentowym słodkim winem o pięknym rubinowym kolorze. Ale Porto to przede wszystkim jedno z dwóch największych miast Portugalii. Malowniczo położone na wzgórzach od strony Oceanu Atlantyckiego, ale nie nad samym oceanem, tylko nad ujściem rzeki Duoro do oceanu. Najbardziej urokliwa  i najpopularniejsza turystycznie część miasta rozciąga się po obu brzegach rzeki. Nad oceanem znajduje się część portowa w miejscowości Matosinhos i urokliwy deptak prowadzący do plaży, w dzielnicy Foz do Douro. 

Porto jest idealnym miastem na wypad weekendowy z Polski, no może taki lekko przedłużony o jeden dzień weekend. Można powiedzieć, że to niemal cud, iż w czasach pandemii mogłem zobaczyć to piękne miasto. Korzystając z dużych promocji na bilety lotnicze  udało nam się kupić przelot w obie strony za nieco ponad 400 złotych od osoby. To na prawdę doskonała cena za lot do Portugalii, gdyż normalnie cena za przelot w jedną stronę wynosiła ponad 800 złotych. Lot w jedną stronę trwa około 3,5 godziny. Wylot z Polski mieliśmy w piątek przed południem, a powrót w poniedziałek z samego rana. Rozwiązanie idealne gdyż mieliśmy dwa pełne dni i całe piątkowe popołudnie pobytu na miejscu. Samo lądowanie jest już dosyć ekscytujące, gdyż samolot schodził do lądowania od strony lądu, przelatując nad samym centrum, więc wszystko idealnie było widać z góry. Jeśli dobrze pamiętam około 14.00 byliśmy już w Porto. Na miejscu przywitało nas piękne słońce i bezchmurne niebo. Z lotniska do centrum jechaliśmy metrem. Przystanek metra znajduje się przy terminalu więc nie musimy się nigdzie specjalnie przemieszczać. Nie mogliśmy kupić kilkudniowego biletu w automacie, co jest idealnym rozwiązaniem na tak krótki pobyt, więc polecam zakup w okienku informacyjnym, które znajduje się w terminalu po drodze do stacji metra. W przeciwnym razie trzeba kupić jednorazowy bilet i potem dokupić sobie już według uznania w centrum miasta. Metro jedzie do centrum około 40 minut. Wysiedliśmy na stacji metra Trindade, gdyż hotel mieliśmy zarezerwowany w pobliżu, dosłownie 10 minut spacerem. Pokój może nie był za duży, ale łóżko wygodne, do tego klimatyzacja, która o tej porze roku nie była konieczna na szczęście i super nowoczesna łazienka. Wyposażenie pokoju skromne, ale wystarczające na tak krótki pobyt. Jeśli jeszcze kiedyś pojadę do Porto, chyba bym wybrał ten sam hotel. Stay Hotel Porto Centro Trindade położony przy Rua de Gonçalo Cristóvão.  Trzeba przejść na drugą stronę stacji i uliczką Travessa de Alferes Malheiro dojdziemy do samego hotelu. Przy hotelu znajduje się charakterystyczna cylindryczna bryła piętrowego parkingu, a przy wejściu do hotelu przystanek autobusowy. Tyle w kwestiach logistyczno transportowych.

Plaże ciągną się aż do portu Leixoes w Matosinhos. Wzdłuż plaży ciągnie się również chodnik, który na odcinkach ma bardziej lub mniej spacerowy charakter. Sam zachód słońca nad oceanem był cudowny, tym bardziej, że wylatując z Polski, pogoda była taka sobie. Lekkie fale i poświata na wodzie, którą dawało słońce chylące się ku zachodowi, po prostu wspaniale. Plaża była zamknięta, ale nam to nie przeszkadzało, usiedliśmy sobie na piasku pod murem w pobliżu latarni morskiej. Do tego schłodzone piwo, oliwki i serek, cóż więcej potrzeba w takim miejscu. Środek pandemii, a my siedzieliśmy na plaży nad oceanem niemal nie do uwierzenia. Takie chwile mogłyby trwać wiecznie. Po zmroku udaliśmy się spacerem w kierunku dzielnicy portowej. Studiując informacje o Porto przed wylotem wyczytałem, że w porcie serwują najlepsze owoce morza, no i nie zawiodłem się, ale o tym czego próbowaliśmy w Porto w kolejnym wpisie dzisiaj skupię się na atrakcjach turystycznych. Mogę tylko powiedzieć że pierwszy wieczór w Porto zakończyliśmy doskonałą kolacją, z owocami morza w roli głównej.

Kolejny dzień przeznaczony był głównie na plażowanie, ale i częściowo na zwiedzanie miasta. Na plażę trzeba dojechać autobusem, a ponieważ przystanek znajdował się w okolicach dworca kolejowego, więc idąc do dworca można było już coś ciekawego zwiedzić. W pobliżu naszego hotelu zaczynał się główny deptak spacerowy, czyli Ulica Świętej Katarzyny. Prawdę mówiąc ulica ta zaczyna się nieco wcześniej, ale formę deptaka dla pieszych ma dopiero od skrzyżowania z Rua Guedes de Azevedo, czyli w pobliżu naszego hotelu. Idą w kierunku rzeki  przy stacji metra Bolhao mijamy Kaplicę Dusz z przepiękną fasadą wykonaną z ręcznie malowanych płytek ceramicznych azulejos w kolorze niebieskim, ten kolor i takie zdobienie kościołów czy kamienic są charakterystyczne dla Porto i spotykamy je co i rusz na fasadach budynków. Jest to jeden z piękniejszych kościołów w Porto, niestety my odpuściliśmy sobie zwiedzanie. Biorąc pod uwagę sytuację pandemiczną by ograniczyć ryzyko zarażenia zrezygnowaliśmy ze zwiedzania zabytków w środku. W tej samej okolicy, przy bocznej ulicy położona jest również miejska Hala Targowa. Niestety podczas naszego pobytu znajdowała się w remoncie i nie można było wejść do środka, czego bardzo żałuję, gdyż kocham te miejskie stare hale targowe. Przy Ulicy Świętej Katarzyny znajduje się również niesamowita kawiarnia Majestic Cafe, obowiązkowy punkt odwiedzin podczas wizyty w Porto. Wnętrze kawiarni jest bardzo zabytkowe i ono najbardziej przyciąga turystów by wejść do środka. Na szczęście o 9 rano było tam jeszcze dosyć pusto więc postanowiliśmy wstąpić na kawę i słynne portugalskie ciastko, oczywiście lekko przepłacając za miejscówkę, ale cóż przynajmniej zrobiliśmy zdjęcia. O ciastku napiszę wkrótce, we wpisie o portugalskiej kuchni.

Przy rozwidleniu z Ulicą Świętego Ildefonsa znajduje się kolejny kościół o charakterystycznej niebieskiej fasadzie, to Kościół Świętego Ildefonsa. W tym miejscu zakończyliśmy spacer deptakiem i skręciliśmy w Rua de 31 de Janeiro, kierując się w stronę dworca kolejowego, z okolic którego odjeżdżał nasz autobus na plażę. Budynek dworca jest zabytkowy, a jego wnętrza wprawiają w zachwyt. Tu też całe ściany wyłożone są tymi ręcznie malowanymi płytkami w kolorze niebieskim. Warto wejść do środka i zrobić zdjęcia. Ponieważ mieliśmy kilkanaście minut do odjazdu autobusu, chwilę jeszcze przeszliśmy się deptakiem Rua das Flores, gdzie znajduje się całe mnóstwo knajp, restauracji i sklepów z pamiątkami. W to miejsce wróciliśmy dopiero następnego dnia. Autobus jednak szybko przyjechał i resztę dnia spędziliśmy na plaży. Ocean był zimny, ale słońce na tyle mocno grzało, że można było siedzieć tylko w strojach kąpielowych. Na plaży odpoczywaliśmy niemal do zachodu słońca. Tak nam minął kolejny dzień, oczywiście zakończony pyszną kolacją w dzielnicy portowej. O tym, co jeszcze warto zobaczyć w Porto, które miejsca odwiedzić i gdzie można smacznie zjeść już niedługo. Niedzielę spędziliśmy na spacerze po centrum, ale to opiszę Wam w kolejnym wpisie.

Split, cudowna perełka na chorwackim wybrzeżu

Już dawno miałem opisać moje wspomnienia z pobytu w Splicie, ale jakoś brakowało czasu. Teraz jest go więcej, również i u mnie więc postanowiłem się z Wami podzielić moimi wspomnieniami i ciekawostkami, z których może ktoś kiedyś skorzysta, wybierając się do Splitu, jak ta cała obecnie zwariowana sytuacja się unormuje, bo naprawdę warto. Może ktoś, siedząc teraz na przymusowej kwarantannie w domu też usiądzie i poczyta o moich podróżach, uciekając w ten sposób od tych negatywnych informacji zewsząd nas otaczających.

Split to taka w mojej ocenie chorwacka Nicea, przynajmniej tak mi się kojarzy przez nadmorską Rivę, choć w Nicei nigdy nie byłem. Do Splitu możemy dojechać z południa Polski samochodem w ciągu około 12 godzin. My w Splicie postanowiliśmy wspólnie ze znajomymi spędzić ostatniego Sylwestra. Ponieważ Sylwester wypadał we wtorek w drogę wyruszyliśmy z samego rana w sobotę, by wieczorem cieszyć się już spacerem po Splitskiej Rivie. Wyjeżdżaliśmy o 6 rano z Krakowa, a około godziny 19.00 byliśmy już w Splicie. 

Nocleg mieliśmy zarezerwowany na ulicy Radunica, w odległości 10 minut spacerem od centrum i promenady. Super apartament w jednej ze starych kamienic, coś niesamowitego i do tego tak blisko najważniejszych atrakcji. Te kamieniczki, chodniki wyłożone białym kamieniem z Brača, który wygląda jak marmur, tworzą niesamowity klimat starego miasta, który ja uwielbiam. Idąc ulicą Radunica wychodziliśmy wprost na bazar znajdujący się przy skrzyżowaniu ulic Zagrebačka i Poljana kreza Trpimira. Można tam było kupić świeże owoce i warzywa, pieczywo i inne lokalne przysmaki, a także odzież. 

Przechodząc wskroś przez bazar wychodzi się wprost na Srebrną Bramę, przez którą idąc dalej widzimy fragmenty ruin Pałacu Dioklecjana, natomiast idąc ulicą wzdłuż bazaru, w kierunku południowo-zachodnim, dojdziemy do nadmorskiej promenady, która robi nawet o tej porze roku niesamowite wrażenie, ale o tym trochę później.

Srebrna Brama

Wracając do Pałacu Dioklecjana, a raczej jego ruin, co tu dużo mówić, magia tego miejsca jest niesamowita. Była to rezydencja zbudowana przez cesarza Dioklecjana, w której miał osiąść po abdykacji zaplanowanej na 305 r. Cztery bramy wyznaczają granice dawnego pałacu, czyli Brama Srebrna, Złota, Brązowa i Żelazna. Już pozostałości Srebrnej Bramy, te surowe mury pozbawione okien, robią niesamowite wrażenie. Ruiny, częściowo zachowane kawałki murów i ścian pozbawione okien, masa różnych zakamarków, które odkrywamy za każdym kolejnym rogiem, wszędzie biały kamień na chodnikach, ten powiew tajemniczości odczuwa się spacerując w tych miejscach. Latem miejsca te są pełne turystów, ale zimą można spokojnie zwiedzać wszystkie zakamarki, nie czując na sobie oddechu innych turystów. Opuszczając ruiny, płynnie przechodzimy w dalszą części starówki, która jest jednym wielkim labiryntem wąskich i węższych uliczek, w których można się zagubić na kilka godzin. Wychodząc przez Żelazną Bramę wyjdziemy wprost na Plac Ludzi lub inaczej nazywany Pjaca, pełen restauracji i przyległych do nich ogródków, w których możemy na chwilę przysiąść przy zimnym piwie lub spróbować smakołyków chorwackiej kuchni. Przy placu znajduje się budynek Urzędu Miasta, tu też odbywają się liczne miejskie imprezy. Można powiedzieć, że ruiny przeplatają się z kamienicami, bo teren, który zajmował pałac był dość rozległy. Ruiny sąsiadują z kamienicami, w których zamieszkują mieszkańcy, a także znajdują się liczne sklepy z pamiątkami i nie tylko, restauracje oraz apartamenty pod wynajem dla turystów. Spacerując po zmroku można poczuć lekki dreszczyk emocji, mając wrażenie, że się zagubiło, ale bez obaw, krążąc po tych zakamarkach wąskich uliczek w końcu trafimy do miejsc, które już odwiedziliśmy i znajdziemy wyjście w stronę promenady, czy znajomych nam ruin pałacu, choć może się zdarzyć, że trafimy w ślepą uliczkę i będziemy musieli się cofać, szukając innej drogi.

Warto zatrzymać się przy Katedrze Św. Dujma, Placu Peristil, będącym centralnym placem pałacu. Spacerując pośród ruin dotarłem, nie wiem jak, do niesamowitego miejsca, z którego widok rozpościera się na całą Rivę. Patrząc z zewnątrz, od strony promenady, to w pozostałości muru po pałacowego widzimy trzy takie same zakratowane okna. W sezonie znajdują się tam stoliki jednej z okolicznych restauracji, ale miejsce jest niesamowite. Puste, pozbawione ludzi ruiny z oknami, przez które wdzierało się słońce do środka i ta cisza. To po prostu trzeba zobaczyć i znaleźć się w takim miejscu by czuć ten powiew tajemniczości i magii miejsca.

Ulica Marmontova

Głównym deptakiem jest ulica Marmontova, której wylot zaczyna się w zachodnim końcu Splitskiej Rivy. Można powiedzieć, że ulica ta zamyka zasadniczo stare miasto od zachodniej strony. Przy ulicy znajduje sie charakterystyczna fontanna, którą widzicie na zdjęciu obok. Do ulicy Marmontova, za pierzeją kamienic przylega Plac Republiki, który architekturą otaczających go kamienic przypomina nieco Plac Świętego Marka z Wenecji. Owszem, dalej też mamy te urokliwe uliczki, ale najciekawsze zakamarki znajdują się w części do tego deptaku. Od północy starówkę zamyka ulica Sinjska i Park Josipa Jurija Strossmayera. Przy parku znajduje się pokaźnych rozmiarów pomnik Biskupa Grzegorza z Ninu. Według legendy dotknięcie dużego palca lewej stopy posągu ma zapewnić zdrowie i szczęście. Nie mogłem nie zaryzykować i potarłem palucha, podobnie, jak i reszta moich przyjaciół. W uliczkach parku było o tej porze roku zorganizowane lodowisko, bardzo ciekawy pomysł, z którego przykład powinny brać polskie miasta.

Splitska Riva

Tyle o starówce. Od południowej strony najstarszą część Splitu zamyka Riva Splitska, promenada, która dla mnie wygląda jak z lazurowego wybrzeża. Cudowny deptak nad brzegiem morza, obsadzony palmami, z pasem niskiej zieleni od strony morza. Wśród tej zieleni ustawione są ławki, gdzie możemy usiąść i napawać się widokiem morza, zachodem słońca, czy tych niesamowitych ruin. W ciągnących się wzdłuż promenady kamienicach, wbudowanych w pozostałości Pałacu Dioklecjana, znajdują się liczne restauracje oferujące doskonałe jedzenie. Nie sposób się nie zakochać w tej promenadzie. Palmy, słońce, niebieska woda, czego więcej potrzeba i to 30 grudnia, kiedy w Polsce śnieg i mróz. 

Przed każdą z restauracji znajduje się ogródek piwny, gdzie można wypić drinka, zjeść obiad, czy kolację. Od pierwszego dnia adwentu do 6 stycznia przy promenadzie rozstawiona jest scena, poustawiane budki z grzanym winem i różnymi smakołykami, a każdego wieczoru rozbrzmiewa muzyka i odbywają się koncerty. Coś niesamowitego, o czym w Polsce nam się nawet nie śniło. Okres, w którym ludzie wspólnie spędzają czas, cieszą się. Wiem, wiem, klimat chorwackiego wybrzeża sprzyja takiej organizacji życia miejskiego, ale nawet ta organizacja lodowiska, te budki, przy których spotykają się ludzie to coś niezwykłego. U nas tylko w największych miastach, coś się próbuje organizować, ale tylko w ramach jarmarku świątecznego, a tam radość i zabawa trwa od początku grudnia do pierwszych dni stycznia. Powinniśmy korzystać z takich przykładów organizacji około świątecznego życia miejskiego, a nie tylko zamykać się na religijny aspekt przeżywania świąt Bożego Narodzenia.

To jest Split, w którym ja się zakochałem, cudowny, uroczy, tajemniczy i mający w sobie to coś, co przyciąga. Na pewno chciałbym jeszcze tam kiedyś wrócić i jeśli tylko będę mógł bez wątpienia wrócę. Chyba trochę się rozpisałem, ale to i tak niedużo, o tak cudownym mieście. W kolejnym wpisie podam jeszcze przydatne i praktyczne informacje, które możecie wykorzystać wybierając się do Splitu, będzie jeszcze o innych ciekawych miejscach, ale już nie w samym centrum miasta, o doskonałej kuchni, a może jeszcze mi się coś ciekawego przypomni, to też o tym napiszę. I przepraszam tych, którzy znają chorwacki język, gdyż mogły się pojawić błędy w oryginalnych nazwach miejsc lub ulic, niestety nie znam chorwackiego i wspomagałem się w tym zakresie informacjami z Internetu.

Quebec, miniatura Francji w Kanadzie i niesamowite kolory liści

Quebec był ostatnim punktem podróży po Kanadzie przed wylotem z Toronto do Polski. Prawdę mówiąc nasz pobyt w tej kanadyjskiej prowincji ograniczył się do pobytu w samym mieście Quebec i wycieczkach po okolicy. Quebec pozostawiliśmy sobie na koniec ze względu na wybarwienia liści. Właśnie w okolicach miasta Quebec przypadał szczytowy okres wybarwień liści, podczas naszego pobytu w Kanadzie. Nad oceanem ten okres z uwagi na mikroklimat przypada jeszcze później niestety. Miasto Quebec jest taką miniaturą francuskiego miasteczka przeniesioną za ocean, zwłaszcza jego stara część. Spacerując po tych urokliwych wąskich uliczkach starówki możemy poczuć się jak w jakimś starym francuskim miasteczku. Quebec City położone jest nad Rzeką Św. Wawrzyńca. Charakterystycznym punktem orientacyjnym jest zamek Frontenac, w którym obecnie funkcjonuje luksusowy hotel. Całe stare miasto znajduje się na północ i północny-wschód od tego zamku, w trójkącie, który zaznaczają łączące się w tym miejscu rzeki Saint-Charles i Św. Wawrzyńca. Uwielbiam klimat takich uliczek ze starymi kamieniczkami, sklepikami z pamiątkami i klimatycznymi knajpkami i restauracjami. 

Place Royale

Ciekawym miejscem jest Place Royale, z tymi niesamowitymi kamieniczkami, wyglądającymi jak żywcem wyjęte ze średniowiecza, tylko wymuskanymi, nowiutkimi. Nie wiem dokładnie, czy po rewitalizacji, czy wybudowane na nowo w takim stylu, ale dla mnie są cudowne. Idąc od Place Royale w lewo, przez Rue Notre-Dame, a następnie Rue du Sault-au-Matelot dojdziemy do ciekawej fontanny La Vivriere. Cała stara część miasta Quebec ma taki właśnie niesamowity, historyczny klimat. Z kolei schody łączące ulice Cote de la Montagne i Rue Sous le Fort, wyglądają jak wyjęte z dzielnicy Mont Marte w Paryżu i wstawione na kanadyjskiej ziemi. Na stare miasto warto wybrać się za dnia, kiedy jest jeszcze jasno by pooglądać te urokliwe kamieniczki i niesamowite murale znajdujące się w tej części miasta. Wyobrażam sobie, że spacer tymi wąskimi uliczkami po zmroku też musi być niesamowitym przeżyciem, kiedy te wszystkie sklepiki i knajpki są roziskrzone od świateł i ozdób.

Punktem wartym odwiedzin w mieście Quebec jest jeszcze Rue Saint-Jean, ulica pełna kawiarni, barów i restauracji, bardzo urokliwie wyglądająca po zmroku i ulica Grande Allee E na odcinku między Rue de Senezergues i Rue d’Artigny również pełna pubów i barów. 

Tyle udało się nam zobaczyć w samym mieście Quebec. Miasto jest w mojej ocenie doskonale skomunikowane. My mieliśmy zarezerwowany nocleg w hotelu Le Voyageur de Quebec. W pobliżu hotelu znajduje się duży market spożywczy i bardzo dobra pizzeria 2 Freres. W odległości 5 minut spacerem od hotelu mieliśmy przystanek, z którego odjeżdżał autobus do samego centrum. Poruszanie się po starym mieście samochodem jest dość uciążliwe, gdyż ciężko jest znaleźć miejsce do zaparkowania, więc lepiej zostawić samochód na parkingu hotelowym i udać się do centrum autobusem, a autobusy kursują dosłownie co kilkanaście minut. 

Parc régional du Massif du Sud

Kolejny dzień przeznaczony był na wycieczkę po okolicy i napawanie się tymi niesamowitymi kolorami, które w tym czasie osiągają kanadyjskie klony. Nie wiem, czy to kwestia mikroklimatu, czy odmiany, ale nasze polskie klony nigdy nie mają liści o takich kolorach. Ta cała feeria odcieni czerwonego od rdzawego, przez ceglasty, aż do ciemnobordowego robi niesamowite wrażenie. My wybraliśmy się do Park Regional du Massif du Sud. Wzgórza obrośnięte lasami klonowymi, które w tym czasie mieniły się żółcią, złotem i wszelkiego rodzaju odcieniami czerwieni zapierały dech w piersiach. Zdjęcia nie są w stanie oddać tej całej palety kolorów. Spod budynku siedziby Parku, w którym znajdują się sale wystawowe z ekspozycjami o tematyce przyrodniczej, udaliśmy się szlakiem pieszym na szczyt wzgórza do punktu widokowego, znajdującego się po drugiej stronie drogi. Idąc lasem nie widać jednak tych wszystkich barw. Po prostu liście na drzewach od dołu aż tak się nie wybarwiają, a te niesamowite kolory są na liściach z najwyższych gałęzi, do których dociera słońce. Ciekawostką była farma klonowa, czyli cała sieć instalacji do zbioru syropu klonowego z drzew. Najlepsze kolory można było obserwować w lasach, w okolicach stacji narciarskiej Massif du Sud. Zresztą cała trasa z Quebecu do Massif du Sud była niesamowicie urokliwa, z uwagi na te wybarwienia liści w lasach, przez które jechaliśmy po drodze. 

Wracając do Quebecu podjechaliśmy jeszcze do stacji narciarskiej na Mont Sainte-Anne, która znajduje się po drugiej stronie miasta. Tu też kolory liści wprawiały w zachwyt, jednak gęsta mgła tworzyła zdecydowane odcięcie na wysokości połowy wzgórza. Między Mont Sainte-Anne, a miastem Quebec możemy jeszcze podziwiać potężny wodospad Montmorency. Niestety nie zatrzymaliśmy się już tam, tylko zrobiliśmy zdjęcia z samochodu. Byliśmy lekko przeziębieni, pogoda nie zachęcała do spaceru, a do tego za wjazd na parking trzeba by znów zapłacić pewnie około 20 dolarów. 

W taki oto sposób zatoczyliśmy krąg, który rozpoczęliśmy kreślić wyruszając z Toronto na wschodnie wybrzeże do Nowej Szkocji. Kanada jest bardzo urokliwa, szczególnie jesienią. Z sentymentem piszę te wspomnienia, gdyż od razu przypominają mi się konkretne miejsca i sytuacje, które zapadają w pamięci na zawsze. Kto jeszcze nie był w Kanadzie powinien odwiedzić ten piękny kraj. Nie jest to może najtańsza wycieczka, ale przynajmniej raz w życiu warto się wybrać do Kanady. Mam nadzieję, że te moje opowieści zaciekawią miłośników podróżowania i odkrywania nowych, ciekawych miejsc. Może posłużą komuś za podstawę do opracowania własnego planu wyprawy za ocean i okażą się pomocne.

Tajemniczy Halifax, urokliwy Lunenburg i niesamowite widoki na Cape Breton, czyli moje wspomnienia z Nowej Szkocji

Nowa Szkocja była ostatnim, no może prawie ostatnim celem naszej podróży po Kanadzie. Na pewno była ostatnim punktem wyprawy po wschodnim wybrzeżu Kanady. Nowa Szkocja jest prowincją kanadyjską obejmującą cały półwysep o tej samej nazwie, wyspę Cape Breton i kilka mniejszych wysepek. Nowa Szkocja jest na tyle atrakcyjną turystycznie prowincją, że warto tam spędzić przynajmniej kilka dni, zwłaszcza w okresie lata i wczesnej jesieni. Największym miastem i stolicą prowincji jest Halifax. Halifax to miasto portowe położone po południowej stronie półwyspu, od strony oceanu. Najciekawszym miejscem Halifaxu w mojej ocenie jest nabrzeże portowe z licznymi barami i restauracjami, miejscem spotkań turystów i mieszkańców miasta oraz wzgórze, na którym znajduje się Cytadela. Spacer promenadą, przy której zlokalizowana jest cała masa restauracji, należy do jednych z przyjemniejszych atrakcji. Możemy oglądać zacumowane w porcie statki oraz uroczą latarnię na wysepce Georges Island. W porcie znajduje się również Discovery Center z licznymi naukowymi ciekawostkami dla najmłodszych. Zaledwie kilka minut spacerem od nabrzeża zlokalizowany jest budynek Urzędu Miasta, przy którym postawiono w kształcie łuku triumfalnego pomnik, poświęcony pamięci tych, którzy zginęli chroniąc Nową Szkocję. Niewielki park, zlokalizowany przy Urzędzie Miasta pozwala na krótki wypoczynek. 

Halifax

Idąc dalej ulicą Carmichael dojdziemy do wzgórza Cytadeli. Ze szczytu wzgórza rozpościera się widok na całą panoramę miasta. U stóp Cytadeli znajduje się zabytkowy budynek z zegarem miejskim.  W kwartale ulic między wzgórzem Cytadeli, a nabrzeżem znajduje się chyba największe nasycenie barów i restauracji, niestety nie należą one do najtańszych. Korzystając z pomocy Tripadvisora trafiliśmy do restauracji Bluenose, przy skrzyżowaniu ulic Hollis i Duke, w której serwują jedne z najlepszych homarów. Popularność restauracji jest na tyle duża, że miejsce należy sobie wcześniej zarezerwować. My weszliśmy tam prosto z ulicy więc miejsc wolnych nie było i musieliśmy sobie zarezerwować stolik. Ponieważ czas oczekiwania wynosił około 40 minut, w międzyczasie zrobiliśmy sobie szybki spacer na wzgórze Cytadeli. Było jeszcze jasno więc udało mi się zrobić kilka zdjęć panoramy miasta, jednak dość zimny wiatr skutecznie nas poganiał nie pozwalając na dłuższy pobyt na wzgórzu.  

Halifax

Z ciekawostek, w Halifaxie na cmentarzach lokalnych pochowana jest największa liczba ofiar tragedii Tytanica. Te stare cmentarze nadają miastu tajemniczo-mroczny charakter, szczególnie po zmroku. Hotel Waverley Inn, w którym mieliśmy zarezerwowany nocleg był urządzony w starym stylu, który przypominał wystrój Tytanica. To też potęgowało nastrój tajemniczości i mroczności, przywołując wspomnienia tamtej tragedii. Tak, czy owak polecam nocleg w tym hotelu. Jest zlokalizowany blisko centrum, posiada własny prywatny parking więc warto tam się zatrzymać.  Halifax był naszą bazą wypadową na południe półwyspu. Po przyjeździe z Nowego Brunszwiku odbyliśmy tylko krótki spacer po mieście, gdyż przyjechaliśmy dość późno, a kolejnego dnia mieliśmy zaplanowaną dość długą wycieczkę. Niestety z uwagi na późną porę nadbrzeżny deptak był wyludniony, ulice też były puste więc pierwsze wrażenie nie było dla mnie imponujące, raczej mroczne, owiane nutą tajemnicy i wspomnieniem tamtej tragedii. 

Lunenburg

Planem na kolejny dzień była wycieczka objazdowa po południowej części półwyspu. Objazd południowej części półwyspu z powrotem do Halifaxu do trasa długości ponad 600 kilometrów. Taki był pierwotny plan, który jednak musiał ulec modyfikacji, ponieważ drogi są wąskie i na większości odcinków jest ograniczenie prędkości do 60 lub 70 km/h. Do tego mieliśmy zaplanowany tylko jeszcze jeden nocleg w Halifaxie, a chcieliśmy pospacerować po mieście jeszcze za dnia. Ostatecznie plan objął objazd południowej części półwyspu przez środek lądu do Parku Narodowego Kejimkujik i powrót tą samą trasą do Halifaxu. Po drodze odwiedziliśmy urokliwe miasteczko Lunenburg, którego zabytkowa, stara część wpisana jest na listę dziedzictwa UNESCO. To miasteczko jest obowiązkowym punktem podczas wycieczki na południe Nowej Szkocji. Warto przespacerować się wąskimi uliczkami w kierunku nabrzeża, które ciągnie się wzdłuż ulicy Bluenose Dr. Praktycznie w każdej restauracji serwowane są homary, które oczekują na klientów w akwariach na wystawach restauracji. Warto usiąść na chwilę na ławeczce nad samą wodą lub w barach, z bezpośrednim widokiem na zatoczkę. Z Lunenburgu pojechaliśmy w kierunku Parku Narodowego Kejimkujik, mijając po drodze miasteczko Mahone Bay, w którym odbywał się festyn na cześć założycieli miasta. To było specyficzne przeżycie, całe miasto było ozdobione lalkami ludzkiego wzrostu, przedstawiającymi różnorodne postacie bajkowe i związane z historią miasta, mnie to bardziej kojarzyło się z Halloween i było bardzo osobliwe. 

Kejimkujik

Park Narodowy Kejimkujik to raj dla pasjonatów pieszych wędrówek, spokojnie można tam spędzić ze dwa dni w całkowitej izolacji od świata zewnętrznego. My zatrzymaliśmy się tam tylko na piknik, nad samym brzegiem jeziora Kejimkujik. Niestety o tej porze roku woda w jeziorze była dość zimna jak dla mnie więc nie odważyłem się nawet na krótką kąpiel. Z parku narodowego wracaliśmy z powrotem tą samą drogą do Halifaxu, szkoda bo okoliczności przyrody sprzyjały dłuższym spacerom, nas jednak nieubłaganie gonił czas. Krótki pobyt w Lunenburgu i Mahone Bay spowodował, że musieliśmy skrócić trasę przejazdu, chcąc jeszcze popołudniu pospacerować po Halifaxie. Czytałem, że miejscowością wartą odwiedzin jest Annopolis, położone po północnej stronie południowej części półwyspu, ale tam już nie dojechaliśmy. Popołudnie spędziliśmy zwiedzając Halifax, ale o atrakcjach tego miasta już Wam napisałem wcześniej.

Cape Breton

Kolejny dzień obejmował przejazd na wyspę Cape Breton. By zaoszczędzić czas przy powrocie do Quebecu, kolejny nocleg zarezerwowaliśmy na Wyspie Boularderie, by nie wracać już do Halifaxu. Północna część Nowej Szkocji jest cudowna, niesamowita, z bajkowymi panoramami. Wyspa Cape Breton połączona jest z lądem mostem nad kanałem Canso. Jadąc w kierunku północnym dotrzemy do Cape Breton Highlands National Park of Canada. Urokliwa trasa widokowa przez Cape Breton Highlands National Park of Canada należy do najładniejszych tras widokowych Ameryki. Podróż wybrzeżem z którego rozpościera się widok na ocean i klify jest niesamowitą atrakcją. Jadąc trasą Cabot Trail przez park nie wyobrażam sobie by zrezygnować z pieszej wycieczki po Skyline Trail aż do samego klifu, z którego widoki zapierają dech w piersiach. To bez wątpienia obowiązkowy punkt wycieczki w tym parku narodowym. Przejście od parkingu do klifu i z powrotem zajmuje około 1,5 godziny, ale przy słonecznej pogodzie widoki są cudowne, a idąc przez park można spotkać łosia, choć nam niestety nie udało się, a szkoda. Ciekawostką są wydzielone i zamknięte obszary parku z nowymi nasadzeniami otoczone ogrodzeniem, chroniącym młode drzewa przed łosiami. Zataczając koło na trasie Cabot Trail i kierując się w kierunku południowym warto zatrzymać się przy punkcie widokowym Lakies Head. Drewnianym pomostem dojdziemy to samego skalnego wybrzeża, a widoki jak w całym Cape Breton są niesamowite. Wycieczka po północnej części Nowej Szkocji, a dokładniej po wyspie Cape Breton zajęła nam praktycznie cały dzień. Widoki są tak niesamowite, że jazda samochodem nie wydaje się męcząca, a jest przyjemnością samą w sobie. Przed zachodem słońca udało się nam dotrzeć do motelu Travels Inn Victoria County, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg, więc jeszcze mogliśmy się zachwycać zachodem słońca nad cieśniną Great Bras d’Or, siedząc w pokoju z widokiem na okolicę i popijając drinka na zakończenie kolejnego, dość intensywnego dnia. Tak zakończyła się nasza podróż przez Nową Szkocję, następnego dnia czekała nas niesamowicie długa i męcząca trasa do samego Quebecu. O tej miniaturze Francji za oceanem już wkrótce, w kolejnym wpisie, do którego przeczytania już teraz serdecznie zapraszam.

Nowy Brunszwik, czyli czekoladowa rzeka, pomnik największego homara na świecie i największe odpływy w Hopewell Rocks Park.

Jadąc w kierunku wybrzeża kolejnym punktem, a zarazem najbliższym ciekawym miastem po Montrealu na trasie, jest Quebec. My jednak celowo minęliśmy Quebec w drodze do Nowego Brunszwiku i Nowej Szkocji, gdyż pobyt w tej miniaturze francuskiego miasteczka, zaplanowaliśmy w drodze powrotnej do Toronto. Dla nas kolejnym celem podróży było Moncton. Niestety droga do Halifaxu byłaby zbyt męcząca jak na jeden dzień więc najpierw postanowiliśmy się zatrzymać w Nowym Brunszwiku. Tu również znajduje się wiele ciekawych miejsc, którym warto poświęcić chociaż kilka godzin, podróżując po tej części Kanady. Nie mówię tu o całym Nowym Brunszwiku, gdyż dla poznania tej kanadyjskiej prowincji bez wątpienia potrzeba przynajmniej kilku dni, jednak dla nas ważniejszym celem była Nowa Szkocja, stąd piszę o kilku godzinach, a raczej o jednym dniu podróży przez Nowy Brunszwik i tych miejscach, które nam udało się zobaczyć, a należących do jednych z ciekawszych na wschodnim wybrzeżu. Podróż samochodem z Montrealu do Moncton zajmuje około 10 godzin. Samo Moncton nie jest jakąś wielką atrakcją turystyczną, my zaplanowaliśmy tam tylko nocleg. 

Shediac

W odległości około 25 kilometrów znajduje się o wiele ciekawsze Shediac, z największym pomnikiem homara na świecie. No cóż tu ukrywać, Nowy Brunszwik słynie z połowów największych homarów na świecie. Do Shediac trafiliśmy niemal przed zmrokiem. Na szczęście udało nam się jeszcze zrobić kilka zdjęć pod tym homarowym pomnikiem, nim zrobiło się całkiem ciemno. Pomnik znajduje przy wjeździe do Shediac od strony zachodniej, tam gdzie rzeka Scoudouc wpływa do oceanu. W okolicach pomnika znajduje się biuro informacji turystycznej i urocze kolorowe domki, w których znajdują się sklepiki z pamiątkami. Niestety dotarliśmy tam na tyle późno, że wszystko było już pozamykane, a szkoda, bo te domki wyglądały niezwykle bajkowo. Na chwilę jeszcze pojechaliśmy do samego Shediac. Na spacery było już późno, ale samo centrum miasteczka zasługuje bez wątpienia na krótki spacer. Z uwagi iż było już ciemno i dość zimno nie chciało się już nam spacerować, tylko przejechaliśmy autem przez całe Shediac w poszukiwaniu jakiejś homarowej restauracji. Dużo knajpek było już pozamykanych, ale udało się nam trafić do japońskiej restauracji Pink Sushi&Grill Bar in Shediac. Tutaj spróbowałem mojego pierwszego sushi na ciepło i pierwszego homara, choć homara były w tym daniu dosłownie małe kawałeczki. Uwielbiam tradycyjne sushi, ale to też było przepyszne, choć specyficzne bo podane z ciepłym sosem warzywnym. Spokojnie mogę polecić to miejsce, przemiła obsługa i smaczna kuchnia, czego więcej potrzeba i do tego ciekawie urządzone wnętrza. Po pysznej kolacji pojechaliśmy prosto do motelu w Moncton, gdyż plany na kolejny dzień były dość intensywne.

Hopewell Rocks Park

Moncton położone jest nad rzeką Petitcodiac, która wpada do Zatoki Fundy. W tej zatoce możemy obserwować największe odpływy i przypływy na świecie, sięgające kilkunastu metrów. Odpływ i przypływ możemy obserwować nawet w samym Montcon, ale zdecydowanie lepiej wybrać nie nad samą zatokę. Lustro rzeki obniża się o kilka metrów, a woda przybiera brunatnego koloru, od mułu stąd jej druga nazwa Chocolate River. Idealnym miejscem do obserwacji jest przylądek Hopewell. Największy odpływ jest między godziną 10 a 11, w tych godzinach przypadał przynajmniej około 20 września, czyli podczas naszego pobytu w Nowym Brunszwiku. Miejscem gdzie możemy obserwować to zjawisko jest Hopewell Rocks Park. Wstęp na teren parku, jeśli dobrze pamiętam kosztował 10 CAD na osobę. Odpływ i przypływ koniecznie trzeba zobaczyć zarówno z góry klifu, jak i z brzegu. Na sam dół zejdziemy schodami przy Low Tide Canteen. Gdy trwa odpływ możemy spokojnie spacerować między skałami, które podczas przypływu są zalane do wysokości kilku metrów. Po „dnie” zatoki możemy spacerować na odcinku około 1 kilometra, dochodząc do drugiego punktu widokowego przy High Tide Cafe. W tym miejscu jednak nie wejdziemy na górę. Znajduje się tu tylko platforma ratunkowa, w sytuacji kiedy byłoby już za późno na powrót do schodów prowadzących na górę. Możemy się tu ratować ucieczką, aż do kolejnego odpływu. Jeśli ktoś ma na tyle czasu, że może poświęcić cały dzień na Hopewell Rocks, może tu spędzić kilka godzin i obserwować najpierw odpływ, a potem przyglądać się jak stopniowo woda zalewa obszar, który wcześniej oddała lądowi. My nie mieliśmy na tyle czasu więc po spacerze po dnie zatoki pojechaliśmy w dalszą drogę na zachód, by jeszcze coś innego zobaczyć, a wróciliśmy tu już popołudniem, kiedy przypływ był najwyższy. Zobaczenia tego miejsca zarówno podczas przypływu, jak i odpływu robi ogromne wrażenie. Na szczęście to niesamowite zjawisko możemy zaobserwować w ciągu jednego dnia. Bez wątpienia to obowiązkowy punkt na mapie podróży przez Nowy Brunszwik. 

Cape Enrage

W ciągu dnia między odpływem i przypływem udało się nam jeszcze odwiedzić rezerwat przyrody Cape Enrage z malutką latarnią morską na końcu klifu. Widok spod latarni na zatokę robi wrażenie, a latarnia z daleka wygląda jak domek dla lalek. Niestety wjazd na parking jest płatny 6 CAD od osoby, z uwagi iż jest to obszar rezerwatu przyrody. Ciekawostką jest, że przy latarni znajduje się dom, w którym restaurację prowadzi Polak. My jednak postawiliśmy na piknik na świeżym powietrzu, z cudowną panoramą zatoki z latarnią morską w tle. Po krótkim pikniku nad zatoką udaliśmy się z powrotem do Hopewell Rocks, by zobaczyć przypływ. Do Hopewell dotarliśmy około 17-tej, gdyż o tej porze był najwyższy przypływ. Przypływ obserwowaliśmy już z punktów widokowych na szczycie klifu w Hopewell. Oglądając zdjęcia trudno to sobie wyobrazić, ale w rzeczywistości to wygląda niesamowicie. Najpierw spacerujesz między skałami wzdłuż brzegu, a po kilku godzinach nie ma śladu plaży i głazów, a woda sięga kilku metrów zalewając najniższy poziom schodów. 

Hopewell Rocks – high tide

Stąd pojechaliśmy już prosto do Halifaxu, przed nami były jeszcze ponad 3 godziny jazdy. Do Halifaxu dotarliśmy około 21-ej, kiedy było już zupełnie ciemno. Do tego wystrój hotelu, który wybraliśmy, przypominający wnętrze Tytanica, przywołał wspomnienie jednej z największych katastrof morskich w historii. W Halifaxie znajduje się cmentarz ofiar z Tytanica i muzeum poświecone temu transatlantykowi. Żeby Was nie zanudzić jednorazowo zbyt długimi wspomnieniami, dalszą część opowieści o pobycie w Halifaxie, cudownym homarze i podróży po Nowej Szkocji znajdziecie w kolejnym wpisie, do którego już wkrótce zapraszam. Zbyt dużo było ciekawych miejsc w Nowej Szkocji i pisania o tym by umieścić te opowieści w jednym wpisie z odpływami z Hopewell Rocks i pomnikiem gigantycznego homara.

Montreal, miasto położone na wyspie, u stóp wzgórza Mount Royal

Montreal, drugie co do wielkości miasto Kanady, którego nazwa pochodzi od górującego nad miastem wzgórza Mont Royal. Co ciekawe, miasto położone jest na wyspie, na rzece Świętego Wawrzyńca. Montreal był kolejnym punktem na trasie naszej podróży od Toronto do Nowej Szkocji. Montreal jest na tyle ciekawym miastem, że warto mu poświęcić ze dwa lub trzy dni. Nad Rzeką Świętego Wawrzyńca, po wschodniej stronie miasta znajduje się najstarsza część, czyli Old Montreal. Wycieczkę po tej okolicy proponuję rozpocząć od ulicy Bonsecours i kierować się na południe, krążąc po uliczkach tworzących stare miasto. Trwają tam cały czas remonty, ale warto pospacerować tymi uliczkami, które wraz z usytuowanymi wzdłuż nich budynkami tworzą charakterystyczny klimat starówki. Stare miasto jest zamknięte zasadniczo między ulicami Rue de la Commune, Rue Notre-Dame oraz Rue Saint Antoine i to jest najciekawsza zabytkowo część Montrealu. Można tu podziwiać między innymi budynki Urzędu Miasta, czy Katedry Notre-Dame. My do katedry nie weszliśmy gdyż była dosyć duża kolejka turystów. Centralnym punktem starego miasta jest Place Jacques Cartier, to taki ichni rynek, po którym przewijają się tłumy turystów i znajduje się całe mnóstwo restauracji. Niestety, jeśli będziecie chcieli coś zjeść w tej okolicy ostrzegam, że jest dość drogo, choć czasem na wakacjach warto wydać te kilka dolarów więcej i posiedzieć w tak uroczym miejscu, podziwiając okoliczne, piękne kamienice. Warto się przejść ulicą Sait-Paul, jest tam cała masa sklepików z pamiątkami. Uwierzcie mi, włócząc się po tych uliczkach i zaglądając do tych uroczych sklepików nawet nie zorientujecie się, że minęło już kilka godzin. Idąc ulicą Notre-Dame w kierunku zachodnim dojdziemy do downtown, czyli centrum biurowego miasta. Kto zachwyca się drapaczami chmur i nowoczesną architekturą powinien zdecydowanie przespacerować się tam. W bezpośrednim sąsiedztwie downtown znajduje się China Town, do której to dzielnicy prowadzi okazała brama w chińskim stylu z tymi smokami chińskimi i charakterystyczną architekturą. Samo China Town nie jest aż tak imponujące, jak w Toronto. Nawet ten chiński charakter nie narzuca się nam z każdego sklepiku, jak to jest w Toronto. 

Rue Saint Catherine

Montreal, tak jak większość amerykańskich, czy kanadyjskich miast ma też swoją „tęczową dzielnicę”, która ciągnie się wzdłuż wschodniego odcinka ulicy Saint Catherine. W sezonie letnim, część tej ulicy jest zamknięta dla ruchu samochodowego, tworząc deptak dla pieszych. Niesamowita jest wykonana z tysięcy plastikowych kulek tęcza, która rozpościera się nad całą długością deptaka, robi to niesamowite wrażenie. Ciekawym miejscem, zwłaszcza w sezonie letnim jest położony przy Rue Sainte Catherine, Place Emilie-Gamelin. W sezonie letnim znajdują się tam budki z jedzeniem i piciem, porozkładane są stoliki, leżaki, urządzony ogród. Zbudowana jest również scena, na której w godzinach popołudniowych do wieczora odbywają się różne imprezy muzyczne, czasami gra DJ-ej.

Mount Royal

Jedną z największych atrakcji miasta jest jednak wzgórze Mont Royal. Widok ze szczytu na panoramę miasta i samego downtown robi wrażenie. Najprostszym sposobem dostania się na wzgórze jest dojazd do stacji metra Peel i stamtąd spacer na samą górę. Wymaga to trochę wysiłku, ale taki spacer to radość sama w sobie i do tego te widoki z góry ehh… Na szczycie wzgórza znajduje się Mount Royal Chalet, budynek o ciekawej architekturze, w którym ulokowana jest kawiarnia i sklep z pamiątkami, przed budynkiem znajduje się olbrzymi taras, z którego rozpościera się widok na całe miasto. Warto tam spędzić dłuższą chwilę odpoczywając po nieco męczącej wycieczce na szczyt. Powrót ze wzgórza proponuję w kierunku ulicy Av du Parc, zejście w dół jest o wiele prostsze i jest przyjemnością samą w sobie. Idąc od Av du Parc w kierunku stacji metra Mont-Royal mijamy niesamowite kamieniczki w stylu wiktoriańskim, tworzące klimat tej części Montrealu. Po drodze mijaliśmy sklep ogrodniczy, w którym o tej porze roku znajdowało się całe mnóstwo dyń o kształtach, których w Polsce nigdzie nie spotkamy. Samo wzgórze z daleka przypomina trochę Górę Gellerta z Budapesztu.

Botanical Garden

Ostatnią atrakcją miasta, która znajdowała się na naszej liście był ogród botaniczny z niesamowitą ekspozycją ogród światła. Do ogrodu botanicznego najlepiej podjechać metrem do stacji Pie-IX i stamtąd spacerem przejść się już do samego ogrodu. My do ogrodu botanicznego udaliśmy się po zmroku, gdyż podczas naszego pobytu trwała wystawa ogród światła, która robi wrażenie dopiero, kiedy zrobi się ciemno. W części chińskiej ogrodu porozmieszczane były zrobione chyba z takiego papieru jak na lampiony rzeźby ludzi i zwierząt oraz bajkowych smoków. Całość robiła niesamowite wrażenie, wyglądało to bajkowo i cudownie. Niestety ogromny tłum ludzi skutecznie utrudniał robienie zdjęć i zaburzał ciszę, która powinna być w ogrodzie, zwłaszcza kiedy robi się już ciemno. Ekspozycja w części japońskiego ogrodu miała zupełnie inny charakter. Tam nie było już tych kolorowych rzeźb z papieru, a dzięki odpowiedniemu podświetleniu, to sama natura tworzyła niesamowite nocne obrazy. W bezpośrednim sąsiedztwie ogrodu botanicznego znajduje się stadion olimpijski, z olimpiady, która odbyła się w Montrealu w 1976 r. Mimo iż to było ponad 40 lat temu, futurystyczna bryła stadionu nadal robi wrażenie.

To tyle, co nam udało się zobaczyć w Montrealu. Te miejsca, które Wam opisałem zapewne należą do jednych z głównych atrakcji miasta, choć nie jedynych. Niestety czas i dalsza droga wyznaczała nam kolejne terminy więc musieliśmy się pożegnać z Montrealem i ruszać dalej w kierunku Halifaxu i Nowej Szkocji. To już była bardzo daleka droga, ale o tym i o Nowej Szkocji, o krainie homara już w kolejnym wpisie. Zapraszam do odwiedzin, już wkrótce dalsze opowieści o atrakcjach wschodniej części Kanady…

Byward Market i beaver tail, czyli to z czym kojarzy mi się Ottawa

Kolejnym punktem na szlaku naszej podróży przez Kanadę była Ottawa. Ottawa to stolica i czwarte co do wielkości miasto Kanady. Ottawa nie jest aż tak atrakcyjna turystycznie jak Toronto. Jest zdecydowanie innym miastem, spokojniejszym, pozbawionym wielkomiejskiego rozmachu i luźniejszym turystycznie. Prawdę mówiąc, nie ma tam, w mojej ocenie, aż tylu ciekawych atrakcji, ale z uwagi iż to stolica Kanady, warto spędzić tu przynajmniej kilka godzin lub jeden dzień. Nam te kilka godzin w zupełności wystarczyło. 

Dojazd samochodem z Toronto zajmuje około 5 godzin, to nieco ponad 400 km. Nocleg mieliśmy zarezerwowany przy głównej ulicy miasta, Rideau Street,  więc w kierunku Parliament Hill udaliśmy się spacerem. Tak mi się wydaje, że to główna ulica miasta, bo przy niej zlokalizowane są największe sklepy i siedziba Parlamentu. Największą atrakcją miasta są chyba budynki samego Parlamentu i biblioteki Parlamentu, które nieco przypominają londyński Westminster. Niestety podczas naszego pobytu budynki znajdowały się w renowacji i otoczone były wysokim płotem, wkoło porozkładane rusztowania więc nie dało się nawet zrobić fajnych zdjęć. Spacer ograniczył się do wejścia na wzgórze i obejścia wokół budynków Parlamentu.

National Gallery

Ze wzgórza rozciąga się cudowny widok na rzekę Ottawa i położone na przeciwległym brzegu Hull, będące częścią sąsiedniego miasta Gatineau. Widać stąd również imponujący budynek Galerii Narodowej i Muzeum Historii Kanady. Na tyłach budynków Parlamentu, od strony rzeki znajduje się Victoria Tower Bell, dzwon, który pozostał po wieży zniszczonej w pożarze w 1916 r. Po północno-wschodniej stronie wzgórza znajduje się Major’s Hill Park, gdzie warto udać się na spacer. Możemy stąd podziwiać budynki Parlamentu górujące ponad koronami drzew. Parliament Hill i Major’s Hill Park oddziela kanał łączący dwie rzeki Ottawę i Rideau. W sąsiedztwie parku znajduje się imponujący budynek Fairmont Chateau Laurier z początku XX wieku, przypominający zamek z bajki, w którym mieści się 4-gwiazdkowy hotel. Dla miłośników sztuki polecam odwiedziny w Galerii Narodowej i Muzeum Historii Kanady, my tych atrakcji nie zaliczyliśmy, ale czytałem, że warto odwiedzić te miejsca. Niestety nie jestem zwolennikiem odwiedzin muzeów i galerii sztuki, wolę spacerować ulicami i chłonąć atmosferę miasta.

Byward Market

Kierując się w lewo od Parliament Hill, dojdziemy spacerem w ciągu kilkunastu minut do Byward Market. To takie turystyczne centrum Ottawy, w którym przewijają się tłumy turystów, aż do późnego wieczora. W centralnym punkcie znajduje się budynek hali targowej, niestety nim tam dotarliśmy budynek był już zamknięty, szkoda, bo uwielbiam spacery po takich miejscach. Musiałem więc zadowolić się spacerem po okolicznych uliczkach, które tworzą niesamowitą atmosferę tej okolicy. Warto się przejść ulicami George i William, są bardzo urokliwe. Po przeciwnej stronie hali targowej znajduje się klimatyczny budynek pubu irlandzkiego Aulde Dubliner & Pour House. Hala była zamknięta więc zasiedliśmy w piwnym ogródku przy pubie, pijąc piwo i obserwując przewijające się w we wszystkich kierunkach potoki ludzi. Trzeba przyznać, że do zmroku jest tam dość tłoczno. Będąc na Byward Market nie mogłem sobie odmówić lokalnej specjalności, czyli ogonów bobra. Bez obaw, to nie prawdziwe bobrze ogony, tylko placki z ciasta jak na pączki, smażone na głębokim oleju i podawane na słodko lub wytrawnie, a swoim kształtem przypominające ogon bobra, stąd taka nazwa. Mały bar Beaver Tails znajduje się przy skrzyżowaniu, zaraz obok hali targowej. To mała czerwona budka, na pewno ją zauważycie będąc w tym miejscu. 

Ottawa będzie mi się kojarzyła właśnie z Byward Market i Parliament Hill. Dla tych miejsc warto było się tu zatrzymać w drodze z Toronto w kierunku wybrzeża i spędzić sympatyczne popołudnie, delektując się piwem i próbując lokalnego smakołyku w kształcie ogona bobra.

Z Ottawy udaliśmy się do Montrealu. W porównaniu z Ottawą i Toronto, Montreal jest znacznie bardziej francuski. W końcu znajduje się we francuskiej prowincji Kanady, czyli Quebecu. O Montrealu będzie już w kolejnym wpisie, jest to zbyt duże miasto by zamknąć je w jednym wpisie z Ottawą. Zapraszam więc wkrótce na kolejne kanadyjskie wspomnienia i ciekawostki.

Toronto, miasto dla każdego…

Kanada, jedno z państw, w których według międzynarodowych rankingów żyje się najlepiej. Bez wątpienia Kanada to jeden z krajów najbardziej przyjaznych dla ludzi bez względu na rasę, wyznanie, orientację seksualną, czy jakąś inną specyficzną cechę. Tam nikt na nikogo krzywo się nie patrzy, każdy się uśmiecha, jest pomocny, nie ocenia drugiego, za to że wygląda tak, czy inaczej. Kanada to również przepiękny pod względem krajobrazowo-turystycznym kraj. I o tym Wam właśnie chciałem napisać dzisiaj. Prawdę mówiąc opowieści o moim pobycie w Kanadzie nie da się zamknąć w jednym wpisie więc będzie to cykl kilku wspomnień, mam nadzieję pomocnych dla tych, którzy planują spędzić wakacje na wschodnim wybrzeżu Kanady lub zaciekawi tych, którzy lubią podróżować. Tegoroczny urlop spędziłem po rozważeniu kilku destynacji, właśnie w Kanadzie. Było kilka pomysłów na dalszą lub bliższą podróż, ale ostatecznie padło na wyprawę za ocean. Ostatnio w Kanadzie byłem 12 lat temu więc była to podróż po trosze sentymentalna i łatwiejsza w zorganizowaniu.  

Naszą wycieczkę zaczęliśmy od Toronto. Do Toronto przylecieliśmy bezpośrednim lotem z Warszawy. Podróż zajęła ponad 9 godzin i jak to zwykle bywa w tak długich lotach, była trochę męcząca. Do Toronto są bezpośrednie loty z Warszawy lub z przesiadką w Niemczech.

Przed wyprawą do Kanady musimy się zaopatrzyć w eTA to taka elektroniczna autoryzacja, która kosztuje 7 dolarów. To zwykła formalność, którą załatwimy w ciągu kilku godzin.

Nathan Philips Square

Przenieśmy się już jednak za ocean. Toronto to miasto światowego formatu, multikulturowe, pełne kontrastów architektonicznych, kulinarnych i krajobrazowych. Miasto, w którym chce się spędzać czas, mieszkać, żyć. Ale co warto zobaczyć w Toronto i czym można się zachwycić. Trudno w ciągu trzech dni zwiedzić całe miasto, ale najważniejsze i najciekawsze atrakcje z pewnością uda się odwiedzić. Jednym z najpopularniejszych miejsc jest Nathan Philips Square. Tu znajduje się ratusz miejski, Osgoode Hall, oraz fontanna ze słynnym napisem TORONTO 3D. W sezonie odbywają się tam różnorodne eventy, jarmarki, koncerty. Warto to miejsce odwiedzić w ciągu dnia, jak i po zmroku, kiedy napis TORONTO mieni się wszystkimi kolorami tęczy.

Kensington Market

Od Nathan Philips Square przejdziemy spacerem w ciągu kilkunastu minut do chińskiej dzielnicy, pełnej drobnych sklepików z różnorodnymi, mniej lub bardziej potrzebnymi drobiazgami i warzywniaków z egzotycznymi warzywami i owocami. Dzielnica ta ciągnie się wzdłuż ulicy Spadina, a stamtąd już kilka kroków do Kensington Market. To magiczny, tajemniczy, specyficzny kwartał ulic pełnych małych sklepików z bibelotami, meblami, awangardową modą, a w koło ten zapach, hmmm chyba każdy wie, o czym myślę. Jest tam masa wszelkiego rodzaju knajpek, restauracyjek, barów, kawiarni dla każdego. Na mnie trochę przytłaczająco działał tłum turystów przemieszczających się od knajpy do knajpy w tych wąskich uliczkach. Powiem nawet, to było po pewnym czasie lekko męczące. Idąc jednak dalej doszliśmy do spokojnej dzielnicy Little Italy. Ta Mała Italia trochę mnie rozczarowała. Myślałem, że będzie tam bardziej włosko, a nie było. Na szczęście trafiliśmy do typowej włoskiej pizzerii, w której serwowali doskonałą pizzę, taką, jakiej próbowałem będąc we Włoszech. Udając się w kierunku północnym warto odwiedzić Casa Loma. To okazały zamek w stylu Harrego Pottera z pięknymi sezonowymi ogrodami. Zamek znajduje się na wzgórzu, z którego widać całą panoramę miasta. Najlepiej dojechać tam metrem do stacji Dupont i stamtąd udać się spacerem w kierunku zamku.

Gooderham Building

Nad samym brzegiem jeziora Ontario rozciąga się nowoczesne downtown pełne przeszklonych drapaczy chmur. W każdym miejscu nowoczesność miesza się z dawną architekturą. To co mnie zadziwiło, to kilkudziesięciopiętrowe apartamentowce. Na wielu ulicach znajdziecie miejsca, gdzie nowoczesne apartamentowce wyrastają niemal ze starych zabytkowych budynków lub stanowią dla nich tło. W bezpośrednim sąsiedztwie downtown znajduje się Old Toronto, to takie ichnie stare miasto, położone w sąsiedztwie St Lawrence Market między ulicami Front i King. Znajdziecie tam niesamowitą fontannę z posągami kotów i psów i ciekawy mural. Zakochani w Nowym Jorku znajdą tam również namiastkę tego miasta w postaci Gooderham Building, to taki kanadyjski mini Flatiron Building. Punktem obowiązkowej wizyty w tej okolicy jest hala targowa St. Lawrence Market. Po przerwie na kawę czy lunch, w jednej z okolicznych restauracji, warto się udać w kierunku ulicy Church. Mniej więcej w środkowej części Church Street znajduje się tęczowa dzielnica. Nikt tam do nikogo nie ma o nic pretensji, każdy żyje sobie tak, jak chce i tak powinno być pod warunkiem, że się innych nie krzywdzi. Zabudowa w stylu wiktoriańskim, tworzy też charakterystyczny klimat do spacerów. Ten typ zabudowy znajdziemy zresztą w wielu punktach miasta.

Będąc w downtown nie sposób nie zauważyć CN Tower, to najbardziej charakterystyczny symbol miasta. Na samą górę możemy wjechać szybkobieżną windą. Na szczycie znajduje się taras widokowy i szklana podłoga. Kto ma lęk wysokości będzie miał problem by postawić tam nawet jeden krok, ale doświadczenie samo w sobie jest niesamowite. Dla miłośników ekstremalnych atrakcji jest dostępny spacer po zewnętrznej części tarasu widokowego. Ja aż tak odważny nie jestem i nie skorzystałem, ale odważni mogą próbować. Z CN Tower rozciąga się niesamowity widok na całą panoramę miasta i jezioro Ontario. Wjazd na wieżę nie należy do najtańszych, około 40 dolarów, ale będąc w Toronto nie sposób nie odwiedzić tego miejsca, w którym całe miasto jest u naszych stóp. W pobliżu CN Tower znajduje się jeszcze Ripley’s Aquarium of Canada i dla miłośników sportu stadion Rogers Centre. 

Toronto Islands

Wartym polecenia w Toronto jest również rejs na jedną z wysp znajdujących się na jeziorze Ontario na wprost downtown. My popłynęliśmy tam późnym popołudniem przed zachodem słońca. Wszyscy turyści pobiegli w głąb wyspy nie wiedzieć czemu, gdyż największą atrakcją przynajmniej dla mnie było usiąść na samym brzegu i napawać się cudowną panoramą downtown, które z minuty na minutę zatapiało się w mroku nocy i jednocześnie skrzyło milionami świateł z kilkudziesięciu drapaczy chmur tworzących downtown. Owszem w ciągu dnia warto jest udać się na plażę od strony jeziora, ale o zmroku najlepiej jest napawać się niesamowitą panoramą miasta.

Idealnym środkiem transportu po Toronto jest metro, miejskie autobusy i tramwaje. Na środki komunikacji miejskiej można kupić jeden wspólny bilet. Całodzienny bilet kosztuje 13 dolarów, a możemy przemieszczać się po całym mieście, co jest bardzo wygodne. 

Rozmach i multikulturowość tego miasta nie pozwoli Wam się nudzić, nawet gdy postanowicie spędzić tu cały tydzień. My spędziliśmy tylko 3 dni, gdyż plan wyjazdu był mocno napięty. Tyle o Toronto, w kolejnych wpisach o Montrealu, francuskim Quebecu i urokliwej Nowej Szkocji. Już wkrótce kolejne wspomnienia i ciekawostki dla podróżujących. Zapraszam….

Wrocław – miasto do zakochania, czyli sentymentalna podróż z krasnalami w tle

Wrocław to jedno z najpiękniejszych, najbardziej urokliwych i najbardziej pociągających polskich miast. Moja historia z tym miastem rozpoczęła się od wyjazdu służbowego w 2004 r. Do dzisiaj pamiętam te osiem tygodni spędzonych w tym cudownym mieście. Minęło piętnaście lat i Wrocław wzbudza we mnie tyle samo emocji co wtedy. Już wtedy to miasto porażało rozmachem, piękną architekturą, wyjątkową atmosferą, której nie da się poczuć w innym mieście i powiewem „świata zachodniego”. Teraz miasto nabrało jeszcze większego rozmachu, przybyło dużo nowoczesnych budynków biurowych, wiele starych kamienic i zaniedbanych ulic w centrum zostało zrewitalizowanych.

Dworzec kolejowy został wyremontowany kilka lat temu i odzyskał dawny blask, a jego okolice uległy diametralnej zmianie. W bezpośrednim sąsiedztwie powstała nowoczesna dzielnica biurowa, w miejscu dawnego dworca PKS powstał nowoczesny na miarę XXI-wieku, z przylegającą do niego futurystyczną galerią handlową. To takie miasto w mieście.  

Kamienice w rynku wyglądają niesamowicie, z charakterystycznymi stożkowatymi fasadami. W sezonie letnim rynek jest szczelnie wypełniony ogródkami restauracyjnymi, przyległymi do kamienic. W tym miejscu można się poczuć jak na wakacjach daleko od domu. Kawiarniane stoliki zachęcają by przysiąść na chwilę, zamówić kawę i oglądać te setki ludzi przemieszczających się we wszystkich kierunkach.

Największą perełką turystyczną w mojej ocenie są wysepki na Odrze, do których dotrzemy idąc od Rynku ulicą Odrzańską. Skręcając nad Odrą w prawo w ulicę Grodzką, a następnie w lewo na Most Uniwersytecki dotrzemy na Marinę Topacz, gdzie powstały nowoczesne budynki mieszkalne w stylu holenderskim z restauracjami zlokalizowanymi na poziomie parteru. Warto zatrzymać się w tym miejscu, wypić piwo i podziwiać panoramę okolicy nadbrzeża. Idąc dalej Mostem Uniwersyteckim i Kładką Sodową dojdziemy do Wyspy Słodowej, gdzie można aktywnie spędzać czas na świeżym powietrzu. W bezpośrednim sąsiedztwie jest Wyspa Bielarska, Wyspa Młyńska, Wyspa Piasek i Wyspa Daliowa z niesamowitą metaliczną konstrukcją, nazwaną Nawa. Kiedy byłem we Wrocławiu w 2004 r. wyspy te były jeszcze dość zaniedbane, a teraz zachwycają infrastrukturą spacerowo-wypoczynkową, uwierzcie mi, można tam spędzić cały dzień i się nie znudzić. Przy wyspach przycumowane są barki z pubami i restauracjami, każdy tam znajdzie coś dla siebie. Będąc w tej okolicy nie można zapomnieć o słynnym Ostrowie Tumskim i nie skierować tam kroków. Obecnie Most Tumski jest w remoncie i możemy się tam dostać przez Most Młyński lub Most Pokoju. Ciekawym pomysłem jest labirynt z płyt kamiennych na trawniku w bezpośrednim sąsiedztwie Mostu Tumskiego.

Nowego blasku i życia nabrał też Bulwar nad Odrą, szczególnie od strony centrum w pobliżu Mostu Pokoju. Na nabrzeżu powstały betonowe stopnie, na których można usiąść. Część została piętrowo obsadzona wysoką trawą i można poczuć się zupełnie odizolowanym od innych osób spędzających tam czas.

To, co bez wątpienia było, jest i będzie związane z miastem, to krasnale. Krasnali we Wrocławiu jest dużo, sam nie wiem ile. Spacerując dziś po mieście udało mi się upolować 27 sztuk, ale wydaje mi się, że jest ich trochę więcej.

We Wrocławiu jest jeszcze wiele ciekawych miejsc, wartych odwiedzin, ja napisałem dzisiaj o tych najważniejszych, zlokalizowanych w ścisłym centrum więc jeszcze wrócę tu z wrocławskimi wspomnieniami i opowieściami, zaglądajcie więc systematycznie.

Możecie pomyśleć, że jestem nieobiektywny bo mam wielki sentyment do tego miasta, ale nie sposób nie zakochać się we Wrocławiu i to od pierwszego wejrzenia. Jeśli jeszcze tam nie byliście wybierzcie się choć na weekend, a nie pożałujecie…